Wzgląd ludzki

Poświęcić się życiu duchowemu oznacza tyle, co zerwać ze światem. Tu bierze się rozbrat z tym, co miłe i pożądane, do czego nie możemy nie czuć sympatii, jaką na przykład żywimy dla naturalnych przymiotów. Wkraczamy w świat odmienny, gdzie inne panują dążności, inna mowa, w świat, będący antytezą tego, któryśmy porzucili.

W tej rozbieżności kryje się tajemnica owego olbrzymiego wpływu, jaki wywiera na nas wzgląd ludzki; a spośród trzech usposobień, składających się na normalny stan życia duchowego, przede wszystkim zmęczenie naraża nas na uleganie ludzkim względom. Znużeni pracą wewnętrzną i wyczerpani długotrwałą walką, nie zdołamy stawić czoła wrogowi, który do nas zbliża się z maską przyjaciela. Wobec tego, duchem opiekuńczym, nie odstępującym nas chwilach zmęczenia, winna być pamięć na obecność Bożą, czystość intencji albo po prostu to, co wolę określać jako wolność od ludzkich względów, gdyż żadna inne słowo nie wyraża lepiej tego dobrego ducha, niż to negatywne określenie.

O względzie ludzkim dużo można powiedzieć. Jest to choroba, dająca się szczególnie we znaki osobom duchowym, a stosunkowo mało napastująca innych. Jej nieuchwytność pochodzi stąd, iż wytwarza ona raczej pewną atmosferę, w której żyjemy, a nie pozwala się przyłapać i skarcić w poszczególnych przypadkach. Mimo to jej obecność jest nam oczywista. Nie możemy w nią wątpić ani na chwilę. Zbyt dotkliwe są jej objawy. Ona to krępuje naszą wolność stając się istnym tyranem serc ludzkich. A przecież po krótkim zastanowieniu się widzimy całą niedorzeczność ulegania temu tyraństwu. Faktycznie bowiem niewiele sobie robimy z opinii tej lub owej jednostki; jeśli nawet wypadnie ona dla nas pomyślnie, nie zyskamy na tym nic, ani nawet rozumnego zadowolenia, skoro nie będzie zgodna z prawdą. Cały jej urok kryje się w mirażach, którymi nas wabi z daleka, lecz które gasną, oglądane z bliska.

Wzgląd ludzki należy do chorób nagminnych, które osobliwi wie dławią życie duchowe. Wystarczy popatrzeć na duszę, w której się on rozpanoszył. Jak ona się zachowuje w towarzystwie i w życiu publicznym, na łonie rodziny i w gronie przyjaciół podczas spowiedzi czy konferencji z kierownikiem sumienia, a nawet w chwilach modlitwy, przed Bogiem lub w całkowitej samotności. Zdawałoby się, iż wszechobecność Boża dla niej przestała istnieć, że jakieś inne potężne oko spoczęło na niej, ścigając ją uporczywie na kształt dziennego światła i budząc w jej sercu nadprzyrodzony niepokój.

Nietrudno wskazać opłakane skutki takiej wszechobecności świata, tego nieszczęsnego urojenia, które zbiera wszystkie ludzkie oczy w jedną potworną źrenicę, prześladującą nas na każdym kroku. Ten ludzki wzgląd odbiera prostotę i szczerość naszym stosunkom z drugimi i przywodzi do nierozważnych kroków. On to gasi szlachetny entuzjazm dla dzieł pokuty i miłosierdzia. On podaje człowieka w tyranię obawy śmieszności, czyniąc z niej fałszywego boga. Wzgląd ludzki jest zaprzeczeniem doskonałości i gdzie on panuje, tam niemożliwa jest świętość; pod jego bowiem wpływem odwracamy się od Boga ku stworzeniom. Gdziekolwiek się zjawi, ciągnie za sobą długi łańcuch grzechów opuszczenia, wylęgłych z tchórzostwa i obawy śmieszności, oraz drugi łańcuch grzechów, popełnionych czynem w chęci przypodobania się ludziom. Z biegiem czasu (a czas ten nie bywa długi), nałóg utrwala się w nas, przybierając na modlitwie postać zakorzenionych roztargnień, niemalże czerpiąc pokarm dla swej żarłoczności w rachunku sumienia, tym najrzetelniejszym spośród ćwiczeń duchowych.

Występek to podły i opłakany. Przykrzejszy on niźli twardość reguły kartuskiej. Nie masz jarzma nieszczęśliwszego i bardziej upadlającego. Jakaż to hańba, wstydzić się własnych zasad i obowiązków! Co za niedola, widzieć, iż każdy nasz czyn, skażony w korzeniu, dźwiga na sobie piętno tej zarazy! Jakie to nieszczęście utracić na koniec – co niezawodnie nastąpi – to właśnie, za co się tyle ofiar poniosło – szacunek u drugich! A już wstyd na wstydami, postradać szacunek u siebie samego! Religia, która winna być dla nas źródłem ukojenia, staje się nam katuszą. Nawet sakramenty zostawiają w nas uczucie pustki, jak gdyby nie były używane należycie, co niestety, na nas się sprawdza; nasza zaś styczność z przewodnikiem sumienia, zamiast leczyć – zatruwa nam duszę. Trzeba nam dotrzeć do dna tych niedomagań dusz pobożnych i śledzić ich przebieg. Kto zawsze chce się podobać, kto w każdej rzeczy o to się stara, kto marzy o jakichś heroicznych czynach, budując zamki na lodzie, kto wreszcie lubuje się w otrzymywanych pochwałach, a zniechęca się każdą naganą – ten już zapadł na straszną chorobę ludzkiego względu.

 

Postęp duszy czyli wzrost w świętości, O. Fryderyk William Faber

 

Niewierny włodarz

Pewien człowiek był bogaty i miał włodarza, którego przed nim oskarżono, iż trwonił dobra jego (Łuk 16, 1).

  1. Przypowieść ta odnosi się przede wszystkim do dóbr doczesnych. Wszystko jest własnością Boga, a w ręce nasze oddano mniej lub więcej z tych dóbr w tym celu by nam służyły do pomyślnego bytowania, do wyrobienia w sobie moralności, szlachetności, dobroci i pogodnego usposobienia. Dobra ziemskie mają zyskiwać nam przyjaciół, zjednywać nam miłość ludzi, ich życzliwość i przywiązanie. – Ja także jestem włodarzem, i mnie także Bóg wyznaczył cel, któremu mam służyć wszystkim co posiadam. – Poznaje, że dobra z ręki mojej powinny płynąc do rąk innych. Wiem, że wszystko, co mam, jest dobrem społecznym, że powstała z pracy wielu. Słuszna tedy rzecz, bym własnym majątkiem dopomagał wielu innym do dobrego i do zbawienia. Życzliwość społeczna okazałaby się najpiękniejszym kwiatem naszej religijności, gdybyśmy swe życie i mienie poczytywali za dobro, powierzone naszemu szafarstwu w tym celu, by służyły interesom duszy i sprawie wiecznego zbawienia. „Czyńcie sobie przyjaciół” – to cel wzniosły. Powinniśmy wychowywać dobrych ludzi i tym sposobem budować sobie „wieczne mieszkanie”.
  2. Po wtóre winniśmy obracać wszystko na własną korzyść duchową. Pan uposażył nas w liczne zdolności i łaski, dał nam mniejszą lub większą miarę dóbr ziemskich i kulturalnych. Wszystko jest nasze, i praca stuleci i zdobycze postępu, przeszłość i teraźniejszość, prorocy i święci i sam nawet Pan. Wszelako on mnie nie posiada, póki się jemu nie oddam w zupełności. Od mojej zaś wolnej woli, energii, uwagi i wysiłków zależy, żebym ja i wszystko, co mam przeszło w jego posiadanie. Dopiero przez moją własną pracę, gdy okazuje się dobrym i wypróbowanym szafarzem, wszystko staje się własnością Pana. Całe moje życie jest włodarstwem, zatem celem moim nie jest posiąść to lub owo, posiąść wiele lub mało, ale być wiernym w tem, czego mi udzielono. O treści i wartości życia stanowi tedy usposobienie a nie posiadanie, prawo lub darowizny.
  3. Włodarz zaś mówił do siebie: Co ja pocznę, gdy pan mój odbierze mi włodarstwo? Kopać nie mam siły, żebrać się wstydzę… Przywołał przeto z osobna każdego z dłużników swego pana. Pierwszego zapytał: Ile winieneś panu memu? A on rzekł: Sto baryłek oliwy. On zaś mu powiedział: Bierz swój zapis, siadaj zaraz i pisz: pięćdziesiąt. Włodarz pod wpływem namiętnego popędu samozachowawczego myśli o tem, jakby zabezpieczyć swe życie. – I my też winniśmy wkładać w swe włodarstwo gorliwość, troskliwość, pieczołowitość, przezorność, energię. 1) Troskliwie, z istną namiętnością winniśmy chodzić około swojej duszy, pracować nad jej poprawą i uszlachetnieniem, oczyszczać ją z wszystkiego, co ją szpeci. Róść winna nie tylko liczba dobrych uczynków, ale bardziej jeszcze ich wartość wewnętrzna, czyli świadomość z jaką je wykonywamy. 2) Powinnyśmy usilnie popierać interesy naszego Pana i uczynić je własnymi. Jego interesami są sprawy królestwa bożego, wiary, moralności, sprawiedliwości, dobroci, sprawy dusz i Kościoła. Instynktem samozachowawczym należy je rozpoznawać, troskliwie nad niemi czuwać, bronić ich zazdrośnie. Inaczej „dzieci ciemności” zawstydzą „synów światłości”.

 

Rozmyślania o Ewangelji; ks bp dr. Ottokar Prohaszka; Wydawnictwo Księży Jezuitów, Kraków 1931

Pożytki odpustów

Pożytki odpustów dla życia duchowego można zgrupować w osiem niejako błogosławieństw. I tak, po pierwsze przez przypominanie nam grzechu, sprawiedliwości Bożej i kar doczesnych za winy ożywiają w nas nieustannie myśli, odpowiednie dla drogi oczyszczającej, która jest dla nas najbezpieczniejsza, jakkolwiek wciąż z taką niecierpliwością oczekujemy jej zakończenia. Po wtóre, myśl o odpustach czyni nas szczególnie obcymi temu światu, gdyż wiedzie w świat niewidzialny, otaczając nas obrazami życia nadprzyrodzonego i wypełniając nasz umysł tego rodzaju myślami, które odrywają nas od rzeczy ziemskich i od doczesnych przyjemności. Po trzecie, uprzytamniają nam ciągle naukę o czyśćcu, wciąż umacniając naszą wiarę i przypominając pobudki do świętej bojaźni. Po czwarte, dostarczają nam sposobności do czynów miłosierdzia względem dusz wiernych zmarłych, które w swym poświęceniu zdobywa się nieraz na akt heroiczny, jest dostępne dla tych, którzy nie mogą się zdobyć na inną jałmużnę, a dla nas samych miewa te same skutki co inne dzieła miłości. Po piąte, dużo się przyczyniają do chwały Bożej, gdyż z jednej strony, uwalniając duszę z kaźni czyśćcowej, wcześniej pomnażają nimi Chóry niebieskie, z drugiej zaś uwidaczniają Boskie doskonałości, jak ową czystość nieskończoną, brzydzącą się wszelkim grzechem, choćby najlżejszym i nieugięta sprawiedliwość, złączoną z tak przemyślnym miłosierdziem. Po szóste, składają odpusty hołd zasługom Chrystusa, na mocy których odpuszczają kary za grzechy, dając świadectwo nauce, iż wszelkie odpuszczenie grzechów dzieje się wskutek zasług Zbawicielowych. Można powiedzieć, że obrazują całe bogactwo dzieła Odkupienia, niczego w nim nie pomijając. Podobny hołd, choć w mniejszym stopniu oddają także zasługom Maryi i Świętych. Po siódme, pogłębiają nasza wiedzę o grzechu i budzą doń odrazę, gdyż nieustannie unaoczniają nam prawdę, że kara należy się również za grzechy odpuszczone, że kara jest nieznośnie dotkliwa, i że jakkolwiek jest tylko doczesna, przecież jedynie dzięki zasługom Jezusowym może być darowana. Po ósme, korzystanie z odpustów utrzymuje nas w harmonii z duchem Kościoła, która jest tak ważna dla tych, co się starają wieść życie wewnętrzne, a kroczą drogą najeżoną trudnościami ascezy i wewnętrznej świętości. Niedocenianie bowiem doniosłości odpustów jest znakiem herezji; nienawiść zaś, jaką heretycy im okazują świadczy, jak bardzo szatan nienawidzi odpustów, co znowu jest miarą ich potęgi i skuteczności u Boga. Przyjmowanie odpustów tyloma nićmi wiąże się z nauką Kościoła, począwszy od władzy Stolicy Apostolskiej, a kończąc na wierze w czyściec, w moc dobrych uczynków, w obcowanie Świętych, w zadość uczynienie, że słusznie może być uważane za niemal pewną oznakę prawowierności. Istotnie, dzieje wszystkich nieszczęsnych błędów w sprawie życia duchowego, które odrywały tysiące dusz od Kościoła, najlepiej dowodzą, że aby być na wskroś świętym, trzeba być na wskroś katolikiem, na wskroś rzymskim katolikiem. Gdyż poza rzymskością nie masz ani katolicyzmu ani w ogóle świętości.

Jeżeli chodzi o samo nabożeństwo, ubogacone odpustami, to posiada ono szereg korzyści za sobą. Możemy być pewni, iż jest polecone przez Kościół, gdyż ma za sobą więcej niż potwierdzenie kościelne. Wiemy, że jest ono w użyciu codziennym u wielu świętych dusz, że więc przez nie głębiej wchodzimy w obcowanie Świętych i w życie Kościoła, które ich łączy. Z tych względów, o których już wyżej była mowa, pozyskiwanie odpustów uduchowia nasze myśli i orzeźwia naszą wiarę. Uczy nas modlić się w ten sposób i o takie rzeczy, jakich pragnie Kościół, za jednym przeto zachodem pozwala nam osiągnąć cały szereg celów. Jednym bowiem aktem nie tylko się modlimy, lecz także wyrażamy uznanie klucznictwa Kościoła, czcimy Jezusa, Maryję i Świętych, uwalniamy się od kar doczesnych lub, co jeszcze większą ma wagę, przyczyniamy się do chwały Bożej przez wyzwolenie dusz w czyśćcu cierpiących, a wreszcie, jak może nas o tym pouczyć  przegląd nabożeństw, obdarzonych przez Kościół odpustami, wzbogacamy nasz umysł mnóstwem głębokich myśli, którymi się karmić będzie nasza modlitwa myślna i pełna uszanowania miłość Boża.

 

Postęp duszy czyli wzrost w świętości, O. Fryderyk William Faber

 

O wytrwałości

Gdyby ktoś, budując dom, położył fundamenty i postawił ściany, lecz nie pokrył ich dachem, na co by mu się przydała cała budowa, jeżeli nie po to, aby ponieść szkodę na majątku, i stałby się powodem ludzkiego śmiechu. Na co się również przyda, gdy ktoś zaczął żyć po Bożemu, ale potem przestał, jeżeli nie na to, że wielką szkodę ponosi na duszy i staje się pośmiewiskiem aniołów i ludzi. Jak więc w każdej sprawie, tak również w tej, potrzebna jest wytrwałość. U chrześcijan – mówi św. Hieronim – nie patrzy się na początek, ale na koniec. Wszak św. Paweł źle zaczął, ale dobrze skończył; Judasz natomiast dobrze zaczął, ale źle skończył, a ten fakt, że był apostołem, obciążył go dodatkowo.

Św. bp J.S.Pelczar

Bez wytrwałość nie można się zbawić, bo sam Zbawiciel zapewnia, że tylko ten, kto wytrwa do końca, będzie zbawiony (por. Mt 10,22), i przez swego ucznia przyrzeka: Bądź wierny aż do śmierci, a dam ci wieniec życia (Ap 2, 10). Chociaż inne cnoty wysługują koronę, tylko sama wytrwałość bywa koronowana. Bez niej nie można nabyć żadnej cnoty, tym bardziej doskonałości. Kto bowiem chce nabyć cnoty, powinien bezustannie walczyć i pracować, jeżeli zaś ustaje, wnet przeciwna namiętność podnosi głowę i pociąga na drogę występku. Nie wystarczą tutaj przelotne chęci ani chwilowe wysiłki, nie wystarczy praca kilku lub kilkunastu lat, ale konieczna jest praca całego życia, aż do ostatniego tchnienia. Jak bowiem w wyścigach nie ten zdobywa wieniec, który do biegu przystąpił, lecz ten, kto dobiegł do mety, tak w życiu duchowym nie ten otrzymuje wieniec świętości i chwały wiecznej, kto dobrze zaczął, ale ten, dobrze skończył.

Niestety, taka wytrwałość jest trudna i rzadka. Jest ona trudna, bo ciągła walka osłabia, praca męczy, jednostajność, nuży, zawody zrażają. Wytrwałość jest rzadka, bo mało jest dusz, które by się nie zachwiały lub zniechęciły. Niektóre wychodzą wprawdzie z Egiptu świata, by się udać do Kanaan doskonałości, lecz zrażone trudami podróży wracają znowu do kraju niewoli. Inne wyruszają w tę drogę i z początku biegną żwawo, lecz potem stają się leniwe, a w końcu ustają, bo wzięły nad nimi górę małoduszność i niestałość woli. Ich życie da się porównać do owego posągu Nabuchodonozora, którego głowa ramiona i piersi są ze srebra, biodra z miedzi, golenie z żelaza, a nogi z gliny (por. Dn 2. 32-33). Ich uczyni są początkowo doskonałe jak złoto, a potem tracą coraz więcej na wartości, aż wreszcie stają się gliną i błotem. Ja smutne są następstwa podobnej niewierności, trudno wyrazić. Zaiste lepiej by było owym duszom, gdyby nawet drogo Bożej nie znały, bo przynajmniej nie ponosiłyby przez Bogiem odpowiedzialności, że zmarnowały Jego łaski. Zwykle też spotyka je dotkliwa kara, czasem nawet zupełna zguba. Czyż mam przypomnieć smutny koniec jednego z czterdziestu męczenników? Czterdziestu wrzucono do zamarzniętego jeziora i każdego czekała korona. Wszyscy wytrwali, jeden tylko wyskoczył z wody, aby uratować kilka chwil marnego życia. Lecz nieszczęsny nie uratował życia i utracił koronę. Podobnie dwaj kapłani, towarzysze męczennika japońskiego, bł. Karola Spinoli SJ, wytrzymawszy trzyletnie bardzo ciężkie więzienie i przez wiele godzin palenie na wolnym ogniu, wyrzekli się na koniec zwycięstwa i Boga, a wzgardzeni przez samych katów i wrzuceni w ogień umarli jako zdrajcy, zamiast umrzeć jak męczennicy. O, któż nie zadrży, widząc, że jeden tylko krok dzieli go od przepaści!

Jeśli chcesz uniknąć podobnego losu, staraj się wytrwać na drodze Bożej. A jak nabyć wytrwałości?

Wytrwałości nie można wysłużyć, bo ona jest darem, a nie zapłatą. Można jednak wybłagać u Boga, który pewnych darów użycza bez prośby, jak początek wiary, inne zaś tylko proszącym, jak dar wytrwania aż do końca. A więc proś o nią gorąco i ustawicznie, proś przez zasługi Pana Jezusa, proś z wielką pokorą i ufnością. Wytrwałość, według orzeczenia Sobory Trydenckiego, jest łaską „łaską osobliwą”, to jest nie tylko łaską pojedynczą i chwilowo działającą, ale całym łańcuchem łask, bądź zewnętrznych, które duszę oświecają, poruszają i umacniają. Otóż do tego łańcucha łask staraj się dołączyć łańcuch modlitw i nie puszczaj się tego łańcucha, inaczej przerwiesz łańcuch łask i nie dostaniesz się do nieba. Szczególnie módl się do Najświętszej Panny, by cię trzymała w objęciach swej macierzyńskiej opieki, bo jak dziecko nie może żyć bez mleka matki, tak dusza nie może wytrwać w łasce bez miłosierdzia Maryi. Ona jest furtą, przez którą wchodzimy do świątyni doskonałości i do górnego Syjonu.

Z modlitwą łącz nieustanną pracę, bez której wytrwałość jest niemożliwa. Najwięcej dusz ginie, bo chciałyby, aby cnota nie wymagała żadnej ofiary. Pragną być pokorne bez upokarzania się, cierpliwe bez cierpienia, posłuszne bez poddania swej woli, umartwione bez zaparcia się; lecz tak być nie może. Jeżeli bowiem dobra ziemskie tyle wymagają od nas trudu, czyż niesłusznie, aby dla osiągnięcia dóbr duchowych nierównie większe ponosić ofiary? A więc pracuj, ile starczy sił. Pracuj gorliwie, bo niebo nie jest dla leniwych. Pracuj niezmordowanie, mimo słabości lub późnego wieku, bo tak pracowali święci. Wszak czytamy, że wielu z owych starych pustelników, mając lat dziewięćdziesiąt i więcej, nie szukało ulgi w umartwieniu i pracy. Pracuj roztropnie, a więc z jednej strony staraj się wykorzenić swe wady, z drugiej utwierdzaj swe cnoty, bo cnoty nieutwierdzone, to jest nabyte pracą, niewypróbowane walką, łatwo – jak niedojrzałe owoce – ulegają zniszczeniu.

W pracy korzystaj wiernie ze wszystkich łask Bożych, jakie odbierasz, ze wszystkich środków duchowych, nie porzucaj ani nie lekceważ żadnego z nich, zwłaszcza częstej spowiedzi i Komunii świętej, wieczornego rachunku sumienia i codziennego rozmyślania. Bowiem zaniedbywanie albo byle jakie wypełnianie praktyk pobożnych wiedzie prostą drogą do oziębłości, a nieraz do porzucenia życia duchownego, jak to, niestety, dosyć często widzimy.

Bądź przy tym pokorny, a więc nie dowierzaj sobie i lękaj się siebie, jak cię upomina Apostoł: Niech przeto ten, komu się zdaje, że stoi, baczy, aby nie upadł (1 Kor 10, 12). Z choćbyś już jedną stopą był w niebie, jeszcze nie ustawaj w czuwaniu, aby zły duch nie uchwycił cię za drugą i nie wtrącił do piekła. Niech ci nie ujdzie z pamięci smutny upadek Salomona, Judasza, Tertuliana, Lutra i Tylku innych. Gdy będziesz pokorny, będziesz także mężny, bo męstwo płynie z pokory i ufności – małoduszność zaś z pychy i przeceniania siebie.

 

Józef Sebastian Pelczar; Życie Duchowe; t2, Wyd. Św. Stanisława BM; Kraków 2012

 

 

 

Miłość na ziemi

Przez całe nasze życie miłość powinna w nas ciągle wzrastać, a nasza szczęśliwość w wieczności od tego jej wzrostu będzie zależna.

Miłość, która została w nas wlana na Chrzcie, jest w porównaniu z miłością w wieczności jak dymiący knotek zestawiony z blaskiem południowego słońca. Był to ogień, ale w postaci pierwszej iskry mającego się rozniecić płomienia; a jednak ten słaby początek może się powoli rozszerzyć, żywić się i wzmacniać, aż upodobni się do płomienistych ogni stojącego przed Tronem Bożym Serafina. To ciągłe, przez całe życie trwające pomnażanie się miłości w naszych duszach odbywa się zaś w dwojaki sposób: po pierwsze przez nabywanie jej z naszej strony, po drugie przez dar i wlanie ze strony Boga. Nabywanie jej z naszej strony polega na tym, że wszystko, cokolwiek robimy powodowani miłością, przynosi tej miłości wzrost. Nie tylko wspaniałe jałmużny, nie tylko heroiczne na podobieństwo Apostołów i Męczenników prace i cierpienia, ale każdy najmniejszy nawet czyn i akt miłości chrześcijańskiej, choćby tak drobny i nieznaczny, że nikt oprócz Ojca niebieskiego, który widzi w skrytości, nie może być jego świadkiem, powoduje stosowny do swej miary wzrost miłości. Miłość Boża ma w sobie taką moc, że wszystko co przez cały dzień i w każdej chwili dnia robimy, może zamienić w złoto. Jeżeli mamy w sercu motyw miłości, to nasze powszednie życie będzie nam gotować bezmiar chwały (por. 2 Kor 4,17) i ogrom wiekuistej słodyczy i szczęścia.

Jeśli nie możesz zrobić dla Boga rzeczy wielkich, możesz przecież mieć wielkie pragnienia. Pragnij kochać Go i pragnij w tym kochaniu wzrastać. Już samo to pragnienie pomnoży tę miłość, która jest w tobie. Każdy akt miłości i każdy najmniejszy czyn z miłości płynący sprawiać będzie jej konsekwentny wzrost. Z tą miłością jest tak samo jak z ćwiczeniami ręki, które rozwija jej muskuły i siłę. Samo nawet, powtarzam, habitualne usposobienie twego serca będzie ci wyjednywać coraz to nowe łaski. Kiedy idziesz ulicą, spotykasz ludzi tego świata, pędzących to tu, to tam, z twarzami pochmurnymi, zmarszczonymi, naznaczonymi – powiedziałbym, przeoranymi niemal – niepokojem i światowością, które panują w ich umysłach. Spotkasz też nieraz ludzi, którzy czy to wskutek ambicji, czy wskutek zazdrości, czy wskutek jakichkolwiek innych namiętności, noszą na twarzach wyraz troski, wyryty na nich niby głębokie bruzdy. Ale z drugiej strony spotykasz i takich, których twarze są zawsze pogodne, spokojne i uprzejme. Skąd taka różnica? Ci pierwsi żyją dla świata. Są szorstcy, brutalni, rozczarowani, zwiedzeni. Ich nadzieje zdradzają ich. Ich ufność raz za razem obraca się w niwecz, a ich wysiłki są dla nich goryczą. A jacy są wewnętrznie, tacy okazują się na zewnątrz. Bo twarz człowieka jest przezroczysta, a dusza prześwieca przez nią. Ci, którzy są wyciszeni i czyści, mają wygląd miły: dlaczego? Dlatego, że Bóg, Jego dobroć, życie przyszłe, podtrzymująca ich nadzieja, ufność, o której wiedzą, że nigdy nie zawiedzie – rzeczy ciche, czyste, słodkie i piękne – rozlewają na cały ich umysł i serce radość i słodycz tych rzeczywistości, zawsze żywo stojących im przed oczyma. Twarz Szczepana jaśniała nawet podczas kamieniowania, bo widział on nad sobą otwarte niebo. Jeśli człowiek będzie żył w miłości Bożej, to miłość, jaką ma w sobie, zawsze będzie się zwielokrotniać.

Istnieje praktyczny sposób, by się w tym względzie sprawdzić. Zapytaj samego siebie, jakie są twoje pierwsze usposobienia względem osób, z którymi się spotykasz? Jakie myśli na temat tych ludzi przychodzą ci do głowy w pierwszym odruchu? Czy są to myśli uprzejme i życzliwe, czy też przeciwnie, myśli surowe i krytyczne? Czy trudno ci być pobłażliwym dla innych, czy też przeciwnie, surowość wymaga od ciebie wysiłku? Jeśli nawykowy, że tak powiem, wyraz twarzy twojego serca jest miły, a myśli surowe stoją u ciebie na drugim planie i są jakby wymuszane przez konieczność – nie płyną szparko z twojego nawykowego usposobienia – wtedy żyjesz miłością Boga i bliźniego. Ale jeśli twój nawykowy stan i to, co nazwałem wyrazem twarzy serca, jest zmarszczony, nachmurzony i szorstki, jeśli miłe słowo albo przyjazny postępek względem innych jest dla ciebie wysiłkiem, wymaga głębszego namysłu, tak że musisz jakby zmusić się do tego – wówczas trudno przypuścić, by ten nawykowy stan był stanem miłości Boga i bliźniego.

 

Przewodnik życia w Duchu Świętym; Henry Kard. Manning

Cierpliwość wobec siebie

Trudno jest wytrwać w cierpliwości wobec innych ale znacznie trudniej przychodzi cierpliwość względem samego siebie! Istotnie, ta odmiana cnoty jest tak zaniedbana, że skłonniśmy raczej uważać za zasługę coś wręcz przeciwnego, jakoby niecierpliwość wobec siebie była jakimś bohaterstwem czy zasługującym umartwieniem. Zachodzi wielka różnica pomiędzy nienawiścią samego siebie a niecierpliwością wobec siebie. Im więcej mamy z pierwszej, tym dla nas lepiej; im więcej z drugiej, tym gorzej. Spróbujemy się zdobyć na tę cierpliwość wobec siebie, a droga doskonałości uścieli się przed nami jasno, bez przeszkód.

Lecz cóż rozumiemy przez tę niecierpliwość dla siebie samych! Niecierpliwy jest ten, kto dąsa się na pokusy, prześlepiając ich rzeczywista naturę i prawdziwą wartość, – kto gryzie się grzechem raczej ze względu na własne poniżenie, niźli na Bożą zniewagę, – kogo wytrącają z równowagi i drażnią własne niedopatrzenia i uleganie nędznym nałogom, – kto upada na duchu, gdy mu się przydarzy wybuchnąć gniewem, lub poddać się przygnębieniu, choćby nawet ani w jednym ni w drugim wypadku grzechu nie było, – komu się przykrzy brak uczuciowego nabożeństwa, jak gdyby w ogóle było ono w naszej mocy, a cierpliwość w opuszczeniu nie był najlepszym środkiem do uzyskania słodyczy i pociech duchowych., – kto wreszcie niepokoi się na widok, iż zabiegi stosowane przeciw naszym wadom, zawodzą nasze oczekiwania, a zapomina o tym, że nieskuteczność zabiegów może pochodzić z braku odpowiedniego czasu lub z przeszkód, które może nieświadomie kładliśmy ich działaniu. Do tych objawów niecierpliwości należy dodać narzekania na brak duchowego postępu, jak gdyby zostać świętym można było w przeciągu jednego miesiąca.

Wszystkie te objawy niecierpliwości wobec nas samych mogą pochodzić z czterech przyczyn, dlatego musimy je pilnie wypatrzyć i uśmiercić je zaraz w gnieździe, zanim zdążą rozwinąć swe skrzydła do lotu. To istotnie ptaki drapieżne naszego życia duchowego. Prym wśród nich dzierży miłość własna, która nie może strawić tego, że w chwili doświadczenia nie okazaliśmy się bohaterami. Za nią idzie brak pokory, który przeszkadza nam pojąć naszą nikczemność oraz kalectwo, będące skutkiem grzechów. Trzecie miejsce zajmuje niezrozumienie ogromnych trudności życia duchowego oraz potrzeby zerwania ze światem i odwrócenia się od jego zasad, nim poświęcimy się Bogu. Czwartą jest uporczywy wstręt do poprzestawania na świetle wiary. Po prostu mierzi nas ono. Nasz umysł, nasza natura, miłość własna, słowem wszystko w nas, wyjąwszy samą tylko wiarę, pożąda widzieć, poznać, przekonać się, utwierdzić i nabrać pewności, że nasz postęp jest niewątpliwy.

Cierpliwość wobec siebie to łaska wprost nieoszacowana, to najkrótsza droga do poprawy, a zarazem najszybszy środek do ukształtowania w nas ducha wewnętrznego, wyjąwszy może tylko owo bezpośrednie dotknięcie Boga, uwewnętrzniające duszę w jednym okamgnieniu. Ono to przepaja nasze stosunki z drugimi rozwagą i łagodnością. Pod jej tchnieniem gaśnie żagiew krytyki, stłumiona ciągłą świadomością własnej nieprawości. Jej światło uwydatnia zupełną naszą zależność od Boga i Jego łaski, wlewając nam pogodę usposobienia i równowagę ducha, choć bowiem stanowi ona wysiłek, to przecież wysiłek ten jest spokojny, oparty na Bogu. Cierpliwość ta staje się nam nieustannym źródłem aktów najczystszej pokory. Słowem, przez nią działamy tak, jak gdybyśmy nie byli sobą, lecz panem siebie, swoim aniołem stróżem. Jeśli zaś to usposobienie duszą owładnie w jej życiu wewnętrznym i zewnętrznym, czegóż jeszcze jej brak do doskonałości?

Istnieją różne sposoby rozwijania tej cierpliwości względem samego siebie. Dużo pomaga częste rozmyślanie o własnej nicości, szczególnie rozpamiętywanie różnych upadków, niewierności i występków ubiegłego życia. Nie nastręcza ono żądnego niebezpieczeństwa ze względu na ten wewnętrzny niesmak i to uczucie palącego wstydu, które zwykły towarzyszyć podobnym wspomnieniom.

Ilekroć słyszymy o wielkiej jakiejś zbrodni, myślmy, że sami popełnilibyśmy występek może jeszcze haniebniejszy, gdyby nie pomoc łaski. Spowiedź nasza i nasze do niej przygotowanie winny być staranne, przy czym nie należy mieszać skruchy prawdziwej z uczuciową przykrością; trzeba też modlić się wytrwale o łaskę cierpliwości, zwłaszcza po Komunii św. Musimy się starać – choć jest to rzecz trudna i dopiero z czasem przychodzi – radować się z tych sposobności, które nam odsłaniają naszą potrzebę łaski i naszą skłonność do popadnięcia w najbrzydsze występki. W swoim dążeniu na szczyty nie zapominajmy zbyt prędko o dawnych swych grzechach. Dlatego jeśli nam Bóg udzieli łaski odczuwania żywej przykrości na samą myśl o grzechu, przyjmujmy ją chętnie i z dziękczynieniem bierzmy ją na swoje barki. Błogosławiony niech będzie on ciężar przy całe swej dokuczliwości, skoro sam Bóg włożył go na nasze ramiona. Słowem, cierpliwość wobec siebie samego jest niemal warunkiem postępu duszy; jej patronką jest św. Katarzyna Genueńska.

 

Postęp duszy czyli wzrost w świętości, O. Fryderyk William Faber

 

 

Nadzieja

zdjęcie z forum Odkrywca

Jako mała dziewczynka lubiłam przeglądać różne rodzinne pamiątki, ale ciekawiło mnie też małe pudełeczko należące do Mamy. Przechowywała w nim swoją niewielką ilość biżuterii. Kolejny raz, gdy pozwoliła mi obejrzeć swoje skarby zaintrygował mnie mały, stary pierścionek, który w miejscu oczka miał dziwne – jak wtedy mi się wydawało – elementy : malutki krzyżyk, kotwicę i serduszko. Długi czas przyglądałam się temu pierścionkowi zanim zapytałam: co one oznaczają, a Mama spokojnie mi odpowiedziała, że to są symbole cnót Boskich: wiary , nadziei i miłości , o których się przecież uczyłam na religii. To było moje pierwsze – jako dziecka – spotkanie z taką symboliką. O ile, ze zrozumieniem symbolu krzyża i serca nie miałam problemu, o tyle tej kotwicy, jako dziecko nie umiałam jakoś przyporządkować nadziei. Zrozumiałam to dopiero później, gdy dowiedziałam się o sensie użytkowym kotwicy.

Dowiedziałam się też, że biżuteria z tymi symbolami noszona przez kobiety, szczególnie w czasach zaborów, miała wyrażać patriotyczną postawę i miłość do Boga i Ojczyzny. Głęboka wiara w Boga, nadzieja w odzyskanie wolności i miłość nadawały głęboki sens życiu tysiącom Polaków żyjących pod zaborami, jak i później, gdy wydawało się, że ustanowiony porządek, ale jakże niesprawiedliwy będzie trwał przez wieki. Jak pokazuje nasza historia, Bóg nigdy nie pozostawiał nas jako narodu bez odpowiedzi na nasze wołania. W Nim była nadzieja ratunku i ocalenia naszego istnienia i bytu. Tak też często i my w codziennych modlitwach formułujemy nasze pragnienia pomyślnej realizacji wszystkiego co nas dotyczy.

Eksponat Muzeum Warszawy – Zbiory Wydzielone

Mamy nadzieję, że nasz dobry Bóg wysłucha naszych próśb o zdrowie bliskich i własne, o dobre i pomyślne życie naszych dzieci. Mamy nadzieję, że zadba o pomyślny splot wydarzeń w naszym życiu, o uznanie innych, o naszą karierę i dostatek materialny. I te modlitwy jakże często są wysłuchiwane, bo przecież: „niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą, trędowaci zostają oczyszczeni, głusi słyszą, umarli zmartwychwstają ” (Mt, 11,5).

Bóg pokładane w Nim nadzieje respektuje, spełnia te zanoszone w modlitwach prośby, bo Bóg jest jedynym źródłem nadziei. Ale czy my w swoim rozumieniu nadziei nie pozostajemy jednostronni? Czy rozumienie nadziei jako cnoty Boskiej a więc dotyczącej każdej sfery naszego istnienia: tego i przyszłego – wiecznego jest dobrze pojmowane, a może jest zbyt trudne? Związani tak mocno z naszą doczesnością, zazwyczaj formułując stwierdzenie: mam nadzieję, w swoim wyobrażeniu mamy pomyślność jakiegoś zdarzenia, które będzie miało miejsce teraz lub później i zakładamy, że wynik zobaczymy i to będzie już nowa rzeczywistość. Jak jednak poradzić sobie z pytaniami o nadzieję życia wiecznego? Jak mieć nadzieję na życie wieczne, gdy zobaczymy w sobie człowieka niedoskonałego, słabego i kruchego, pełnego ułomności i lęku, człowieka z wieloma błędnymi wyborami życiowymi a może takimi jak św. Piotr? Jeśli takie myśli zrodzą się w tobie to wsłuchuj się dobrze w swoje wnętrze może usłyszysz: „Czy kochasz Mnie?” i od tego co odpowiesz będzie zależało czy te słowa pięknego psalmu 23:

            Chociażbym chodził ciemną doliną,

            Zła się nie ulęknę,

            Bo Ty Jesteś ze mną.

będą towarzyszyły ci codziennie i staną się kotwicą  nadziei w twoim życiu.

Elżbieta K.

Miłość

    „Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość –  te trzy:

      największa z nich [jednak]  jest miłość. (1 Kor.13,13)

Czym jest ta miłość, która z wszystkich cnót Boskich jest największa? Istnieje niezależnie od postawy człowieka,  niezależnie od wyznawanego światopoglądu, wieku, czy płci? Czym jest miłość nadająca sens naszemu życiu, naszym planom czy działaniom, naszym dobrym lub złym decyzjom? Czym jest, że każdy jej pragnie lub pragnął? A jeśli jej nie doświadcza czuje pustkę w życiu. Czym jest dla człowieka? Jest uczuciem, fascynacją, szczęściem, inspiracją, natchnieniem, motorem działań. Jest więc przeogromną siłą, która zawsze przemienia człowieka i jego życie. Dla kobiety – miłość do dziecka to macierzyństwo. Uczucie tak trudne do wyrażenia, bo tak wszechogarniające jej życie. Miłość macierzyńska to miłość niepodobna do innych w swojej głębi istnienia fizycznego i duchowego, zdolna do poświecenia, aż do zatracenia siebie i swojego życia. Miłość ojcowska to inne, lecz równie ważne uczucie – miłość ojca do dziecka, czasem trudno wyrażalna, czasem milcząca, ale jak bardzo istotna, bo nadająca pełnię rodzinie. A czym dla dziecka jest miłość rodziców czy opiekunów i z czym jest przez nie kojarzona? Najczęściej, istota jej jest nierozumiana przez dziecko, ale kojarzona jest z poczuciem bezpieczeństwa, radości i szczęścia spełnianych marzeń. Potem z biegiem lat, kojarzona jest z odczuwaną troską i zainteresowaniem rodziców jego życiem, pomocą i wsparciem. Czy wraz z tym upływem czasu miłość u dziecka nabiera innego kształtu? Czy miłość rodzicielska okazywana dziecku zaczyna w nim kiełkować i przeradza się w miłość dziecka do rodziców?

 Czy miłość istnieje tak po prostu? Gdzie szukać źródła miłości? Tylko w Bogu, który uobecnił się w Osobie Jezusa Chrystusa. Rozważając życie Jezusa Chrystusa znajdziemy odpowiedzi na nurtujące nas pytania. On nam pokazuje, że w życiu najważniejsza jest miłość, która wyraża się bezgraniczną miłością drugiego człowieka. Dlatego po Zmartwychwstaniu, kiedy ukazał się uczniom nad Jeziorem Tyberiadzkim po spożytym z nimi śniadaniu: „rzekł Jezus do Szymona Piotra: Szymonie synu Jana czy miłujesz mnie więcej aniżeli ci?” Odpowiedział Mu: ”Tak Panie, Ty wiesz, że Cię kocham”. Rzekł do niego „Paś baranki moje”. I znów po raz drugi powiedział do niego: Szymonie synu Jana czy miłujesz mnie?” Odparł Mu: ”Tak Panie, Ty wiesz, że Cię kocham”….(J,21,15-17). Tu w tym fragmencie Ewangelii Jezus trzykrotnie pyta Piotra” czy ty mnie miłujesz”, i za każdym razem Piotr odpowiada: „ tak kocham Cię”. Jak innych słów używa Jezus pytając Piotra o miłość i jak innymi słowami Piotr odpowiada Jezusowi. Jezus mówi o miłości bezgranicznej, wielkiej, którą miłuje się „do końca”, ale Piotr, wtedy odpowiadając, jeszcze nie zna takiej miłości, pozna ją później, gdy sam pójdzie na krzyż. Całe życie Jezusa, jest potwierdzeniem tego, że najważniejsza jest miłość, ale nie jako uczucie, lecz jako wielki dar, który każdy musi odkryć sam. Dar, którym Bóg obdarował człowieka. Dar, który ubogaca człowieka, czyni jego życie niepowtarzalnym w świecie, broni człowieka przed samotnością, pozwala mu doświadczyć miłości dziecka, miłości dojrzałego człowieka, miłości małżeńskiej, miłości rodzicielskiej, braterskiej czy siostrzanej. Miłość to dar, który umożliwia człowiekowi relację z Bogiem i z człowiekiem. Miłość to w końcu dar, który pozwala człowiekowi poznać nieskończoną Miłość Ojcowską Boga i doświadczyć jej.

Elżbieta K.

Światowość i życie duchowe

Jest sprawą najwyższej wagi dostrzec, że nawet w ludziach dobrych im mniej rzetelnej wiedzy o sobie, tym silniejsza staje się twierdza światowości. W zasadzie brak im właściwej opinii na temat przywiązania to tego, co światowe, ich serca w dużej mierze słusznie się od tego odwracają i gdyby tylko mogli, woleliby rzeczy światowych unikać. Mogą, co prawda, nie być gotowi na wielkie poświęcenie na tej drodze, jednak pewne są w stanie podjąć i to im się chwali. Są oni jednak światowi, a przynajmniej skłonni do tego przez sam brak wiedzy o samych sobie. I z faktem tym po prostu trudno dyskutować. Czyż nie jest to ciągłe zgorszenie świata – ta dziwaczna mieszanina światowości, przywiązania do rzeczy doczesnych i pobożności? To połączenie tak typowe dla ludzi głęboko religijnych, że aż świat, niezbyt dokładny w analizowaniu takich kwestii, uważa ten melanż za powszechny. Bo to mamy: modlitwa i piękne stroje, jałmużny i luksusową ekstrawagancję, sakramenty i zamiłowanie do uciech stołu, pokorę i elegancję, konferencje duchowe i uwielbienie dla sławy, bale i komunie, błogosławieństwa i pozerstwo, dzieła miłosierdzia i korzystne koneksje, życie wewnętrzne i elegancki wystrój wnętrz. Wszystko to zmieszane jest i połączone w sposób tak ścisły i mylący, że moglibyśmy przez rok cały roztrząsać ten temat w kazaniach, niby ku naprawie staromodnej duchowości, a obawiam się, że ów nastawiony krytycznie świat dałby się jeszcze w swej głupocie przekonać, iż mieszanka ta ma apostolski, ewangeliczny, biblijny i jaki tam jeszcze charakter. I nie ma tu znaczenia, czy to my jesteśmy winni tego zgorszenia, czy to może świat grzeszy naiwnością, przystając na taki wizerunek. Tak czy inaczej, faktem jest, że zgorszenie ma miejsce, a przyczyna tego tkwi w braku rzetelnej wiedzy o nas samych. Światowość to niezliczona liczba dopuszczalnych drobiazgów, które prowadzą do niedopuszczalnego końca. Powodem jest tu częściowo samo ich nagromadzenie, a częściowo – władza, jaką drobiazgi mają nad naszymi uczuciami. Rzeczy, które same w sobie złe nie są, stają się złe, gdy odgradzają nas od Boga, zaś arcyzłe zaczynają być wtedy, gdy uzurpują sobie miejsce Boga w naszych sercach. Nie widzimy nic złego w każdym z osobna, pojedynczym elemencie, jaki składa się na ducha tego świata, bo nie znamy samych siebie. Nie potrafimy tym samym ocenić szkodliwego ani zresztą żadnego szczególnego skutku, który sprawia, że ta czy owa całkiem dozwolona zabawa zaczyna być akurat w naszym przypadku niewskazana lub wręcz trucicielska. Analizując przywiązanie do rzeczy światowych, musimy zając się kwestią rodzaju i kwestią stopnia. Trzeźwy sąd w obu tych sprawach jest zupełnie niemożliwy bez wiedzy o sobie samym. Słowem, sekretna władza światowości zasadza się na naszej ignorancji względem siebie samych i to nie ignorancji nieświadomej, lecz na ignorancji wynikłej ze spaczonego sumienia, które już nie przyswaja trudnej lekcji wiedzy o własnej osobie. Wszystkie zasady życia duchowego, cała dzielność ducha opierają się na autentycznej i rzetelnej wiedzy o nas samych. Pozwól tylko, by to zdanie podrążyło teraz twoją duszę, a zobaczysz, jaką przyniesie ci przemianę!

 

O samozakłamaniu; Frederick Wiliam Faber; Warszawa 2016

 

Pokora

Oto stworzenia czy na ziemi czy w niebie zawsze mają się wobec Boga jako ziemia i jej twory wobec nieba i słońca; odbierając stamtąd światło, ciepło i wpływy ożywcze i dobroczynne, zachowują odpowiednią tym wpływom postawę, reflektując czyli odsyłając owe promienie światła i ciepła ze swego dołu ku górze. Tak samo i dusza pobożna, uszczęśliwiona przez datki dobre i dary doskonałe pochodzące z wysoka od Ojca światłości  i ze swego padołu się wznosząca ku temu słońcu, u którego nie ma odmiany ani cienia przemiany (Jak 1,7), w tym wznoszeniu się swym zawsze zachowuje postawę jaka przystoi temu, który odbiera, wobec tego, od którego odbiera.

Tak się nam tłumaczy pokorna postawa Świętych w niebie, trwających w nieustannym zachwyceniu, co właśnie jest ich nabożeństwem.

Taka atoli postać dla pychy jest wstrętna, ponieważ nie pozwala ona ugiąć karku nawet przed Najwyższym, a każe siebie stawiać na pierwszym miejscu, stąd to człowiek pyszny nie może mieć smaku w nabożeństwie, i postawa pobożna wydaje się pysznemu czymś niskim i upadlającym, bo i Pismo Święte mówi, że grzesznikowi brzydko jest chwalić Boga (Ekli 1,32). W pysze więc tkwi bezbożność, a jest nią wstręt do czci i chwalenia Boga; i ta niekiedy idzie tak daleko, że pyszni raczej wolą iść do piekła, bo nie chcą nieba, gdzie trzeba Boga przez całe wieki chwalić.

Temu bezbożnemu usposobieniu dał wyraz Kajetan Węgierski w swym poemacie pod tytułem „Organy”, gdzie mówi, że nie chce się dostać do nieba, bo by tam musiał śpiewać: Święty, Święty, Święty!

Lecz my, którzy miłujemy Boga, i kochamy się we czci i chwale Bożej, pragniemy dostać się do nieba i być uczestnikami tam szczęśliwości Świętych; jeśli tak jest, to powinniśmy już tu na ziemi to czynić, co tam czynią w niebie.

Święty Hieronim mówi: Uczmy się już tu na ziemi i w czasie tego życia – które będziemy prowadzić w niebie i we wieczności. Wiemy z Ewangelii, gdzie jest mowa o zapraszaniu na ucztę niebiańską, że tam potrzeba pokazać się w szacie godowej; a tą szatą jest łaska poświęcająca i miłość nadprzyrodzona. Kto tej nie ma, ten nie może uczestniczyć w tej uczcie.

 

 

Odrzucenie „dobrych” uczynków

„Wszelka latorośl we mnie nie przynosząca owocu (Ojciec) odetnie ją.” O, cóż za straszna groźba! A czyż my na nią nie zasługujemy? I cóż znaczy to odcięcie, o którym mówi Chrystus Pan? Znaczy ono, że te dusze, które uporczywie odrzucają dobre natchnienia łaski Bożej, głuche są na wyrzuty sumienia, skarane będą tym, że Ojciec niebieski przestanie je nawiedzać pociągiem swej łaski i napomnieniem, „puści je aby szły drogą swoją”, drogą szeroką, którą wiodą namiętności, a którą świat ściele, drogą egoizmu i zmysłowości śród zamętu rozproszenia. Odetnie je w tym życiu od płodnego krzewu winnej macicy, aby je mógł na całe wieki odrzucić w ogień wieczny, jako złe i nieużyteczne ziele.

W powyższej groźbie Chrystusa uderza nas swoją osobliwością jedno słowo, mające głębokie znaczenie. Wszelką latorośl we mnie nie przynoszącą owocu – mówi Zbawiciel. A więc są dusze przynoszące owoc, jednak nie w Chrystusie – i te mają być odcięte – któreż to są?

Są to wszystkie dusze, pełniące najlepsze czyny, lecz bez czystej intencji lub bez intencji żadnej, albo też nie w złączeniu z Chrystusem, bo w stanie grzechu śmiertelnego – pełniące dobre czyny z pobudki filantropii światowej, dla rozgłosu, względów ludzkich, lub jakiej innej pobudki czysto przyrodzonej. Co dla Boga nie zostało poczęte, przez Boga w wieczności wynagrodzone nie będzie: tych owoców Bóg nie przyjmuje – płaci za nie doczesną nagrodą, ale w wieczności – odrzuca!

Nie zabezpieczajmy się więc tym, że liczne dobre uczynki spełniamy, za które świat nas chwali, ale raczej badajmy, jaka ich pobudka i czy w złączeniu z Chrystusem są wykonywane?

 

 

O pobożności prawdziwej i fałszywej; Cecylia Plater-Zyberkówa; Wydawnictwo Monumen; Poznań 2016

O roztropności w ascezie

Kiedy demon obżarstwa, który toczył liczne i częste walki, nie może zniszczyć utrwalonej wstrzemięźliwości, wtedy nakłania umysł do pragnienia najsurowszej ascezy. Wskutek tego pokazuje również towarzyszy Daniela, ich ubogie życie i nasiona (por. Dn 1,12), którymi się żywili i przypomina o pewnych innych anachoretach, którzy zawsze tak żyli albo zaczęli żyć, i przynagla, aby stać się ich naśladowcą, by chwytając się nieumiarkowanej wstrzemięźliwości utracić nawet tę umiarkowaną, skoro ciało nie poradziło sobie z powodu własnej słabości. W istocie demon ów błogosławi ustami, a złorzeczy w sercu, że nie godzi się, aby oni stali się mu posłuszni, ani żeby powstrzymywali się od chleba, oleju i wody. Taką dietę wypróbowali braci jako najlepszą – i to nie do sytości, a raz na dzień.

Dziwię się bowiem, że ktoś sycąc się chlebem i wodą będzie mógł otrzymać wieniec beznamiętności. Beznamiętnością nie nazywam wyzbycia się grzechu uczynkiem – to nazywa się wstrzemięźliwością – lecz to, co niszczy duchowo namiętne myśli. Ją to nazwał też św. Paweł duchowym obrzezaniem Żyda, który jest w nim wewnątrz (Rz 2,29). Jeśli ktoś się lęka tego, co zostało powiedziane, niech sobie przypomni „naczynie wybrania”, Apostoła, który w głodzie i pragnieniu dopełnił biegu swego życia (2 Kor 11,27; 2Tm 4,7). Tego demona naśladuje także przeciwnik prawdy, demon acedii, podpowiadając wytrzymałemu najsurowszą anachorezę, zachęcając do rywalizacji z Janem Chrzcicielem i pierwszego spośród anachoretów, Antoniego, aby nie wytrzymując stałej i nieludzkiej anachorezy uciekł ze wstydem opuściwszy miejsce, a ów potem chwaląc się powiedziałby: Okazałem się mocniejszy od niego (Ps 12,5).

Nieczyste myśli przyswajają sobie treści dla swego wzrostu i zwracają się ku wielu rzeczom. Nawet morza wielkie przemierzają duchowo i nie odmawiając sobie wędrówki długimi drogami wskutek gorączki własnej namiętności. Jeśli tylko zostaną oczyszczone, stają powściągliwsze niż przedtem, nie mogąc zwrócić się ku licznym rzeczom wskutek słabej siły namiętności. Stąd też są wzbudzane raczej wbrew naturze i – jak mówi mądry Salomon (Prz 7,12) – czas jakiś tułając się na zewnątrz, zbierają ścierń w celu zarządzonego bezprawnie wyrabiania cegieł, nie otrzymując już więcej słomy od Egipcjan (por. Wj 5,6-19). Trzeba więc z czujnością strzec serca, by zostało ocalone niczym gazela z sideł i niczym ptaszek z potrzasku (por. Prz 6,5). Łatwiej jest oczyścić nieczystą duszę niż przywrócić do zdrowia oczyszczoną, a potem znowu zranioną, ponieważ demon smutku nie pozwala na to, lecz podczas modlitwy ciągle stawia przed oczy obraz grzechu.

Nie znają demony naszych serc, jak sądzą niektórzy ludzie, albowiem jest tylko jeden znawca serc (por. Dz. 1,24; 15,8), który zna umysł ludzi i własnoręcznie ukształtował ich serca (Ps 32, 15). Po wypowiedzianym słowie i po pewnych poruszeniach ciała poznają większość poruszeń w sercu. Te właśnie rzeczy chciałem teraz przedstawić w sposób jasny, ale powstrzymał mnie święty kapłan {tj św. Makary Aleksandryjski}. Powiedział, że czymś niegodnym jest ujawniać publicznie takie rzeczy i wkładać je do uszu ludzi nie wtajemniczonych, skoro i ten, kto obcuje z kobietą w okresie jej menstruacji, według prawa, zaciąga winę (por. Kpł 15, 19-24).

Ponadto [wspomnę], że po takich znakach poznają to, co ukryte w sercu, i dzięki temu zdobywają środki przeciwko nam. Często przecież złorzecząc niektórym daliśmy dowód na to, że nie mamy miłości względem nich; dlatego też natknęliśmy się na demona pamiętania złego. I natychmiast dopuściliśmy złe myśli przeciwko owym ludziom, co do których myśli nie mieliśmy wcześniej pojęcia, że nas nachodzą. Dlatego słusznie Duch Święty wyrzuca nam: Zasiadłszy, przemawiasz przeciwko bratu swemu, znieważasz syna swojej matki (PS 49, 20) i otwierasz drzwi myślom pamiętania złego, i wzbudzasz umysł w czasie modlitwy, ciągle przedstawiając sobie twarz swego wroga, czyniąc go bogiem. Albowiem z pewnością to, na co spogląda modlący się umysł, należy także uznać za jego boga.

Umiłowani, uciekajmy, przed chorobą lżenia kogoś. Ani też nigdy nie wspominajmy źle nikogo, i nie odwracajmy spojrzenia, kiedy wspomina się bliźniego. Wszystkie gesty badają złe demony z ciekawością i niczego, co nas dotyczy, nie pozostawiają bez zbadania: ani lżenia, ani siedzenia, ani stania, ani mówienia, ani chodzenia, ani patrzenia. Wszystko z ciekawością badają, wszystkim potrząsają, cały dzień knują podstęp przeciwko nam, aby znieważyć pokorny umysł w czasie modlitwy i zgasić jego błogosławione światło. Czy słyszysz, co święty Paweł mówi do Tytusa? W nauczaniu głoś mowę nieskażoną, zdrową, wolną od zarzutu, ażeby przeciwnik odstąpił ze wstydem, nie mogąc nic złego o nas powiedzieć (Tt 2,8). Błogosławiony Dawid modli się mówiąc: Wyzwól mnie od zniewagi ludzi (Ps 118,134, LXX), nazywając ludźmi także demonów ze względu na rozumność ich natury. Przecież i Zbawiciel w Ewangeliach nazwał człowiekiem wroga, który zasiał w nas kąkol (Mt 13, 25).

Naturę rozumną pogrążoną w śmierci przez zło wskrzesza Chrystus przez kontemplację wszystkich światów. Jego Ojciec zaś duszę, obumarłą śmiercią Chrystusa, wskrzesza przez poznanie samego siebie. I staje się to, co powiedział Paweł: Jeśli umarliśmy z Chrystusem, wierzymy, że i z Nim żyć będziemy (Rz 6,8; 2Tm 2,11).

Kiedy umysł, skoro wyzuł się ze starego człowieka, przyoblecze tego, który jest z łaski (por. Kol 3,9-10), wtedy ujrzy również swój stan w czasie modlitwy podobny do szafirowego bądź niebieskiego koloru, który Pismo nazywa miejscem Boga oglądanym przez starców na górze Synaj (Wj 24,10).

 

Ewagriusz z Pontu, O różnych rodzajach złych myśli, TYNIEC Wydawnictwo Benedyktynów, Kraków 2015

Umiłowanie pochwał

Jednym ze źródeł samozakłamania jest dopuszczanie do tego, by inni nas oszukiwali. Nie zawsze łatwo to odróżnić od oszukiwania siebie samego, jednak pewna różnica istnieje. Jeśli wystawiamy się na pochwały lub jeśli jawnie przystajemy na nie, narażamy się na oszustwo ze strony innych, często zupełnie bez ich winy. Nawet w połowie nie przyznajemy się do tego umiłowania pochwał, jakie w rzeczywistości w sobie nosimy. Jest to niedorzeczność właściwa nawet najpokorniejszym z nas. Żyjemy modlitwą i sakramentami, a przy tym aż rwiemy się do pochwał. Czyż widział kto kiedy człowieka, któremu by na nich nie zależało? Najwznioślejszy, najsztywniejszy i najbardziej napuszony człowiek zmięknie łaskawie i życzliwie złagodnieje, gdy dojdzie go syreni głos pochwały. Chłodni zadziwiająco szybko odtają pod delikatnym, ciepłym powiewem pochlebstwa, z dostojności zstąpi nawet do figlarności pod jego nieodpartym urokiem.

Jednak największymi miłośnikami pochwał są ludzie cisi. Należą do gatunku przeżuwaczy – dla nich własne „ja” to strawa, którą żyją i żują, i która, o dziwo, wcale nie wydaje się im gorzka. Jak spragnione wielbłądy na pustyni, które z lubością chłepcą wodę  nawet najbardziej błotnistej kałuży, tak i my łakniemy pochwał bez względu na ich rodzaj i jakość. Nie ważne, jak bardzo byłyby absurdalne, jak niezasłużone, jak wielce przesadzone, mądrzy i poważni ludzie i tak łykną je ze smakiem. Nie istotne, skąd pochwała pochodzi, czy wynika może z dziecinnej lub zniewieściałej niemożności wydania własnego sądu. Przywiązujemy do niej niezwykłą wagę, ogromnie jest dla nas istotna, żywimy się nawet jej okruchami w sposób, który powinien nas sromotnie zawstydzić. Jedyne, czego oczekujemy, to to, by ci, którzy raczą nas, duże bobasy, słodziutkim klikiem pochwał, zachowali pewne zasady dobrego smaku. Zasady te mogą być różne i zależą od charakteru danej nacji. Irlandczyka należy chwalić inaczej niż Anglika, jeszcze inaczej Amerykanina i Francuza, a i to każdego z nich odmiennie. Chwaleni chcemy być wszyscy, w przeciwnym bowiem razie zaczynamy się dąsać. Małpy podchodzą śmiertelnie poważnie do kwestii wzajemnego iskania się. Cóż, to małpy. My zaś jesteśmy ludźmi obdarzonymi rozumem: jak więc możemy powstrzymać uśmiech ironii, gdy angażujemy się w coś podobnie absurdalnego? Jest tak, ponieważ nie znamy samych siebie. Czyż spotkał kto kiedy wybitnego miłośnika pochlebstw, który nie byłby przekonany, że jest ponad opinię bliźnich? I czyż znał kto kiedy człowieka szczycącego się swą niezależnością od sądów otoczenia, który w istocie nie byłby służalczym nikczemnikiem i małostkowym, płaszczącym się i próżnym oszustem?

 

O samozakłamaniu; Frederick Wiliam Faber; Warszawa 2016

Wola i lenistwo

Lenistwo – nie ma drugiego grzechu, który by tak niepostrzeżenie ogarniał duszę w jej życiu duchowym; a jest to grzech zabójczy, przypominający tę śmierć przez zamarznięcie, która na dalekiej północy opada podróżnika prędzej niż ten się spostrzeże. Śmiertelne zimno, powoli ogarniające swoją ofiarę, wywołuje w niej, jak mówią wrażenia jakby przyjemne, aż w końcu zamrozi żywotne i śmierć zabiera nieszczęśliwca, nie wiedzącego nawet o tym, że umiera. Podobne skutki powoduje lenistwo duchowe. Zaczyna się od małych opuszczeń, małych opieszałości, małych zaniedbań, aż powoli człowiek staje się śmielszy w swoim niedbalstwie. Jego sumienie niepostrzeżenie oswaja się z opuszczeniem także większych rzeczy; z początku, w konkretnym przypadku zaniecha jednego obowiązku, potem drugiego i trzeciego, potem coraz częściej i częściej, aż wreszcie te ciągłe opuszczenia spajają się w nałóg. A przecież w tym długim szeregu opuszczeń, każde z osobna było aktem wolnej woli zupełnie tak samo, jak byłoby aktem mojej wolnej woli, gdybym w tej chwili przestał pisać. Gdybym przestał pisać, byłoby to skutkiem powziętego w duchu postanowienia, żeby więcej nie pisać. Tego zapewne nikt nie nazwałby zwykłym tylko opuszczeniem – byłby to rozmyślny akt mojej woli. I takimi aktami woli są te wszystkie opuszczenia, z których powstaje najniebezpieczniejszy z nałogów, nałóg lenistwa.

Wszelkie opuszczenie, powtarzam, jest jednocześnie pozytywnym aktem woli. Gdybyś w tej chwili rzucił się na ziemię, byłby to akt twojej woli; i gdybyś leżąc na ziemi, nie chciał wstać, byłby to również akt twojej wolnej woli. Samo leżenie na ziemi byłoby pod pewnym względem tylko opuszczeniem; ale opuszczenie to byłoby zarazem skutkiem woli i postanowienia nieużycie tej siły, którą masz, a przez której użycie mógłbyś się podnieść. Tak samo człowiek, który zaczyna opuszczać modlitwę, spowiedź, Komunię, rachunek sumienia, Mszę Świętą, pamięć na obecność Bożą, akty miłości Bożej, w każdym z tych opuszczeń wykonuje tyleż oddzielnych aktów woli. Nie są to rzeczy negatywne, są to pozytywne uczynki; i uczynki te, raz we wspomniany sposób dopiero co zaczęte, spoją się wszystkie razem w jeden łańcuch.

Święty Augustyn, opowiadając o latach swojej młodości, w których żył w grzesznych nałogach, mówi, że nałogi te trzymały go jakby okutego w kajdany. Związany byłem – to jego własne słowa – łańcuchem, który sam sobie ukułem. Nie kto inny go ukuł, tylko ja sam. Związany byłem mea ferrea voluntate, żelaznym łańcuchem mojej własnej woli.

Czy stan śmierci wiecznej jest czymkolwiek innym? Cóż to jest: utrata Boga na wieki? To ostatecznym i niezmienny stan duszy, która tu na ziemi zerwała łączność z Bogiem swoimi własnymi aktami woli. Powrozami piekielnymi (2P 2,4), jak mówi św. Piotr, związana, gdy czas łaski upłynie, dzień próby doczesnej dobiegnie zachodu, a sąd się zakończy, dusza ta – która sama siebie na tym świecie pozbawiła Boga – będzie odrzucona od oblicza Bożego w świecie przyszłym i utwierdzona zostanie na zawsze w całej goryczy swojego z Bogiem rozdziału i w swej nieprzyjaźni z Bogiem, którego nigdy nie będzie oglądać: bo sama zawiązała sobie oczy zasłoną dobrowolnej ślepoty, a wszystkie swoje władze skuła w żelazne kajdany swej własnej, rozmyślnej woli. I dlatego nigdy, jak mówiliśmy nie może człowiek osiągnąć zbawienia inaczej, jak tylko ze swej własnej woli; a jego wola nigdy nie błądzi inaczej, jak tylko z jego własnej winy.

 

Przewodnik życia w Duchu Świętym; Henry Kard. Manning

O gorliwości

Po świecie krążą różne pojęcia o gorliwości: niedokładne lub zagmatwane; tymczasem jej właściwe znaczenie daje się określić w dwóch słowach: gorliwość to aktywność duchowa.

Jeżeli ta aktywność jest owocem wrażenia chwili i ogranicza się do przemijającego zapału, nie można jej nazwać stanem gorliwości; tego rodzaju gorliwości nie będziemy tu rozpatrywać.

Stan gorliwości – to aktywność ustawiczna, czyli aktywność spowodowana poważną przyczyną i wsparta odpowiednim usposobieniem.

Poważną przyczyną aktywności jest wola stanowczo zdecydowana; odpowiednie usposobienie zasadza się na usuwaniu przeszkód, a zwłaszcza wad właściwych naturze ludzkiej.

Pod wpływem łaski dusza gorliwa działa, modli się, wykonuje dobre uczynki szybko, często i z łatwością, wprowadzając w życie cechy pobożności wymienione przez św. Franciszka Salezego. Pobożność i ustawiczna gorliwość to pojęcia jednoznaczne.

Co więcej, aktywność duchowa to sam rdzeń, istota gorliwości, a nie jeden z jej przymiotów.

Przekonanie o tym jest niesłychanie ważne; w nim znajduje się odpowiedź na niepokoje tych dusz, które sądzą, że nie mają gorliwości, bo nie czują w sobie zapału. Oziębłość, chłód, gorzkość, pokusy mogą spotykać zarówno duszę gorliwą, jak i oziębłą – tylko aktywność duchowa jest wyłącznym przywilejem gorliwości, cechą, po której można rozpoznać gorliwość.

Zastanówmy się głębiej nad tą różnicą. Gorliwość nie oznacza koniecznie gorliwości uczucia; ta ostatnia jest tylko jedną z jej odmian.

Może być gorliwość stanowcza, która wypełnia wszystko, czego Bóg żąda, mimo, że nie znajduje w tym zadowolenia; może być gorliwość uczucia, która czyni to samo z zadowoleniem i upodobaniem.

Gorliwość stanowcza – to zapał woli; gorliwość uczucia – to połączony zapał woli i uczucia. W gruncie rzeczy gorliwość ma swoje siedlisko jedynie w woli, istotą jej jest aktywność duchowa.

A jednak, czy moja dusza naprawdę nie jest oziębła, skoro nie ma żadnego pociągu do rzeczy Boskich? Wszystko stało mi się obojętne, uciążliwe, nawet nudne; w modlitwie nic nie umiem powiedzieć, o niczym myśleć, a gdy trzeba mówić o Bogu, robię to bez zapału.

Prawda, że cechy te mogą być objawem oziębłości; jednak gorliwość też ich nie wyklucza – rozróżnić to bardzo łatwo.

Czy chcesz szczerze wszystkiego, czego Bóg od ciebie żąda? Innymi słowy, czy, ogólnie rzecz biorąc, wiernie wypełniasz obowiązki stanu, swoje postanowienia? Jeżeli tak, to znaczy, że mimo przeciwstawnych pozorów dusza twoja jest gorliwa, bo napisano: Nie każdy, który mówi: Panie, Panie wnijdzie do Królestwa Niebieskiego, ale który czyni wolę Ojca Mego, który jest w niebiesiech (Mt 7, 21).

Twój stan to próba. Próbę tę niekiedy Bóg zsyła bezpośrednio, najczęściej jednak wprowadza tu w grę czynniki drugorzędne: nadmiar zajęć, znużenie fizyczne lub moralne, ciężkie zmartwienia. Czy można wymagać od kogoś chorego, dotkniętego smutkiem, żeby miał zapał i ochoczość? I to dużo, gdy ma dobrą wolę! Jeśli niektóre będące w podobnym usposobieniu dusze mogą myśleć, modlić się, działać, odczuwać to samo jak przedtem, to trzeba w tym widzieć szczególny przywilej natury lub łaski, przywilej bardzo rzadki, i nie można czynić sobie wyrzutów za to, że się go nie ma. Bez wątpienia Bóg mógłby zrobić dla ciebie ten niewielki cud, ale On woli zostawić rzeczy w naturalnemu biegowi, żeby cię zahartować w walce, uświęcić w upokorzeniu i cierpieniu.

 

 

Wg „Spowiedź Przygotowanie do Sakramentu Pokuty”, Warszawa 2005