Miłość Najświętszego Serca Jezusowego w Sakramencie ołtarza

 

Pan Jezus, odchodząc do Ojca Niebieskiego, zostawił nam nie tylko wszystko swoje, to jest naukę, swą łaskę, swe prawo, swój Kościół, swoją Matkę, ale także Siebie samego, bo Jego miłość wynalazła przedziwny i cudowny sposób przebywania z nami w Najświętszej Tajemnicy Ołtarza. Tu miłość Serca Jezusowego doszła do swego szczytu, tak, że święty Augustyn słusznie powiedział: „Pan Bóg, choć Najmądrzejszy, więcej dać nie umie, choć Najpotężniejszy, więcej dać nie może, choć Najbogatszy, nie ma, żeby więcej dał”.

Św. bp Józef Sebastian Pelczar

Zaprawdę, gdybyś miał rozumy wszystkich Aniołów i serca wszystkich Świętych, nie zdołałbyś doskonale pojąc tej miłości, ani za nią dostatecznie podziękować.

Rozważ bowiem, że Pan Jezus z miłości ku nam zstępuje na najniższy szczebel upokorzenia się, ukrywając pod Postaciami sakramentalnymi nie tylko swoje Bóstwo, ale także swe Człowieczeństwo, i narażając się na niewysłowione zniewagi.

Rozważ, że aby ostać z nami, dokonywa Pan cięgle wielkich cudów, tak że Przenajświętszy Sakrament jest iście cudem cudów.

Rozważ, że Pan Jezus ustanowił ten Sakrament w przededniu swej śmierci, bez względu na straszną niewdzięczność ludzką, a ustanowił w tym celu, by po pierwsze na naszych ołtarzach ponawiać w sposób bezkrwawy Ofiarę krzyżową i dać nam Ofiarę jedyną, najwyższą, najświętszą, najkorzystniejszą, prze którą możemy godnie składać Bogu nasze uwielbienia, hołdy, dziękczynienia, przebłagania i prośby, po drugie, aby przebywając w naszych świątyniach we dnie i w nocy i tylko odbierać od nas hołdy, ale obsypywać nas darami, wreszcie aby wchodzić do naszych dusz jako pokarm niebieski, a przez to te dusze umacniać, uświęcać, jednoczyć je ze Sobą i przemieniać w Siebie.

W Przenajświętszym Sakramencie jest zatem obecne i bije niewypowiedzianą miłością Serce naszego Kapłana, naszego Przyjaciela i naszego Ojca; któżby więc nie rwał się do tego Serca?

Tymczasem jakże haniebnie odpłacają się ludzie za tę miłość!

Patrz, jak straszne zniewagi ponosiło, i ponosi. Boskie Serce w tej Tajemnicy, i to nie tylko od pogan, Żydów i heretyków, ale także od złych katolików. Nie mówimy o niedowiarkach, bluźnierczych i złorzeczących, al. iluż to pośród nas samych wierzących zaniedbuje Mszę świętą w niedzielę i święta albo jej słucha bez uwagi i uszanowania. Iluż to całymi tygodniami lub miesiącami zapomina o Panu utajonym; a gdy czasem przyjdą przed Jego przybytek, stoją tam bez myśli, bez czucia albo nawet z myślami i uczuciami ziemskimi, niskimi, niegodnymi. Iluż to, zwłaszcza w miastach, opuszcza Komunię świętą wielkanocną, albo przyjmuje Pana ozięble, czasem nawet świętokradzko.

Toteż nie dziw, że z głębi Przybytków sakramentalnych słychać nieraz tę skargę:

„Dokądże będę z wami?

Dokąd cierpieć za was będę?”.

O, nie dozwól, aby Pan skarżył się i na ciebie; toteż módl się i staraj się o to, aby codziennie słuchać Mszy świętej, codzienne nawiedzania Przenajświętszego Sakramentu, częste i godne przyjmowanie Komunii święte, pobożne uczestnictwo w publicznych procesjach i w odprowadzaniu Wiatyku świętego; słowem, każdy taki akt, będący w związku z ta Tajemnicą, był przedmiotem Twego gorącego pragnienia.

Chcąc zadośćuczynić miłości Najświętszego Serca Jezusowego za liczne, niestety zniewagi niewdzięczności, ofiaruj Mu nierzadko czy to Mszę świętą wynagradzającą, czy Komunię świętą wynagradzającą, czy też Adorację wynagradzającą.

 

Nabożeństwo do Najświętszego Serca Jezusowego według objawień danych św. Małgorzacie Marii i żywot tejże świętej; Św. bp Józef Sebastian Pelczar; Wydawnictwo Świętego Biskupa Józefa Sebastiana Pelczara, Rzeszów 2017.

O wytrwałości

Gdyby ktoś, budując dom, położył fundamenty i postawił ściany, lecz nie pokrył ich dachem, na co by mu się przydała cała budowa, jeżeli nie po to, aby ponieść szkodę na majątku, i stałby się powodem ludzkiego śmiechu. Na co się również przyda, gdy ktoś zaczął żyć po Bożemu, ale potem przestał, jeżeli nie na to, że wielką szkodę ponosi na duszy i staje się pośmiewiskiem aniołów i ludzi. Jak więc w każdej sprawie, tak również w tej, potrzebna jest wytrwałość. U chrześcijan – mówi św. Hieronim – nie patrzy się na początek, ale na koniec. Wszak św. Paweł źle zaczął, ale dobrze skończył; Judasz natomiast dobrze zaczął, ale źle skończył, a ten fakt, że był apostołem, obciążył go dodatkowo.

Św. bp J.S.Pelczar

Bez wytrwałość nie można się zbawić, bo sam Zbawiciel zapewnia, że tylko ten, kto wytrwa do końca, będzie zbawiony (por. Mt 10,22), i przez swego ucznia przyrzeka: Bądź wierny aż do śmierci, a dam ci wieniec życia (Ap 2, 10). Chociaż inne cnoty wysługują koronę, tylko sama wytrwałość bywa koronowana. Bez niej nie można nabyć żadnej cnoty, tym bardziej doskonałości. Kto bowiem chce nabyć cnoty, powinien bezustannie walczyć i pracować, jeżeli zaś ustaje, wnet przeciwna namiętność podnosi głowę i pociąga na drogę występku. Nie wystarczą tutaj przelotne chęci ani chwilowe wysiłki, nie wystarczy praca kilku lub kilkunastu lat, ale konieczna jest praca całego życia, aż do ostatniego tchnienia. Jak bowiem w wyścigach nie ten zdobywa wieniec, który do biegu przystąpił, lecz ten, kto dobiegł do mety, tak w życiu duchowym nie ten otrzymuje wieniec świętości i chwały wiecznej, kto dobrze zaczął, ale ten, dobrze skończył.

Niestety, taka wytrwałość jest trudna i rzadka. Jest ona trudna, bo ciągła walka osłabia, praca męczy, jednostajność, nuży, zawody zrażają. Wytrwałość jest rzadka, bo mało jest dusz, które by się nie zachwiały lub zniechęciły. Niektóre wychodzą wprawdzie z Egiptu świata, by się udać do Kanaan doskonałości, lecz zrażone trudami podróży wracają znowu do kraju niewoli. Inne wyruszają w tę drogę i z początku biegną żwawo, lecz potem stają się leniwe, a w końcu ustają, bo wzięły nad nimi górę małoduszność i niestałość woli. Ich życie da się porównać do owego posągu Nabuchodonozora, którego głowa ramiona i piersi są ze srebra, biodra z miedzi, golenie z żelaza, a nogi z gliny (por. Dn 2. 32-33). Ich uczyni są początkowo doskonałe jak złoto, a potem tracą coraz więcej na wartości, aż wreszcie stają się gliną i błotem. Ja smutne są następstwa podobnej niewierności, trudno wyrazić. Zaiste lepiej by było owym duszom, gdyby nawet drogo Bożej nie znały, bo przynajmniej nie ponosiłyby przez Bogiem odpowiedzialności, że zmarnowały Jego łaski. Zwykle też spotyka je dotkliwa kara, czasem nawet zupełna zguba. Czyż mam przypomnieć smutny koniec jednego z czterdziestu męczenników? Czterdziestu wrzucono do zamarzniętego jeziora i każdego czekała korona. Wszyscy wytrwali, jeden tylko wyskoczył z wody, aby uratować kilka chwil marnego życia. Lecz nieszczęsny nie uratował życia i utracił koronę. Podobnie dwaj kapłani, towarzysze męczennika japońskiego, bł. Karola Spinoli SJ, wytrzymawszy trzyletnie bardzo ciężkie więzienie i przez wiele godzin palenie na wolnym ogniu, wyrzekli się na koniec zwycięstwa i Boga, a wzgardzeni przez samych katów i wrzuceni w ogień umarli jako zdrajcy, zamiast umrzeć jak męczennicy. O, któż nie zadrży, widząc, że jeden tylko krok dzieli go od przepaści!

Jeśli chcesz uniknąć podobnego losu, staraj się wytrwać na drodze Bożej. A jak nabyć wytrwałości?

Wytrwałości nie można wysłużyć, bo ona jest darem, a nie zapłatą. Można jednak wybłagać u Boga, który pewnych darów użycza bez prośby, jak początek wiary, inne zaś tylko proszącym, jak dar wytrwania aż do końca. A więc proś o nią gorąco i ustawicznie, proś przez zasługi Pana Jezusa, proś z wielką pokorą i ufnością. Wytrwałość, według orzeczenia Sobory Trydenckiego, jest łaską „łaską osobliwą”, to jest nie tylko łaską pojedynczą i chwilowo działającą, ale całym łańcuchem łask, bądź zewnętrznych, które duszę oświecają, poruszają i umacniają. Otóż do tego łańcucha łask staraj się dołączyć łańcuch modlitw i nie puszczaj się tego łańcucha, inaczej przerwiesz łańcuch łask i nie dostaniesz się do nieba. Szczególnie módl się do Najświętszej Panny, by cię trzymała w objęciach swej macierzyńskiej opieki, bo jak dziecko nie może żyć bez mleka matki, tak dusza nie może wytrwać w łasce bez miłosierdzia Maryi. Ona jest furtą, przez którą wchodzimy do świątyni doskonałości i do górnego Syjonu.

Z modlitwą łącz nieustanną pracę, bez której wytrwałość jest niemożliwa. Najwięcej dusz ginie, bo chciałyby, aby cnota nie wymagała żadnej ofiary. Pragną być pokorne bez upokarzania się, cierpliwe bez cierpienia, posłuszne bez poddania swej woli, umartwione bez zaparcia się; lecz tak być nie może. Jeżeli bowiem dobra ziemskie tyle wymagają od nas trudu, czyż niesłusznie, aby dla osiągnięcia dóbr duchowych nierównie większe ponosić ofiary? A więc pracuj, ile starczy sił. Pracuj gorliwie, bo niebo nie jest dla leniwych. Pracuj niezmordowanie, mimo słabości lub późnego wieku, bo tak pracowali święci. Wszak czytamy, że wielu z owych starych pustelników, mając lat dziewięćdziesiąt i więcej, nie szukało ulgi w umartwieniu i pracy. Pracuj roztropnie, a więc z jednej strony staraj się wykorzenić swe wady, z drugiej utwierdzaj swe cnoty, bo cnoty nieutwierdzone, to jest nabyte pracą, niewypróbowane walką, łatwo – jak niedojrzałe owoce – ulegają zniszczeniu.

W pracy korzystaj wiernie ze wszystkich łask Bożych, jakie odbierasz, ze wszystkich środków duchowych, nie porzucaj ani nie lekceważ żadnego z nich, zwłaszcza częstej spowiedzi i Komunii świętej, wieczornego rachunku sumienia i codziennego rozmyślania. Bowiem zaniedbywanie albo byle jakie wypełnianie praktyk pobożnych wiedzie prostą drogą do oziębłości, a nieraz do porzucenia życia duchownego, jak to, niestety, dosyć często widzimy.

Bądź przy tym pokorny, a więc nie dowierzaj sobie i lękaj się siebie, jak cię upomina Apostoł: Niech przeto ten, komu się zdaje, że stoi, baczy, aby nie upadł (1 Kor 10, 12). Z choćbyś już jedną stopą był w niebie, jeszcze nie ustawaj w czuwaniu, aby zły duch nie uchwycił cię za drugą i nie wtrącił do piekła. Niech ci nie ujdzie z pamięci smutny upadek Salomona, Judasza, Tertuliana, Lutra i Tylku innych. Gdy będziesz pokorny, będziesz także mężny, bo męstwo płynie z pokory i ufności – małoduszność zaś z pychy i przeceniania siebie.

 

Józef Sebastian Pelczar; Życie Duchowe; t2, Wyd. Św. Stanisława BM; Kraków 2012

 

 

 

Apostolstwo jako objaw miłości ku Najświętszemu Sercu Jezusowemu

Kto prawdziwie miłuje Pana Jezusa, ten przejmuje się gorącym nabożeństwem do Jego Serca i podziela Jego dążności, pomagając wedle sił do ich ziszczenia.

A jakież są te dążności, czyli czego pragnie Serce Jezusowe, królujące dzisiaj na tronie chwały i utajone w Tajemnicy Ołtarza?

Oto tego samego, czego pragnęło w czasie ziemskiego życia, czyli chwały Ojca Niebieskiego i zbawienia dusz; taki jest bowiem, dla którego Syn Boży przyjął ciało ludzkie, ukrywał się w Nazarecie, głosił publicznie Ewangelię, ustanowił widzialne kapłaństwo, umarł na krzyżu i został z nami w Przenajświętszym Sakramencie. Ponieważ osiągnięcie tego celu jest możliwe tylko w Kościele świętym, katolickim, więc Serce Jezusowe gorąco pragnie, aby ten Kościół rozszerzył się po całym świecie, objął wszystkie narody i wieki, zażywał zupełnego pokoju i rozwijał gorliwą działalność ku oświeceniu i uświęceniu wszystkich dusz; cokolwiek więc pomaga Kościołowi w spełnieniu jego posłannictwa, jak swoboda i niezależność Ojca świętego, świętość i gorliwość duchowieństwa, prawowierność rządów i ludów, wzrost misji, rozwój dzieł pobożności i miłosierdzia, jak też stowarzyszeń katolickich – wszystko to jest drogie Najświętszemu Sercu Jezusowemu.

Otóż prawdziwi czciciele i miłośnicy Serca Jezusowego przejmują się tymi dążnościami i nie tylko starają się usilnie o uświęcenie własne, ale stają się apostołami Najświętszego Serca Jezusowego i łączą się ze sobą w święte związki, między którymi prym dzierży Arcybractwo Najświętszego Serca Jezusowego i Apostolstwo Modlitwy.

Dlaczego to łączenie się jest konieczne?

Dlatego że nieprzyjaciele Najświętszego Serca Jezusowego tworzą dzisiaj zwarte falangi, jakby hufce uzbrojone do walki, coraz silniejsze i coraz zuchwalsze. Nie mówimy już o poganach nieznających Chrystusa Pana i mordujących nieraz Jego sługi, jak na przykład w najnowszych czasach w Chinach; ani o Żydach nienawidzących zaciekle samego imienia chrześcijańskiego; ani o heretykach i schizmatykach prześladujących jawnie lub skrycie Kościół katolicki; ale w samym społeczeństwie katolickim ma Najświętsze Serce Jezusowe wielu zaciętych wrogów.

Na czele idą siewcy niedowiarstwa, którzy chcieliby zniszczyć Królestwo Chrystusowe i wszelkich ku temu używają środków, jak rewolucji, uchwał parlamentarnych, stowarzyszeń, szkół, wykładów, książek, czasopism, malowideł, teatrów i tym podobnie; przewodzi im zaś sekta masońska albo wolnomularska, nurtująca przede wszystkim w klasie oświeconej, podczas gdy socjalizm stara się wydrzeć wiarę warstwom niższym.

Niestety, posiew złego staje się coraz bujniejszy, toteż bezbożność i zepsucie obyczajów, zwłaszcza po miastach, przerażająco wzrasta.

Obok jawnych niedowiarków stoi liczny zastęp chrześcijan połowicznych i oziębłych, którzy nie chcę zerwać z Kościołem, ale też wzbraniają się przyjąć wszystkich jego prawd i spełniać wszystkich obowiązków. Rozpościerający się materializm rodzi niemało podobnych ludzi, zimnych dla Boga, uprzedzonych względem Kościoła, stroniących od świątyń i kapłanów, z zajętych zwykle służbą u swoich bożyszczy – miłości własnej, ciała i złota.

Otóż naprzeciwko tych hufców diabelskich trzeba postawić związki zbożne, stojące pod sztandarem Najświętszego Serca Jezusowego, ożywione świętym zapałem, skore do walk, prac i ofiar, gotowe nawet na męczeństwo.

Nie uchylajże się od takich związków, a przynajmniej pragnij należeć do bractw i stowarzyszeń katolickich.

 

 

Nabożeństwo do Najświętszego Serca Jezusowego według objawień danych św. Małgorzacie Marii i żywot tejże świętej; Św. bp Józef Sebastian Pelczar; Wydawnictwo Świętego Biskupa Józefa Sebastiana Pelczara, Rzeszów 2017.

 

Różaniec do granic nieba propaguje herezję?

W zaproszeniu do modlitwy różańcowej „Różaniec do Granic Nieba” znajdujemy taką intencję: „Będziemy prosić o wybaczenie te dzieci, którym nie pozwolono się narodzić. Ponadto zwrócimy się do wszystkich dzieci nienarodzonych, także tych zmarłych w sposób naturalny lub zmarłych tuż po porodzie, z prośbą o wstawiennictwo, za nami u Boga.”

 

Czy taka intencja niesie w sobie herezję? Czy dzieci zmarłe bez chrztu mogą dostąpić widzenia Boga w niebie? Nie mogą, gdyż są skalane grzechem pierworodnym. Jest to prawda wiary zawarta w Piśmie świętym i w Tradycji. Sam Zbawiciel zapowiedział: Jeśli się kto nie odrodzi z wody a z Ducha Świętego, nie może wnijść do królestwa Bożego (J, 3,5); i dlatego kazał nie tylko nauczać, ale i chrzcić wszystkie narody (Mat 28,9).

Potwierdza to cała Tradycja katolicka streszczona w tych słowach Tertuliana: „Nikt bez chrztu nie otrzyma zbawienia”; a sobór trydencki orzekł: „Jeżeli kto twierdzi, że chrzest jest pozostawiony każdemu do woli, to jest, że nie jest koniecznym do zbawienia: niech będzie wyklęty” (Sesja 7, Kan 5). Przedtem jeszcze sobór florencki wypowiedział, że dusze tych, którzy w stanie grzechu śmiertelnego albo grzechu pierworodnego umierają, zaraz zstępują do piekła, gdzie atoli nierównym karom podlegają; należy tu jednak zaznaczyć, że słowo infernus (po hebr. sheol) oznacza wszystkie miejsca poza niebem, a więc otchłań, czyściec, i właściwe piekło.

Dzieci, które bez chrztu umierają, nie ponoszą kary ognia piekielnego – jest powszechnym prawie zdaniem teologów; co św. Tomasz tak wykłada: W piekle jest podwójna kara, to jest, pozbawienia widzenia Boga, odpowiadające odwróceniu się grzesznika od Boga, i kara zmysłów odpowiadająca zwróceniu się grzesznika do stworzeń. Otóż dzieci wskutek grzechu pierworodnego zostają w stanie odwrócenia się od Boga, ale nie w stanie dobrowolnego zwrócenia się do stworzeń; a stąd nie jest rzeczą słuszną, aby ponosiły karę ognia.

 

Wg. Św. Bp. Józefa Sebastiana Pelczara; Religia Katolicka (Rozdz. X nr XII)

Modlitwa Różańcowa jest jak najbardziej konieczna a szczególnie obecnie, natomiast należy zwracać uwagę na intencję. One mogą być niekoniecznie w zgodzie z nauczaniem Kościoła Katolickiego.

Działanie ducha własnego

Natura, czyli duch własny, zwykle szuka tego, co się podoba zmysłowości i co schlebia miłości własnej, a jeżeli rwie się do dobrego, wybiera to, co jest piękne, wielkie i miłe, a nie to, co pomnaża chwałę Bożą. We wszystkim szuka swego zadowolenia siebie samą ma na celu. Ustawicznie też zwraca się ku sobie, tak iż ośrodkiem jej działania jest jawne lub ukryte „ja”. Jest zmysłowa i żądna pociech, lubi wygody, dobry stół, miłą zabawę, czułą przyjaźń. Jeżeli wyrzeka się pociech ziemskich, wówczas szuka duchowych, do których lgnie z całą siłą. Jest leniwa i rozmiłowana w gnuśnym spoczynku. Jeżeli zaś działa, to gwałtownie i hałaśliwie, z stąd z pośpiechem i niepokojem. Jest przywiązana do swojej woli, a nie chce być krępowana i nie znosi innego jarzma oprócz tego, które sama wybiera. Jest chciwa czci i sławy, pragnie być widziana i chwalona, a obawia się zawstydzenia i wzgardy. Jest samolubna i wszystko czyni dla własnej korzyści, a chociaż zdaje się uczynkami mierzyć do Boga, trafia jednak do siebie. Jest ciekawa, lubi nowinki, rozrywki i zajęcia zewnętrzne; przeciwnie, skupienie i czuwanie nad sobą nie należą do jej przyjaciół.

W działaniu nie troszczy się o intencję, lecz całą uwagę zwraca na to, by czyn był okazały na zewnątrz, bo pragnie wewnętrzną próżnię wypełnić zewnętrznym blaskiem. Stroni od rzeczy małych i niskich, a za to nierozważnie rwie się do wielkich i błyskotliwych, niby to licząc na pomoc Bożą, a w istocie na własne siły. Jeżeli podoba się jej jakaś czynność, z taką radością, a nawet z gorączkowością ją spełnia, że z trudnością daje się od niej oderwać. Jeżeli się jej nie podoba, wtedy ją opuszcza albo wykonuje z niedbalstwem i wstrętem. Nadto natura przywiązuje się łatwo do tego, co czyni. Jeżeli jej ktoś przeszkadza, smuci się i gniewa, a nawet broni z uporem. Ponieważ się opiera na sobie, jest niestała i chwiejna, łatwo zraża się przeszkodami lub przechodzi z jednej czynności do drugiej, bo jej normą postępowania nie jest wola Boża, ale własne zachcianki. Jeżeli jest pod wpływem miłego wrażenia, rozpuszcza swe skrzydła i szybkim lotem zdąża ku niebu; rozpłomieniona, wyrzuca z siebie niczym iskry, postanowienia, ofiary i śluby. Lecz gdy zetnie mróz zawodu lub cierpienia, pada zemdlona na ziemię i jest jakby martwa. Lubi się rozczulać i wylewać łzy, tak jednak, że ich źródło nie tryska z opok łaski, ale z mielizny naturalnej czułości, dlatego te łzy nie mają wartości. Czasem nawet walczy ze sobą, nie wzbrania się przed umartwieniem, nie lęka się cierpień, lecz gdybyśmy zbadali intencję, poznalibyśmy, że szuka w tym siebie. Tak jest jednak przebiegła i chytra, że tę pobudkę ukrywa nie tylko przed ludźmi, ale i przed sobą.

 

Józef Sebastian Pelczar; Życie Duchowe; t2, Wyd. Św. Stanisława BM; Kraków 2012

 

Kary czyśćcowe

Idąc za głosem Bożym, święta Małgorzata Maria ofiarowała się nieraz na ratunek dusz zatwardziałych, winnych nadużycia łask i zagrożonych zupełnym opuszczeniem. Wówczas czuła się pogrążona w rozpaczy, jakiej doznaje dusz potępionych w chwili swego rozłączenia z ciałem, a było to stan tak okropny, że nie miała słów na jego określenie. Dnia jednego podczas pracy ujrzała z nagła przed sobą zakonnicę jeszcze żyjącą i dobitnie od Pana Jezusa usłyszała te wyrazy: „Patrz, oto zakonnica z imienia tylko, którą gotów jestem wyrzucić z mego Serca i zostawić samej sobie”. Słysząc to Święta, przejęta niewypowiedzianą trwogą, upadła twarzą na ziemię i długo tak pozostawała, nie mogąc przyjść do siebie. Nareszcie wzruszona litością bez granic dla tej biednej duszy, zaofiarowała się za nią Sprawiedliwości Bożej, której gniew natychmiast przeciwko niej się obrócił, skutkiem czego doświadczyła niewysłowionego ucisku serca i rozdzierającej boleści. Przytłoczono niezmiernym ciężarem, widziała uzbrojonego przeciw sobie i już uderzyć ją mającego Boga; widziała pod swoimi stopami rozwarte piekło gotowe na jej pożarcie, a obok tego wszystko w swym wnętrzu w buncie i nieładzie. Nieprzyjaciel ścigał ją na każdym kroku i gwałtownie wiódł do rozpaczy. Nie mogła ujść przed jego napaścią, ani się skryć przed jego wzrokiem; doznawała przy tym strasznego zawstydzenia, myśląc, że jej cierpienia były wszystkim znane. Niezdolna nawet do modlitwy, we łzach tylko znajdowała ulgę. „Ach, wołała, jakże to straszna rzecz wpaść w ręce Boga żyjącego!” Albo znowu padając twarzą na ziemię: „Bij, mój Panie, mówiła, siecz, pal, niszcz wszystko, co Ci się nie podoba; nie oszczędzaj ni życia, ni ciała, ni krwi mojej, byłeś tylko zbawił duszę na wieki”.

Swoje modlitwy, pokuty i cierpienia ofiarował również za dusze w czyśćcu cierpiące, które nazywała swoimi dobrymi przyjaciółkami, i wzajemnie uciekała się do tychże dusz z prośbą o modlitwę w innych potrzebach. Mianowicie podczas adoracji, jaką odprawiała corocznie w nocy z Wielkiego Czwartku na Wielki Piątek, polecała dusze skazane na męki czyśćcowe miłosierdziu Serca Jezusowego, bo sam Pan Jezus tego zażądał. Ona też, będąc mistrzynią nowicjuszek, wprowadziła zwyczaj odbywania z nimi procesji do grobów sióstr na cmentarzu zakonnym. Jej modlitwy umartwienia i Komunie święte niejednej duszy wyjednały skrócenie kary. Oto pewnego dnia, gdy zostawała na adoracji, ukazał się jej zmarły dawniej przeora benedyktynów w Paray-le-Monial, żaląc się na straszne męki czyśćcowe jako karę za trzy winy, z których pierwsza ta była, że skutkiem zbytecznego przywiązania do sławy, przedkładał własny interes nad chwałę Boga; drugą, że wykraczał przeciw miłości bratniej; trzecia, że się kierował zbyt naturalnym uczuciem ku stworzeniom. Potem przez wzgląd na spowiedź, jaką raz święta Małgorzata Maria przed nim odprawiła, prosił ją o odstąpienie wszystkich pokutnych uczynków, które spełni w przeciągu trzech miesięcy. Przyrzekła to, kierując się litością, i przez trzy miesiące zadawała sobie surowe umartwienia, aż wreszcie wpadła w chorobę, ale duszy otworzyły się przez to bramy niebieskie.

 

Nabożeństwo do Najświętszego Serca Jezusowego według objawień danych św. Małgorzacie Marii i żywot tejże świętej; Św. bp Józef Sebastian Pelczar; Wydawnictwo Świętego Biskupa Józefa Sebastiana Pelczara, Rzeszów 2017.

 

 

Czym jest Kościół?

Św. bp J.S. Pelczar

Według głębokiej myśli św. Katarzyny Sieneńskiej Pan Jezus jest niejako mostem łączącym dwa brzegi, to jest wieczność z czasem, nieskończoność ze skończonością, Boga ze stworzeniem. Most ten ma tylko jeden łuk, albowiem w Panu Jezusie jest tylko jedna osoba, łącząca dwie natury: Boską i ludzką. Jeden koniec tego łuku spoczywa na brzegu wieczności i przedstawia odwieczne rodzenie się Syna od Ojca, mocą którego Pan Jezus jest prawdziwym Synem Bożym, prawdziwym Bogiem. Drugi zaś jego koniec opiera się na brzegu czasu i stworzenia, a przedstawia wielką tajemnicę Wcielenia w łonie Niepokalanej Dziewicy, prze które Odwieczny rodzi się w czasie, a Syn Boży staje się prawdziwym człowiekiem, nie przestając jednak być Bogiem. Przez ten most Bóg przychodzi do nas, a my przychodzimy do Boga, albowiem Pan Jezus jest naszym Pośrednikiem i tylko przez Niego mamy przystęp do Ojca. Przez Jezusa przychodzi życie nadprzyrodzone, życie Boże i przez Ducha Świętego rozlewa się w nas, przez co stajemy się dziećmi Bożymi, podobnymi do Ojca. Ponieważ Maryja pierwsza przyjęła Jezusa i przyodziała Go w ciało, więc przez Maryję trzeba iść do Jezusa, jak przez Jezusa idziemy do Ojca. Bez Maryi nie ma Jezusa, bez Jezusa nie ma Ojca Niebieskiego. Lecz jak przez Maryję pierwszy raz przyszedł do nas Pan Jezus, tak przez Kościół św. przychodzi ustawicznie aż do skończenia wieków, bo przez Kościół, jako Głowa mistycznego Ciała, udziela nam swojego życia, życia łaski, tak że Kościół na ziemi jest dalszym ciągiem posłannictwa Jezusa Chrystusa, które spełnia przez swoją naukę, władzę, sakramenty i służbę Bożą. Słusznie powiedziano, że Kościół to Chrystus, żyjący i działający w ciągu wieków.

Kościół jest zarazem jakby drugą Bogarodzicą, bo on ciągle rodzi Chrystusa dla świata i daje Go nam codziennie; lecz jest także naszą Matką, bo nas rodzi do życia wiary. Kiedy nas rodzi? Na chrzcie św., gdy nas czyni dziećmi Bożymi.

Kościół wypełnia również wszystkie obowiązki Matki. On nas karmi. Czym? Chlebem słowa Bożego i chlebem Ciała Pańskiego. On bowiem ten podwójny chleb przygotowuje przez swoje sługi, zastawia nim święty stół i zaprasza do niego swe dzieci. On nas poi wodą łaski, którą czerpie z siedmiu krynic, powierzonych jego szafarstwu, to jest z siedmiu sakramentów. On na chrzcie św. odziewa nas szatą niewinności, a tę szatę, podartą lub splamioną, naprawia lub oczyszcza w Sakramencie Pokuty. On nas uczy prawdy Bożej i prawa Bożego, które pod swoją opieką nieskażenie przechowuje, nieomylnie ogłasza i niezachwianie broni przez wykrętami rozumu i szaleństwami namiętności. Duszom idącym do Boga wskazuje drogę zbawienia i doskonałości i wspiera je na tej drodze.

On nas cieszy, ratuje i dźwiga, bo on ma ulgę na każdą niedolę, lekarstwo na każdą chorobę. On ubogiemu otwiera kieszeń bogacza, sierocie dom przytułku, pokutującemu furtę klasztorną. On wprowadza pokój w serce człowieka, zgodę w rodziny, porządek w społeczeństwo. On wszystkie narody zbiera w jedną wielką rodzinę i niesie przed nimi chorągiew prawdziwej wiedzy i prawdziwej wolności; słowem, on wszystko uszczęśliwia, podnosi i uszlachetnia, podobny do słońca, które we wszystkie strony śle swe błogie promienie.

On nas również broni w walce życia. Ponieważ jego dzieci muszą staczać ciężki bój, więc okrywa je zbroją nie do przebicia. Na ich głowy zakłada przyłbicę wiary, w jedną rękę daje włócznię modlitwy, by nią otwierać Serce Boże, a w drugą tarczę ufności, by nią odbijać pociski, przepasuje je pasem umartwienia, a w serce wkłada ogień męstwa. Aby zaś nie ustały w walce posila je „Chlebem mocnych”. Gdy nieprzyjaciel się zbliża, natychmiast Matka-Kościół biegnie wszędzie i ostrzega o niebezpieczeństwie, podobna do kokoszy, która zbiera swe kurczęta, gdy zbliża się jastrząb. Kiedy zaś niektóre z jej dzieci odnoszą w boju rany, zabiera je zaraz z pobojowiska, bierze na ramiona i niesie do szpitala pokuty, gdzie te rany polewa winem skruchy, którą wyprasza swoim dzieciom, i oliwą ufności, którą w nich budzi swoim słowem i łaską Bożą.

Gdy któreś z dzieci ucieknie z domu i zaczyna błądzić po manowcach, zaraz ta Matka za nim biegnie i prosi, i zaklina, by wróciło do domu. Jeżeli zaś zaślepione nie słucha, wtenczas zasmucona wzywa wierne dzieci, by się z nią za zabłąkanego modliły. Co więcej, ta Matka nie zapomina i o tych, którzy się urodzili w ciemnościach bałwochwalstwa lub błędu; ona i do nich śle swoje sługi z pochodnią Ewangelii, by im przynieść światło i życie, bo serce tej Matki jest tak wielkie, że pragnie nim objąć cały świat i wszystkich ludzi zgromadzić w swoim domu.

Kościół wreszcie opiekuje się nami po macierzyńsku, bo każdy krok naszej wędrówki otacza swoją opieką, a nawet w chwili śmierci przyjdzie do naszego łoża, by nas wyprawić w daleką drogę. Kiedy zaś spoczniemy w mogiłach, on te mogiły otoczy poszanowaniem, a o naszych duszach będzie pamiętać w Świętej Ofierze. O Kościele katolicki, jakże dobrą Matką jesteś! Rozważając twoją miłość i opiekę, trudno nie zawołać z prorokiem: Jeruzalem – Kościele katolicki – jeśli zapomnę o tobie, niech [o mnie]zapomni moja prawica. Niech język mi przyschnie do podniebienia, jeśli nie będę pamiętał o tobie (Ps 137, 5-6).

 

Józef Sebastian Pelczar; Życie Duchowe; t2, Wyd. Św. Stanisława BM; Kraków 2012

Szkaplerz – herb Maryi

Dworzanie noszą na sukniach wyszyte herby i godła swej królowej, a nawet ubranie jej koloru. Podobnie dworzanie Maryi noszą szkaplerz, jakby herb Maryi, na znak, że całe życie poświęcają Jej służbie, że pragnie wszędzie bronić Jej honoru i zawsze wstępować w Jej ślady. Ten rodzaj czci, jeżeli z nim łączy się pobożne życie, jest bardzo miły Maryi, a dla nas bardzo korzystny. Szkaplerz bowiem jest z jednej strony godłem, po którym Najświętsza Panna poznaje swoje sługi, z drugiej jest jakby suknią, którą Ona ochrania swe dzieci od mrozu świata, i jakby tarczą, w którą je uzbraja do walki. Kiedy Izraelici walczyli z Filistynami, wychodził z obozu filistyńskiego mąż olbrzymiego wzrostu i olbrzymiej siły, aby wyzywać Izraelitów do walki. Wśród ogólnego popłochu występuje do boju młody pasterz Dawid, a za całą broń ma kij w ręku, pięć kamieni z potoku, które wkłada do torby, i procę do wyrzucania kamieni. Tak uzbrojony wychodzi naprzeciw olbrzymowi, strzela do niego kamieniami z procy, trafia go w czoło, powala na ziemię i zabija. Takim Dawidem jest każdy chrześcijanin, bo on musi walczyć z Goliatem, to jest szatanem. A gdzie jego broń? Oto kij, to jest krzyż Chrystusa, w którym jest nasze zwycięstwo; pięć kamieni, to jest pięć ran Jezusowych, z których płynie nasza moc; dalej proca, to jest Różaniec, i torba pasterska, to jest szkaplerz. Dlatego też święci, stając do walki, zbroili się w szkaplerz. Noś i ty szkaplerz – czy karmelitański, czy Niepokalanego Poczęcia, czy co lepsze, jeden i drugi, albo na mocy przywileju św. Piusa X zamiast szkaplerzy medalik poświęcony przez upoważnionego do tego kapłana. Pod szkaplerzem czy pod medalikiem miej czyste i prawdziwie pobożne serce.

 

 

Józef Sebastian Pelczar; Życie Duchowe; t2, Wyd. Św. Stanisława BM; Kraków 2012

 

Śmierć duchowa

Św. Józef Pelczar zdj.: https://www.sercanki.org.pl/

Ufaj Bogu, a nie opieraj się na sobie. Jeżeli zatem masz spełnić jakiś obowiązek, spełnij go przy pomocy łaski Bożej nie tylko dokładnie na zewnątrz, ale także wewnątrz, to jest z nadprzyrodzonej pobudki, a szczególnie z miłości ku Bogu, i miej ten zwyczaj by codziennie rani ofiarować wszystkie swoje sprawy Boskiemu Sercu Zbawiciela. Przez Najświętszą Pannę. Podobnie jeżeli masz wykonać jakiś dobry uczynek nadobowiązkowy albo akt jakiejś cnoty, wznieś najpierw duszę do Boga, bo Bóg nikomu nie odmawia łaski modlitwy. Wyznając swoją niemoc, poproś o łaskę do należytego spełnienia tego uczynku czy też aktu cnoty i połącz się ze Zbawicielem, oddając Mu wszystkie władze duszy i ciała, po czym wzbudziwszy dobrą intencję, spełnij doskonale twą czynność. Podobnie do zwyciężenie pokusy nie zabieraj się, wyłącznie licząc na własne siły, zwłaszcza gdy jest natarczywa i niebezpieczna, bo łatwo możesz ponieść klęskę albo zwycięstwo będzie bez wielkiej korzyści dla duszy. Upokorzywszy się wyznaniem własnej słabości, wezwij pomocy Pana Boga, aby On sam walczył w tobie i z tobą zwyciężał.

W ten sposób wszystkie twoje uczynki będą „pełne”, bo Bóg będzie ich początkiem, środkiem i końcem. Oto jest ostatnia i główna tajemnica życia duchowego.

Pojmujesz teraz, że aby dojść do doskonałego zjednoczenia z Bogiem, trzeba najpierw wyniszczyć siebie, to znaczy wyrzucić z siebie nie tylko to, co jest złe lub zepsute i co od Boga odrywa – bo to jest obowiązkiem wszystkich chrześcijan – ale i to, co jest niedoskonałe i co przeszkadza ścisłemu związkowi z Bogiem, czyli trzeba całkowicie „umrzeć dla siebie”.

Kiedy ta śmierć jest całkowita? Gdy człowiek umiera, traci nie tylko bogactwa i pociechy ziemskie, ale nawet używanie zmysłów i władz ciała, bo dusza odłącza się od ciała i przestaje na nie działać. Ciało, pozbawione życia, kładą do ciasnej trumny i zamykają w ciemnym grobie, po którym często depczą ludzie, a nawet zwierzęta, gdzie ciało wydane jest na pastwę zgnilizny, a wreszcie obraca się w proch. Podobnie dzieje się z człowiekiem który doskonale obumiera sobie i światu. Gardzi on dobrami i pociechami świata, za nic ma jego sławę i zaszczyty, odrywa serce od stworzeń, umartwia swe zmysły i żądze, tak że staje się jakby niewidzącym, niesłyszącym i nieczułym, tam gdzie można obrazić Boga i splamić swą duszę. Życie zewnętrzne nie pochłania go, owszem, wśród największego gwaru rozmawia z Bogiem w świątyni swego serca. Miłość własna, która była przedtem duszą jego spraw, przestaje zatruwać dobre czynności, tak że życie, które jest tylko naturalne, obumiera w nim. Już nie szuka własnej pociechy, nie ubiega się o własną korzyść, nie pragnie spełnienia własnej woli, natomiast zamyka się w ciasnej „trumnie” woli Bożej i woli przełożonych, której nigdy nie chce opuścić. Wstępuje do grobu swego nicestwa, swojej nędzy i swego zepsucia, głęboko upokarzając się przed Bogiem i ludźmi. Pozwala po sobie deptać, to jest znosi upokorzenia i wzgardę. Wreszcie rozsypuje się w proch, czyli niejako przestaje istnieć sam dla siebie, bo nie myśli o sobie, nie szuka siebie, nie działa z siebie i dla siebie.

Taka jest śmierć duszy, zwana przez mistrzów duchowych „mistyczną”. Dopiero z tej śmierci rodzi się życie. Jak bowiem ciało, rozsypujące się w proch, Pan kiedyś ożywi i wskrzesi, tak duszy, która doskonale umarła dla siebie, daje Pan życie nadprzyrodzone, swoje życie, a to w tym większej mierze, im jej śmierć była doskonalsza.

 

Józef Sebastian Pelczar; Życie Duchowe; t2, Wyd. Św. Stanisława BM; Kraków 2012

 

Różaniec – miecz duchowy

Dworzanie noszą u boku miecz, aby bronić swojej królowej. Podobnie dworzanie Maryi winni przypasać miecz, aby bronić czci swojej Królowej, a tym mieczem jest różaniec. Wielkie jest znaczenie i błogosławione skutki tego nabożeństwa. Różaniec bowiem jest modlitwą bardzo doskonałą, bo modlitwę ustną łączy z rozmyślaniem, i bardzo skuteczną, ponieważ składa się z modlitw Bogu najmilszych, jakimi są Modlitwa PańskaPozdrowienie Anielskie; podobny stąd do napiętego łuku, którego strzały trafiają wprost w Serce Boże. Różaniec jest księgą Maryi, zawierającą w streszczeniu wszystko, co mądrość Bożą wymyśliła najdoskonalszego, a miłość Bożą wykonała najlepszego. Do tej księgi prowadzi Maryja wszystkie swoje dzieci, tak wielkiego mędrca, jak i pokornego prostaczka, otwiera jej strony, to jest tajemnice Chrystusowe, i uczy na ich przykładzie mądrości Bożej. Różaniec jest harfą duchową o piętnastu strunach, z których jedne odzywają się radością, inne cierpieniem, inne triumfem, a których dźwięk rozwesela znękane serce. Różaniec jest wędką, którą Maryja łowi grzeszników i z morza nieprawości wyciąga na brzeg miłosierdzia. Różaniec jest kotwicą, którą Maryja chwyta kuszonych i trzyma przy sobie, by ich nie uniosła fala. Różaniec jest łańcuchem o piętnastu ogniwach, do którego przyczepiamy nasze dusze. Kiedyś ręka Maryi pociągnie ten łańcuch i podźwignie nim na wzgórze niebieskie wszystkich, którzy się go mocno trzymają. Różaniec jest murem obronnym, którym Maryja opasuje Kościół święty, i mieczem pogromu, którym zwalcza jego wrogów. On też starł sektę albigensów i złamał potęgę turecką pod Lepanto.

A więc różaniec zajmuje ważne miejsce w życiu Kościoła i w życiu duchowym. Ma on pierwszeństwo wśród innych nabożeństw bo jest nabożeństwem bardzo łatwym i prostym, a przy tym wzniosłym i na wskroś katolickim. Cel jego jest wzniosły, bo jest nim uwielbienie Trójcy Świętej, rozszerzenie miłości Pana Jezusa i zadośćuczynienie za zniewagi wyrządzane Mu przez niewiernych i bezbożnych, uczczenie Bogarodzicy, uświetnienie Kościoła, nawrócenie grzeszników i zaznajomienie chrześcijan z tajemnicami ich religii. Stąd różaniec był i jest u dusz świętych w wielkiej czci, tak że „nie można nawet pomyśleć, aby ktoś prowadził życie duchowe, a nie odmawiał różańca”(F.W.Faber, Postęp w życiu duchownem, rozdz. 15). Św. Franciszek Salezy, biskup genewski, chociaż zmęczony całodzienną pracą i obarczony licznymi sprawami odmawiał zwykle w nocy część różańca. Gdy go raz jeden ze znajomych zachęcał, by po tak długiej pracy szedł na spoczynek, różaniec zaś odłożył na drugi dzień, odrzekł: „Mój przyjacielu, co dziś zrobić można, nie odkładajmy na jutro”. I nie tylko biskupi, kapłani, zakonnicy, zakonnice i pobożni prości ludzie odmawiają różaniec, ale także, królowie, jak Ludwik IX, Edward III, Zygmunt III, Jan III Sobieski, i inni, także wodzowie i mężowie stanu, jak Tilly, książę Eugeniusz, nasi hetmani, Irlandczyk O’Connel i inni; mistrzowie, jak Haydn, Gluck [L. Pasteur] i inni uczeni, jak niegdyś profesorowie Akademii Krakowskiej, Kopernik, Chevreuil i inni. Jak zaś Najświętszej Pannie miły jest różaniec, poznać można stąd, że w Lourdes objawiła się z różańcem w ręce (1858r.).

 

Św. J.S. Pelczar „Życie Duchowe”;  t2

 

Dola umierającego

Ciężka jest dola umierającego. Widzi on przed sobą otwarty grób, musi niebawem opuścić tę ziemię, a żal mu rozstać się z tym wszystkim, co tak gorąco ukochał. Widzi łzy i cierpienie drogich osób, które musi zostawić w smutnym sieroctwie, i nie może ich pocieszyć. On sam przygnieciony smutkiem, targany cierpieniem, ogląda się za jakąś ochłodą i ulgą. Ludzie go pocieszają, ale słowo ich jest zimne i słabe. W opuszczeniu swoim ma już powiedzieć: Boże mój, czyś i Ty mnie opuścił!? Wtem słychać głos dzwonka, już zbliża się kapłan z Panem Jezusem, za chwilę staje w domu. I nagle podnosi się chory, łzy radości cisną się do oczu, serce bije swobodniej, usta wołają z ufnością: „Jezusie, Synu Dawida, zmiłuj się nade mną”. A Pan Jezus zaraz odpowiada: „Czemu się lękasz śmierci? Czy nie wiesz, że kto wierzy we Mnie, nie umrze na wieki, bo Ja jestem zmartwychwstanie i życie. Żal ci opuszczać ziemię? Lecz cóż ci ziemia dała prócz trosk i utrapień? Pamiętaj, że ty jesteś dzieckiem moim i dzieckiem nieba, za chwilę masz tam zająć tron, przygotowany ci od wieków. Troszczysz się o zostającą na ziemi rodzinę? A przecież Ja jestem ojcem opuszczonych i sierot, Ja sam będę miał pieczę nad nimi. Dokuczają ci cierpienia? Poczekaj tylko chwilę, a zamienią się w radość wieczną”. I dźwiga się chory, już nie żałuje życia, nie lęka się śmierci, nie narzeka na cierpienia. On nawet wzdycha za połączeniem się z Bogiem i Zbawicielem swoim i woła za św. Hieronimem: „O śmierci, jakżeś ty miła dla mnie! Ty nie jesteś straszna, chyba dla bezbożnych. Dusza moja brzydzi się światem, tęskni za oglądaniem ciebie, o niebieska Jerozolimo, o najdroższa ojczyzno, zwraca się i ulatuje do ciebie”.
Ciężka jest dola umierającego. Przez całe życie szatan czyha na duszę, jak zażarty wilk na bezbronne jagnię, lecz w chwili zgonu, podwaja swą wściekłość i chytrość. Wtenczas najsilniej naciera na duszę, wiedząc, że to jest ostatni bój, od którego zależy cała wieczność. I drży biedna dusza wobec tak złośliwego wroga, i miesza się, i trwoży, lecz oto zbliża się Pan Jezus i jak niegdyś, tak teraz rozkazuje: „Wyjdźcie, duchy nieczyste”, a szatani zaraz uciekają. Potem wchodzi do serca chorego jako „Chleb mocny” i dodaje mu cudownych sił, tak że pokrzepiony chory podnosi wzrok w niebo i woła: Panie, chociażbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną. (Ps 23,4). Kiedy błogosławiony Arnold umierał, przyszła do niego wielka bojaźń. Wił się na łóżku, przekrzywiał usta, drżał na całym ciele. Widać, że staczał ciężką walkę z szatanem, szeptał bowiem po cichu: Prawda, że to zrobiłem, ale za to pokutowałem kilka lat”, i znowu: „I to uczyniłem, ale za to płakałem całe życie”. Dopiero gdy przyniesiono Najświętszy Wiatyk, a chory przyjął Go z wielką pobożnością, wrócił do jego serca pokój, tak że wznosząc ręce i oczy w niebo, zawołał: „Już idę do Ciebie, Matko Maryjo” – i zasnął na wieki.
Ciężka jest dola umierającego. Widzi on, że już nadszedł dla niego wieczór życia, kiedy ma wziąć zapłatę od Boga, a on tymczasem przespał gnuśnie cały dzień i nic lub mało co zrobił. Widzi, że wkrótce ma stanąć przed sprawiedliwym sądem, gdzie wszystkie jego myśli, słowa i uczynki będą ważone jakby na wadze, a on tam niesie ciężkie brzemię grzechów, niewiele zaś dobrych uczynków. On chciałby żyć jeszcze cały wiek, aby pokutować za grzechy i lepiej pracować dla nieba, a tu tymczasem Pan woła: „Pójdź, sługo, zdaj rachunek z twego włodarstwa”. I trwoży się nieszczęsny, i już ma wpaść w rozpacz. Wtem staje Pan Jezus przy łóżku i budzi w nim nadzieję. „Nie rozpaczaj, czy nie wiesz, że Ja jestem Bogiem miłosierdzia, który na to przyszedłem na ziemię, aby odszukać zagubione owce i życie swe za nie położyć? Jeżeli cię trwoży mnóstwo twoich grzechów, wspomnij, że Ja łotrowi na krzyżu przebaczyłem, gdy ze skruchą do Mnie zawołał, a czemu bym tobie nie miał przebaczyć? Maria_EgipcjankaA więc przyjmij Mnie z ufnością, z gdy za chwilę staniesz przed moim sądem, jak mogę zatracić tego , któremu oddałem siebie samego na pokarm duszy?”. I podnosi się chory i z żywą wiarą przyjmuje Zbawiciela, ufny w Jego obietnicę, że kto Go godnie spożywa, żyć będzie na wieki. Maria Egipcjanka przeczuwając bliską śmierć, prosiła pustelnika Zozyma, aby jej w Wielki Czwartek przyniósł na pustynię Komunię świętą. Zozym spełnił tę prośbę, a gdy święta pokutnica ujrzała swego Zbawiciela pod osłoną sakramentu, wyciągnęła ku Niemu ręce i w zachwyceniu powtórzyła słowa Symeona: „Teraz, o Panie pozwól odejść swojej służebnicy w pokoju, bo moje oczy ujrzały Twoje zbawienie”. Niedługo potem zamknęła powieki, mając tę ufność, że ten Pan Jezus, który przyszedł do jej serca jak litościwy lekarz, będzie też dla niej litościwym sędzią.

 

Za św. J. S. Pelczar „Życie duchowe”, t.2

Naśladowanie świętych

Aby się zachęcić do naśladowania świętych, czytaj ich żywoty i rozważaj ich prace, walki i ofiary oraz nagrodę, jaką im Pan wyznaczył w niebie. Pamiętaj, że święci nie byli jakimiś istotami nadziemskimi i anielskimi, ale wszyscy, prócz Najświętszej Panny, musieli staczać twarde boje z pożądliwością, która i po chrzcie św. tkwi i burzy się w ciele. Pamiętaj również, że wszyscy mamy być świętymi, chociaż nie będziemy czynić cudów. swieci_panscyPrzecież do wszystkich powiedział Bóg: Bądźcie świętymi, Bo Ja jestem święty, Pan, Bóg wasz! (Kpł 19,2). Idźmy zatem w ślady naszych braci, którzy już wywalczyli palmę zwycięstwa i otrzymali koronę chwały, bo i cóż zresztą zdoła nas wymówić? Czy nasza słabość? Lecz i święci nie byli od niej wolni i czasem dopuszczali się małych uchybień. Czy pokusy? Lecz i święci ich doświadczali. Czy zły świat? Ale on i dawniej nie był lepszy. Czy obowiązki stanu? Lecz nie ma stanu, który by nie wydał świętych. Czy wątłe zdrowie? Ale wielu świętych przez całe życie chorowało. Czy życie splamione grzechami? Ale niektórzy święci nawrócili się dopiero w późnym wieku. Czy może brak łaski? I to nie, bo Pan nikomu nie skąpi swojej łaski, trzeba tylko wyciągnąć po nią rękę w modlitwie, a zwłaszcza kołatać do Serca Jezusowego, utajonego w Najświętszym Sakramencie, przez Niepokalaną Dziewicę. Wprawdzie miara łask dla różnych jest różna, bo Bóg kocha rozmaitość, ale każdy z nas może z tymi łaskami, jakich mu Pan użycza lub pragnie użyczać, stać się świętym, to jest może ustrzec się grzechu, a czynić dobrze. Cóż nas zatem wstrzymuje? Oto nasze lenistwo, lękające się chwilowego trudu.franciszkanie_pl_6

 

Św. J.S. Pelczar „Życie Duchowe”;  t2

 

Posłuszeństwo

Posłuszeństwo jest bardzo miłe Bogu. Ono jest milsze niż modlitwa, bo wymaga od nas zwycięstwa nad samym sobą, podczas gdy modlitwa daje nam pociechę. Jest milsze niż umartwienie ciała, bo jest umartwieniem miłości własnej i „pokutą ducha”. Jest milsze niż jałmużna, bo jest ofiarą z tego, co nam jest najdroższe i co wyłącznie do nas należy, to jest z naszej woli, a raczej z samowoli. Stąd i Bóg najbardziej tę ofiarę ceni i najhojniej ją nagradza. Opowiadają, że pewien święty pustelnik widział raz w zachwyceniu chóry błogosławionych, którzy na ziemi byli pustelnikami. Pierwszy chór tworzyli ci, którzy swoje choroby znosili cierpliwie, a nawet czynili Bogu za nie dzięki; w drugim byli ci, którzy gościnnie podejmowali podróżnych i pielęgnowali chorych. W trzecim byli ci, którzy wyrzekłszy się świata i ludzkiego towarzystwa, w samotnej pustelni zajmowali się jedynie Bogiem, w czwartym zaś ci, którzy zaparli się własnej woli i całe życie spędzili w doskonałym posłuszeństwie. Ci ostatni odznaczali się szczególną chwałą, na ich szyi błyszczał złoty łańcuch, na ich skroni jaśniała droga korona. „Cóż to znaczy?” – spytał zdziwiony pustelnik. Anioł zaś, którzy mi służył za przewodnika, odrzekł: „Wybrani trzech pierwszych chórów wprawdzie dużo uczynili dobrego, lecz szli w tym za własną wolą, chociaż dobrą, podczas gdy święci czwartego chóru nawet w dobrych rzeczach wyrzekali się własnej woli, poddając ją z miłości Bogu woli przełożonych”.[1]

sulpicjusz_1Zdarza się nawet, że Bóg doskonałe posłuszeństwo nagradza cudem. Opowiada Sulpicjusz Sewerus, że do jednego z egipskich klasztorów przyszedł pewien młodzieniec, prosząc o przyjęcie. Przełożony owego klasztoru, chcąc go wypróbować, wbił suchą laskę w ziemię i kazał mu wodą z Nilu, o dwie mile odległego, podlewać ją tak długo, dopóki nie zapuści korzeni i nie zacznie kwitnąć. Młodzieniec skłonił głowę na znak zezwolenia i wziął się do pracy. Minął rok jeden i drugi, a laska była sucha. Mimo to młodzieniec nie zachwiał się w posłuszeństwie. Pan też wynagrodził jego wytrwałość, bo w trzecim roku owa laska puściła korzenie, zazieleniła się i wyrosła w potężne drzewo, które Sulpicjusz Sewerus własnym oczyma oglądał.

Posłuszeństwo jest również korzystne dla duszy, korzystniejsze niż pobożność, tak że „jedna kropla posłuszeństwa ma większe znaczenie niż całe naczynie najwznioślejszej modlitwy”[2]. Ono jest korzystniejsze niż praca lub pokuta, tak że podnieść słomkę z ziemi dla posłuszeństwa większą ma zasługę, niż głosić kazania, pościć, lub biczować się do krwi, ale z własnej woli[3]. Posłuszeństwo jest korzystniejsze niż zachwyty i objawienia, bo gdy z ich powodu łatwo można popaść w złudzenie lub dumę, w posłuszeństwie nie trzeba się tego lękać.

Nieocenione są owoce posłuszeństwa. Ono przede wszystkim strzeże od grzechu. Kto bowiem we wszystkim słucha Pana Boga, a dla Boga swoich przełożonych, ten oczywiście zgrzeszyć nie może.

 

Św. J.S. Pelczar „Życie Duchowe”;  t2

 

 


[1] Sulpicjusz Sewerus, Dialog o cnotach św. Marcina
[2] Św. Magdalena Pazzi
[3] A. Rodrycjusz

Skrupuły

pelczar-1

Św. J. S. Pelczar

Skrupuły są nie tylko cierpieniem, ale i wadą, w skutkach szkodliwą, gdyż odbierają duszy pogodę, wesele, siłę i męstwo, a wtrącają ją w smutek, niepokój, drażliwość, często nawet w zniechęcenie i rozpacz. Jeżeli są gwałtowne i długo trwałe, mogą sprowadzić obłąkanie lub chęć do samobójstwa. One wstrzymują duszę od dobrego, przedstawiając jej widmo grzechu na każdym kroku. Odwracają od ważnych obowiązków, a zajmują drobnostkami, odstraszają od modlitwy i Komunii św., a wiodą do duchowego lenistwa. Ponieważ zaś rodzą błędne sumienie, stają się dlatego źródłem wielu grzechów. Słusznie powiedział uczony Gerson, że sumienie zbyt ciasne i skrupulatne jest nieraz szkodliwsze aniżeli szerokie, bo pierwsze jest drogą bez końca, która jedynie powoduje zmęczenie, a do kresu, to jest do zbawienia nie prowadzi. Dusza chorobliwie skrupulatna nie przynosi ani Bogu chwały, ani ludziom zbudowania, ani sobie szczęścia. Bóg nie ma bowiem upodobania w służbie pełnej zamieszania i trwogi, ludzie gorszą się jej dziwactwem i zrażają się do życia pobożnego, ona sama staje się dla siebie i dla drugich nieznośnym ciężarem, a tylko szatan, który lubi łowić w mętnej wodzie, ma stąd pociechę i korzyść. Trzeba zatem lękać się tej słabości, tym niebezpieczniejszej, że się jej nie widzi. Jak bowiem wariat nie uwierzy nigdy, że jest wariatem, tak dusza skrupulatna nie chcę się zazwyczaj przyznać do swoich skrupułów.

Aby ustrzec się tej słabości, staraj się poznać zakres swoich obowiązków, abyś mógł zawsze rozróżnić, do czego jesteś obowiązany pod grzechem. A co ci jest tylko polecone jako środek do doskonałości. Módl się zatem o światło z góry i o pokój wewnętrzny, a za przewodnika życia miej sumienie prawdziwe i pewne, to jest kierujące się prawem Bożym, i słuchaj zawsze jego głosu. Chociażby sumienie było w błędzie, ale bez twojej winy, i przedstawiało coś mylnie za dobre, co dobrem nie jest, jeżeli idziesz za jego głosem, nie grzeszysz, czynisz bowiem to, co w dobrej wierze za dozwolone uważasz. Przeciwnie, gdyby sumienie przedstawiało coś jako zło, choćby to złem nie było, nie godzi się tego czynić, bo byłoby to złem dla ciebie, a więc czyn twój byłby grzechem.

 

Św. J.S. Pelczar „Życie Duchowe”; str 338 – t2

Nabożeństwo do NSPJ

Dlaczego należy czcić Serce Jezusowe?
Oto dlatego, że to Serce jest świątynią Bóstwa, tronem łaski, stolicą miłosierdzia i źródłem życia nadprzyrodzonego, życia Bożego na ziemi. Z niego bowiem wypłynęły wszystkie dzieła miłości, z niego wyszedł święty katolicki Kościół, z niego wytrysnęło siedem zdrojów zbawczych – siedem sakramentów. Należy Je czcić dlatego, że to Serce jest źródłem pociech i skarbnicą pełną darów, z której wszyscy mogą czerpać, bo dla wszystkich jest otwarte, a nawet samo nas wzywa i prosi, abyśmy się wzbogacali jego img_0001-528x1024darami: Wszyscy spragnieni, przyjdźcie do wody, przyjdźcie, choć nie maci pieniędzy! Kupujcie i spożywajcie, dalejże, kupujcie bez pieniędzy i bez płacenia za wino i mleko! (Iż 55, 1). Należy Je czcić dlatego, że to Serce jest najdoskonalszym dziełem Bożym, zamykającym w sobie niewysłowione skarby mądrości i miłości Bożej, że jest siedzibą najświętszych uczuć i szkołą najwznioślejszych cnót. Dlatego szczególnie, że to Serce jest ogniskiem i godłem miłości Pana Jezusa – tak tej, którą ma jako Bóg, wspólną z Ojcem i Duchem Świętym, jak i tej, która wypełniała Jego słowa i czyny; tej miłości, która Go uczyniła wyniszczonym, pokornym, miłościwym, słodkim i oddającym się wszystkie cierpienia; tej miłości, która Mu kazała płakać nad grobem Łazarza i dopuścić do swoich stóp pokutującą grzesznicę; tej miłości, która Go przybiła do krzyża i uczyniła więźniem naszych przybytków. Otóż tę miłość wyobraża Jego Najświętsze Serce, tę miłość chcę On przelać w nasze serca i to jest właśnie pobudką nabożeństwa do Serca Jezusowego.

 

 

Św. J.S. Pelczar „Życie Duchowe”; str 338 – t2