Uczynki przez Najświętszą Maryję Pannę

Spełniając swoje uczynki przez Najświętszą Dziewicę, porzucasz swoje własne intencje i działania, jakkolwiek byłyby dobre i znane, aby zatracić się, jeśli tak można powiedzieć, w intencjach i działaniach Najświętszej Dziewicy, chociaż są ci one nieznane; i w ten sposób stajesz się uczestnikiem wzniosłości Jej intencji, które były tak czyste, że oddała Ona więcej chwały Bogu najmniejszym swoim uczynkiem, na przykład przędąc kądzielą, robiąc ścieg igłą, niż św. Wawrzyniec na ruszcie przez swe okrutne męczeństwo, a nawet niż wszyscy święci swoimi najbardziej bohaterskimi czynami: dlatego podczas pobytu na ziemi zdobyła Ona tak niesłychany nadmiar łask i zasług, iż łatwiej można by policzyć gwiazdy na nieboskłonie, krople wody w morzu i ziarna piasku na plaży, niż Jej zasługi i łaski; i oddała Bogu więcej chwały niż wszyscy aniołowie i święci kiedykolwiek Mu oddali i jeszcze oddadzą. Cud Maryi! Potrafisz dokonywać cudów łaski tylko w tych duszach, które chcą się zatracić w Tobie.

Ponieważ dusza przez tę praktykę uważa się za nic to, co sama myśli i czyni, a znajdując oparcie i upodobanie jedynie w zamierzeniach Maryi, aby zbliżyć się do Jezusa Chrystusa, a nawet do Niego przemawiać, o wiele bardziej praktykuje pokorę niż dusze, które działają same z siebie, a oparcie i niedostrzegalne upodobanie mają tylko we własnych zamierzeniach; tym samym szczytniej oddaje chwałę Bogu, którego doskonale wychwalają pokorni i cichego serca.

Ponieważ Najświętsza Dziewica, chcąc z wielkiej miłości przyjąć w swoje dziewicze dłonie dar naszych uczynków, nadaje im przedziwne piękno i blask; sama je ofiarowuje Jezusowi Chrystusowi i łatwo zrozumieć, że nasz Pan jest w ten sposób bardziej uwielbiony, niż gdybyśmy to my je ofiarowali naszymi zbrodniczymi rękami.

Wreszcie ponieważ zawsze, kiedy myślisz o Maryi, Ona za Ciebie myśli o Bogu; zawsze, kiedy chwalisz i czcisz Maryję, Maryja razem z tobą chwali i czci Boga. W Maryi wszystko odnosi się do Boga, nazwałbym Ją więzią Boga, albo echem Boga, które wyraża i powtarza tylko Boga. Kiedy ty mówisz: Maryja, Ona mówi: Bóg. Święta Elżbieta wychwalała Maryję i nazwała Ją błogosławioną, gdyż Maryja uwierzyła; Maryja, wierne echo Boga, zaintonowała: Magnificat anima mea Dominum: Wielbi dusza moja Pana. To, co Maryja uczyniła wówczas, czyni każdego dnia; kiedy Ją wychwalamy, miłujemy, oddajemy Jej cześć albo coś Jej dajemy, Bóg jest wychwalany, miłowany, otaczany czcią: dajemy Bogu przez Maryję i w Maryi.

 

Św. Ludwik Maria Grignion de Montfort, Traktat o Prawdziwym Nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny (TPN 223-225)

Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz

Józef Antoni Machluf urodził się 8 maja 1828 we wsi Bika Kafra położonej w górach północnego Libanu. Wychowany został razem ze swoim starszym rodzeństwem, dwiema siostrami i dwoma braćmi w katolickiej rodzinie obrządku maronickiego. W wieku trzech lat umiera ojciec; matka ponownie wychodzi za mąż za człowieka uczciwego i pobożnego, który był diakonem w Kościele maronickim.

Kościół obrządku maronickiego jest jednym z Kościołów Wschodnich i pozostaje cały czas w unii z Rzymem. Początki tego Kościoła sięgają IV wieku i wiążą się ze świętym Maronem, pustelnikiem żyjącym w górach Taurus. Jego ascetyczne życie zaowocowało tym, że wokół niego zgromadziło się wielu naśladowców oraz wiernych. Broniąc się przed najazdem muzułmanów uciekli oni w góry Libanu gdzie ukrywali się w trudno dostępnych dolinach. Ukrycie było na tyle skuteczne, że reszta Kościoła była przekonana, iż zostali całkowicie wyniszczeni. Dopiero pierwsza wyprawa krzyżówa w roku 1099 odkryła Kościół maronicki dla świata zewnętrznego. W celu zaprzeczenia poglądom, że wyznają herezje monoteletyzmu (pogląd, że Chrystus w swej boskiej i ludzkiej naturze kierował się jedną wolą) składają przysięgę katolickiemu patriarsze Antiochii – Aimerowi z Limogenes.

Józef Antoni w wieku lat 14 odczuwa powołanie do życia zakonnego. W wieku 23 lat zgłasza się do klasztoru w Maifug. Odbywa postulat i pierwszy rok nowicjatu, po którym dostaje przeniesienie do klasztoru w miejscowości Annaya. W klasztorze przybiera imię Szarbel – na pamiątkę męczennika z 107 roku. W 1859 roku kończy studia w klasztorze w Kafifan i otrzymuje święcenia kapłańskie. Przez następne 16 lat przebywa w swoim klasztorze w Annaya. W roku 1875, za pozwoleniem swoich przełożonych udaje się do górskiej samotni, gdzie spędza 23 lata życia, wypełnione pracą, umartwieniami ciała, milczeniem oraz kontemplacją Najświętszego Sakramentu. Cela, w której mieszkał miała 6 metrów kwadratowych, o. Szarbel nosił zawsze włosiennicę, spał pięć godzin na dobę, jadł raz dziennie bardzo skromne potrawy bezmięsne. Łóżkiem jego był tylko siennik wypełniony dębowymi liśćmi pokryty kozią skórą, za „poduszkę” służył mu kawałek drewna owinięty postrzępioną sutanną. Często kładł się na gołej ziemi. Samotnia, w której przebywał św. Szarbel była położona w górach na wysokości 1300 m npm.

16 grudnia 1898 roku dostaje udaru mózgu w trakcie odprawiania Mszy świętej. Umiera w wigilię Bożego Narodzenia tego samego roku.

Jego współbracia zakonni już za jego życia uważali go za świętego. Jego modlitwa miała bardzo dużą skuteczność. W 1885 roku uprawy okolicznych rolników niszczyła plaga szarańczy, modlitwa zakonnika, i pokropienie święconą wodą, sprawiło, że owady odleciały a plony zostały ocalone.

Oznaki wybraństwa nastąpiły zaraz po jego śmierci. Następnego dnia po pogrzebie, grób jego był, przez 45 dni otoczony tajemniczym światłem widocznym w najbliższej okolicy. Kiedy po paru miesiącach otwarto grób, okazało się, że jego ciało nie uległo najmniejszemu rozkładowi, zachowując plastyczność żywego człowieka. Oprócz tego ciało wydzielało swoistą, tajemniczą ciecz. Substancja ta nazywana jest „olejem św. Szarbela” i wraz z modlitwą i żywą wiarą uzdrawia z nieuleczalnych chorób i przypadłości. W 1927 roku ciało jego zostało poddane drobiazgowemu badaniu przez komisję kościelną, na czele której stało dwóch lekarzy z Francuskiego Instytutu Medycyny. Następnie ciało zostało umieszczone w nowej metolowej trumnie i zamurowane w grobowcu w niszy kaplicy. W 1950 roku stwierdzono, że tajemnicza ciecz wydobywa się z kamiennego grobowca. Po otwarciu grobowca stwierdzono, że ciało nadal zachowuje elastyczność i temperaturę ciała osoby żyjącej.

Dnia 5 grudnia 1965 roku, ojciec święty Paweł VI beatyfikował ojca Szarbela Machlufa, a 9 października 1977 roku został on kanonizowany. Od tego czasu ustało wydzielanie się tajemniczej cieczy, a ciało świętego zaczęło ulegać rozkładowi. Szacowane jest, że z ciała maronickiego zakonnika uwolniło się ok. 100 litrów tajemniczej cieczy.

Nikt nie sfotografował o. Szarbela, i nie namalował jego portretu. 8 maja 1950 roku kilku misjonarzy maronitów zrobiło sobie grupowe zdjęcie przed grobem świętego pustelnika. Po wywołaniu fotografii, okazało się, że jest na niej jeszcze jedna postać – tajemniczy mnich. Starsi maroniccy zakonnicy rozpoznali w tej postaci o. Szarbela. Na podstawie tej fotografii malowane są portrety świętego pustelnika.

W miejscowości Ananya znajduje się sanktuarium św. Szarbela a w nim jest obfita dokumentacja zawierająca opisy ponad sześciu tysięcy cudownych uzdrowień za przyczyną świętego z Libanu. Wśród nich znajdują się nie tylko maronici czy katolicy ale są również muzułmanie jak i Żydzi. Libanka, Malake Michel-Malek urodziła się w 1950 roku ze zniekształconymi nogami. Poruszała się tylko za pomocą kul i specjalistycznego aparatu ortopedycznego. Leczenie oraz wielokrotne operację nie przyniosły żadnego skutku. Latem 2004 roku spędziła trzy dni w klasztorze Annayi przy grobie świętego, poszcząc i modląc się. Po powrocie do domu została całkowicie uleczone – nogi jej stały się normalne i mogła swobodnie chodzić. Natychmiast wyruszyła do grobu zakonnika by podziękować za cudowne uzdrowienie.

Nouhad Al.-Chami, sparaliżowana Libanka, której jedynie skomplikowana operacja tętnicy szyjnej mogła pomóc, została cudownie uleczona przez świętego Szarbela. Ślady po tym wydarzeni pozostały na jej szyi i są bardzo widoczne każdego 22 dnia miesiąca, kiedy to ma zlecone dawanie świadectwa o swoim uleczeniu.

Ten maronicki święty do końca XX wieku był bardzo mało znany. Obecnie, Polacy stanowią drugą co do liczebności grupę pątników odwiedzających grób jego w Annaya.

Wspomnienie świętego Szarbela Machlufa obchodzimy 28 lipca.

 

TEKST BYŁ OPUBLIKOWANY W MIESIĘCZNIKU „MISERICORDIA” SANKTUARIUM MIŁOSIERDZIA BOŻEGO W OŻAROWIE MAZOWIECKIM W grudniu 2019 ROKU.

Wola i chęć

Wola jako narzędzie wysiłku

1.Jeżeli istnieje jakieś prawo powszechne, to jest nim przede wszystkim prawo wysiłku. Wysiłek odgrywa ważną rolę we wszystkich dziedzinach i to w sposób tak nieprzerwany, że wydaje się niemal nierozłączny z samym prawem istnienia. Widzimy, jak rośliny wysilają się, by zdobyć trochę ziemi, powietrza, przestrzeni, jak zwierzęta okrutnie walczą i tępią się nawzajem. A czymże jest współzawodnictwo między ludźmi, jeśli nie ciągłym wysiłkiem, by zagarnąć czy to kawał ziemi, czy garść złota, czy wreszcie zdobyć sławę? Niestety, wiemy aż nadto dobrze, jak ożywiona jest ta działalność, z jakim uporem jest ona połączona, jak przykra nieraz staje się dla innych!

Wysiłek to dążenie do wyjścia ze stanu mniej doskonałego.

Wysiłek jest więc przejawem życia w jego rozwoju; obdarzony jest przy tym przedziwną mocą, która nie tylko czyni go zdolnym do zużytkowania działających w nas środków, ale ponadto wydobywa na jaw potęgi nowe, dotychczas w nas uśpione, noszące w sobie słaby zarodek życia. Niektórzy wielcy myśliciele, posuwając zbyt daleko to spostrzeżenie, doszli do wniosku, że wysiłek stwarzany jest przez potrzebę, sam zaś stwarza sobie narzędzia. Jest to oczywisty błąd; ma tu miejsce nie stworzenie, ale wytworzenie; bywa jednak ono jednak niekiedy tak nieoczekiwane że staje się podobne do stworzenia.

2. Czyżby życie duchowe nie miało podlegać temu ogólnemu prawu wysiłku? By tak było trzeba by, żeby życie to nie napotykało na swej drodze przeszkód. Nie ma tu oczywiście pola do bratobójczej walki; Królestwo Boże jest dość obszerne, by przygarnąć nas wszystkich; ta szlachetna i dobroczynna walka skierowana jest przeciw wszystkiemu, co się sprzeciwia porządkowi Bożemu, dobru ludzkiemu, naszemu własnemu dobru. Czy spośród wszystkich stworzeń tylko my jedni mieliśmy się wyrzec wysiłku, a z nim rozwoju?

Jak to! Więc inni wznoszą się i walczą, żeby dojść wyżej w sferze celów pospolitych, doczesnych, choć los ich zabiegów jest tak smutny, skoro giną wraz z nimi, wzbogacając ziemię jeszcze jedną więcej warstwą prochu, a my po to, żeby dać rozrost nadprzyrodzonemu życiu naszych dusz, żeby rozszerzać wśród innych Królestwo Boże, żeby zdobywać to nowe niebo, krainę nieskończonego szczęścia, nie znajdujemy nic oprócz zniewieściałości, oprócz gnuśności?!

Królestwo Niebieskie gwałt cierpi i gwałtownicy je porywają – mówi Pismo Święte (Mt 11, 12).

Oto warunek życia Bożego w naszej upadłej naturze. Życie Boże daje się doskonale przyswoić naszej naturze, tylko jednak lepszej jej części. To co jest w niej złe, niskie – póki żyje, stawia opór. Póki żyje! A żyje w nas, żyje w tobie, duszo pobożna!

Gdy tylko chcemy wykonać jakiś akt cnoty, czy nie odczuwamy zaraz w naszych upodobaniach, chwilowych potrzebach lub po prostu w naszych przyzwyczajeniach jakiegoś oporu, który trzeba przezwyciężyć? Później, kiedy wejdziemy na wyżyny, kiedy wstąpimy w okres zdobytej swobody, silnego zjednoczenia się z Bogiem, jeszcze spotykamy się z wysiłkiem, wówczas jednak nie będzie on już walką, ale raczej potęgą, która wznosić nas będzie w górę! Przygotowujmy się zatem do tej błogiej, radosnej gorliwości przyszłej gorliwością dzisiejszą, pełną cierpień i trudu!

Ileż to razy, aby odbyć nasze ćwiczenia pobożne, aby je ożywić, będziemy musieli, według słów św. Ignacego, trahere mentem: ciągnąć naszą oporną uwagę.

Ile wysiłku potrzeba, by w czasie naszych zajęć wytrwać w jakiejś formie zjednoczenia z Bogiem! Ile walki, by jako tako podtrzymać chwiejną cnotę!

3. U dusz pozbawionych pobożności brak wysiłku daje się łatwo wytłumaczyć zupełnym brakiem ideałów religijnych.

Po co się przezwyciężać, zadawać sobie gwałt, skoro prawie wcale nie zna się Boga? W tej chwili jednak zwracamy się do osób pobożnych, oświeconych w wierze oraz dobrze usposobionych i pytamy je: Skąd u was ta oziębłość granicząca niekiedy z nikczemnością? Pochodzi ona z wrodzonej nam słabości woli, tej władzy, która ma nami rządzić Choroba naszego wieku daje się odczuć i w pobożności: nie chcemy silnie, nie umiemy chcieć!

W młodości narodów potężna wola wybucha nieraz ponad miarę, pod starość rozprzęga się i słabnie!

 

Co to znaczy chcieć?

1. Chcieć to postanowić. Wola silna zaczyna od namysłu, każe zamilknąć wszystkiemu, co odzywać się nie ma prawa, wsłuchuje się w głos rozsądku, a następnie powiada: chcę. Niekiedy za siłę woli uważamy natarczywość naszych pragnień lub gwałtowność postanowień. To błędne pojęcie. Wchodzi tu w grę nie wola, ale namiętność ze wszystkimi swoimi cechami: gorączkowością, niepokojem, a także niestałością. Wola opiera się na rozumie; gwałtowność, żywość na wrażeniach.
2. Chcieć to wykonywać odważnie to, co rozważnie postanowiliśmy. Są ludzie, którzy się ciągle wahają: kiedy już trzeba działać, jeszcze się namyślają. Te lękliwe umysły są zbytnio przewidujące: każda wątpliwość je powstrzymuje; zapominają, że każdy najrozsądniejszy nawet krok jest poniekąd niepewny! Namyślając się w chwili działania, osłabiamy się.
3. I wreszcie chcieć – to wytrwać. Bez ciągłości w działaniu nic się nie udaje; bez wielkiej wytrwałości nikt nie jest w stanie wykonać trudnej sprawy udoskonalenia siebie. Bywają natury, które zrażają się trudnościami. Skoro działamy zgodnie z rozumem, zgodnie z wolą Bożą, cóż znaczą przeszkody: czy nie należało ich z góry przewidywać? Najczęściej jest to po prostu sprzeciw otoczenia, nagany, krzyk opinii, tak zwykle skory do wszelkiej krytyki! Wobec takich przeszkód powinniśmy trwać nieporuszenie i w spokoju iść raz wytkniętą drogą.

Chcieć przy zachowaniu tych trzech warunków znaczy być człowiekiem charakteru, mieć pewną wartość. Stanowczość w działaniu jest zazwyczaj wybitną cechą ludzi obdarzonych wysokim rozumem; przewyższają ich w tym względzie tylko ludzie głębokiej wiary i święci.

Strzeżmy się dość rozpowszechnionego błędu: nie sądźmy, że pokora i roztropność każą nam czynić postanowienia w sposób chwiejny, wykonywać je lękliwie, a wreszcie porzucać je, skoro tylko spotkamy się z oporem.

Nie nazywajmy tego pokorą – powiada św. Franciszek Salezy – ale raczej głupotą! Nie przypisujmy roztropności postępowania ogromnie nieroztropnego, bo odbierającego ducha. Pokora i roztropność to dobrzy doradcy; zapewniając mądrość w postanowieniu, pozwalają mężnie dążyć do wykonania go.

 

 

Wg „Spowiedź Przygotowanie do Sakramentu Pokuty”, Warszawa 2005

Pokora potrzebna do zbawienia

Bez pokory nie możemy się zbawić, o tym dał nam naukę Chrystus Pan w żywym przykładzie.

Oto kiedy razu pewnego Jego uczniowie spierali się ze sobą o to, kto z nich będzie większym w królestwie niebieskim, wtedy Pan Jezus wezwał dziecię i postawił je pośrodku nich i rzekł im: Zaprawdę powiadam wam, jeśli się nie nawrócicie i nie staniecie się jako dziatki, nie wnijdziecie do królestwa niebieskiego (Mat. 18, 1-3).

Potrzeba się nawrócić, a nawrócenie musi rozpocząć się od porzucenia pychy, zaprzestania  szukania własnego wywyższenia, w czym jest początek każdego grzechu, trzeba stać się małym jak dziecię i tak przyjść na nowo do utraconego pierwotnego stanu, względnej bezgrzeszności. I tu dziecko danym jest za przykład nie tylko w tym, że jest małe wzrostem, ale jeszcze bardziej w tym, że jest małym w grzechu i w rozumieniu o sobie, i że jako takie czuje się szczęśliwym w zupełnej zależności od swoich rodziców. Podobnie trzeba stać się dzieckiem Boga, i tak zachować się wobec Niego jak się dzieci zachowują wobec swych rodziców, którzy je kochają, opiekują się nimi, są dla nich powagą, a dzieci w miłości rodzicom wierzą, od nich są we wszystkim zależne, są im uległe.

To, co dzieci czynią z natury, to chrześcijanin czynić ma ze zrozumieniem, z przekonaniem i z wolną wolą; a do tego potrzeba pokory.

Przez pychę zatraca się usposobienie dziecięce względem Boga, traci się też pojęcie o tym, jak na objawieniu Bożym zasadza się chrześcijańska wiara, i jak Kościół ustanowiony przez Chrystusa, wsparty Duchem Świętym, jest powagą w rzeczach odnoszących się do zbawienia.

Dla człowieka pysznego jest jedyną powagą jego własny płytki i ograniczony rozum, wsparty przy tym zdaniami umysłów przewrotnych, odwróconych od wiary; dla niego nic nie znaczy cudowna moc chrześcijaństwa, trwającego tyle wieków, żadną nieprzyjacielską siłą nie zwalczona; niczym mu są światła, jak tylu Doktorów Kościoła i geniuszów, których chrześcijaństwo wydało, on swoim głupim rozumem przenosi swoje zdanie o rzeczach, na których się nie rozumie, nad orzeczenia tych powag i samego Kościoła, i pycha jego nie pozwala mu na światło Bożej prawdy oczu otworzyć.

Jakżeż to smutne!

Dziecko wierząc rodzicom którzy przecież mylić się mogą, może być w błąd wprowadzone, lecz chrześcijanin, wierząc Kościołowi, żadną miarą nie może być w błąd wprowadzonym, bo Bóg, który prawdę swoją powierzył Kościołowi, uczynił go, jak św. Paweł mówi, filarem i utwierdzeniem prawdy (1 Tym. 3, 15). Jako Ojciec Bóg stworzywszy wszystko dla Siebie, nie mógł ludzi pozostawić bez prawdy Swojej w rzeczach największej wagi, nie mógł zatem chcieć religii bez danego z nieba objawienia. To zaś, co dla zdrowego rozumu tak jasne, to dla pychą zamąconego rozumu jest ciemnym; sprawia to duch ciemności, ojciec pychy; tu więc, a nie gdzie indziej jest przyczyna wszelkiej niewiary: niemożebność przyjęcia światła Bożego w duszy zmazanej grzechem pychy.

 

Ks. Jan Adamski; Pokora podstawą życia chrześcijańskiego; Wyd. św. bp J.S.Pelczara Rzeszów 2017