Włodawa

Polecany

DSC01831 Wlodawa miasto 3 religii i kulturWłodawa to niewielkie miasteczko położone w północno-wschodniej części województwa lubelskiego. Leży na wysokim brzegu rzeki Bug stanowiącej granicę z Białorusią. Przez miasto płynie też rzeczka Włodawka. Dzięki położeniu nad rzeką Bug miasto rozwijało się jako ośrodek handlu i tranzytu.
Włodawa zwana jest miastem trzech kultur: Polaków, Rusinów i Żydów, również miastem trzech religii.
Z pewnością odwiedzający to miasto mogą podziwiać trzy świątynie: barokowy kościół św. Ludwika z klasztorem paulinów, cerkiew dawniej unicką teraz prawosławną Narodzenia NMP oraz dwie synagogi – Wielką i Małą oraz budynek dawnego kahału – siedziby gminy żydowskiej.
Zachowało się sporo domów drewnianych, tak rzadko już spotykanych w zabudowie miejskiej.
Zapraszamy do galerii.

Pan bezecny

Trzy rzeczy konieczne dla rządzących (na wyższym stanowisku jedni stają się lepsi, inni gorsi)

Szósty stopień nadużycia to pan bezecny[1]. Na nic się bowiem przyda posiadanie władzy, jeśli władający jest pozbawiony tężyzny cnoty. Tę zaś tężyznę cnoty stanowi nie tyle siła fizyczna, konieczna dla władców świeckich, ile raczej siła wewnętrzna, przejawiająca się dobrymi obyczajami. Często bowiem utrata charakteru władczego wynika z niedbalstwa duchowego, czego przykładem jest kapłan Heli, który stanowczym upomnieniem nie ukrócił występku swych synów karząc ich występki; Pan nie oszczędził i jego za milczące na nie pozwolenie(1 Krl 2, 27-36).

Władający musi mieć trzy zdolności: budzenie lęku, wydawanie zarządzeń i wzbudzanie miłości. Jeśli bowiem pan nie jest lubiany i jeśli się go nie boją, jego zarządzenia nie mogą być skuteczne. Ma więc zdobyć miłość dobroczynnością i przystępnością, a bojaźń wzbudzać sprawiedliwym karaniem – nie osobistych krzywd, lecz za łamanie prawa Bożego. Dlatego, ponieważ wielu opiera się na nim, on sam powinien mieć oparcie w Bogu, jako że On ustanowił go wodzem i On jako mocniejszego utwierdził, iżby mógł dźwigać ciężary mnóstwa. Jeśli bowiem słup nie będzie stał mocno i nie będzie oparty na czymś trwałym, wszystko co się na nim opiera zawali się, a on sam, pozbawiony tężyzny własnej mocy, razem z ciężarem zwali się na ziemię. Tak i władca, jeśli nie ma mocnego oparcia o Boga, on sam i wszystko co się na nim opiera, wnet zginie.

Wypełnianiem urzędu jedni zbliżają się do Boga, drugich wyższe stanowisko czyni gorszymi. I tak Mojżesz skoro wziął na siebie wodzostwo ludu, bardziej poufale rozmawiał z Bogiem (Wj 33,11), natomiast Saul, syn Cisa, gdy wziął berło królewskie, obrażał Boga pyszałkowatym nieposłuszeństwem (1 Krl 15,11). Gdy król Salomon wstąpił na tron swego ojca Dawida, Bóg obdarzył go niezwykłym darem mądrości, by rządził licznym ludem (3 Krl 3,12); przeciwnie było z jego sługą Jeroboamem: zająwszy część królestwa domu Dawida, doprowadził dziesięć pokoleń izraelskich, sąsiadujących z Samarią, do kultu bałwanów (3 Krl 12, 27-30). Te przykłady wskazują, że postawieni na wyższym szczeblu jedni wzrastają w doskonałości, inni natomiast przerostem władzy stają się gorszymi.

Z tego można wnosić, że ci co wznoszą się wyżej, mogą to czynić dzięki mocy ducha i dzięki pomocy Boskiej; ci natomiast, co stają się gorsi, popadają w błąd z powodu niedołęstwa i niedbalstwa ducha. Stąd też nie można dawać władzy człowiekowi bez cnotliwego charakteru, a tego w żaden sposób nikt nie osiągnie bez pomocy Boskiej. Bez żadnej bowiem pomocy i bez własnej mocy ducha nie będzie w stanie spełnić swego zadania, jako że dzieła wielkie zwykle napotykają na wielkie sprzeciwy i napastliwości. Dlatego każdy przywódca o to, jako pierwsze, winien całym wysiłkiem ducha starać się, aby we wszystkim nigdy nie tracić ufności w pomoc Boga. Jeśli bowiem od początku swej działalności będzie miał pomoc Boga, nikt nie zdobędzie się na lekceważenie jego władzy, bo „nie masz władzy, jeno od Boga” (Rz 13, 1). On bowiem podnosi biedaka ze śmierci i wprowadza go w grono książąt ludu (Ps 112, 7), On strąca mocarzy z tronu, a wywyższa poniżonych (Łk 1, 52), aby wszystko, co na świecie podlegało Bogu i aby wzrastała chwała Boga.

 

Krótkie moralia chrześcijańskie, redakcja naukowa Artur Andrzejuk, Warszawa-Londyn 2000

 

1 – „Pan” oznacza przełożonego, ojca rodziny, dyrektora, pracodawcę, itp. każdego, kto musi mieć poważanie i posłuch podwładnych.

Okrągły Stół i Magdalenka

Uczestnicy obrad Okrągłego Stołu byli zapraszani przez gen. Cz. Kiszczaka. To on decydował kto będzie zasiadał po stronie opozycyjnej. Szef służb PRL decydował z kim będzie rozmawiał. Jasnym jest, że wybrał takich „przedstawicieli” opozycji którzy godzili się z nim co do celów jaki przyświecał tej inicjatywie. Co prawda znaleźli się tacy, którzy widzieli i nie bali się o tym głośno powiedzieć. Mec Siła-Nowicki powiedział na zakończenie obrad, aby strona opozycyjna nie zapominała, że nie jest jedyną siłą opozycyjną w tamtym czasie. Przypomniał, że jest opozycja pominięta w tych obradach. Jakie decyzje i ustalenia zapadły na spotkaniach w Magdalence, uczestnicy ich nie wypowiadają się, lub też bagatelizują te dodatkowego spotkania.

Jednym z efektów ustaleń Okrągłego Stołu były wybory 4 czerwca 1989 roku. Wybory, w których społeczeństwo pokazało swoją wolę „wycinając” listę krajową, będącą częścią ustaleń gen Kiszczaka i jego wybrańców.

Na ile obrady samego Okrągłego Stołu były fasadą do spotkań w Magdalence jest pytaniem które dziś coraz głośniej słychać. Co, tak naprawdę, ustalono w Magdalence jest kolejnym pytaniem bez odpowiedzi.

Kolejna rocznica wyborów z 89 roku skłania do refleksji, czym były i do czego doprowadziły obrady Okrągłego Stołu. Czy ustalenia z Magdalenki są nadal obowiązujące („Wasz prezydent, nasz premier” – zmieniał przyjęte ustalenia gdy sytuacja uległa zmianie), czy utajnienie ich przebiegu jest aktualne?

Czym była i gdzie jest dziś tzw demokratyczna opozycja? Czy opozycja, która nie posiadała „koncesji” gen. Kiszczaka ma rację bytu, jest obecna w III RP?

Jak dziecko…

Zaprawdę, powiadam wam: Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do Królestwa niebieskiego. Kto się więc uniży jak to dziecko, ten jest największy w Królestwie niebieski.”(Mt 18,1–4)

 

Co oznaczają słowa Pan Jezusa? W jakim sensie mamy być jak dzieci? Św. Augustyn napisał w Wyznaniach, że „ Na własne oczy widziałem niemowlę, które jeszcze nie umiało mówić, a już było blade ze złości.” Dzieci nie są więc niewinne w sensie moralnym, droga do niewinności jest długim procesem trwającym całe życie. Stać się dzieckiem nie oznacza też jakiejś infantylnej, nieodpowiedzialnej postawy, w której rezygnujemy z pracy nad sobą i dojrzałego kierowania naszym życiem. Stajemy się dziećmi wtedy, kiedy oddajemy się z ufnością naszemu Ojcu. Dziecko kochane przez swoich rodziców, jest właśnie pełne ufności, nie troszczy się nadmiernie o swoje potrzeby, wie, że rodzice chcą dla niego jedynie dobra. Dziecko nie skrywa swoich uczuć, jest spontaniczne i z odwagą wyraża swoje myśli. Nasza postawa wobec ukochanego Ojca powinna właśnie być przepełniona taką dziecięcą prostotą. Żyjąc w ramionach Taty wzrasta w nas pokój i głębokie poczucie bezpieczeństwa. Świadomość nieskończonej Miłości jaką obdarza nas Bóg jest źródłem radości, swego rodzaju beztroski, jaką mają tylko kochane przez rodziców dzieci. Dziecko wie, że samo nic nie może, że potrzebuje opieki, i że tylko kochający rodzic może zatroszczyć się o wszystko czego mu potrzeba. Dziecięctwo Boże nie jest więc moralną bezgrzesznością, ale pełnym pokory poddaniem się woli Ojca.

Często nasza pycha, nasz własny plan na życie, nie pozwala przyjąć tego co chce ofiarować nam dobry Bóg. Kiedy zapominamy, że tak naprawdę jesteśmy słabi i bezbronni, zaczynamy żyć po swojemu. Zdarza się, że gonimy za tym, co przerasta nasze siły, wywyższamy się nad innych, pragniemy nad nimi dominować, męczymy się rywalizacją i perfekcjonizmem. Pan Jezus poucza nasJeśli ktoś chce być pierwszy, niech będzie ostatnim ze wszystkich i sługą wszystkich. I biorąc dziecko postawił je przed nimi. Objął je ramieniem i powiedział do nich: kto przyjmuje jedno z tych dzieci w moje imię, Mnie przyjmuje”. (Mk 9, 35-37) Tak więc Pan Jezus będąc dla nas doskonałym wzorem sam stawia siebie na miejscu dziecka. Pokazuje nam, że naszą prawdziwą siłą i wielkością jest Bóg. Kiedy miłość, którą obdarzył nas Ojciec otaczamy naszych bliźnich, kiedy służymy im takim dobrem jakim sami zostaliśmy obdarowani przez naszego Tatę, wtedy stajemy się naprawdę wielcy. To postawa zawierzenia, ufności i uległości wobec Ojca czyni nas jego dziećmi. Promieniując miłością i dobrem otrzymanym od najlepszego Rodzica, dziecko-bozeuczymy innych prawdy o Królestwie Bożym i dajemy przykład prawdziwego szczęścia, które można odnaleźć tylko w Jego ramionach.

Panie, moje serce się nie pyszni
i oczy moje nie są wyniosłe.
Nie gonię za tym, co wielkie,
albo co przerasta moje siły.
Przeciwnie: wprowadziłem ład
i spokój do mojej duszy.
Jak niemowlę u swej matki,
jak niemowlę — tak we mnie jest moja dusza
(Ps 131).

Być dzieckiem Bożym to wielki dar wolności i pokoju, trwanie w Ojcu daje bezpieczeństwo i odsuwa nadmierną troskę, pozwala nam być sobą. Będąc szczerymi i spontaniczni wobec naszego Ojca wyzwalamy się z fałszu i poznajemy prawdziwy obraz samych siebie. Stawanie się dzieckiem to zadanie na całe życie, to codzienna świadomość oddawania swojego życia w Jego ręce i budowania z Nim ciągłej opartej na prawdzie relacji. Można powiedzieć, że to jedno z największych wyzwań jakie się przed nami pojawia, bo nie wystarczy wierzyć w to, że Bóg jest, trzeba przede wszystkim uwierzyć Jemu. Uwierzyć, że nasz Ojciec kocha swoje dzieci nieskończoną Miłością i pragnie dla nas prawdziwej radości. Nasza postawa nieustannego nawracania się jest właśnie ufnym oddaniem się Jego woli i wiarą w Jego Dobroć i Miłość, nawet wtedy, a może przede wszystkim wtedy, kiedy po ludzku dotyka nas wielkie cierpienie. Nasz Pan Jezus Chrystus jest dla nas prawdziwym obrazem Synostwa Bożego.

 

Katarzyna Janus

PIERWOTNIE TEKST  ZOSTAŁ OPUBLIKOWANY W MIESIĘCZNIKU „MISERICORDIA” SANKTUARIUM MIŁOSIERDZIA BOŻEGO W OŻAROWIE MAZOWIECKIM W CzERWCU 2015 ROKU

Szczęście i miłość naszym celem

sw._m.m.kolbe

  1. Ateiści przyszli w dniu świątecznym do furty i chcieli rozdać podarki dla dzieci. Gdy dzieci przyszły, to im opowiadali, że oni chcą dla ludzi szczęścia na tym świecie, bo i tak ze śmiercią wszystko się skończy.
    Głoszone przez nich hasło uszczęśliwiania ludzi zbudowane jest na głębokich podstawach psychologicznych, bowiem rzeczywiście każdy chce być szczęśliwy. Ale w całej tej teorii jest także duży błąd, bo wyłączają nieśmiertelność duszy.
    Szczęścia szuka każdy człowiek. I gdyby zbadać pobudki, którymi ludzie posługują się w tym życiu, to zawsze głównym celem jest szczęście. Ale gdyby ktoś w zakonie szukał szczęścia kosztem woli Bożej, to nawet ludzie świeccy to zauważą i tym się zgorszą.
    Opowiadał jeden misjonarz, że przyszedł do niego pewien inteligentny Hindus i wyraził pragnienie nawrócenia się na katolicyzm. Zdziwiony zapytuje, co go do tego skłoniło, a on mówi, że nie wierzył w życie bezżenne misjonarzy katolickich, lecz dłuższa obserwacja przekonała go o tym i dlatego religia katolicka musi być prawdziwa, jeśli daję taką siłę. I tak jest zawsze: ludzie chcą widzieć naukę chrześcijańską w czynie.
    We Włoszech jechałem raz pociągiem i dyskutowałem z Żydem na temat boskości Pana Jezusa. Przytoczyłem wszystkie dowody i wreszcie na końcu słyszę pytanie, czy ja sam w to wierzę. Odpowiedziałem: – Gdybym nie wierzył, to bym zrzucił ten habit i poszedłbym używać świata. – To wystarczyło. Nie potrzeba było więcej przekonywać.
  2. Człowiek szuka szczęścia i rzeczywiście nawet w tym poświęceniu się Bogu je znajduje. Celem ostatecznym człowieka jest ten cel, do którego zdąża, dla którego zużywa środki, by go osiągnąć. Naszym celem jest miłość Boża przez Niepokalaną i w niej, a środkiem życie, dlatego powinniśmy zużyć swe życie dla tego celu.
    Jeśli człowiek nie miłuje Boga, to miłuje siebie, a są to miłości sprzeczne. Św. Augustyn mówi, że są dwa krańce: „Miłość Boga aż do wzgardy siebie, albo miłość siebie aż do wzgardy Boga”. Trzeba więc pamiętać, by miłość w Bogu, a nie poza Bogiem. W życiu codziennym często się zdarza, że jeszcze kochamy siebie; starajmy się więc, aby miłość Boga w nas aż do wzgardy siebie.

Niepokalanów, 13 II 1938.

Z „Konferencje św. Maksymiliana Marii Kolbego”, WOF Niepokalanów 2009, wyd IV.

Duszochwat – łowca dusz i apostoł Pińszczyzny

Przyszły patron Polski urodził w 1591 roku, najprawdopodobniej w Strachocinie k. Sanoka, przypuszczalnie 31 listopada. Ród Bobolów pieczętował się herbem Leliwa i należał do jednych z najstarszych w Polsce. Spotykamy jego przedstawicieli na Śląsku i w Małopolsce. W latach 1606-1611 uczył się mały Andrzej w gimnazjum jezuickim zapewne w Braniewie. Zdobył wtedy doskonałą znajomość języka greckiego, co wykorzystał później w pracy misyjnej i dyskusjach z teologami prawosławnymi. W roku 1611 wstępuje do zakonu jezuitów w Wilnie i po dwóch latach składa śluby zakonne. Studiuje razem z późniejszym księdzem Marcinem Sarbiewskim, poetą zwanym sarmackim Horacym. W marcu 1622 roku otrzymuje święcenia kapłańskie i rozpoczyna pracę w Nieświerzu. Pełni funkcję rektora kościoła, jest kaznodzieją, spowiednikiem, misjonarzem ludowym i prefektem młodzieży. bobolaJako misjonarz obchodzi wioski, chrzci, udziela sakramentu małżeństwa, zażegnuje waśnie i sąsiedzkie spory. W Połocku jest moderatorem Sodalicji Mariańskie wśród młodzieży. W 1636 roku zostaje mianowany kaznodzieją Warszawy. W następnym roku jest znowu w Połocku a w latach 1638-1642 w Łomży. W latach 1646-1652 pracuje przy kościele św. Kazimierza w Wilnie.

Święty Andrzej Bobola jest autorem ślubów króla Jana Kazimierza złożonych 1 kwietnia 1656 roku w katedrze lwowskiej.

Od roku 1652 pracuje na Polesiu. Terenem jego działalności misyjnej był obszar pomiędzy Pińskiem a Janowem Poleskim (oba miasta na terenie dzisiejszej Białorusi).

Od roku 1654 trwa wojna z Rosją, którą wspierają wojska kozackie pod dowództwem Bohdana Chmielnickiego. Wojna ma nie tylko polityczne oblicze, Rosja występuje w „obronie” prawosławia na terenach Rzeczpospolitej. Pińszczyzna jest obszarem, w którym prawosławni są w sporej ilości. To oni nazwali św. Andrzeja Bobolę duszochwatem czyli łowcą dusz, gdyż wielu prawosławnych przyjęło katolicyzm pod wpływem jego nauk.

W maju 1657 roku oddział kozacki Jana Lichego zajął Pińsk, dnia 15 maja został przez nich ujęty o. Maffon, współpracownik ks. Boboli, znęcając się i torturując w końcu go zamordowano. Św. Andrzej schronił się w odległym o 30 km Janowie Poleskim. Następnego dnia oddział kozacki schwytał Bobolę we wsi Peredił. Namowami i groźbami próbowali zmusić jezuitę do wyparcia się wiary katolickiej. bobola-2Kiedy spotkała ich kategoryczna odmowa, upletli z gałązek wierzbowych rodzaj korony cierniowej i włożyli na głowę kapłana, ściskając coraz silniej tak by jednak nie pękła. Następnie przywiązanego do słupa zaczęli bić nahajkami. Bicie po twarzy spowodowało wybicie kilku zębów, palce broczyły krwią po wyrwanych paznokciach. Oprawcy postanowili doprowadzić św. Andrzeja do swojej starszyzny w Janowie Poleskim. Obwiązali Bobolę sznurami a dwa końce przytroczyli do siodeł i powlekli go między końmi, poganiając lancami i zadając dwie rany w łopatki.

Zawleczono go do pobliskiej rzeźni, rozłożono na stole i zaczęto tortury od przypalania ogniem. Następnie w miejscu tonsury na głowie wycięto skórę do gołej kości, na plecach wycięto skórę w kształcie ornatu a powstałe rany przysypano sieczką. Później zostały odcięte, wargi, nos oraz wyłupione jedno oko. Wyjąc i jęcząc z bólu św. Andrzej wzywał imienia Jezus, co rozwścieczyło oprawców i przebili mu kark, zrobili otwór i wyrwano język u samej nasady. W końcu został powieszony głową w dół i herszt oprawców uderzeniem szabli zakończył tę męczarnie – był 16 maja 1657 roku.bobola-3

Do Janowa zbliżał się oddział polskich wojsk, dlatego Kozacy wycofali się pozostawiając ciało. Był to dzień targowy, w mieście było wielu ludzi i było wielu świadków męczarni świętego Boboli. Przybyli jezuici zabrali ciało zamęczonego współbrata i pochowali je w podziemiach kościoła w Pińsku. Z uwagi na niespokojne czasy po latach zapomniano o miejscu pochówku.

W roku 1702 rektorowi kościoła w Pińsku ukazał się św. Andrzej i obiecał szczególną opiekę pod warunkiem odnalezienia trumny i umieszczenia jej w oddzielnym miejscu. Usilne poszukiwania doprowadziły po trzech dniach do sukcesu. Odnaleziono trumnę ze zwłokami i z wielką uwagą i starannością odkryto wieko. Mimo spoczywania w wilgotnej ziemi ciało zachowało giętkość, nie uległo rozkładowi. Ubranie w którym był pochowany zbutwiało, natomiast ciało zachowało się w doskonałym stanie. W roku 1730 poddano ciało św. Andrzeja badaniom lekarskim i stwierdzono jego miękkość i giętkość oraz zakrzepłą, krew która nie uległa rozkładowi i zepsuciu. Uznano to za cud by ciało dochowało się w takim stanie przez ponad 70 lat.

Od połowy XVIII wieku trwały starania o beatyfikację Andrzeja Boboli. Prośby do Rzymu zanosili królowie, biskupi, możnowładcy oraz sami jezuici. Różne trudności i przeszkody spowodowały, że dopiero 30 października 1853 nastąpiła beatyfikacja. Kanonizacja św. Andrzeja Boboli nastąpiła 17 kwietnia 1938 roku w święto Zmartwychwstania Pańskiego.

Na początku XIX wieku jezuici przenieśli relikwie św. Andrzeja z Pińska do Połocka. W Połocku przebywały do czasu rewolucji sowieckiej. Po rewolucji zostały przeniesione do Moskwy do muzeum medycznego. Dzięki staraniom papieża Piusa XI w roku 1924 zostały przekazana Watykanowi i umieszczone w jezuicki kościele Il Gesu w Rzymie. W roku 1938 zostały uroczyście przewiezione do Polski, specjalnym pociągiem. Trasa wiodła przez wiele miast polskich (Kraków, Poznań i ostatecznie Warszawa) i spoczęły w kościele jezuitów na ul. Rakowieckiej w srebrno-kryształowej trumnie-relikwiarzu.

Z okazji 300-letniej rocznicy śmierci św. Andrzeja Boboli dnia 16 maja 1957 papież Pius XII wydał osobną encyklikę Invicti Athletæ Christi (Niezwyciężony bohater Chrystusowy), wychwalającą cnoty tego wielkiego męczennika.

bobola-4Św. Andrzej Bobola przedstawiany jest w stroju jezuity z szablami wbitymi w kark lub jako wędrowiec. Od 2002 jest drugorzędnym patronem Polski. Jest także patronem archidiecezji warszawskiej, białostockiej i warmińskiej oraz kolejarzy. Jest również patronem miasta Czechowice-Dziedzice i jego postać umieszczona jest w jego herbie. Kult Świętego jest nadal bardzo żywy. Na zdjęciu przydrożna figura św. Andrzeja Boboli koło miejscowości Rychwał w Wielkopolsce.

 

 

 

PIERWOTNIE TEKST BYŁ OPUBLIKOWANY W MIESIĘCZNIKU „MISERICORDIA” SANKTUARIUM MIŁOSIERDZIA BOŻEGO W OŻAROWIE MAZOWIECKIM W MAJU 2015 ROKU.

Najlepsza Matka

„Wtedy Maryja rzekła:
Wielbi dusza moja Pana,
i raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawcy. Bo wejrzał na uniżenie Służebnicy swojej.
Oto bowiem błogosławić mnie będą odtąd wszystkie pokolenia (…)”

 

Niezgłębiona jest tajemnica macierzyństwa Maryi. Św. Maksymilian twierdził, iż „Kto (…) nie potrafi ugiąć kolana i w kornej modlitwie błagać pokornie o poznanie, kim Ona jest, niechaj nie spodziewa się cośkolwiek o Niej bliższego dowiedzieć”. Istotnie, Maryja będąc Pełna Łaski jest wzorem pokory i całkowitego zawierzenia, Jej macierzyństwo jest więc przede wszystkim bezwarunkowym poddaniem się Woli Bożej. Maryja przyjmuje Jezusa pod swoje Serce z pełną ufnością, bez pytań i obaw o dalszy los. Tak wiele matek jest dziś niespokojnych, niektóre z nich gotowe są nawet zabić własne nienarodzone dziecko, z obawy przed tym jak będzie wyglądało ich życie, bądź życie dziecka. Większość kobiet cieszy się jednak na myśl o dziecku, ale bywa, że traktują je nie jak dar, który należy przyjąć z wdzięcznością i traktować jak powierzony im skarb, ale wydaje im się , że dziecko to coś co im się należy, bo tego bardzo pragną i tu pojawia się bolesny temat min. in vitro. Tak więc już od Zwiastowania, czyli od momentu poczęcia Jezusa, Maryja uczy nas pełnego pokoju i pokory przyjęcia wielkiego daru jakim jest dziecko.

Piękne słowa Magnificat jakie wypowiada Maryja podczas spotkania ze krewną Elżbietą pokazują tę prawdziwą radość i uwielbienie Boga. Bo to czego Maryja uczy nas poprzez swoje szczególne macierzyństwo, to także głęboka wdzięczność dla Stwórcy za dar życia. Maryja dzieli się tą radością z Elżbietą, przebywa z nią dłuższy czas, wspiera i pomaga, obdarowuje miłością, także brzemienną krewną. Tak więc Maryja nie koncentruje się na sobie, nie izoluje, ale idzie z Jezusem głosić radość i nadzieję. Pokazuje nam tym samym, że poczęcie dziecka, to stan błogosławiony, czyli radosny i należy przeżywać go w rodzinie. Dzielić się, gdyż macierzyństwo powinno nie tylko być radością dla matki, ale dla bliskich i dla całego Kościoła.

Maryja pozostaje także posłuszna swojemu mężowi. Józef będący ziemskim ojcem Jezusa, staje się opiekunem rodziny, kimś komu Maryja pozwala się prowadzić. To ważne dla nas, aby pamiętać, że macierzyństwo kobiety potrzebuje męskiego wsparcia, ojcowskiej siły. Kobieta, aby szczęśliwie zająć się dzieckiem potrzebuje męża, który zatroszczy się o bezpieczeństwo rodziny i jej szeroko pojęte dobro.

Kiedy przychodzi czas porodu Maryja, znów pokazuje swoją wielką ufność i pokorę. Pomimo tego, że nikt nie chciał ich przyjąć i Jej Syn rodzi się w stajni wśród zwierząt, Maryja nie skarży się, ale ze spokojem troszczy o swoje dziecko. Kładzie Jezusa zawiniętego w pieluszki w żłobie. To połączenie zawierzenia Bogu i prostej matczynej troski, wprowadza niezwykły pokój. Ukazuje wielką mądrość Maryi. Warto pamiętać o tym, kiedy zaczynamy jako matki nadmiernie troszczyć się o nasze dzieci, albo z niepokojem pragnąć dla nich czasem rzeczy zupełnie zbędnych.

Posłuszeństwo Maryi wobec Boga, widoczne jest także wtedy, kiedy zgodnie z przepisami prawa, idzie wraz z Józefem ofiarować swojego Syna Bogu Ojcu. Jeszcze raz Maryja pokazuje nam, że to co najcenniejsze należy ofiarować Bogu. Maryja słyszy słowa proroka Symeona, iż Jej serce miecz przeniknie, jednak po raz kolejny bezgranicznie ufa, wie, że tylko z Bogiem może wszystko przetrwać. Ofiarować swoje dziecko tak jak Ona, wiedząc, że może to oznaczać wielkie cierpienie, jest przykładem wielkiej wiary. Dla nas matek, to prawdziwa lekcja pokory.

Jak jest napisane “Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu” (Łk 2,19). Jej niezwykłe macierzyństwo, stawiało Ją często w sytuacji, której nie rozumiała, ale pomimo to zawsze potrafiła przyjąć to co działo się w jej życiu. Moment kiedy podczas Święta Paschy Jezus gubi się swoim rodzicom, jest pewnym przełomem, wejściem Syna w dorosłość. Matka zatroskana o dziecko, które się zagubiło, ma żal, że Syn odszedł. A jednocześnie w chwili, kiedy uświadamia sobie, że Jej rola odtąd jest inna, po raz kolejny przyjmuje wszystko z pokorą. Dla wielu matek, to bardzo trudny okres, ile nieszczęść i bolesnych przeżyć wynika z samego tylko faktu, że matki nie pozwalają dorosnąć swoim dzieciom, że nieustannie je kontrolują i pragną zachować dla siebie jak swoją własność.

To jak wielkim cierpieniem dla Maryi była śmierć Jezusa, pozostaje tajemnicą. Jej ból był związany nie tylko z cierpieniem Syna, ale także ze świadomością, że ofiara Miłości, że Bóg jest odrzucony, pogardzony i ostatecznie okrutnie zabity. W istocie przecież Maryja, była tą, która współcierpiała. Myślę, że bez Boga, żadna matka nie jest w stanie przejść przez takie cierpienie. Dlatego warto jest uczyć się od Maryi Jej pokory, wdzięczności i mądrości, gdyż to Ona obdarzyła swojego Syna Prawdziwą Miłością.

pieta-frag„W świetle Maryi Kościół widzi w kobiecie odblaski piękna, które odzwierciedlają najwznioślejsze uczucia, do jakich zdolne jest serce ludzkie: całkowitą ofiarę miłości, moc, która potrafi znieść największe cierpienia, bezgraniczną wierność, niestrudzoną aktywność, umiejętność łączenia wnikliwej intuicji ze słowem pociechy i zachęty”(św. Jan Paweł II).

 

Katarzyna Janus

PIERWOTNIE TEKST  ZOSTAŁ OPUBLIKOWANY W MIESIĘCZNIKU „MISERICORDIA” SANKTUARIUM MIŁOSIERDZIA BOŻEGO W OŻAROWIE MAZOWIECKIM W MAJU 2015 ROKU

Niewiasta bez wstydliwości

Dwojaka wstydliwość: Ducha i ciała

Piąty stopień nadużycia to niewiasta bez wstydliwości. Jak bowiem u mężczyzn całość dobrych obyczajów sprawia i zachowuje roztropność, tak u kobiet, żywicielką, opiekunką i stróżem wszystkich moralnie pięknych czynów jest wstydliwość. Albowiem wstydliwość czuwa nad zachowaniem czystości, powściąga chciwość, unika sporów, łagodzi gniewliwość, panuje nad lubieżnością, nakłada miarę chciwości, krępuje rozwiązłość, wystrzega się opilstwa, nie dopuszcza do gadatliwości, przeciwstawia się pędowi do obżarstwa, kradzieżą z miejsca gardzi. Krótko mówiąc, wszystko co pcha do występku – powściąga, a wszystkie cnoty i cokolwiek jest godne pochwały wobec Boga i dobrych ludzi – zasila.

Życie bez wstydu nie ma co oczekiwać na pochwałę ludzką w tym życiu, ani na nagrodę u Boga w życiu przyszłym. Natomiast życie wstydliwe ma dobre imię wśród ludzi i cieszy się nadzieją szczęścia przyszłego. Współczesnych pociąga do naśladowania, potomnym zastawia miłe wspomnienia. Przyjemność znajduje tylko w tym, co moralnie dobre i na to tylko przyzwala; ducha karmi usilnym wmyślaniem i wczytywaniem się w Pismo św. Z dobrych uczynków przeszłości bierze przykład, a najściślej wiąże się z tym, co doskonałe.

Jest stwierdzone, że prawdziwa wstydliwość urzeczywistnia się w dwojaki sposób: postawą i wyglądem ciała, i wewnętrzną dążnością ducha. Według Apostoła sposobem zewnętrznym dajemy przykład ludziom, a sposobem wewnętrznym spełniamy dobre uczynki wobec Boga.

Wstydliwość bowiem ciała polega na niepożądaniu rzeczy cudzych i na unikaniu wszystkiego co brudne, na woli niejedzenia przed wyznaczonym czasem, na nierozśmieszaniu, na niemówieniu słów bezsensownych i fałszywych, na stosownym ubieraniu się i uczesaniu włosów, na niewdawaniu się w niestosowne towarzystwo, na niepatrzeniu z góry na nikogo, na nierzucaniu bezmyślnie oczyma na wszystkie strony, na chodzie niekokieteryjnym i kuszącym, na nieokazywaniu wobec nikogo jego niższości w poczynaniu dobrych dzieł, na niezadawaniu nikomu wzgardy i zawstydzenia, na nieznieważaniu nikogo, na niezazdroszczeniu dobrym, na niedrwieniu ze starszych, na niesprzeczaniu się z lepszymi, na nierozmawianiu o tym na czym się nie zna; a z tego, co wie, niemówieniu wszystkiego – to czyni człowieka miłym dla ludzi, a Bogu przyjemnym.

Zaś wstydliwość ducha polega na czynieniu wszystkiego co dobre raczej ze względu na oczy Boga niż dla oczu ludzkich, na opanowaniu dążności do myśli brzydkich, na uważaniu wszystkich za lepszych od siebie, na niezazdroszczeniu nikomu, na nie pokładaniu ufności w sobie samym, na polecaniu wszystkich swoich spraw pomocy Boskiej, na stawaniu w obecności Bożej, na niezanieczyszczaniu umysłu heretyckim znieprawieniem, na zgadzaniu się zawsze z tym, co katolickie, na przylgnięciu tylko do Boga, na składaniu Chrystusowi czystości wewnętrznego umysłu, na zaprzestaniu wszystkich zaczętych dobrych dzieł dopiero z chwilą śmierci, na mężnym nieprzejmowaniu się obecnymi udręczeniami ducha, na niemiłowaniu na ziemi niczego, poza bliźnim, na widzeniu skarbu godnego całej miłości w niebie – a za wszystkie dobre uczynki spodziewaniu się nagrody od Boga w niebie.

Wstydliwość zdobi ludzi szlachetnych, wynosi nisko postawionych, uszlachetnia nienależących do stanu szlacheckiego, upiększa wzgardzonych, ubogaca trudzących się, daje pociechę udręczonym, wzmaga wszelką piękność; jest ozdobą pobożności, chroni przed występkami, pomnaża zasługi, tworzy przyjaźń ze Stwórcą wszystkiego – z Bogiem.

 

Krótkie moralia chrześcijańskie, redakcja naukowa Artur Andrzejuk, Warszawa-Londyn 2000

 

Chrystianizm i materializm

Z czasopisma „Przegląd Katolicki” nr 27, 6 lipca 1871, Warszawa

Bp Michał Nowodworski

Wszystkie wrogie chrystianizmowi doktryny: idealne, realne i realno-idealne, ustąpiły ostatecznie przed materializmem. Materializm stał się za dni naszych potęgą wielką, i ufny w tę potęgę, do otwartego już wystąpił z chrystianizmem boju, do walki na śmierć i życie. Widział jednak, że walki tej zwycięsko prowadzić nie zdoła w sferze prawdziwej nauki i ścisłej myśli, przeto wydrwił wszelką naukę, której skrzywić nie mógł do swojej służby, ścisłość logiczną rozumowania wyśmiał jak scholastyczną staroświecczyznę, odezwał się do niskich chuci człowieczych, i przywłaszczywszy sobie prawo dalszego prowadzenia ludzkości po drodze postępu, wypowiedział chrystianizmowi w imię światła, nauki, rozumu, swobody i powszechnego szczęścia, nieubłagany bój na polu życia społecznego. I wmówił w swoich wiernych, że wszystko , czym się szczyci cywilizacja nowożytna, jego jest dziełem, że chrystianizm przeszkadza ziemskiemu szczęściu człowieka, stawiając mu marę pozaziemskiego żywota, że Kościół, jak tamujące dalszy pochód rumowisko przeszłości, powinien być z drogi uprzątnięty i precz odrzucony. Sofiści tak skrzętnie chodzili wokół swego dzieła, tylu tajnych i jawnych, świadomych rzeczy i nieświadomych jej mieli popleczników, że obóz antychrystusowy wzmagał się ustawicznie. Całą wiedzę o stworzeniu, jaką zdobyły długie wieki pracy naukowej, obrócono przeciwko Stwórcy; dzieje przy pomocy sofistyki stały się spiskiem przeciwko Bogu. Sprofanowana nauka, sfałszowane dzieje zostały podstawami procesu, jaki zbuntowany rozum człowieczy wytoczył Panu swemu. W umysłach wielu osłabionych fałszem, proces ten został wygrany na rzecz zbuntowanego rozumu; tłum też ten mnogi, na pół oświecony, nieustannie propagandą materialistyczną nurtowany, zobojętniały w wierze, oglądający się wprawdzie jeszcze na tradycje przeszłości, obawiający się ostatecznych następstw doktryn, przyjętych przez siebie w zasadzie, ale nie mający ani ochoty, ani odwagi poddania się pod wymagania prawa chrześcijańskiego, skłaniał coraz przychylniejsze ucho ku tym mistrzom nowej mądrości, którzy ponętne dla pożądliwości ciała głosili zasady.

Kaznodzieje i pisarze chrześcijańscy walczyli niezmordowanie przeciwko coraz dalej posuwającemu swe zdobycze materializmowi; wołali do wielkich i małych, do uczonych i nieuczonych; przestrzegali ludzi dobrej woli, aby się mieli na baczności, aby opierali się odrywającemu społeczeństwa od Boga prądowi, którego końcem musi być ostateczny upadek moralny i ruina społeczeństwa.

Żarliwe kazania, uczone rozprawy przebrzmiewały bez skutku.

Z wysokości Kościoła od czasu do czasu dał się słyszeć głos surowej przestrogi, już to karcący towarzystwa tajne, spiskujące na wywrócenie chrześcijańskiego porządku społecznego, już to wytykające zgubne błędy czasu.

Na przestrogi te i upomnienia podniósł się z obozu antychrystusowego wielki krzyk oburzenia i naigrywania. Oburzano się i naigrywano z głosu Zastępcy Chrystusowego, jako głosu ciemności bezsilnej, pragnącej daremnie swymi zaklęciami powstrzymać postęp światła.

Ale niedługo rozległ się po wszystkich zakątkach cywilizowanego świata potężny głos faktów, usprawiedliwiający najzupełniej wyszydzane przestrogi i obawy. W stolicy świata cywilizowanego, tak gdzie postęp materialny objawiał się w najwyższej swej sile i potędze, gdzie niedawno wspaniałe stawiano mu świątynie i wielkie jego dni święcono, zapanowali ludzie, którzy w imię tych haseł, jakie im podały doktryny nowożytne, z rozbestwieniem, do jakiego tylko człowiek upaść może, rzucili się na najświętsze prawa społeczne i na najświetniejsze pomniki cywilizacji.

Nie naszą jest rzeczą rozpatrywanie wszystkich przyczyn tego strasznego ustępu dziejów; przyczyny polityczne pozostawiamy na boku, ale też w rzeczy samej podrzędną tylko grają one rolę w tym krwawym dramacie. Wytykamy tu tylko przyczynę jedną, ale najgłębszą, główną: odchrystianizowanie społeczeństwa przez materializm.

Wiemy, że bardzo wielu nauczycieli i wyznawców materializmu potępiało energicznie dzikie zbrodnie Komuny Paryskiej; przyznajemy im w tym zupełną słuszność, ale nie możemy przyznać konsekwencji logicznej.

Od dawna mistrzowie ci łudzili tłumy obietnicami dobrobytu powszechnego, od dawna pobudzali ubogich przeciwko bogatym, niższych przeciwko wyższym. Literatura popularna w dziennikach, dzienniczkach i broszurach, szydziła z rzeczy najświętszych, a wraz z wiarą podkopywała znaczenie wszelkiej powagi społecznej: bunt przeciwko chrześcijańskiemu porządkowi społeczeństwa był już w umysłach wielu; nic więc dziwnego, że przy nadarzającej mu się sposobności wystąpił w czynie straszliwym, ohydnym.

Wzdryga się już nie chrześcijańskie tylko, ale człowiecze nawet uczucie na wspomnienie tych zbrodni, jakimi ostatnia rewolucja paryska na­znaczyła swe krótkie panowanie; ale w oburzeniu tym oczy nasze od uczniów zwracają się ku mistrzom, którzy niczego nie zaniedbali, aby takich ludzi przygotować społeczeństwu.

Niedawne to czasy, świeże jeszcze w pamięci, jak owi maleńcy mistrzowie, przybierając postawę wielkich mężów nauki, pisanym i żywym słowem, silili się w młodzież i klasy robocze wlać przekonanie, że umiejętność nowożytna zrobiła to wielkie odkrycie i dowiodła jasno jak na dłoni, że nie ma ani Boga, ani duszy, że jest tylko materia, że człowiek jest jednym z rozlicznych przejawów materii, że myśl jest wytworem mózgu, jak żółć wytworem wątroby, że nie ma wolnej woli, że uczynki wszystkie, dobre czy złe, są koniecznym następstwem ślepych niezależnych od człowieka przyczyn, że sumienie jest tak dobrze wyrobem materii, jak myśl, żółć i ślina.

Doktryny te nie są nowe; rozsiewano je już przed wielką rewolucją francuską, zebrano z nich też żniwo piękne; ale propaganda zeszłowieczna nie może wytrzymać porównania z potęgą propagandy współczesnej.

Propaganda minionego wieku szerzyła się przede wszystkim w wyższych warstwach społecznych; współczesna sięgała we Francji do najniższych warstw ludu; w warsztatach, restauracjach, kawiarniach, karczmach, za pośrednictwem swoich dzienników i broszur, ustawicznie napastowała ona religię, bluźniła Bogu, szydziła ze wszystkiego co święte, i budziła najbrudniejsze namiętności człowiecze. Raport urzędowy komisji drobnego handlu księgarskiego podaje, że na 9 milionów książek sprzedanych w miastach, miasteczkach i wsiach francuskich za pomocą roznoszenia, książek niemoralnych przed 1862 r. było osiem milionów! Od tego czasu propaganda wzmogła się jeszcze silniej. Powstały specjalne pisma periodyczne dla szerzenia ateizmu jak: „Morale independante”, „Libre Conscience”, „Libre pensée”, „Revue du progrès”, „Revue positive”, „Rive gauche” itd.

Niektórzy z redaktorów tych dzienników zostali najbardziej czynnymi członkami Komuny.

Założyciele dziennika „Libre Pensée” w swoim prospekcie z 1864 roku otwarcie zapowiadali, że zakładają dziennik dla szerzenia ateizmu i materializmu, a zarazem prosili ks. biskupa Orleanu „o klątwę na ten prospekt i na redaktorów”.

Ateizm poczynał być już środkiem reklamy.

Prasa wykwintniejsza, dzienniki i przeglądy przeznaczone dla klas bardziej wykształconych, nie tylko nie hamowały tej niebezpiecznej propagandy, ale same dla niej swoje otwierały kolumny.

Trucizna fałszu tysiącami strumieni wnikała w umysły.

Jak dalece materializm przyjął się wśród młodzieży francuskiej i robotników, pokazały dwa głośne swego czasu zjazdy: studentów w Liège, i robotników w Genewie; ówczesne mowy były wstępnym słowem do przyszłej Komuny. Do tego przyszło, że robotnicy paryscy pytani o religię, z pychą odpowiadali, iż są pozytywistami.

Doktryny walczące tak zawzięcie przeciwko prawdzie, będącej najistotniejszą podstawą życia społecznego i postępu cywilizacji, musiały objawić się odpowiednimi skutkami i właściwe sobie przynieść owoce: krwawe rozdarcie życia społecznego, negację wszelkiej cywilizacji, i cofnięcie człowieka do najniższego stopnia zezwierzęcenia.

Komunardzi zamknęli i zrabowali kościoły, zamordowali spokojnych kapłanów, bo ich od dawna uczyła starszyzna literacka, że Kościół przeszkadza do szczęścia człowieka, do rozkosznego życia na ziemi, że świat dany człowiekowi do użycia, zamienia na ponurą dolinę łez i pokuty. Zresztą, jak Komuna cierpieć mogła istnienie Kościoła, skoro jej ojcowie nauczali, że „sama idea Boga jest niepostępową”, że „Boga jakiegokolwiek uważać należy za nieprzyjaciela publicznego”, że „idee zwane religijnymi, pod jakąkolwiek pokazujące się postacią, są przyczyną rozprzężenia w rodzinie i nieporządku w Państwie”. Wszakże już przed Komuną byli „ludzie czynu, solidarni, wolni myśliciele”, którzy wiązali się w towarzystwa obowiązujące do niewyznawania żadnej religii. Gdy ci „ludzie czynu” przyszli do władzy, literackie ich bluźnierstwa stały się aktami urzędowymi. Dekret Komuny na zamkniętych drzwiach parafialnego kościoła w Monmartre wywieszony, przypomina od dawna znane w literaturze tamtejszej frazesy: kościoły nazywają się tam „jatkami duchowego mordu” a księża „oszustami i ludźmi ciemności”. Nie szanowała Komuna własności publicznej ani prywatnej, bo najdziksze od dawna podawano ludowi pojęcia o własności. Ubożsi łatwo dawali się przekonać, że są okradani przez bogatszych. Wszakże już na zjeździe bazylejskim przed kilku laty oświadczyli zgodnie robotnicy francuscy i niemieccy, iż nie dbają o Boga, o Kościół i wiarę, że służyć będą każdemu, kto tylko zapewni im zniesienie własności.

Setki kobiet stanęły wespół z mężczyznami do zbrodniczych szeregów; powiadają nam nawet, że dzikością i okrucieństwem przewyższały one męskich swoich kolegów; wierzymy temu zupełnie, ale czyż od dawna nauczyciele „moralności niezależnej” nie uczyli, że niewiasta powinna wyzwolić się ze wszystkich uprzedzeń religijnych to jest, że wyzuć się powinna z wiary, ażeby być godną towarzyszką mężczyzny; czyż propaganda niemoralna nie zdzierała z niewiasty wszelkiego niewieściego wstydu, wywabiając ją z zacisza rodzinnego życia, i wpychając w wir wszystkich namiętności, wstrząsających nowożytnym społeczeństwem?

Pożogą i mordem kończyli burzyciele swoje panowanie, bo ramienia ich zbrodniczego nie powstrzymywał żaden głos sumienia, żadna zasada moralna. I jak mogło być inaczej, skoro propagatorzy francuscy niczego nie zaniedbali na zagłuszanie sumienia w ludzie i podkopywanie wszelkich zasad moralnych. Można łatwo wyobrazić sobie, jakim językiem przemawiali ludowi apostołowie materializmu, skoro filozof używający wielkiej powagi pomiędzy literatami francuskimi, w poważnym organie prasy paryskiej na dziewięć lat przed Komuną pisze: „Człowiek jest produktem jak wszystko, i dlatego ma prawo być takim, jakim jest. Wrodzona jego niedoskonałość jest równie naturalną, jak przejście zarodka w roślinę. A gdy tak jest, występek jest produktem. A to co się nam zdaje pogwałceniem prawa, jest wykonaniem prawa”. A dalej mówiąc o tych siłach nieprzepartych, koniecznych, „produkujących” przez człowieka cnotę lub występek, staje w obronie tego drugiego, i nie pozwala się nań oburzać, bo „któż by to śmiał oburzać się na geometrię żyjącą?”. Ohydne więc zbrodnie Komuny podług tej teorii, a jest to teoria nie jednego człowieka, ale całej szkoły pozytywnej, wszelakiej doktryny materialistycznej, były już wpierw usprawiedliwione; mordy i pożoga, jaką zionęła naokoło siebie, były „produktem” materii organicznej w człowieka-komunardę zorganizowanej, produktem takim dobrym jak każdy inny produkt, jak bohaterstwo żołnierza, jak poświęcenie świętego; były nie zgwałceniem, ale wykonaniem prawa. Filozofia pozytywna zawczasu osłoniła te zbrodnie i nie pozwala się na nie oburzać – bo któż by chciał być tak nierozsądnym, aby się oburzał na „żyjącą geometrię”!

Rozpatrując się w literaturze materialistycznej naszych czasów, jeden z katolickich pisarzy naszych pyta w goryczy ducha, „czy to jeszcze są ludzie, co piszą podobne rzeczy. I nie dla żartu to mówimy,  – dodaje tenże pisarz – że gdyby można sobie wyobrazić wilka lub małpę zdolne do pisania, nie wyższy ich byłby poziom umysłowy, a przede wszystkim nie inny cel ich pragnień. W którekolwiek czasy cofniemy się myślą, w jakąkolwiek epokę najgłębszego ludzkości upadku, nie napotkamy nigdy podobnych bezeceństw. Żaden pogański Grek ni Rzymianin w czasie zupełnego rozbestwienia się owych ludów, nie odważył się na coś podobnego”. Dlatego też doktryny te, wprowadzone w życie, tak ohydnymi wydały się całemu światu, który nie stracił jeszcze chrześcijańskich uczuć.

Paryski dziennik „Revue du progrès” pisał przed kilku laty: „Nie ulega wątpliwości, że zwierzęta można porównać z człowiekiem pod względem umysłowym. Niektóre małpy posiadają nawet więcej rozumu; orangutan np. ma rozsądek bardziej rozwinięty niż człowiek żyjący w stanie natury z Van-Diemenu”. Zwolennicy doktryny tego dziennika pokazali niedługo czynem, że człowiek w pośrodku Paryża żyjący dzikością swoją najdziksze zwierzęta przewyższać może.

Społeczeństwo europejskie wielką i opatrzną otrzymało przestrogę; szatański wybuch odkrył na chwilę przepaść, jaką gotuje społeczeństwu całemu nurtująca w nim propaganda materialistyczna. Materialiści-literaci będą się z oburzeniem wypierać solidarności wszelkiej z materialistami Komuny, szczególnie wówczas, gdy ta została zwyciężoną; ale wypieranie się takie w interesie własnym czynione, nie zaćmi oczywistego związku skutku z przyczyną. Nie przeczymy, że wielu z nich mogło uważać wybuch paryski za przedwczesny; wielu znów szczerze nie pragnęło wstrząsów, naruszających ich błogi pokój, bo byli materialistami dobrze się mającymi, a nie materialistami ubogimi, ale my też tu nie mówimy o osobistym usposobieniu tego lub owego materialisty, lecz o samej doktrynie, jako o prologu czerwonych dni Paryża.

Na zbrodnicze panowanie Komuny składały się lata antychrześcijańskiej propagandy.

Ex-karmelita bosy, głośny niegdyś kaznodzieja paryski innego jest zdania. Nie byłby pysznym apostatą, ażeby nie miał skorzystać z okoliczności, i wobec dymiącego pożarem i krwią Paryża nie rzucić swego słowa na Kościół. Dziwne zaprawdę zjawisko: ludzie nader krańcowych przekonań, ale dobrej woli, w wybuchu paryskim uznali skutki ateizmu, pozbawiającego człowieka wszelkiej podstawy moralnej w życiu, i dlatego wołają o poprawę, o zwrot do wiary; człowiek zaś, który dziś jeszcze chce uchodzić za religijnego, odkrywa światu drugie jeszcze źródło a mianowicie Kościół! „Co do Kościoła, powiada ex-zakonnik, i ten nie zrobił tego co powinien był zrobić dla praktycznego rozwiązania tych zadań”. Jakich zadań? Wpierw mówił o samorządzie gmin oraz o moralnym odrodzeniu klas robotniczych; więc dla tych to zdaniem jego zadań Kościół nic nie zrobił. Ale zapomniał ex-kaznodzieja karmelicki, że do Kościoła nie należy urządzanie administracyjne gmin, ani regulowanie materialnych stosunków klasy roboczej; a co do odradzania moralnego tej klasy, toż właśnie w tej pracy ustawiczną a ciężką ponosić musiał walkę z liczną falangą żarliwych propagatorów ateizmu. „Zamiast obietnic i nauk Ewangelii dla wydziedziczonych tej ziemi – pisze dalej ex-kaznodzieja – zapuszczano się w hałaśliwe echa prasy, zapuszczano się w gwałtowne rozprawy”. Dziennikarstwo katolickie we Francji musiało być mało znaczące wobec potężnej prasy antychrześcijańskiej; dla ex-kaznodziei jednak i tego było za wiele, choć sam skwapliwie słowa swoje puszcza na wszystkie echa prasy; dziennikarska obrona chrystianizmu przeciwko codziennym napaściom pisarzy bezbożnych tak go drażni, że nie widział już poza nią ogromnej, żarliwej pracy pasterskiej duchowieństwa francuskiego. Ex-karmelita poszedł drogą wręcz przeciwną pierwotnemu jego powołaniu, bo drogą pychy, i dlatego zaszedł tak daleko w swym zaślepieniu; koniec jego listu daje do zrozumienia światu, że Kościół jest odpowiedzialny za ostatnie zbrodnie paryskie, że on winien, iż lud paryski nie ma Boga, że on sprawił, iż lud ten „w Boga nie mógł uwierzyć a przede wszystkim Go ukochać”.

Gdyby ex-karmelita był powiedział, że pewna część kapłanów niespełnieniem swoich obowiązków, brakiem gorliwości i grzechami swojego życia zaszkodziła sprawie Chrystusowej, i tym sposobem pośrednio ułatwiła wrogom prawdy i porządku ich dzieło fałszu i zniszczenia, zdanie jego mogłoby być bolesne dla duszy katolickiej, lecz nie byłoby przeciwne prawdzie, znanej zresztą dobrze. Ale w piersi dumnego ex-zakonnika zanadto gorące wrą namiętności, ażeby mógł utrzymać się na drodze sprawiedliwego sądu; dla tego, który zakrwawił boleśnie pierś matki swojej Kościoła, potrzeba było na tę matkę, na ten Kościół, rzucić słowo krwawej zniewagi, i ohydną plamę dopatrzeć na tej przeczystej Oblubienicy Chrystusowej, o której Duch Święty mówi, iż cała jest piękną, i plamy w niej nie ma.

Gdy pod ciosami barbarzyńców północy waliło się stare imperium rzymskie, sofiści ówcześni nie chcieli przyczyny niemocy państwa i klęsk na nie spadających widzieć w moralnym upadku społeczeństwa rzymskiego, lecz upatrywali je w chrystianizmie. Gdy nowi, gorsi od dawnych barbarzyńcy, ze szkoły materialistów się wynurzający, grożą zupełną zagładą cywilizacji chrześcijańskiej, głos sofisty wskazuje znowu na Kościół jako na winowajcę. Różnica tylko ta, że wówczas poganie szkalowali obcą sobie nieznaną religię, której siła cywilizacyjna i ożywcza w społeczeństwie nie była jeszcze stwierdzona długą próbą wieków; dziś słowo oskarżenia i zniewagi wyszło od apostaty, który niedawno był apologetą Kościoła. Potwarz więc dzisiejsza nierównie cięższej złości i większego zaślepienia nosi znamię niż ówczesna.

Choćby więc do słowa ex-zakonnika przyłączył się cały chór materialistów, pozytywistów i ateistów, słowo to przebrzmi jak dźwięk marny. Komuna przestrzegła społeczeństwo, z jakiej szkoły jego wróg pochodzi, i gdzie szukać przeciwko niemu ratunku.

 

Socjalizm i komunizm potępiony przez papieży – Wydawnictwo Diecezjalne i Drukarnia w Sandomierzu, Sandomierz 2009

Święty Wojciech – pierwszy patron Polski

Święty Wojciech biskup urodził się w 956 roku w Libicach w państwie czeskim. Zginął, zamordowany w 997 roku w Świętym Gaju w okolicach dzisiejszego Pasłęka lub Tenkit, obecne Letnoje na terenie Obwodu Kaliningradzkiego. Pochodził z możnego rodu Sławnikowiców spokrewnionego z dynastią saską rządzącą wówczas w Niemczech, matka zaś przypuszczalnie pochodziła z panującego w Czechach rodu Przemyślidów. Wojciech był przedostatnim z siedmiu synów księcia Sławnika.

W 968 roku papież Jan XIII ustanowił metropolię w Magdeburgu jako biskupstwo misyjne, pierwszym jej arcybiskupem został św. Adalbert z Magdeburga. Pod jego opiekę został wysłany Wojciech w wieku lat 16 by kształcić się w szkole katedralnej. Tam przyjął sakrament bierzmowania i w dowód wdzięczności dla metropolity przybrał imię Adalbert, i pod tym imieniem figuruje w późniejszych dokumentach oraz znany jest i czczony w Europie.

Po 10 latach nauki powraca do Pragi w 981 roku, a rok później po śmierci biskupa Dytmara, wybrany zostaje na jego następcę. Dopiero dnia 29 czerwca 983 zostaje konsekrowany i jest pierwszym biskupem narodowości czeskiej w Czechach, ma wtedy 27 lat.s.wojciech

Sytuacja Kościoła w Czechach nie była wtenczas łatwa. W dużej mierze był on uzależniony od władcy jak i od możnych. Również duchowni sprawiali bardzo wiele kłopotów, nie podporządkowując się zasadom życia wspólnotowego. Nie liczono się ze świętami ani postami, łamanie przykazań a zwłaszcza ślubu czystości było bardzo częste. Możni zrazili się do Wojciecha przypominaniem, że wielożeństwie to grzech jak i małżeństwa między bliskimi krewnymi. Po pięciu latach opuszcza on Pragę i udaje się do metropolii w Moguncji a następnie do Rzymu. Razem z przyrodnim bratem bł. Radzimem wyruszają w pielgrzymkę do Ziemi Świętej. Po spotkaniu słynnego mnicha bazyliańskiego Nila i za jego wskazówką udają się do benedyktynów w Rzymie i tam składają profesję zakonną w Wielką Sobotę 990 roku. Zachowane żywoty podkreślają, że św. Wojciech z wielką pokorą wypełniał wszystkie obowiązki zakonne. Przez trzy lata obaj bracia przebywali w tym klasztorze.

Po śmierci biskupa Miśni Falkolda w 992 roku, papież nakazał Wojciechowi powrót do Pragi. Św. Wojciech zajął się budową nowych kościołów i klasztorów oraz wprowadzeniem dziesięciny aby Kościołowi w Czechach zapewnić stały dochód. Wysłał misjonarzy na Węgry jak i sam tam się udał.

Boże plany wobec świętego Wojciecha były inne. Na dworze książęcym przyłapano kobietę z możnego rodu Werszowców na cudzołóstwie, którą mąż zamierzał ukarać śmiercią. Kobieta ta schroniła się u biskupa Pragi, który udzielił jej azylu w klasztorze benedyktynek. Zabójcy napadli na klasztor, wywlekli tę kobietę i zamordowali na miejscu. Bp. Wojciech zabójców obłożył klątwę kościelną. Ród Werszowców w akcie zemsty i odwetu napadł na rodzinny gród św. Wojciecha Lubice i zamordował jego czterech braci wraz z całymi rodzinami. W takiej sytuacji Wojciech zmuszony jest do ponownego opuszczenia Pragi. W roku 996 św. Wojciech dostaje zgodę i udaje się na tereny Polski by podjąć się pracy misyjnej wśród pogan.

Bolesław Chrobry przydziela mu do ochrony trzydziestu żołnierzy i zgodnie z jego prośbą wysyła do pogańskich Prus. Wiosną 997 roku głosi Ewangelię Pomorzanom w Gdańsku i następnie udaje się w dalszą drogę. Oddala żołnierzy aby nie podważać misyjnego i apostolskiego charakteru wyprawy. Ze św. Wojciechem był jego brat Radzim-Gaudenty oraz subdiakon Benedykt. Miejsce Męczeńskiej śmierci bp Wojciecha nie jest pewne, możliwe że było to okolicach Elbląga lub też dalej na północ, natomiast znana jest dokładna data – było to 23 kwietnia 997 roku. Pierwszy cios został zadany przez pogańskiego kapłana, następnie przebity został sześcioma włóczniami. Na koniec odcięto św. Wojciechowi głowę i wbito ją na żerdź.drzwi-g

Bolesław Chrobry uroczyście sprowadził ciało męczennika do Gniezna, wykupując je od Prusów na wagę złota. Złożone zostało z wielką czcią na ołtarzu, który przyozdobiony został złotymi płytami w antepedium oraz po obu bokach.

Potraktowanie ciała św. Wojciecha w ten sposób można przyjąć jako pierwszy przejaw kultu świętego, mimo tego, że oficjalnie kult zatwierdzony został dwa lata później. Wieść o śmierci bp Pragi w dalekich Prusach szybko dotarła do świata chrześcijańskiego. Cesarz Niemiec Otto III w październiku 997 założył klasztor w Akwizgranie pod jego wezwaniem, a niebawem w czasie wyprawy do Włoch i Rzymu funduje kościoły na wyspie rzeki Tybr w Rzymie i w Subiaco oraz klasztor pod Rawenną. W roku 1000 cesarz Niemiec nawiedza grób św. Wojciecha, jest on pierwszym z licznych pielgrzymów-władców, którzy modlili się przy grobie męczennika.

U grobu św. Wojciecha książę Władysław Herman ułaskawił syna za bunt przeciwko prawowitemu władcy. Do Grobu św. Wojciecha w pielgrzymce pokutnej udał się Bolesław Krzywousty w 1113 roku, po zabójstwie brata. Książę Bolesław Pobożny był dziesięciokrotnie z pielgrzymką w Gnieźnie a Przemysł II, siedmiokrotnie przed koronacją królewską. W roku 1410 król Władysław Jagiełło przybył do Gniezna po zwycięskiej bitwie pod Grunwaldem. Ostatnie 18 km drogi z Trzemeszna przebył pieszo. U Grobu św. Wojciecha jak wotum złożył ołtarzyk polowy, który zdjęto z piersi poległego wielkiego mistrza krzyżackiego Ulricha von Jungingena. Wśród pielgrzymów był również król Jan Olbracht, a ostatnim monarchą był Zygmunt III, który wraz z rodziną przybył w 1623 roku do relikwii świętego.

Znalazłem 150 parafii pod wezwaniem św. Wojciecha oraz 75 świątyni gdzie jest on patronem. To pokazuje jak popularnym świętym jest pierwszy z patronów Polski. Jest on również patronem Czech i Węgier. Wspomnienie liturgiczne obchodzimy 23 kwietnia, natomiast w polskim Kościele dodatkowo 20 października obchodzona jest uroczystość „Translatio sancti Adalberti”, translacja relikwii. W tych dniach, w kościołach polskich, odczytywane jest życie i cuda świętego Wojciecha.

Święty przedstawiany jest w stroju biskupim, w paliuszu, z pastorałem. Jego atrybuty to także orzeł, wiosło oraz włócznie, od których zginął.

 

PIERWOTNIE TEKST BYŁ OPUBLIKOWANY W MIESIĘCZNIKU „MISERICORDIA” SANKTUARIUM MIŁOSIERDZIA BOŻEGO W OŻAROWIE MAZOWIECKIM W KWIETNIU 2015 ROKU.

Klękanie a kucanie

Klękanie i kucanie są to dwie postawy które widujemy często w kościele. Jaka jest ich symbolika, każda z postaw coś symbolizuje, coś przekazuje otoczeniu.

Klęcząc pokazujemy swoją uległość wobec tego, przed czym klęczymy. Jest to uległość jak również szacunek oraz prośba. Postawa klęcząca jest okazaniem posłuszeństwa Bogu oraz uznaniem Jego wielkości i majestatu.

Ze strony http://caddicus.blogspot.com/

A czym jest kucanie? Postawa ta symbolizuje chowanie się. Gdy chcemy być niezauważeni to chcemy kucnąć. Kucanie w kościele to chowanie się przed Bogiem (wydaje się nam, że przed Nim można się schować), a z drugiej strony, jest to chowanie się przed spojrzeniem innych wiernych. Nie stoimy gdy inni klęczą, przyjmujemy postawę podobną, nie zauważając, że w swojej symbolice zupełnie odmienną niż postawa klęcząca. Chowamy się przed wzrokiem innych a jednocześnie oszukujemy samych siebie. Kucając nie oddajemy czci w żaden sposób. Jeśli możemy kucnąć, to również możemy klęknąć. Jeśli nie możemy klęknąć, to cześć Bogu możemy okazać poprzez schylenie głowy. Dbanie o wygląd swojego ubrania wyżej cenimy niż cześć należną Bogu. Nie zdziwmy się zatem, że w ostatecznym rozrachunku będziemy odrzuceni przez Boga, gdy w życiu doczesnym nie potrafimy okazać mu szacunku. To, jak postępowaliśmy za życia będzie nam owocowało w wieczności. Gdy chowaliśmy się za życia przed Bogiem, to po śmierci Bóg będzie dla nas schowany.

 

Bogacz sknera

Nie należy miłować tego, co nie może odwzajemnić się miłością

Czwarty stopień nadużycia to bogacz bez miłosierdzia, który co mu zbywa z własnego użytku przechowuje na przyszłość, a nie rozdziela między potrzebujących i nic nie mających. Skutkiem tego jest, że dobytek ziemski z wielką pilnością przechowuje, ale traci wieczysty skarb ojczyzny niebieskiej. Do szukania tego skarbu Pan Jezus zachęcał bogatego młodzieńca, któremu, gdy go pytał o drogę doskonałą, tak odpowiedział: ”Jeżeli chcesz być doskonałym, idź, sprzedaj wszystko, co masz, i daj ubogim; a przyjdź i pójdź za mną, a będziesz miał skarb w niebie” (Mt 19,21). Tego skarbu nikt z ludzi nie może posiąść, jak tylko ten, kto niesie ulgę biednym, albo sam jest biednym. Niech nie śpi na swoich skarbach, bo tymi może pomóc biednemu. Bogacz choćby zgromadził wiele, sam tego zużyć nie jest w stanie, ponieważ natura jednego człowieka nie potrzebuje zbyt wiele. Cóż zatem bardziej głupiego, niż z powodu wyżywienia i odzienia jednego człowieka utracić całą rozkosz królestwa niebieskiego i narazić się na wieczne męki piekła, bez nadziei na pocieszenie? Cóż zatem kiedyś musi się utracić, to należy dobrowolnie rozdać – dla nagrody wieczystej. „To bowiem co widzialne, przemija, to zaś co niewidzialne, trwa wiecznie” (2Kor 4,18). Dokąd bowiem jesteśmy w doczesności rzeczy doczesne nam służą potrzebom doczesnym, a gdy stąd odejdziemy, to co wieczyste będzie dawało radość wieczystą.

Dlatego nie powinniśmy miłować rzeczy, których nie będziemy potrzebować na zawsze, zwłaszcza, że czyjeś skarby, role i wszystko co posiada wskazują, że chciwy bogacz jest pozbawiony rozsądku: ponieważ całą siłą serca miłuje rzeczy, które go nigdy nie miłują. Sama bowiem natura rzeczy wskazuje, że miłość złota i srebra, ziem, strojów, potraw, kruszców, zwierząt, jest miłowaniem rzeczy które nie mogą się odwzajemnić miłością. Cóż zatem jest bardziej nierozsądne niż miłowanie czegoś, co cię nie może miłować wzajemnie, a zaniedbywanie owego, kto dał wszystko w twe posiadanie – z miłości. Z tego to powodu Bóg przykazał, abyśmy nie miłowali świata, lecz miłowali bliźniego (Mt 22 39); bo bliźni może odpłacić się miłością za miłość, a że świat tego uczynić nie może – wątpliwości nie ma. Tak to Pan przykazał miłować nieprzyjaciół (Mt 5,44), by ową miłość nieprzyjaciela uczynić przyjacielem. Każdy więc chciwy bogacz, jeśli chce mieć bogactwa wieczyste, niech zawczasu utraci bogactwa nietrwałe, rozdając je ubogim. Jeśli bowiem nie sprzeda tego, co miłuje, nie będzie mógł kupić tego, czego pragnie. Dlatego bowiem najsprawiedliwszy sędzia nazwie na sądzie chciwców przeklętymi, ponieważ tym, którzy przechodzili koło ich mieszkań, nie powiedzieli: „Błogosławieństwo Pańskie nad wami, błogosławimy wam w imię Pana” (Ps 128, 8). Bogacze-sknery są nieszczęśliwi, bo podlegają wieczystemu potępieniu z powodu rzeczy przemijających. Przeciwnie zaś „błogosławieni są miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią”(Mt 5, 7). Szczęśliwym jest miłosierny, bo w tej cnocie Bóg domaga się nie majątku – lecz serca.

 

Krótkie moralia chrześcijańskie, redakcja naukowa Artur Andrzejuk, Warszawa-Londyn 2000

 

Pokuta – Sakramentem Miłosierdzia

Rozważanie niewyczerpanej wielkości Miłosierdzia Bożego najlepiej zacząć od uświadomienia sobie głębi i skutków grzechu. Grzech jest powszechny w codzienności każdego z nas. Jest jednak lekceważony, spychany na margines a nawet wyśmiewany i wyszydzany. Wstydzimy się przyznać do grzechu czy błędu nawet przed samym sobą, odkładamy poprawę naszego postępowania w nieskończoność. Sami decydujemy co jest grzechem a co nie, lekceważąc nauczanie Kościoła i wybierając z niego to co nam odpowiada lub jest wygodne.
Grzech w ogólności jest przekroczeniem prawa Bożego: przez złą myśl, złe pragnienie, złe słowo, zły czyn lub przez zaniedbanie uczynku dobrego, do którego jesteśmy zobowiązani. Grzech śmiertelny jest świadomym i dobrowolnym przekroczeniem prawa Bożego w rzeczy ważnej. Jest zdeptaniem woli Bożej, buntem przeciw Bożemu panowaniu. Grzech jest wzgardą okazaną Bogu, wzgardą dla mądrości Bożej, wzgardą miłości Bożej, wzgardą świętości Bożej. Nieskończona jest godność obrażanego Boga i dlatego grzech jest tak wielkim złem. Człowiek jednak w swojej ułomności i pysze wartościuje zło. Próbuje umniejszać grzech rozróżniając mniejsze i większe zło lub uzależnia wielkość grzechu od ilości złych uczynków. Zapominamy, że obrażamy Nieskończonego Boga i każdy pojedynczy grzech jest Jego obrazą. Jest tak wielką obrazą, że jeden grzech położony na szali wagi przeważy wszelkie dobro wszystkich stworzeń.
Wszystko – oprócz grzechu – zostało stworzone przez Boga. Jest więc dobre, bo od Niego pochodzi. Grzech jest największym złem, bo nie pochodzi od Stwórcy.
Grzech jest tak wielką obrazą Boga, że tylko Bóg może go zgładzić swoją przelaną krwią. Najwspanialszym przejawem Bożego Miłosierdzia jest Zmartwychwstanie Pana Jezusa, które odkupiło nasze grzechy. Miłosierdzie Boże jest dostępne człowiekowi w Sakramencie Pokuty w każdym momencie jego życia. Ten sakrament jest najwspanialszym dziełem Bożego Miłosierdzia.
To człowiek musi wyjść naprzeciw Bożemu Miłosierdziu przyjmując ten sakrament.

pokutaPrzypowieść o synu marnotrawnym (Łk, 15, 11-32), który wziął od ojca przypadającą mu część i poszedł w świat gdzie stracił wszystko doszczętnie, pokazuje działanie Miłosierdzia w naszym życiu codziennym. Widzimy nędzę życia grzesznego człowieka w brudzie, chłodzie, głodzie i poniżeniu. Ostatecznie syn decyduje się wrócić do domu ojca. Postanawia rzucić się do nóg i prosić o przebaczenie oraz o zaliczenie w poczet chociażby najniższych sług. Widzimy jak wygląda Boże Miłosierdzie na przykładzie ojca witającego marnotrawnego syna. Ojciec ucieszył się wielce i kazał sługom ubrać syna w najkosztowniejsze ubranie i przygotować ucztę aby się weselić z odzyskania syna.
Tak samo Miłosierdzie czeka na każdego, który zgrzeszył. Każdy nasz grzech, którego całą ohydę, spustoszenie i nędzę poznaliśmy, jest nam odpuszczony przez Boże Miłosierdzie. Spowiedź jest tym co leczy skutki grzechu. Za każdym razem sakrament ten czerpie z Bożego Miłosierdzia i do niego się odwołuje. Tak wielkie jest Miłosierdzie, że w jednej chwili możemy obmyć się z brudu grzechu w Krwi Chrystusa. Wracamy do przyjaźni z Bogiem, odzyskujemy życie duszy oraz jej piękno, siłę, pokój i dawne zasługi. Boże Miłosierdzie w sakramencie pokuty przebacza tyle razy, ile razy człowiek z żalem wyznaje swoje grzechy. Przebacza wszędzie, przebacza natychmiast, gdy widzi prawdziwą skruchę, nie żądając wiele od duszy. Wystarczy skrucha i chęć poprawy by otworzyć Miłosierdziu naszą duszę i dać możliwość działania gdyż nie działa ono automatycznie, potrzebna jest nasza współpraca.
Konsekwencje i całe zło grzechu poznać można w opisie grzechu pierwszych rodziców. Pierwsi rodzice posiadali pełną harmonię duszy i ciała. W duszy panował błogi ład i spokój, ciało zaś, obdarzone nadto przywilejem nieśmiertelności, słuchało doskonale duszy, która wszystkie żądze trzymała na wodzy. Grzech zepsuł tę harmonię, zniszczył pierwotną sprawiedliwość, dary nadprzyrodzone i przywileje. Zepsucie weszło do natury człowieka. Wola osłabła i stała się bardziej skłonna do grzechu. Namiętności i zmysłowa pożądliwość wyzwoliły się spod władzy rozumu. Te skutki wzmacniają się i nawarstwiają po każdym grzechu.
Według św. Augustyna Pan Bóg wykonuje trojaki sąd nad grzesznikiem: sąd miłosierdzia na chrzcie św., sąd miłosierdzia i sprawiedliwości w sakramencie pokuty oraz sąd sprawiedliwości po śmierci i na końcu świata. Widać tu, że Miłosierdzie Boże działa i odnosi się tylko do naszego życia doczesnego. Po śmierci będziemy zdani tylko na Bożą Sprawiedliwość.

 

 

PIERWOTNIE TEKST  ZOSTAŁ OPUBLIKOWANY W MIESIĘCZNIKU „MISERICORDIA” SANKTUARIUM MIŁOSIERDZIA BOŻEGO W OŻAROWIE MAZOWIECKIM W KWIETNIU 2014 ROKU.

Talenty miłości

Przypowieść Jezusa o schowanych talentach jest jedną z bardziej znanych przypowieści – Mt 25,14-30. Mamy tu bogatego człowieka, który udając się w podróż wezwał swoje sługi i dał każdemu z nich majątek swój, w talentach, według ich zdolności. Jeden dostał pięć, drugi trzy a trzeci ze sług dostał jeden talent.

Pierwszy i drugi sługa podwoili powierzony im majątek, a trzeci w obawie przed stratą zakopał podarowany talent. Po powrocie pan rozliczył się ze sługami. Tych, którzy wykorzystali majątek i pomnożyli go, nagrodził a tego, który nic z nim nie zrobił zganił, odebrał mu to co miał a jego samego kazał wyrzucić w ciemność gdzie będzie płacz i zgrzytanie zębów.

Słuchając tej przypowieści najczęściej mamy na myśli talenty w naszym dzisiejszym rozumieniu. Myślimy o dodatkowych umiejętnościach, zdolnościach, czymś co nas wyróżnia, czego nie możemy zdobyć własną pracą, czymś wyjątkowym.Taleny-m

Męka Pana Jezusa, Jego śmierć i Zmartwychwstanie są nam dane z miłością. Dane nam jest na odkupienie naszych grzechów, abyśmy mogli z tego korzystać i dzięki temu osiągnąć zbawienie. Przytoczona wyżej przypowieść z Ewangelii św. Mateusza poprzedza relację o męce i Zmartwychwstaniu Pana Jezusa. Pokazuje, że Miłość i odkupienie jest nam dane jak talenty sługom bogatego pana. Tak samo jak ci słudzy, będziemy rozliczani z otrzymanych łask, będziemy rozliczani z miłości, jaką zostaliśmy obdarzeni. Co zrobiliśmy z miłością, która tak tryumfuje w Zmartwychwstaniu? Czy podzieliliśmy się nią z bliźnimi, czy też zakopaliśmy ją i zachowaliśmy tylko w sobie i dla siebie? Co robimy z daną nam łaską życia? Czy pielęgnujemy i pomnażamy ją na chwałę Boga, czy też samolubnie i egoistycznie skupiamy się na realizacji samych siebie, swoich marzeń, zaspokajaniu zachcianek?

Nasza miłość do Boga wyraża się w przestrzeganiu Jego przykazań („Jeśli Mnie kto miłuje, będzie zachowywał moją naukę, a Ojciec mój umiłuje go, i przyjdziemy do niego, i będziemy u niego przebywać. Kto Mnie nie miłuje, ten nie zachowuje słów moich. A nauka, którą słyszycie, nie jest moja, ale Tego, który Mnie posłał, Ojca”, J 14,23-24) oraz w miłości bliźniego.

Miłość bliźniego jest miarą i znakiem naszej miłości do Boga. Jezus Chrystus cierpiąc i umierając na krzyżu pokazuje czym jest miłość bliźniego. Jest to obdarowywanie drugiego człowieka w sposób pomagający mu osiągnąć zbawienie. Tylko tyle i aż tyle. Zmartwychwstanie Jezusa jest darem służącym zbawieniu każdego człowieka, dlatego też jest wzorem miłości dla nas w każdym czasie i w każdym miejscu.

 

PIERWOTNIE TEKST BYŁ OPUBLIKOWANY W MIESIĘCZNIKU „MISERICORDIA” SANKTUARIUM MIŁOSIERDZIA BOŻEGO W OŻAROWIE MAZOWIECKIM W KWIETNIU 2015 ROKU.

Wielkanoc 2016

G.A.Boltraffio-M.dOggiono-_The_Resurrection_of_Christ

Giovanni Antonio Boltraffio i Marco d’Oggiono – The Resurrection of Christ with Sts Leonardo and Lucy XV w.

 

Niedziela Wielkanocna jest najradośniejszym dniem w roku gdyż zmartwychwstały Chrystus otwiera nam drogę do nieba. Otwórzmy się na Boże łaski i podążajmy ku zbawieniu.

Czego sobie i Wam życzymy

Grażyna i Rafał