Pochwała miłości

Wielka to rzecz miłość, wielkie dobro, ona czyni lekkim to, co ciężkie, i spokojnie znosi wszelkie niepokoje. Bo dźwiga ciężar bez ciężaru, a każdą gorycz zaprawia słodyczą i daje jej smak wyborny. Szlachetna miłość Jezusa popycha do czynienia rzeczy wielkich i pobudza do pragnienia coraz doskonalszych.

Miłość pragnie wznosić się wysoko, a nie grzęznąć w niskich popędach. Miłość pragnie być wolna i obca wszelkiej ziemskiej czułostkowości, aby nic nie przeszkadzało jej wewnętrznemu spojrzeniu, aby żadne przemijające szczęście nie uwikłało jej w drodze i nie zepchnęło w nieszczęście.

Nic łagodniejszego od miłości, nic silniejszego, nic wyższego, nic ogromniejszego, nic szczęśliwszego, nic pełniejszego i lepszego w niebie i na ziemi, bo miłość wywodzi się z Boga i dlatego tylko w Bogu może spoczywać wzniesiona ponad całe stworzenia.

Kto kocha – fruwa, biegnie, cieszy się, wolny i nieskrępowany. Wszystkim wszystko oddaje, wszystko we wszystkim posiada, bo spoczywa wysoko ponad wszystkim, tam, skąd wypływa i pochodzi wszelkie dobro. Miłość nie patrzy na dary, ale obraca się całą ku temu, kto daje, wznioślejsza niż samo posiadanie. Miłość nie zna miary, jej płomień przepala wszelkie miary.

Miłość nie odczuwa ciężaru, nie liczy trudu, nie mierzy zamiary na siły, nie tłumaczy się niemożliwością, sądzi, że wszystko może, wszystko potrafi. Porywa się więc na wszystko, wszystko zdobywa i osiąga tam, gdzie ten, kto nie kocha, znużony odpada.

Miłość czuwa i śpi nie śpiąc. Zmęczona, nie nuży się, spętana, nie daje się spętać, pełna trwogi – nieustraszona, jak płomień żywy i płonąca pochodnia wybucha w górę i bez szkody wszystko przenika.

Kto kocha, zna to wielkie wołanie. Żarliwa miłość ducha brzmi wielkim krzykiem w uszach Boga: Boże mój, moja miłości, należysz cały do mnie, jak i ja cały jestem Twój.

 

O naśladowaniu Chrystusa; Tomasz a Kempis – Cz. III; rozdział V

 

Imię Maryi

Imię to jest znakiem w krainie myśli, uczucia, woli, namiętności i cierpienia. Znak to, który sieje blaski lub pomrokę, budzi słodką radość lub zaprawia goryczą. Jakie znaczenie ma dla mnie imię Maryi?

  1. Oznacza blask i światłość świt życia duchowego, promieniowanie wszelkiej cnoty, jak pokory, prostoty, posłuszeństwa, skromności, zgadzania się z wolą Bożą. Atoli w szczególności oznacza ono nienaruszoną, dostojną czystość, która rozlana jest po obliczu Najświętszej Panny i po całym jej jestestwie, oznacza wcielone, chwałą uwieńczone dziewictwo. Imię Marji jest słupem ognistym dla zmysłowego, zbrukanego świata. W zepsutej naszej naturze raz po raz budzą się chuci cielesne, często wybucha ponury ogień nieczystości, wzniecający pokusy w myślach, pragnieniach i słowach. Ogień ten wkrada się do duszy przez oczy, umie się uśmiechać, schlebiać, oczarować, a poczucie wstydu utrudnia potem wyznawanie tych grzechów na spowiedzi. Im bardziej będziemy kochać Maryję, której samo imię już jest czystym blaskiem, tym większy wstręt i obrzydzenie ogarnie nas do wszystkiego, co lubieżne. Pismo święte z naciskiem podnosi jej potęgę: „Któraż to jest… ta piękna i straszna jak wojsko uszykowane?” A skąd taka jej moc? 1. Z piękności i jasności jej duszy, wszystko podbijającej. Jej się poddajmy, a wyzwolimy się z nagabywań złego. „Wywyższyłam się jako palma…” 2. Z jej wstawiennictwa. Ona Matką i obroną dzieci bożych.
  2. „Marja” znaczy gorycz. Ona matką Syna, przybitego do krzyża, zatem i sama do tego krzyża była przygwożdżona. Przystaje więc do niej to imię. Przypominając sobie jej gorzkie przejścia, uczuwamy współczucie i boleść. I z cicha szepczemy jej imię: „Mario, morze goryczy”, przyjmij moje pozdrowienia, wieleś ucierpiała, wieleś zniosła, by stać się moją matką. Gdy słyszę twe imię, gorzkość morza przychodzi mi na myśl, atoli imię twoje zawsze dla mnie słodkie. Gdy zgorzknieje mi kiedykolwiek życie, będę sobie przypominał imię św. Dziewicy, ono mię napełni pociechą i otuchą.
  3. „Marja” znaczy także tyle, co „pani, władczyni”. Kiedy Izraelici przeprawili się przez morze Czerwone, a Egipcjanie utonęli w falach, Marja, siostra Mojżesza, zanuciła hymn zwycięstwa, a za nią szły niewiasty, bijące w bębny i ugrupowane w chóry śpiewaczek. Marja ta jest typem Najświętszej Panny, która również umie zwyciężać i wznosić hymny triumfalne. Zwyciężyła grzech, który nigdy nie miał do niej przystępu, i potężna była przez miłość Syna Bożego, który był jej poddany. Jest panią pokoleń, składających jej hołdy i błogosławiących jej, pokoleń, które się do niej uciekają i u niej znajdują ukojenie… O Marjo, twoim chcę być sługą!

 

Rozmyślania o Ewangelji; ks bp dr. Ottokar Prohaszka; Wydawnictwo Księży Jezuitów, Kraków 1931

Działanie ducha własnego

Natura, czyli duch własny, zwykle szuka tego, co się podoba zmysłowości i co schlebia miłości własnej, a jeżeli rwie się do dobrego, wybiera to, co jest piękne, wielkie i miłe, a nie to, co pomnaża chwałę Bożą. We wszystkim szuka swego zadowolenia siebie samą ma na celu. Ustawicznie też zwraca się ku sobie, tak iż ośrodkiem jej działania jest jawne lub ukryte „ja”. Jest zmysłowa i żądna pociech, lubi wygody, dobry stół, miłą zabawę, czułą przyjaźń. Jeżeli wyrzeka się pociech ziemskich, wówczas szuka duchowych, do których lgnie z całą siłą. Jest leniwa i rozmiłowana w gnuśnym spoczynku. Jeżeli zaś działa, to gwałtownie i hałaśliwie, z stąd z pośpiechem i niepokojem. Jest przywiązana do swojej woli, a nie chce być krępowana i nie znosi innego jarzma oprócz tego, które sama wybiera. Jest chciwa czci i sławy, pragnie być widziana i chwalona, a obawia się zawstydzenia i wzgardy. Jest samolubna i wszystko czyni dla własnej korzyści, a chociaż zdaje się uczynkami mierzyć do Boga, trafia jednak do siebie. Jest ciekawa, lubi nowinki, rozrywki i zajęcia zewnętrzne; przeciwnie, skupienie i czuwanie nad sobą nie należą do jej przyjaciół.

W działaniu nie troszczy się o intencję, lecz całą uwagę zwraca na to, by czyn był okazały na zewnątrz, bo pragnie wewnętrzną próżnię wypełnić zewnętrznym blaskiem. Stroni od rzeczy małych i niskich, a za to nierozważnie rwie się do wielkich i błyskotliwych, niby to licząc na pomoc Bożą, a w istocie na własne siły. Jeżeli podoba się jej jakaś czynność, z taką radością, a nawet z gorączkowością ją spełnia, że z trudnością daje się od niej oderwać. Jeżeli się jej nie podoba, wtedy ją opuszcza albo wykonuje z niedbalstwem i wstrętem. Nadto natura przywiązuje się łatwo do tego, co czyni. Jeżeli jej ktoś przeszkadza, smuci się i gniewa, a nawet broni z uporem. Ponieważ się opiera na sobie, jest niestała i chwiejna, łatwo zraża się przeszkodami lub przechodzi z jednej czynności do drugiej, bo jej normą postępowania nie jest wola Boża, ale własne zachcianki. Jeżeli jest pod wpływem miłego wrażenia, rozpuszcza swe skrzydła i szybkim lotem zdąża ku niebu; rozpłomieniona, wyrzuca z siebie niczym iskry, postanowienia, ofiary i śluby. Lecz gdy zetnie mróz zawodu lub cierpienia, pada zemdlona na ziemię i jest jakby martwa. Lubi się rozczulać i wylewać łzy, tak jednak, że ich źródło nie tryska z opok łaski, ale z mielizny naturalnej czułości, dlatego te łzy nie mają wartości. Czasem nawet walczy ze sobą, nie wzbrania się przed umartwieniem, nie lęka się cierpień, lecz gdybyśmy zbadali intencję, poznalibyśmy, że szuka w tym siebie. Tak jest jednak przebiegła i chytra, że tę pobudkę ukrywa nie tylko przed ludźmi, ale i przed sobą.

 

Józef Sebastian Pelczar; Życie Duchowe; t2, Wyd. Św. Stanisława BM; Kraków 2012

 

Doskonalenie posłuszeństwa

Doskonalenie posłuszeństwa jest doskonaleniem miłości ku Niepokalanej

Obecnie przygotowuje się cięższy atak masonerii na nas. Jest to stara historia, która obecnie się ciągle powtarza. Wąż wciąż czyha i Niepokalana wciąż mu głowę miażdży(por. Rdz. 3,15). Polecajmy sprawę Niepokalanej, żeby wszystko było według Jej Woli. Trudności też są potrzebne, żebyśmy czuwali. Jak żołnierz czuwa na warcie, tak samo trzeba, żeby każdy z nas czuwał. […]

Im oddanie się nasze Niepokalanej będzie gruntowniejsze, tym miłość nasza ku Niej będzie głębsza i sprawy zewnętrzne lepiej się będą układały.

Jeden z braci pisze do mnie, żeby mu odpisać, jak ja kocham Niepokalaną, gdyż on tak samo chce kochać. Na akademii niedzielnej (w niedzielę MI) poruszyłem sprawę doskonalenia posłuszeństwa, które jest istotą miłości. Na czym więc ono polega? Czy może na uczuciu? – Uczucie nie jest rzeczą istotną. Uczucie jest przemijające. A nawet może być i może go nie być. Miłość nie polega na uczuciu. Nie trzeba się trapić, jeśli go brak, i nie radować się zbytnio, jeśli się w nie obfituje. Uczucie wprawdzie wzmacnia miłość, lecz nigdy nie jest istotą miłości. – Nieraz bierze się uczucie za miłość. – Jeśli chodzi o miłość ku Niepokalanej – to można sobie pofolgować. Więc owszem i uczucie jest dobre. Przede wszystkim jednak doskonalenie posłuszeństwa, zlanie się naszej woli z Jej wolą.

To posłuszeństwo nadnaturalne wciąż trzeba pogłębiać. Łatwo nam się miesza posłuszeństwo nadnaturalne z posłuszeństwem naturalnym. Nieraz dusz jest przekonana, że jest posłuszna nadnaturalnie, gdy tymczasem okazuje się, że jest posłuszna naturalnie.

Jak poznać kiedy posłuszeństwo jest nadnaturalne? Weźmy pod uwagę takie przykłady: Żyd będzie słuchał, gdy powiedzenie jest mądre i korzystne dla niego; niewierzący – gdy powiedzenie jest zgodne z jego zapatrywaniami; inny znowu będzie słuchał, bo go za to spotka pochwała. – Tak słuchać potrafi i poganin.

Żeby było posłuszeństwo nadnaturalne, to musi pochodzić nie z rozumu, ale z wiary. Pismo Święte mówi: „Sprawiedliwy mój z wiary żyje”(por. Rz. 1,17). – Odległość między wiarą a rozumem jest nieskończona. Porządek nadnaturalny opiera się na wierze. Dusza zatem opierająca się na nieskończenie więcej działa, niż dusza opierająca się na rozumie. Stąd też, jeśli chcemy, by praca nasza w zdobywaniu dusz była owocniejsza, musimy więcej do Woli Bożej się dostosować, w naszym języku – do woli Niepokalanej.

Kiedy możemy się upewnić, że posłuszeństwo nasze jest nadnaturalne? Kiedy w naszym posłuszeństwie mniej jest motywów naturalnych. Kiedy przełożony nie jest doskonały, a nawet może gburowaty i jeśli wtedy z takim samym zadowoleniem spełniamy polecenia, jak gdyby ono pochodziło od człowieka cnotliwego i mądrego, to wtedy posłuszeństwo w nas jest nadnaturalne. Jeśli natomiast jest przeciwnie, wtedy jest jeszcze wiele do doskonalenia. – Komu się zdawało, że u niego jest posłuszeństwo doskonałe, niech je jednak jeszcze doskonali, bo „kto jest święty – mówi Pismo Święte – niech będzie jeszcze świętszy”(por. Ap 22,11).

Więc doskonalenie posłuszeństwa jest doskonaleniem miłości ku Niepokalanej. Kiedy mimo przykrości dla zmysłów, gdy braknie nawet uczucia – polecenie przyjmuje się z równym zadowoleniem, wtedy jest posłuszeństwo doskonałe i wtenczas można powiedzieć, że jest posłuszeństwo nadnaturalne. Jeśli się myśli inaczej, jeśli się jest innego zdania – a idzie się wbrew temu, wtedy jest się posłusznym nadnaturalnie. – Nie znaczy to, żeby nie poddawać racji, gdy zajdzie potrzeba. Gdyby kto zaniechał podania racji, nie byłoby to doskonałością. Więc i owszem i racje podać można, i trzeba. Chodzi tylko o to, żeby tak ze strony podwładnego, jak i przełożonego było swobodne wypowiedzenie się. To, że ze swej strony poda się racje, nie jest uszczerbkiem dla doskonałego posłuszeństwa. Jeśli jednak przełożony rozpatruje racje i mimo wszystko poleci rozkaz spełnić, wtedy już racje trzeba zostawić na boku i robić tak, jak każe posłuszeństwo.

I więcej pójdziemy drogą nadnaturalnego posłuszeństwa, tym bardziej Niepokalana będzie mogła nami kierować. Pogłębiajmy więc doskonalenie nadnaturalnego posłuszeństwa. U nas w Niepokalanowie niech każdy będzie Jej narzędziem. Tu niech nie będzie żadnego „ale”. Wtedy Ona będzie wszystkim kierowała. Wtedy te zewnętrzne rzeczy nie będą przeszkodą.

Niepokalanów, sobota 7 wrzesień 1938.

 

 

Z „Konferencje św. Maksymiliana Marii Kolbego”, WOF Niepokalanów 2009, wyd IV.

Czystość pobudek

  1. Mieć Boga za ostateczny cel działania – takie jest prawo życia duchowego.
    Wszyscy uznają wpływ skłonności na życie moralne, ale nie wszyscy zdają sobie jasno sprawę z wpływu zamiarów, czyli intencji. Związek tych ostatnich z naszymi czynami nie jest tak bliski i widoczny, a jednak trzeba pamiętać, że pobudki są pierwszymi sprężynami całego naszego postępowania. Działać z tych czy innych pobudek znaczy mieć zasady, wiedzieć dokąd się dąży.
    Wzgląd wyższy, wzgląd na prawo Boże zajmuje w dziedzinie pobożności miejsce pierwsze. Będziesz miłował Pana Boga twego ze wszystkiego serca twego, z całej duszy twojej i ze wszystkich sił twoich. Tak brzmi prawo, a oto jego zastosowanie:
    Chociaż tedy, jecie, choć pijecie, choć co innego czynicie wszystko ku chwale Bożej czyńcie (1 Kor 10.31).
    Sprawy Boga, Jego chwała, Jego upodobanie – oto pobudka, która ma ożywiać całe życie duchowe i wywierać wpływa na najdrobniejsze nawet czynności.
    Choć rozum nasz uznaje ten obowiązek, natura łatwo od niego odchodzi. Instynktownie uderza nas we wszystkim ta strona, która stanowi o naszej korzyści lub przyjemności. Nawet w pobożności nie przestajemy szukać sami siebie: tak naturalne jest żyć dla siebie.
    Dać Bogu miejsce, jakie mu się należy, unikać wszelkiego przywłaszczania sobie tego, do czego nie mamy prawa: oto na czym polega nieustanna praca oczyszczania intencji.
    Aby uwydatnić piękność i ogrom tego obowiązku, zapożyczamy od św. Ignacego jego mistrzowską naukę, od której jako od podstawy zaczyna on swoje Ćwiczenia.
    Cel człowieka. Człowiek został stworzony na to, aby Pana Boga znał, chwalił Go i służył Mu; taki jest jego cel i dążąc do tego celu, dojdzie on do nieba.
    Zwróćmy uwagę na to, że Bóg jest celem życia: nie jest nim bezpośrednio moje zbawienie, a tym bardziej maja w danej chwili przyjemność; moje zbawienie jest wprawdzie moim celem, ale drugorzędnym.
    Przyczyna istnienia stworzeń. Inne rzeczy, znajdujące się wokół człowieka, stworzone są po to ażeby były dla niego środkiem do chwalenia i kochania Boga oraz do służenia Mu.
    Inne rzeczy, to znaczy wszelkiego rodzaju dobra, radości i cierpienia, wszystko, co mnie spotyka, co stanowi treść mojego życia.
    Prawidło praktyczne. Wynika stąd, że człowiek powinien się tymi rzeczami posługiwać o tyle, o ile pomagają mu one w dążeniu do celu i odwracać się od nich o tyle, o ile są mu przeszkodą… ani mniej, ani więcej.
    To stanowcze sformułowanie zawiera w sobie wiele światła! Jeśli zapatruje się na każdą rzecz z punktu widzenia moje przyjemności czy pożytku, a nie jako na środek uwielbienia Boga i służenia Mu, to mam na względzie siebie, oddalam od przeznaczonego celu i siebie, i te rzeczy, których mam używać.
    Usposobienie umysłu. Powinniśmy zatem czynić się obojętnymi na wszystko co stworzone, tak byśmy nie wybierali sami dla siebie zdrowia ani choroby, bogactwa ani ubóstwa, sławy ani upokorzenia, życia długiego lub krótkiego, pragnąc i szukając tego jedynie, co może nas lepiej doprowadzić do celu, dla jakiego jesteśmy stworzeni.
    Posiadanie, na mocy powziętego postanowienia, takiego usposobienia umysłu dowodzi dobrego stanu woli; trwanie, wskutek długiego nawyku, w takim oderwaniu jest objawem dobrego stanu natury czyli cnoty. Obojętność tę można nazwać usposobieniem przygotowawczym, gdyż ustaje ono z chwilą, gdy wola Boża wskazuje nam jakiś cel, jakiś przedmiot ukochania.
  2. Działać przez wzgląd na siebie samych – takie jest błędne prawo naszej natury. Pogodnie patrzy na świat i pewny jest, że dobrze pokieruje życiem, ten, kto rządzi się względem na chwałę Bożą i na sprawy Boże; własne ja schodzi tutaj na drugi plan. Własne ja to pycha, zmysłowość, zadowolenie, szukanie korzyści osobistych, choćby nawet duchowych.
    Czy poczucie obowiązku nie poprzestaje u mnie na pragnieniu: byle tylko nie zgrzeszyć? Czy ideał doskonałości, jaki sobie zakreślam, nie ogranicza się do unikania niedoskonałości, co jest bardzo nie jasne?
    Ależ źródłem wszelkich niedoskonałości jest szukanie siebie: a przecież, niestety, całe moje życie jest wypełnione szukaniem siebie!
    Ukrywa się ono pod pięknymi słówkami: „Boże mój! Do Ciebie należę całkowicie! Pragnę żyć tylko dla Twojej chwały!” Mówię to z całą szczerością, ale czy także usposobienie wewnętrzne jest w zgodzie z tym, co mówią usta? Czy nie należę raczej do tego, czego pragnę, co mnie zajmuje, nad czym cierpię – czy nie należę w szczególności do tego, co kocham?
    Czy mogą sobie przyznać, że cierpię dla Boga, że raduję się chwałą, jaką On odbiera z każdej rzeczy? Czy ma przekonanie, że wszystkie rzeczy na tym świecie są dla mnie szczeblami, po których mam się ku Niemu wznosić? Że stanowią one drobne cząsteczki dobra, rozproszone i niewyraźne, które mam do Niego doprowadzić, na wzór liści, które ku pożytkowi drzewa zatrzymują na sobie odrobiny węgla przynoszone im przez wiatr?
    Wobec choroby, nędzy, niesprawiedliwości, opuszczenia doświadczam wstrętu – jest to wrażenie czysto naturalne, które samo przez się nie odwraca mnie od Boga. Ale dać się temu wrażeniu opanować i powodować – to już stanowi naruszenie porządku, a czy ja nie robię tego codziennie? Czy nie pragnę zbyt żywo szacunku, miłości, zdrowia, tysiącznych rzeczy, których całą wartość stanowi ta cząstka chwały, jaką Bóg może z nich mieć przez mnie?
    Niektóre osoby, te zwłaszcza, które pędzą życie samotnie, troszczą się nadmiernie o swoje zdrowie. Nie mając żadnych obowiązków, ani głębokich przywiązań, które by je odrywały od tej troski, badają ciągle siebie, wszystkiego się boją, najdrobniejsze wrażenia biorą za groźne objawy i ostatecznie nie są dla nikogo pożyteczne. I w takiej sytuacji mieć polot ducha!
    Inne znowu są wrażliwe na cierpienia moralne: nikt nie cierpi tyle, co one, nikt nie umie ich zrozumieć! Ten bardzo często zdarzający się rodzaj samolubstwa ma to do siebie, że osoby nim dotknięte wcale go w sobie nie widzą.
    Niepokoje sumienia często pochodzą z samolubstwa i jeszcze bardziej to samolubstwo potęgują. Nabrawszy zwyczaju badania swoich usposobień i wrażeń osoby te nieustannie zatopione są w sobie; ich pobożność jest oschła, zawikłana, prawie zawsze znudzona i niezdolna do polotu.
    Lubią się żalić i wzbudzać politowanie innych, nużą uszy przyjaznych sobie osób.
    Duszom tym zagraża jeszcze inne niebezpieczeństwo. Niby to szukając powetowania, gotowe są z łatwością pozwalać sobie na niebezpieczne przyjemności. Gorliwość nie daje się pogodzić z tego rodzaju usposobieniem. Jaki sposobem te biedne dusze mogą robić postępy, skoro postępować znaczy iść do Boga, a one idą tylko same do siebie.
    Wniosek: Dopóki wzgląd na Boga nie wejdzie mi w zwyczaj, dopóki nie zacznę kierować wszystkimi moimi krokami, dopóty nie przestanę być istotą nieświadomą swoje drogi, igraszką sprzecznych prądów. Będę jak kółko w maszynie, które nie jest na swoim miejscu, w wskutek tego źle działa i wprowadza wokół siebie zamęt.
    Boże mój, daj mi poznać niskość moich zbyt samolubnych pobudek, potrzebę uszlachetnienia ich przez wzgląd na Twoją chwałę we wszystkim!… To prawdziwy przewrót, jaki mam zaprowadzić w moich pojęciach – drogowskazem i treścią mojego życia moralnego mam uczynić pierwiastek nadprzyrodzony.

 

Wg „Spowiedź Przygotowanie do Sakramentu Pokuty”, Warszawa 2005

Trzech nieprzyjaciół

Trzech mamy nieprzyjaciół naszej duszy i naszego zbawienia, z którymi musimy walczyć.

Pierwszym z tych nieprzyjaciół jest świat. Świat swoimi ponętami, którymi nam zaleca dobra widzialne, więc marne i kłamliwe, pociągając nas, tym samym odciąga nas od dóbr niewidzialnych, prawdziwych, trwałych, bo wiecznych. Dlatego pisze św. Jak w liście swoim: Nie miłujcie świata, ani tego co jest na świecie. Jeśli kto miłuje świat, nie masz w nim miłości Ojca. Albowiem wszystko, co jest na świecie, jest pożądliwość ciała, i pożądliwość oczu i pycha żywota, która nie jest z Ojca, ale jest z świata. – A świat przemija i pożądliwość jego. Lecz kto czyni wolę Bożą, trwa na wieki(1J 2, 15-17).

Drugim, daleko zaciętszym naszym nieprzyjacielem jest nasze własne ciało. Ciało – mówi św. Paweł – pożąda przeciwko duchowi, a duch pożąda przeciwko ciału(Gal 5,17). Ciało pożąda rozkoszy niskich, zniżających nas do zwierząt, duch zaś pożąda rozkoszy świętych, które są w dobrach zacnych i w Bogu, Najwyższym Dobru. Rozkosze cielesne uniemożliwiają kosztowanie czystych radości ducha. Tu tedy walka jest najzaciętsza, między zmysłową a duchową częścią naszej duszy, a tak uporczywa, że nie pozwala złożyć oręża aż do ostatniego tchu naszego życia. Św. Augustyn mówi, że rzadko tu ktoś jest zwycięzcą. Bo zwycięzcami mogą być ci, którzy w świętej nienawiści do siebie przez umartwienie ukrzyżowali ciało swe z namiętnościami i z pożądliwościami (Gal 5,24).

Atoli najstraszniejszym naszym nieprzyjacielem jest czart, od którego wziął początek grzech, i z którego nieustającą dążnością jest nas wtrącić w grzechy, w stanie grzechu utrzymać i zgubić wiecznie. O walce ze złymi duchami tak mówi św. Paweł: Nie mamy walki przeciw ciału i krwi, ale przeciw książętom i władcą, przeciwko rządcom świata tych ciemności, przeciwko duchowym złością w niebiesiech (Ef 6,12). Jakże tu zwyciężyć w tej walce z duchami, mającymi stokroć subtelniejszy umysł od naszego a przy tym są niewidzialnymi. Wprawdzie Bóg otoczył nas strażą swoich Aniołów, ale przy tym kazał nam czuwać i modlić się, abyśmy nie weszli w pokuszenie(Mat 26, 41)

Św. Antoni widział pewnego razu cały świat pokryty sieciami i przerażony tym widokiem, zawołał: Panie, a któż ich ujdzie? – I usłyszał głos: Pokorny!

Tak pokorny ustrzeże się tych sieci, bo on będzie czuwać i modlić się, pyszny ich się nie ustrzeże, bo zaufany w sobie, nie będzie się miał na ostrożności w tym względzie i tak w nie wpadnie. Tak tedy w walce z tym największym nieprzyjacielem tylko zwycięża pokorny, a pyszny zgubi się, pysznego bowiem ten duch pychy już ma w swojej mocy.

 

 

Ks. Jan Adamski; Pokora podstawą życia chrześcijańskiego; Wyd. św. bp J.S.Pelczara Rzeszów 2017

 

Doczesne przyjemności

Powiem ci o miłości niedoskonałej. Nie zamilczę przed tobą o złudzeniu, jakiemu ulegają ci, co kochają Boga dla swej własnej pociechy. Wiedz o tym, że jeśli sługa Boży kocha Go niedoskonale, szuka nie tyle Boga, ile pociechy, dla której Go kocha.

Przekonać się o tym można przez to, że kiedy mu braknie pociechy duchowej lub doczesnej, smuci się. O pociechy doczesne chodzi przede wszystkim ludziom tego świata, którzy spełniają pewne czyny cnoty, dopóki im się dobrze powodzi. Lecz kiedy spotka ich przykrość, którą zsyłana jest dla ich dobra, doznają zamieszania w tej odrobinie dobra, które czynili. Gdyby ich spytać, skąd to zniechęcenie twoje, odpowiedzą: „Bo spotkało mnie nieszczęście, i to nieliczne dobro, które czyniłem, wydaje mi się stracone, gdyż nie spełniam go już, jak sądzę, z tym sercem i z tą ochotą, jak to czyniłem dawniej. Powodem tego jest udręczenie, którego doznałem, bo przedtem, zdaje mi się, z większym pokojem i pogodą serca, czyniłem więcej, niż czynię teraz”. Mówiąc tak, łudzą się co do źródła własnej przyjemności.

Nieprawdą jest, że udręczenie jest przyczyną tego, iż mniej kochają i mniej działają. Czyny, które się spełnia w czasie udręczenia, mają przez się taką samą wartość, co dzieła dokonywane przedtem w czasie pociechy; mogłyby nawet mieć wartość większą, gdyby się z nimi łączyła cierpliwość. Prawdą jest, że właśnie z pomyślności czerpali swą radość, a miłość, którą żywili dla Boga, okazywali Mu w tych nielicznych czynach cnoty. Serce ich było spokojne, bo zadowalali się tym skąpym działaniem. Gdy zabrakło im pociechy, która była całą ich radością, zdaje im się, że stracili pokój, który, zdaniem swoim, znajdowali w pełnieniu cnoty.

Łudzą się, dzieje się z nimi jak z człowiekiem, który ma ogród. Człowiek ten upatruje przyjemność w przebywaniu w swoim ogrodzie i w jego uprawianiu. Zdaje mu się, że lubuje się w uprawie ogrodu, podczas gdy naprawdę pociąga go tylko ogród. Jedno zdarzenie objaśni go co do prawdy uczuć. Człowiek traci ogród i odtąd nie znajduje upodobania w ogrodnictwie. Gdyby główną przyjemność widział w samej pracy dal ogrodu, nie przestałaby mu się ona podobać, choć nie posiada on już swego ogrodu. Tak samo ten, który lubuje się w pełnieniu cnoty bardziej niż w pociechach zewnętrznych, nie opuści się w dobrych uczynkach, nie przestanie, o ile nie chce, znajdować w nich spoczynku dla ducha. Gdy przyjdzie niepowodzenie, nie będzie taki jak ów, co utracił ogród.

Poszukiwanie więc własnej przyjemności łudzi ludzi co do własnych czynów. Mówią oni zwykle: „Wiem, że czyniłem lepiej dawniej i znajdowałem w tym więcej pociechy, zanim zostałem tak doświadczony. Przyjemnością było dla mnie czynić dobrze. Teraz nie bawi mnie to, i nie zajmuje wcale”. Sąd ich jest równie fałszywy jak ich słowa. Gdyby szukali zadowolenia w czynieniu dobra, dla miłości samego dobra i cnoty, nie straciliby ochoty, przeciwnie, wzmogłaby się ona i wzrosła. Lecz ponieważ pełnienie cnoty oparte było tylko na własnym ich zadowoleniu zmysłowym, przeto słabnie i ginie.

Oto złudzenie, w które popada większość ludzi, czyniąc dobrze. Oszukują się sami przez poszukiwanie własnej przyjemności.

Słudzy Boga, trwający jeszcze w tej miłości niedoskonałej szukają i kochają Go przez przywiązanie do pociechy i radości, którą w Nim znajdują. Ponieważ Bóg nagradza wszelkie dobro, które się czyni, dając więcej lub mniej, wedle miary miłości tego, który ją otrzymuje, więc Bóg udziela pociech duchowych, już to w ten, już to w inny sposób, w czasie modlitwy. Jeśli to czyni, to nie dlatego, aby dusza nieświadomie czyniła zły użytek z pociechy i zamiast kochać przede wszystkim Boga, który ją nam daje, zważała więcej na pociechę, która została jej dana. Bóg chce, aby dusza ceniła bardziej uczucie miłości, z jakim otrzymuje dary i swoją niegodność, niż przyjemność własnej pociechy.

 

Św. Katarzyna ze Sieny, Dialog o Bożej Opatrzności czyli księga Boskiej nauki, Poznań 2012

Bądźmy z Chrystusem!

Jesteśmy chrześcijanami: bądźmy tedy z Chrystusem, a nie z jego sędziami. O, niech nas Bóg strzeże, abyśmy mieli Chrystusa sprzedać za trzydzieści srebrników! Niech nas Bóg strzeże wydać na niego Kajfaszowe potępienie. Lecz jeśli nie chcemy być Judaszami, strzeżmy oczy nasze i wyobraźnię od pożądania dóbr tego świata i wszelkiej chciwości; nie sądźmy z Judaszem, że pieniądz lepszy niż Bóg. Jeśli z Annaszem spółki mieć nie chcemy, strzeżmy umysł nasz i rozum od ufności w siebie i zarozumiałości. Niech z Annaszem nie sądzimy, że nasz sąd i nasze widzimisie mędrsze, niż prawda Boża. Jeśli nie chcemy Kajfaszem zostać, strzeżmy duszę naszą od chęci panowania, od chęci posiadania innych, od zazdrości bezbożnej. Niech z Kajfaszem nie sądzimy, że nasza wola, chęć świętsze, niż przykazanie Boże. W ten sposób tylko nie będziemy sędziami Chrystusa. W ten sposób także do tego przyjdziemy, że będziemy prawdziwie z Chrystusem. Niech wierzymy, że Bóg Dobro, Prawda, Pan, a przykazania Jego Zakon Żywota. A wtedy dopiero prawdziwie i rzeczywiście z Chrystusem będziemy, kiedy nas chciwość zdradzi, kiedy nas duma odepnie, kiedy nas zazdrość potępi. O, szczęśliwi, trzykroć szczęśliwi kiedy to nas spotka! Cieszmy się wtedy i radujmy, wyskakujmy i weselmy się, bośmy wtenczas prawdziwie z Chrystusem. Tak jak Apostołowie cieszyli się i szli weseląc się, ibant gudentes, sprzed oblicza zboru żydowskiego, iż godni byli z Chrystusem cierpieć, z Chrystusem być osądzeni, z Chrystusem odepchnięci, z Chrystusem potępieni, tak i my wtenczas cieszmy się i weselmy, bośmy wtenczas prawdziwie Chrystusowi, bośmy wtenczas pewni, że jak z Chrystusem współcierpimy, tak z Chrystusem będziemy współuwielbieni!

 

Ks. Piotr Semenenko Kazania o męce i śmierci Pana Jezusa; Viator Warszawa 2001

 

Pożyteczne trudności

O pożytku z trudności

  1. To dobrze, że niekiedy napotykamy trudności i przeszkody, bo one zmuszają człowieka, aby wejrzał w swoje serce i przypomniał sobie, że jest tu tylko przechodniem i nie ma prawa budować nadziei na żadnej rzeczy tego świata.
    To dobrze, że cierpimy czasem zarzuty i oskarżenia i że niektórzy źle o nas myślą, nawet jeśli staramy się i czynimy dobrze. To pomaga nam wyrobić w sobie pokorę i nie dopuszcza do nas próżnego rozgłosu. Wtedy bowiem, kiedy ludzie nie doceniają nas i niedobrze o nas sądzą, usilniej szukamy naszego wewnętrznego świadka – Boga.
  2. Dlatego człowiek powinien opierać się wyłącznie na Bogu, aby nie musiał szukać nieustannie potwierdzenia siebie u ludzi. Człowiek dobrej woli, dopiero kiedy gnębią go pokusy albo złe myśli, pojmuje, jak bardzo potrzebny mu jest Bóg i już wie, że bez Niego nie mógłby zdziałać nic dobrego.
    A przecież kiedy jest smutny, jęczy i modli się, aby Bóg odjął mu cierpienie. Czasem wydaje mu się, że nie warto żyć dłużej, przywołuje śmierć, aby uwolnić się od bólu i móc przebywać z Chrystusem. Dopiero wtedy zaczyna rozumieć, że tu, na świecie, nie ma trwałego bezpieczeństwa i pokoju.

 

O naśladowaniu Chrystusa; Tomasz a Kempis – Cz. I; rozdział XII

Przez Belzebuba wyrzuca czarty

Niektórzy jednak z nich rzekli: Mocą Belzebuba, księcia czartowskiego, wypędza szatanów… Ale on, znając ich myśli rzekł do nich: Każde królestwo, szarpane w sobie niezgodą, pustoszeje, a dom na dom się zwali. (Łuk. 11, 15-17).

  1. I oni także byli ludźmi, którzy sądzili, że pragną tego co dobre, z przecież tak krzywo myśleli o Panu. Oto na jakie zaćmienie i spaczenie narażone jest podmiotowa pojmowanie rzeczy. Może ono być całkowicie przesiąknięte pierwiastkami uczuciowymi i dlatego wszystko rozumieć opacznie, nawet Chrystusa. O takich mówi Pan: „Plemię jaszczurcze, pełni jesteście jadu, który wyrzucacie z siebie słowem i czynem. Jesteście jak te zwierciadła wklęsłe, wszystko się w waszym umyśle wykrzywia”. – Bo też do poznania prawdy potrzeba duszy oczyszczonej, kornej, uporządkowanej, podniosłej. Upodobanie i nieupodobanie, niechęć i sympatia silnie na sąd wpływają. Potrzeba badać gruntownie i wyzwalać swój umysł, by osiągnąć cnotę. Tu szerokie pole do pracy.
  2. Ale jeśli palcem bożym czarty wypędzam, zaiste przyszło już do was królestwo boże. O posłannictwie Jezusa wątpić niepodobna. Jego wpływ czyni każdego lepszym i szlachetniejszym i wszystkich zbliża do Boga. To jest właśnie palec boże, ujawniający się w jego dziele. Gdyby był zły, byłoby się to raz po raz okazało. Sam powiada trafnie przy innej sposobności: „Dobry człowiek z dobrego skarbca wydobywa rzeczy dobre, a człowiek zły ze złego skarbca złe rzeczy wydaje”. „Dobry skarbiec” – to zapas dobra, nagromadzonego w duszy. Ja w ulu miód się zbiera z mnóstwa kwiatów, jak w zbiornikach wód górskich mieszczą się kryształowe głębię, tak „dobry skarbiec” powinien się gromadzić w naszych duszach. A nie jest to nic innego, jeno dobra wola, czyli wola odpowiadająca celowi, położeniu i zadaniu. „Zły skarbiec” – to usposobienie ducha zaćmione, zatrute, wypaczone. Smutny to skarbiec, zaiste! Jak wzniosłe wobec tego ono słowo, które zapowiada pokój na ziemi ludziom dobrej woli.
  3. Ale powiadam wam: z każdego słowa próżnego, jakie wymówią ludzie, zdadzą rachunek w dzień sądu (Mat 12,36). We wszystkim należy postępować według prawideł moralnych. Każde słowo, każdy dowcip, dobry humor, konwersacja, gawęda, wszystko powinno być odbiciem pięknej, dobrej duszy. Mowa lekkomyślna, krytykująca, uszczypliwa, nieszanująca, zmrażająca, podobna do słoty jesiennej, która tworzy jedynie błoto i zgniliznę. Zwłaszcza obmową będę się brzydził, wiedząc, że będę musiał z niej zdać rachunek w dzień sądu. Będę się także brzydził owemi niedokładnymi, niesumiennymi sposobami wyrażania się, które osobę drugich stawiają w fałszywym świetle, powiększając lub umniejszając prawdę. Będę się brzydził w konwersacji tym cieniowanie, które jak strzały godzą w bliźniego, ową paplaniną, która obrabia tylko błędy i słabostki drugich i nieświadomie podnieca w nas złośliwość i samolubstwo. Świadomie dobrotliwa i „wykwintna” dusza unika tego wszystkiego, czuwa nad sobą, pobudza się do życzliwości dla drugich, tak przestaje i rozmawia z bliźnim, by w niczym nie przypominać much targowych, os lub żuków.

 

 

Rozmyślania o Ewangelji; ks bp dr. Ottokar Prohaszka; Wydawnictwo Księży Jezuitów, Kraków 1931

Natura i łaska

 

  1. Przemyśl dobrze działanie natury i łaski, bo są one całkiem odmienne i ukryte, trudno je rozpoznać nawet człowiekowi żyjącemu życiem duchowym, obdarzonemu światłem wewnętrznym. Bo wszyscy w jakiś sposób dążą do dobra i zawsze jest coś dobrego w ich słowach lub czynach, toteż łatwo się dać uwieść pozorom.
    Natura jest podstępna, potrafi przyciągać, usidlać i omamiać, a zawsze ma za cel siebie, łaska zaś jest prosta, omija zło pod każdą postacią, nie stosuje żadnych sztuczek i działa wyłącznie dla Boga, bo Jego ma na celu.
  2. Naturze obca jest myśl o śmierci, nie chce być ujarzmiona i tłumiona, nie chce nikomu podlegać ani sama poddawać się komuś, łaska zaś usilnie dąży do śmierci swojego ja, buntuje się przeciwko popędom, chce być podległa, pragnie być pokonana, nie pożąda własnej wolności.
    Lubi trwać w posłuszeństwie, nie pragnie nad nikim panować, ale zawsze chce żyć, trwać i pozostawać pod władzą Boga i gotowa jest poddać się pokornie każdemu dla Boga.
    Natura pracuje dla własnej korzyści i do tego zmierza, aby od drugiego coś skorzystać, łaska zaś szuka nie tego, co dla człowieka wygodne i pożyteczne, ale co potrzebne wszystkim. Natura chętnie przyjmuje oznaki czci i szacunku, łaska zaś odnosi wiernie cześć i chwałę wyłącznie dla Boga.
  3. Natura lęka się pogardy i wstydu, łaska zaś cieszy się, że może cierpieć obelgi dla imienia Jezusa. Natura lubi odpoczynek i spokój fizyczny, laska zaś rwie się do trudu.
    Natura poszukuje rzeczy ciekawych i pięknych, odpycha od siebie szpetne i pospolite, łaska zaś kocha to, co proste i pokorne, nie brzydzi się brzydotą, nie waha się odziać w znoszone łachmany.
    Natura ogląda się na to, co doczesne, cieszy się z zysku, smuci po stracie, złości ją byle krzywdzące słówko, łaska spogląda ku temu, co wieczne, nie przywiązuje się do tego, co przemija, nie zważa na żadną utratę, nie gniewa się z powodu ostrych słóa., bo skarb swój i radość złożyła w niebie, gdzie nic nie ginie.
  4. Natura jest chciwa, chętniej bierze, niż daje, lubi mieć i posiadać, łaska jest otwarta i ogarniająca, unika posiadania, zadowala się małym uważa, że większym szczęściem jest dawać niż otrzymywać.
    Natura lgnie do innych istot, do własnego ciała, do rozrywek i rozmów, łaska ciąży ku Bogu i ku dobru, odrzuca to, co stworzone, odwraca się od światowości, gardzi pragnieniami ciała, nie lubi się uzewnętrzniać, wstydzi się być na pokaz.
    Natura chętnie zatrzymuje sobie jakąś pociechę, w której znajduje swoje zadowolenie, ale łaska tylko od Boga pragnie pociechy i zadowolić ją może ponad wszystko, co widzialne, tylko najwyższe dobro.
  5. Natura robi wszystko dla zysku i własnego dobra, nie umie nic zrobić bezinteresownie, ale zawsze oczekuje za dobro równej mu w cenie albo wyższej jeszcze zapłaty, albo chociaż czci i zaszczytu, zawsze więc starannie wyważa swoje gesty i dary.
    Łaska zaś nie żąda niczego doczesnego, nie czeka nagrody, bo pragnie jako nagrody samego Boga, a z konieczności rzeczy doczesnych wybiera tylko te, które mogą służyć osiągnięciu rzeczy wiecznych.
  6. Natura cieszy się z mnóstwa przyjaciół i bliskich, chlubi się szlachectwem i urodzeniem, uśmiecha się do możnych, zaleca do majętnych, przyklaskuje sobie podobnym, łaska zaś kocha nawet nieprzyjaciół, nie chwali się tłumem przyjaciół nie ceni sobie miejsca społecznego ani urodzenia, chyba że jest z nim związana większa cnota.
    Sprzyja raczej ubogim niż bogatym, współczuje więcej niewinnym niż możnym, raduje się z uczciwym, a nie z przeniewiercą, zachęca dobrych, by o lepsze łaski szli w zawody i upodabniali się w cnotach do Syna Bożego. Natura uskarża się na najmniejszy trud i niedostatek, łaska spokojnie znosi ubóstwo
  7. Natura wszystko do siebie ściąga, o siebie walczy, o swoje się dopomina, łaska wszystko sprowadza do Boga, od którego pochodzi każde istnienie, sobie nie przypisuje nic dobrego i nic zuchwale dla siebie nie żąda, nie upiera się przy swoim i nie wynosi swojego zdania ponad cudze, ale w każdej myśli i w każdym rozumowaniu podporządkowuje się wiecznej mądrości i Bożej ocenie.
    Natura chce wiedzieć to, co niewiadome, i słyszeć ciągle nowości, chce się ujawniać na zewnątrz i doświadczać wszystkiego przez zmysły, pragnie uznania i takiego działania, z którego mogłaby czerpać podziw i sławę, łaska nie dba o nowiny, nie wychwytuje ciekawostek. Wszystko to pochodzi z grzechu pierworodnego, bo nie ma na ziemi nic nowego i nic trwałego.
    Uczy się więc powściągać zmysły, unikać próżnego zadowolenia i ostentacji, pokornie ukrywać się z tym, co godne pochwały i podziwu, a w każdej rzeczy i w każdej dziedzinie wiedzy szukać owocu pożytecznego, czci i chwały Bożej. Nie chce, aby mówiono o niej i o jej sprawach, ale pragnie, aby w darach jej błogosławiono Boga, który wszystko daje z nadmiaru miłości.
  8. To jest łaska, światło nadprzyrodzone, szczególny dar Boży, znamię wybranych i obietnica zbawienia. Ona to unosi człowieka ponad ziemię ku umiłowaniu nieba i z człowieka cielesnego czyni duchowego.
    Im bardziej więc człowiek przezwycięża i opanowuje naturę, tym więcej łaski spływa na niego i tak przez codzienne ponawiane obcowanie z Bogiem człowiek wewnętrzny urabia się na obraz Boga.

 

O naśladowani Chrystusa; Tomasz a Kempis – Cz. III; rozdział LIV

 

 

 

O czystości

Słyszeliście, że powiedziano w starym zakonie: Nie cudzołóż (Mat 5,27)

    1. Wobec tego starodawnego prawa świat jest słaby. W sposób brutalny gwałci delikatny zmysł czystości, zwarza i pożera siły młodości w samym kwiecie, wysusza źródło naszych dążeń idealnych, niweczy ich poezję. Wraz z czystą krwią wyczerpuje się siłą żywotna i o dzisiejszej młodzieży moglibyśmy zaśpiewać najżałobniejszą elegię. „Cinis est cor ejus”, spopielało jej serce. Nieczystość przytępia zmysł wrażliwości na ideały. A przecież wszystko w życiu powinno służyć kierunkowi idealnemu. Obcowanie z przyrodą, nauczanie, sztuka, gimnastyka powinno niby podawać rękę religii w celu wspólnego popierania rozwoju życia czystego, moralnego, by każde dziecko boże wychowywać na osobistość świadomą swej wyższości duchowej i panującą nad swymi instynktami. Będę dążył do urzeczywistnienia tego ideału w sobie, nie będę zważał na opór natury, lecz wolą nieugiętą będę przestrzegał nakazu Boga, wsparty jego łaską.
    2. Nie ma przykazań bożych bez łaski potrzebnej do ich spełnienia. Bóg do swego rozkazu zawsze dołącza łaskę. Toteż po pierwsze mamy być głęboko przekonani, że jak raczej winniśmy umrzeć niż świadomie przyzwolić na myśl grzeszną, tak Bóg zawsze daje łaskę do zwyciężenia pokusy. Przekonania to niech nas pobudza do modlitwy, ilekroć stajemy wobec wielkiego obowiązku czystości i związanych z nim walk gorących. A ile razy jesteśmy wplątani w takie utarczki, módlmy się do Boga, by napełniła nas święta jego bojaźń i nienawiść do grzechu. Prośmy o moc do oparcia się pokusie. Zamknijmy oczy i wszedłszy w siebie, wołajmy w głębi serca: Panie ratuj!
      Po wtóre powinniśmy wyrobić w sobie wysoki szacunek dla czystości i widzieć w niej świętą wolę Boga, który wkłada na nas obowiązek czystości jako warunek rozwoju natury i jej zdolności i jako tajemnicę jej siły. W walkach, toczonych w obronie czystości, upatrywać mamy sposobności stwierdzenia owej mocy woli i charakteru, która jest warunkiem zasadniczym szlachetnych uczuć i pięknego, wzniosłego, uszczęśliwiającego świata wewnętrznego. Według Pisma św. „reprobus sensus” czyli nikczemny, przewrotny sposób myślenia i czucia rozwija się w duszach nieczystych. Prawda tych słów stwierdza również nadmierne podniecenie seksualne świata społecznego.
      Po trzecie winniśmy sobie zdać sprawę z przyrodzonych swych popędów, trafnie je oceniając, tudzież z wszystkiego, co podniecać zdolne naszą zmysłowość i wobec tych wrogich sił zająć postawę poprawną. Życie niższe ma ogniska: samolubstwo i żądzę używania. Samolubstwo paczy poznanie, używanie zatruwa zmysły. Należy ujarzmić te siły przyrodzone i wychować je do harmonii z cnotą przez rygor prawa. Nie wolno wyzwalać popędów cielesnych, przeciwnie należy je tłumić. Wiek nowożytny chce bez przymusu i walki moralnej zaradzić seksualizmowi i w snach gorączkowych i namiętnych wybuchach szału rozkoszy majaczy o wolnej miłości, o nowym urządzaniu stosunków płciowych, któryby zapewniało zaspokojenie nieokiełznanym żądzom ciała. Wobec tych haseł zawierzmy słowu Chrystusa: „Miecz przyniosłem a nie pokój”. Tu istotnie miecza potrzeba, tu trzeba rąbać i zwyciężać, dopiero wtedy nastanie pokój.
    3. Uszlachetniajmy zmysły, zwłaszcza oczy. Nie oglądajmy i nie czytajmy nic takiego, co by pobudzać mogło do grzechu. W pięknie kształtów szukajmy jedynie myśli bożej, ukrytego ducha. Prawdziwe piękno bowiem budzi nie tylko uczucia, lecz także myśli. Wielu ludzi uroda ciała przyprawiła o choroby, nawet o pomieszanie zmysłów. Kult piękna osłabia siły nasze, gdy zatrzymuje się na powierzchni. W pięknie kształtu zmysłowego powinniśmy się zawsze dopatrywać znamion ducha, treści duchowej, pierwiastka wzruszającego, działającego na umysł i serce. Zwróćmy również i na to uwagę, że nieczystość niszczy szlachetną, piękną miłość i skłonność serca. Profanuje duszę i spycha ją do poziomu haniebnego ślepej i dzikiej namiętności. Nieczysty upadla siebie i przedmiot swojej miłości, wyzuwa ją z błogiego uczucia własnej godności, traci świadomość, że jest istotą rozumną. – Bracia, ujmujmy w karby pierwiastek zwierzęcy, życie instynktów, poddawajmy je wymaganiom cnoty. Walczmy z zapałem, natchnieni bojaźnią i miłością Boga. W czasie pokus zanośmy modły do Pana i uciekajmy się do jego św. sakramentów. Spowiedź i komunia św. same jedne wystarczają, by wychować pokolenie czyste, jeśli używać będziemy tych środków łaski z żywą świadomością i głęboką wiarą. Oto chleb anielski, pokrzepienie wędrowców bojujących, zdolne zrównać z aniołami pielgrzymów życia!

 

 

Rozmyślania o Ewangelji; ks bp dr. Ottokar Prohaszka; Wydawnictwo Księży Jezuitów, Kraków 1931

 

 

Posłuszeństwo św. s. Łucji

Na czym polega posłuszeństwo? Należy być posłusznym tym, którzy są prawowitym głosem woli Bożej. Czy jednak przełożony może wymagać od nas, żebyśmy mówili czy robili coś, co sprzeciwia się Bożej woli?

Gdyby tak się zdarzyło, to w tym konkretnym przypadku nie byłby on narzędziem w rękach Pana Boga. Tak właśnie uczy Kościół; szczególnie wyraźnie widzimy to u św. Bernarda z Clairvaux i św. Tomasza z Akwinu.

W jakiej sytuacji znajdowała się Łucja? W 1917 roku jej zwierzchnikami byli rodzice i miejscowy proboszcz. Jednakże Łucja była im w w zasadniczy sposób „nieposłuszna”, kiedy chcieli na niej wymóc, żeby odwołała swoje słowa dotyczące tego, co widziała w Fatimie: po prostu odmówiła uczynienia tego. Kiedy władze cywilne i kościelne wywierały na nią presję, żeby postępowała niezgodnie z tym, co rozpoznała jako wolę Bożą(np. żeby wyjawić trzecią tajemnicę przed czasem lub żeby  wyjawić ją komuś innemu niż to jej zostało polecone, czyli komuś nie będącym papieżem, lub biskupem Leiria), Łucja nie zgodziła się na to, choć w każdej innej sytuacji była doskonale posłuszna. Objawienie Matki Bożej, szczególnie zaś „wielka tajemnica” z 13 lipca, udzieliły jej głębokiego i nadprzyrodzonego światła, które pozwoliło jej zrozumieć nadchodzący atak na Kościół. Trzeba pamiętać, że w swoim skromnym i prostym życiu karmelitanki s. Łucja nie miała ani możliwości, ani środków, żeby zapoznać się w sposób wystarczająco dokładny z modernistycznymi błędami, takimi jak ekumenizm, wolność religijna czy też nowa Msza. To zupełnie zrozumiałe, zważywszy na okoliczności jej życia – była wszak zakonnicą klauzurową. W karmelu nie było kontaktu ze światem, nie docierały tam informacja o wydarzeniach, które miały miejsce. W jej zgromadzeniu zakonnym nowa Msza była odprawiana w sposób konserwatywny. Pomimo tego, że z pewnością wiele cierpiała, widząc oznaki zanikającej wiary, nabożeństwa maryjne, życia duchowego, w tych wszystkich sprawach nie miała jednak pełnego obrazu i jako że żaden przełożony bezpośrednio nie polecił jej niczego złego, subiektywnie nie miała poczucia, aby żądano od niej czegokolwiek, co byłoby szkodliwe dla jej wiary i moralności. Właśnie dlatego trwała w posłuszeństwie.

Zasada posłuszeństwa jest następująca: jeśli wyraźnie widzimy, że duchowni sprzeciwiają się woli Bożej, musimy wybrać Boga i Jego wolę, nawet za cenę utraty życia. Gdybyśmy rozpoznali ich życzenie czy rozkaz jako grzeszne lub stojące w jawnej opozycji wobec woli Boga, musielibyśmy odmówić, gdyż lepiej jest „słuchać bardziej Boga niż ludzi”. Jeśli jednak w wyniku niemożliwej do pokonania niewiedzy nie mamy pełnej świadomości zła oraz gdy polecenia przełożonych nie wydają się stać w sprzeczności z wiarą ani zasadami moralnymi, wówczas naszym obowiązkiem jest posłuszeństwa.

Pełne zrozumienie obecnego kryzysu jest szczególną łaską i przywilejem. Można nawet powiedzieć, że jest to połączenie wielu łask, które możemy zyskać poprzez kontakt z mądrymi ludźmi, kapłanami bądź wiernymi, literaturą, kinem i innymi środami, które mogą być pomocne w odkryciu Tradycji katolickiej. Motywacja do poszukiwania prawdy, stanowcze dążenie do bycia dobrze poinformowanym, a także umiejętność znalezienia miejsc, gdzie jest odprawiana tradycyjna Msza święta, same w sobie są wielkimi przejawami działania łaski, porównywalnymi w pewien sposób do tych łask i przywilejów, których dostąpiły dzieci w Fatimie.

 

„Gwiazda przewodnia czasów ostatecznych” – cz. II; ks. Karol Stehlin FSSPX

Znaczenie modlitwy

Bez wątpienia należy kłaść jak największy nacisk na znaczenie modlitwy w dziele postępu duchowego; łatwo się jednak omylić, żądając od niej tego, czego dawać nie ma; stąd po zuchwałej nadziei następuję nieuzasadnione zniechęcenie.

„Modlę się, nawet dużo się modlę i mimo to ciągle nie mam gorliwości. Moje modlitwy nie zapobiegły nawet powtórzeniu się opłakanych upadków. Po co zatem modlitwa, skoro nie daje ona ani postępu, ani panowania nad sobą, ani też wytrwania?”

Nie jest zadaniem modlitwy dawać te wszystkie rzeczy, ma ona natomiast prowadzić do ich zdobycia. Modlitwa nie ogranicza, a tym bardziej nie zastępuje wysiłku osobistego, ale go podtrzymuje i dopełnia. Nie ma nas wznieść do doskonałości od razu i w sposób cudowny – ma nam pomagać  w walce.

Gdyby Bóg dał modlitwie tę moc, jaką jej przypisuje, byłoby to naruszeniem porządki naturalnego.

Porządek moralny, wymaga, aby zwykłym warunkiem naszej obrony i naszego postępu był osobisty wysiłek; wymaga ponadto, aby cnota była dziełem czasu i wielokrotnych czynów. Prawa te są mądre, odpowiadają naszej naturze i szanują naszą godność osobistą, godność istot wolnych.

Jesteśmy wolni, ale wskutek upadku słabi. Modlitwa jest jak ręka dziecka, które uwiesza się u ramienia ojca. Czy dziecko ma koniecznie chcieć, by je na tym ręku niesiono? Czy droga jest aż tak ciemna? Prośmy o światło, ale gdy je mamy, idźmy naprzód. – Modlitwa powinna przede wszystkim prosić o łaskę, która jest pokarmem duszy, i o przebaczenie, którego nieustannie potrzebuje nasza nędza; wolno także prosić z dziecięcym poddaniem o niektóre radości tego świata, ale nigdy nie możną żądać, żeby Bóg zwolnił nas od wysiłków.

Modlitwa to wzruszający wynalazek miłości Bożej; to ona wytwarza między Bogiem a duszą bliski i ścisły stosunek, jak między ojcem a dzieckiem. Gdyby nie potrzeba modlitwy, ileż serc nigdy by przemówiło! Jeżeli jednak Ojciec pragnie, by dziecko go wzywało, to Bóg chce, by nie ograniczało się ono do samego wzywania.

To prawda, że w porządku nadprzyrodzonym nie możemy nic zrobić sami, ale jest również prawdą, że Bóg nie ma zamiaru obywać się bez naszego współudziału. Dusza, która by zapoznając te warunki zbawienia, myślała, że wytrwa i dojdzie do doskonałości przy pomocy własnej tylko woli, przekona się prawdzie słów Pisma Świętego: Jeśli Pan nie zbuduje domu, próżno pracowali, którzy go budują (Ps. 126, 1).

I przeciwnie: dusza, która zaniedbując wysiłku poprzestaje tylko na modlitwie, naraża się na to, że zawsze będzie niedoskonała. Św. Ignacy streszcza te myśli w trafnym zdaniu: Czyń tak, jakby Bóg nie miał ci przyjść z pomocą; zrucaj się do Niego tak, jakbyś nie mógł się niczego spodziewać po sobie.

 

Wg „Spowiedź Przygotowanie do Sakramentu Pokuty”, Warszawa 2005

Prostota s. Łucji

Co było dominującą cnotą s. Łucji? Jej przełożeni zgodnie stwierdzali: „Jej najbardziej uderzającą cnotą była prostota, z którą doprowadzała do doskonałości wszystkie pozostałe”. Była jakby odbiciem słów naszego Pana: „Jeśli oko twoje będzie szczere, całe ciało twoje będzie świetlane” (Łk  11, 34), co oznacza: żadnej obłudy, żadnej „polityki”, żadnego wyrachowania ani dyplomacji. Prostota Łucji była udziałem w prostocie samej Matki Bożej. W jej osobowości nie było nic skomplikowanego: jedynie, co się dla niej liczyło, to mówić to, co się podoba Bogu i mówić w taki sposób który się Jemu podoba. Jej myśli i pragnienia także były proste; nigdy nie komplikowała spraw ani też nie miało na nią wpływu to, co inni o niej myślą. Jedyną istotną sprawą była dla niej prawda, wyrażana w sposób delikatny, z prostotą i szacunkiem dla słuchacza.

Nasza miłość do niezmiennej prawdy i nasze pragnienie, by również i inni tę prawdę – czyli tradycyjną naukę Kościoła – poznali, miałoby znacznie lepszy skutek gdyby, za przykładem s. Łucji, nasze słowa i czyny były pełne prostoty. Jednakże nikt nie staje się prosty, nie będąc pokorny. Łucja zawsze była w pełni świadoma swej marności. W wielu listach i we wspomnieniach podkreślała swoje ograniczenie i prosiła o modlitwę w intencji tego, żeby żaden przejaw pychy ani subiektywizmu nie zakłócił misji, którą otrzymała. Nigdy nie użyła objawień w Fatimie jak ośrodka do wywyższenia samej siebie. Kiedy napotykała na czyjś sprzeciw, zawsze wiedziała, gdzie jest jej miejsce; nigdy nie liczyła na siebie, lecz opierała się wyłącznie na Matce Bożej. Ta pokora była szczególnie widoczna, kiedy doświadczała niechęci ze strony biskupów i księży, których prosiła o rozpowszechnianie nabożeństwa do Niepokalanego Serca; skarżyła się bardzo subtelnie, ale nigdy nie oskarżała i nie okazywała im zniecierpliwienia, oddając tę sprawę w ręce Matki Bożej.

 

„Gwiazda przewodnia czasów ostatecznych” – cz. II; ks. Karol Stehlin FSSPX