Światowość i życie duchowe

Jest sprawą najwyższej wagi dostrzec, że nawet w ludziach dobrych im mniej rzetelnej wiedzy o sobie, tym silniejsza staje się twierdza światowości. W zasadzie brak im właściwej opinii na temat przywiązania to tego, co światowe, ich serca w dużej mierze słusznie się od tego odwracają i gdyby tylko mogli, woleliby rzeczy światowych unikać. Mogą, co prawda, nie być gotowi na wielkie poświęcenie na tej drodze, jednak pewne są w stanie podjąć i to im się chwali. Są oni jednak światowi, a przynajmniej skłonni do tego przez sam brak wiedzy o samych sobie. I z faktem tym po prostu trudno dyskutować. Czyż nie jest to ciągłe zgorszenie świata – ta dziwaczna mieszanina światowości, przywiązania do rzeczy doczesnych i pobożności? To połączenie tak typowe dla ludzi głęboko religijnych, że aż świat, niezbyt dokładny w analizowaniu takich kwestii, uważa ten melanż za powszechny. Bo to mamy: modlitwa i piękne stroje, jałmużny i luksusową ekstrawagancję, sakramenty i zamiłowanie do uciech stołu, pokorę i elegancję, konferencje duchowe i uwielbienie dla sławy, bale i komunie, błogosławieństwa i pozerstwo, dzieła miłosierdzia i korzystne koneksje, życie wewnętrzne i elegancki wystrój wnętrz. Wszystko to zmieszane jest i połączone w sposób tak ścisły i mylący, że moglibyśmy przez rok cały roztrząsać ten temat w kazaniach, niby ku naprawie staromodnej duchowości, a obawiam się, że ów nastawiony krytycznie świat dałby się jeszcze w swej głupocie przekonać, iż mieszanka ta ma apostolski, ewangeliczny, biblijny i jaki tam jeszcze charakter. I nie ma tu znaczenia, czy to my jesteśmy winni tego zgorszenia, czy to może świat grzeszy naiwnością, przystając na taki wizerunek. Tak czy inaczej, faktem jest, że zgorszenie ma miejsce, a przyczyna tego tkwi w braku rzetelnej wiedzy o nas samych. Światowość to niezliczona liczba dopuszczalnych drobiazgów, które prowadzą do niedopuszczalnego końca. Powodem jest tu częściowo samo ich nagromadzenie, a częściowo – władza, jaką drobiazgi mają nad naszymi uczuciami. Rzeczy, które same w sobie złe nie są, stają się złe, gdy odgradzają nas od Boga, zaś arcyzłe zaczynają być wtedy, gdy uzurpują sobie miejsce Boga w naszych sercach. Nie widzimy nic złego w każdym z osobna, pojedynczym elemencie, jaki składa się na ducha tego świata, bo nie znamy samych siebie. Nie potrafimy tym samym ocenić szkodliwego ani zresztą żadnego szczególnego skutku, który sprawia, że ta czy owa całkiem dozwolona zabawa zaczyna być akurat w naszym przypadku niewskazana lub wręcz trucicielska. Analizując przywiązanie do rzeczy światowych, musimy zając się kwestią rodzaju i kwestią stopnia. Trzeźwy sąd w obu tych sprawach jest zupełnie niemożliwy bez wiedzy o sobie samym. Słowem, sekretna władza światowości zasadza się na naszej ignorancji względem siebie samych i to nie ignorancji nieświadomej, lecz na ignorancji wynikłej ze spaczonego sumienia, które już nie przyswaja trudnej lekcji wiedzy o własnej osobie. Wszystkie zasady życia duchowego, cała dzielność ducha opierają się na autentycznej i rzetelnej wiedzy o nas samych. Pozwól tylko, by to zdanie podrążyło teraz twoją duszę, a zobaczysz, jaką przyniesie ci przemianę!

 

O samozakłamaniu; Frederick Wiliam Faber; Warszawa 2016

 

Szymon Słupnik Starszy

Szymon Słupnik urodził ok. 390 roku w Sis w na pograniczu Cylicji i Syrii – dzisiaj jest to obszar należący do Turcji, w pobliżu Antiochii Syryjskiej. Miał liczne rodzeństwa, ale wcześnie zmarli jak i jego rodzice. Pozostał tylko z bratem, zajmował się wypasaniem owiec na ojcowiźnie. W wieku trzynastu lat pod wpływem proroczego snu pozbywa się majątku i udaje się do eremitów osiadłych w Teleda koło Antiochii. W 412 roku musi opuścić mury klasztoru gdyż dla mnichów tam żyjących jego praktyki ascetyczne są zbyt radykalne. Zakonnicy klasztorze jadali co trzeci dzień, Szymon zaś pomimo zniechęcania jadał co szósty dzień. Również był przepasany sznurem z liści palmowych który z biegiem czasu werżnął się powyżej bioder w ciało młodego pustelnika. Opat nakazał mu zdjęcie tego sznura, polecił wyleczyć go a następnie wydalił z klasztoru. Przez pewien czas tułał się po górach gdzie został odnaleziony przez mnichów wysłanych przez opata z klasztoru w Teleda.

W 413 roku osiadł w miejscowości Telanissos na północny wschód od Antiochii i wiódł tam życie pustelnicze. Sława jego życia ascetycznego, jego mądrość, dobroć i prostota przyciągały tłumy.

Fragmenty kolumny św. Szymona Słupnika

Chcąc dalej prowadzić życie ascetyczne jak i pustelnicze buduje kamienny słup o wysokości ok. 3 metrów na którym umieszcza platformę o powierzchni około 4 metrów kwadratowych. Żywi się jedynie tym co dostarczy mu okoliczna ludność, a przed deszczem, wiatrem i upalnym słońcem chroni go płaszcz z kapturem. Z biegiem czasu podwyższa słup który osiąga ostatecznie wysokość około 18 metrów. Żyje w tym miejscu przez 37 lat, poszcząc, modląc się i w godzinach popołudniowych rozmawiając z coraz liczniej przybywającymi pielgrzymami. Wiele godzin spędzał na kontemplacji, co w połączeniu z surową ascezą i modlitwą skutkowało nawróceniami wielu tysięcy przybyszów z pogańskiej Arabii i Persji. W swoich naukach bronił wiary przed herezją nestorianizmu, który wówczas szerzył się wśród najwyższych władz duchowych i świeckich. Wśród słuchaczy jego nauk był również cesarz Teodozjusz z żoną Eudokią. Zachowały się listy pisane do świętej Genowefy Paryskiej. Z listów tych wyłania się, osoba bardzo wyważona, kierująca się zdrowym rozsądkiem i umiarkowaniem których to cech nie spodziewalibyśmy się po człowieku prowadzącym tak radykalne życie ascetyczne. Szymon Słupnik zmarł 2 września 459 roku. W pogrzebie brał udział patriarcha Antiochii, sześciu biskupów, gubernator cesarski oraz niezliczone rzesze wiernych. Niebawem jego ciało zostało w uroczystej procesji przeniesione do Konstantynopola.

Ruiny Bazylik św. Szymona Słupnika

Na miejscu gdzie stał słup została wybudowana w latach 474-491 świątynia do której pątnicy przybywali nawet do XVII wieku. Później świątynia ta została zniszczona. Było to ogromna budowla wzniesiona na planie krzyża greckiego o wymiarach 80 na 90 metrów. Każde z czterech ramion krzyża tworzyła osobna bazylika o trzech nawach. Bazyliki łączyły się arkadami z ośmiobocznym dziedzińcem centralnym, prawdopodobnie nakrytym od góry drewnianą kopułą. Środkowy punkt dziedzińca stanowiła kolumna św. Szymona. Główne wejście, z czterema portalami, znajdowało się w zachodnim ramieniu krzyża. Przeciwległe, wschodnie ramię miało oś lekko przekrzywioną ku północy, co symbolizowało pochylenie głowy Chrystusa Ukrzyżowanego. Niżej, u stóp wzgórza, wyrosły natomiast klasztory, ksenodochia (domy noclegowe) i inne budynki przeznaczone dla pielgrzymów.

Święty Szymon Słupnik znalazł swoich naśladowców – zwano ich słupnikami lub też z greckiego stylitami. Jednym z uczniów Szymona był Daniel Stylita żyjący w latach 409-493 mieszkający na kolumnie niedaleko Konstantynopola. W następnym stuleciu żył Szymon Słupnik zwany Młodszym (521-592/597), zwany Cudotwórcą. Wokół niego również gromadzili się uczniowie i wzgórze na którym stała kolumna św. Szymona Młodszego nosiło nazwą Góry Cudów. Jeszcze w XII wieku spotykano słupników w Ziemi Świętej. Stylici pojawili się również i na Rusi – ostatnim znanym był Serafin z Saratowa.

Wspomnienie świętego Szymona Słupnika obchodzimy w Kościele Katolickim 5 stycznia. W ikonografii przedstawiany jest zwykle na słupie a jego atrybutem jest bicz.

Modlitwa

Boże, któryś świętego Szymona Słupnika do tak cudownej pokuty powołać raczył; daj nam za jego wstawieniem się wszelkie niegodziwe ciała i zmysłów podniety za łaską Twoją poskramiać. Przez Pana naszego, Jezusa Chrystusa, który z Bogiem Ojcem i Duchem świętym żyje i króluje w Niebie i na ziemi, po wszystkie wieki wieków. Amen.

Źródła: https://xportal.pl/?p=26840

https://ruda-parafianin.pl/swi/s/szymon02.htm

https://brewiarz.pl/czytelnia/swieci/01-05d.php3

https://docplayer.pl/68482379-Poczatki-monastycyzmu-w-syrii-oraz-postac-symeona-slupnika-wedlug-historiografii-koscielnej.html

https://szlomo.org/sw-szymon-slupnik/

https://pl.wikipedia.org/wiki/Symeon_S%C5%82upnik_Starszy

 

Postanowienia

Kolejny dzień, tydzień, miesiąc czy rok naszego życia szybko – z czasu teraźniejszego- przechodzi do przeszłości. Każdy z tych okresów często wypełniony jest po brzegi zwykłymi, powtarzającymi się czynnościami, które czasem ani nie cieszą nas, ani nie przynoszą nam satysfakcji. Coś nam dolega, coś nam się nie podoba w naszym życiu, albo w nas samych, albo czujemy pustkę i szukamy sensu życia. Chcemy być lepsi, szczęśliwsi a może zdrowsi niż w danej chwili jesteśmy. Potrzebujemy jakiejś zmiany.

Pragnienie rozpoczęcia czegoś na nowo staje się siłą napędową naszych działań. Przyjęło się traktować Nowy Rok jako taką datę startową dla różnych postanowień: najczęściej jest to porzucenie palenia papierosów, zwiększenie aktywności fizycznej, nauka języka obcego, eliminacja złych nawyków i wiele innych. Często takie postanowienia podejmowane są pod wpływem chwili, bez głębszego zastanowienia, albo są wynikiem jakichś grupowych decyzji, które potem traktowane są jako mało wiążące.

W postanowieniu samo pragnienie zmiany bez włożonego wysiłku nie wystarczy, pragnienie zmiany pozostanie w sferze marzeń. Postanowienie to nasza świadoma decyzja, nasz wybór czego dotyczy, nasza wola, nasza determinacja, bo realizacja postanowienia to praca przede wszystkim nad sobą. Czasem wymaga wyrzeczeń, a czasem jest tak trudna  jak wspinaczka pod górę kamienistą drogą. Rani się stopy, ale nagrodą za te trudy jest osiągnięty cel. W tym momencie można zadać pytanie: czy warto podejmować postanowienia jeśli one czasem tak wiele kosztują, albo czy warto podejmować kolejne jeśli poprzednie zakończyły się porażką?

Moim zdaniem – tak, mimo wszystko warto. Jeśli nawet postanowienie jest podejmowane okresowo to warto to czynić, bo jest początkiem jakiejś zmiany nas samych, jeśli jest podejmowane kolejny raz jest dowodem na to, że bardzo zależy nam na tej zmianie i może w końcu ćwiczenie naszej woli, cierpliwości i wytrwałości da efekt. Bez wątpienia rodzaj podejmowanych postanowień i ich realizacja  związane są z wyznawanym światopoglądem.

Wiara w Boga kształtuje hierarchię wartości człowieka i nakłania go do ciągłego przemieniania się w lepszego człowieka. To bycie dobrym człowiekiem staje się priorytetem przemian, a nie posiadanie dóbr materialnych czy wygląd. Często o przemianie człowieka mówi Pismo Święte. W przypowieściach, które służyły wielokrotnie Jezusowi Chrystusowi w nauczaniu, widzimy miłosierdzie Boga, który z cierpliwością czeka na poprawę – przemianę człowieka. Przykładem tu może być znana historia syna marnotrawnego, który po długim okresie czasu powraca do Ojca szukając schronienia. Przemiana syna nie dzieje się nagle, on długi czas się zastanawia nad swoją sytuacją i podejmuje postanowienie : „Zabiorę się i pójdę do mego ojca i powiem mu: Ojcze zgrzeszyłem przeciw Niebu i względem ciebie; już nie jestem godzien nazywać się twoim synem: uczyń mnie choćby jednym z twoich najemników. Zabrał się więc i poszedł do swojego ojca” (Łk 15,18-20). Ta piękna i wzruszająca przypowieść uczy nas tego, że przemiana myślenia i postrzegania siebie nie dokonuje się natychmiast, wymaga czasu, wymaga pracy nad sobą.

Bóg jednak z cierpliwością czeka również na naszą przemianę. Wnikanie w świat własnego ducha daje nam możliwość kształtowania siebie, a często też poprzez zmianę siebie wpływania na innych. Dobrze jest, gdy na swojej drodze spotkamy kogoś, kto pomoże nam w kształtowaniu naszego wnętrza, uporaniu się z dylematami. Większości z nas nie zawsze udaje się spotkać takiego kierownika duchowego, co nie znaczy, że nie mamy znikąd pomocy. Wielką pomocą  w kształtowaniu siebie  jest systematyczne  korzystanie z Sakramentu Pokuty, którego jednym z warunków jest: „ mocne postanowienie poprawy”. Każda więc spowiedź daje szansę stawania się lepszym i podejmowania postanowień, które powinny być realizowane. Spowiedź, dając nam możliwość oczyszczenia z grzechów, powrotu do bycia w stanie łaski uświęcającej, staje się naszym kołem ratunkowym w zmaganiu się z naszymi słabościami, upadkami i niezrealizowanymi postanowieniami. Kiedyś usłyszałam, że „każdy z nas ma szczelinę  niedoskonałości, przez którą przenika promień Bożej łaski, abyśmy mogli stać się lepszymi”, niech więc każdego dnia ten promień oświetla nasze dobre postanowienia, będzie naszą nadzieją i prowadzi nas ku świętości.

Elżbieta K.

Święty z Libanu

Jeśli umrzesz, zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz

 

Józef Antoni Machluf urodził się 8 maja 1828 we wsi Bika Kafra położonej w górach północnego Libanu. Wychowany został razem ze swoim starszym rodzeństwem, dwiema siostrami i dwoma braćmi w katolickiej rodzinie obrządku maronickiego. W wieku trzech lat umiera ojciec; matka ponownie wychodzi za mąż za człowieka uczciwego i pobożnego, który był diakonem w Kościele maronickim.

Kościół obrządku maronickiego jest jednym z Kościołów Wschodnich i pozostaje cały czas w unii z Rzymem. Początki tego Kościoła sięgają IV wieku i wiążą się ze świętym Maronem, pustelnikiem żyjącym w górach Taurus. Jego ascetyczne życie zaowocowało tym, że wokół niego zgromadziło się wielu naśladowców oraz wiernych. Broniąc się przed najazdem muzułmanów uciekli oni w góry Libanu gdzie ukrywali się w trudno dostępnych dolinach. Ukrycie było na tyle skuteczne, że reszta Kościoła była przekonana, iż zostali całkowicie wyniszczeni. Dopiero pierwsza wyprawa krzyżowa w roku 1099 odkryła Kościół maronicki dla świata zewnętrznego. W celu zaprzeczenia poglądom, że wyznają herezje monoteletyzmu(pogląd, że Chrystus w swej boskiej i ludzkiej naturze kierował się jedną wolą) składają przysięgę katolickiemu patriarsze Antiochii – Aimerowi z Limogenes.

Józef Antoni w wieku lat 14 odczuwa powołanie do życia zakonnego. W wieku 23 lat zgłasza się do klasztoru w Maifug. Odbywa postulat i pierwszy rok nowicjatu, po którym dostaje przeniesienie do klasztoru w miejscowości Annaya. W klasztorze przybiera imię Szarbel – na pamiątkę męczennika z 107 roku. W 1859 roku kończy studia w klasztorze w Kafifan i otrzymuje święcenia kapłańskie. Przez następne 16 lat przebywa w swoim klasztorze w Annaya. W roku 1875, za pozwoleniem swoich przełożonych udaje się do górskiej samotni, gdzie spędza 23 lata życia, wypełnione pracą, umartwieniami ciała, milczeniem oraz kontemplacją Najświętszego Sakramentu. Cela w której mieszkał miała 6 metrów kwadratowych, o. Szarbel nosił zawsze włosiennice, spał pięć godzin na dobę, jadł raz dziennie bardzo skromne potrawy bezmięsne. Łóżkiem jego był tylko siennik wypełniony dębowymi liśćmi pokryty kozią skórą, za „poduszkę” służył mu kawałek drewna owinięty postrzępioną sutanną. Często kładł się na gołej ziemi. Samotnia w której przebywał św. Szarbel była położona w górach na wysokości 1300 m npm.

16 grudnia 1898 roku dostaje udaru mózgu w trakcie odprawiania Mszy świętej. Umiera w wigilię Bożego Narodzenia tego samego roku.

Jego współbracia zakonni już za jego życia uważali go za świętego. Jego modlitwa miała bardzo dużą skuteczność. W 1885 roku uprawy okolicznych rolników niszczyła plaga szarańczy, modlitwa zakonnika, i pokropienie święconą wodą, sprawiło, że owady odleciały a plony zostały ocalone.

Oznaki wybraństwa nastąpiły zaraz po jego śmierci. Następnego dnia po pogrzebie, grób jego był, przez 45 dni otoczony tajemniczym światłem widocznym w najbliższej okolicy. Kiedy po paru miesiącach otwarto grób, okazało się, że jego ciało nie uległo najmniejszemu rozkładowi, zachowując plastyczność żywego człowieka. Oprócz tego ciało wydzielało swoistą, tajemniczą ciecz. Substancja ta nazywana jest „olejem św. Szarbela” i wraz z modlitwą i żywą wiarą uzdrawia z nieuleczalnych chorób i przypadłości. W 1927 roku ciało jego zostało poddane drobiazgowemu badaniu przez komisję kościelną na czele której stało dwóch lekarzy z Francuskiego Instytutu Medycyny. Następnie ciało zostało umieszczone w nowej metolowej trumnie i zamurowane w grobowcu w niszy kaplicy. W 1950 roku stwierdzono, że tajemnicza ciecz wydobywa się z kamiennego grobowca. Po otwarciu grobowca stwierdzono, że ciało nadal zachowuje elastyczność i temperaturę ciała osoby żyjącej.

Dnia 5 grudnia1965 roku, ojciec święty Paweł VI beatyfikował ojca Szarbela Machlufa, a 9 października 1977 roku został kanonizowany. Od tego czasu ustało wydzielanie się tajemniczej cieczy, a ciało świętego zaczęło ulegać rozkładowi. Szacowane jest, że z ciała maronickiego zakonnika uwolniło się ok. 100 litrów tajemniczej cieczy.

Nikt nie sfotografował o. Szarbela, i nie namalował jego portretu. 8 maja 1950 roku kilku misjonarzy maronitów zrobiło sobie grupowe zdjęcie przed grobem świętego pustelnika. Po wywołaniu fotografii, okazało się, że jest na niej jeszcze jedna postać – tajemniczy mnich. Starsi maroniccy zakonnicy rozpoznali w tej postaci o. Szarbela. Na podstawie tej fotografii malowane są portrety świętego pustelnika.

W miejscowości Ananya znajduje się sanktuarium św. Szarbela a w nim jest obfita dokumentacja zawierająca opisy ponad sześciu tysięcy cudownych uzdrowień za przyczyną świętego z Libanu. Wśród nich znajdują się nie tylko maronici czy katolicy ale są również muzułmanie jak i Żydzi. Libanka, Malake Michel-Malek urodziła się w 1950 roku ze zniekształconymi nogami. Poruszała się tylko za pomocą kul i specjalistycznego aparatu ortopedycznego. Leczenie oraz wielokrotne operację nie przyniosły żadnego skutku. Latem 2004 roku spędziła trzy dni w klasztorze Anani przy grobie świętego, poszcząc i modląc się. Po powrocie do domu została całkowicie uleczone – nogi jej stały się normalne i mogła swobodnie chodzić. Natychmiast wyruszyła do grobu zakonnika by podziękować za cudowne uzdrowienie.

Nouhad Al.-Chami, sparaliżowana Libanka, której jedynie skomplikowana operacja tętnicy szyjnej mogła pomóc, została cudownie uleczona przez świętego Szarbela. Ślady po tym wydarzeni pozostały na jej szyi i są bardzo widoczne każdego 22 dnia miesiąca, kiedy to ma zlecone dawanie świadectwa o swoim uleczeniu.

Ten maronicki święty do końca XX wieku był bardzo mało znany. Obecnie, Polacy stanowią drugą co do liczebności grupę pątników odwiedzających grób jego w Annaya.

Wspomnienie świętego Szarbela Machlufa obchodzimy 28 lipca.

 

TEKST BYŁ OPUBLIKOWANY W MIESIĘCZNIKU „MISERICORDIA” SANKTUARIUM MIŁOSIERDZIA BOŻEGO W OŻAROWIE MAZOWIECKIM W grudniu 2019 ROKU.

Pokora

Oto stworzenia czy na ziemi czy w niebie zawsze mają się wobec Boga jako ziemia i jej twory wobec nieba i słońca; odbierając stamtąd światło, ciepło i wpływy ożywcze i dobroczynne, zachowują odpowiednią tym wpływom postawę, reflektując czyli odsyłając owe promienie światła i ciepła ze swego dołu ku górze. Tak samo i dusza pobożna, uszczęśliwiona przez datki dobre i dary doskonałe pochodzące z wysoka od Ojca światłości  i ze swego padołu się wznosząca ku temu słońcu, u którego nie ma odmiany ani cienia przemiany (Jak 1,7), w tym wznoszeniu się swym zawsze zachowuje postawę jaka przystoi temu, który odbiera, wobec tego, od którego odbiera.

Tak się nam tłumaczy pokorna postawa Świętych w niebie, trwających w nieustannym zachwyceniu, co właśnie jest ich nabożeństwem.

Taka atoli postać dla pychy jest wstrętna, ponieważ nie pozwala ona ugiąć karku nawet przed Najwyższym, a każe siebie stawiać na pierwszym miejscu, stąd to człowiek pyszny nie może mieć smaku w nabożeństwie, i postawa pobożna wydaje się pysznemu czymś niskim i upadlającym, bo i Pismo Święte mówi, że grzesznikowi brzydko jest chwalić Boga (Ekli 1,32). W pysze więc tkwi bezbożność, a jest nią wstręt do czci i chwalenia Boga; i ta niekiedy idzie tak daleko, że pyszni raczej wolą iść do piekła, bo nie chcą nieba, gdzie trzeba Boga przez całe wieki chwalić.

Temu bezbożnemu usposobieniu dał wyraz Kajetan Węgierski w swym poemacie pod tytułem „Organy”, gdzie mówi, że nie chce się dostać do nieba, bo by tam musiał śpiewać: Święty, Święty, Święty!

Lecz my, którzy miłujemy Boga, i kochamy się we czci i chwale Bożej, pragniemy dostać się do nieba i być uczestnikami tam szczęśliwości Świętych; jeśli tak jest, to powinniśmy już tu na ziemi to czynić, co tam czynią w niebie.

Święty Hieronim mówi: Uczmy się już tu na ziemi i w czasie tego życia – które będziemy prowadzić w niebie i we wieczności. Wiemy z Ewangelii, gdzie jest mowa o zapraszaniu na ucztę niebiańską, że tam potrzeba pokazać się w szacie godowej; a tą szatą jest łaska poświęcająca i miłość nadprzyrodzona. Kto tej nie ma, ten nie może uczestniczyć w tej uczcie.

 

 

Niedowiarstwo

Niedowiarstwo nie oznacza jedynie intelektualnego zaprzeczenia prawdy; oznacza ono także praktyczną nieczułość na światło Ducha Świętego i płynące z lenistwa odmawianie należnego temu światłu współdziałania. Kto lekkomyślnie naraża drogi dar wiary na napaści i subtelne podstępy niedowiarków lub morową zarazę roznoszoną przez książki szerzące niewiarę, czy zatrutą literaturę, jaką dziś, by zwalczać wiarę chrześcijańską – a przede wszystkim tę pełną i całkowitą wiarę chrześcijańską, jaką jest wiara katolicka – wypisuje się we wszystkich językach, ten naprawdę sam sobie będzie winien, jeśli wiarę utraci. Prawie wszyscy żyjemy dziś i oddychamy w takiej atmosferze duchowej, która niesie ze sobą i na wszystkie strony rozsiewa sprzeciwy i przewrotne zarzuty wymierzone w naukę Boskiego Mistrza. Jeśli więc do tej codziennej, nieuchronnej pokusy, dodasz jeszcze pokusy dobrowolne, na które sam się narażasz, bądź przysłuchując się tym, którzy sprzeciwiają się Objawieniu Chrystusowemu, bądź ciekawie czytając – co już jest czynem niewątpliwie rozmyślnym i o wiele cięższą winą przed Bogiem – fałsze wypisywane przeciwko prawdzie, którą Chrystus objawił, wtedy, powtarzam, sam jesteś sobie winien, jeśli utracisz wiarę; tak samo jak sam byłbyś sobie winien, gdybyś wystawiając się rozmyślnie na niebezpieczeństwo, utracił czystość, pobożność czy miłość.

Jest też inna forma niedowiarstwa, przez którą można utracić wiarę, mianowicie duch sporu.

Z każdej strony widzimy wokół siebie ludzi, którzy rozmyślnie sami siebie zaślepiają i sprawiedliwym sądem Bożym popadają w mroki ślepoty duchowej. Do nich to stosują się te straszne słowa Psalmisty: Przypadł do nich ogień, a nie widzieli słońca (Ps 57,9). Bo istnienie Boga, któremu przeczą, jest niczym słońce na niebie. I prawda Świętego Kościoła Katolickiego, z której kpią, jest jak biały dzień w południe. Jaśniejąca powszechność Kościoła jest jak błyskawica, która roztacza swój blask od wschodu do zachodu, a jednak są ludzie, którzy utrzymują, że jej nie widzą. Zaprzeczają temu, by kiedykolwiek był jakiś Kościół założony przez Jezusa Chrystusa; zaprzeczają temu, by człowiek został stworzony przez Boga; zaprzeczają temu, by istniał sam Bóg.

Jak doszli do takiego obłędu? Przypadły na nich: pycha, brak intelektualnej pokory, przesąd, skłonność do podważania wszystkiego, zawiść i przewrotność. Ich namiętności wrą, ich wola płonie ogniem przeciw Kościołowi i wierze. W swych upartych sporach z prawdą sprawiedliwym sądem oślepili samych siebie. Oczy mają, a nie widzą; uszy mają a nie słyszą; serce mają, a nie rozumieją. Ciemność ich serc jest zapowiedzią tej ciemności zewnętrznej, która czeka tych, co wierzyć nie mogą dlatego, że wierzyć nie chcą.

 

Przewodnik życia w Duchu Świętym; Henry Kard. Manning

Pochwała „Pozdrowienia anielskiego”

Pisze bł. Alan z la Roche:

W kartuzji znajdującej się gdzieś w Anglii Jezus Chrystus nasz Pan raczył objawić się pewnemu pobożnemu człowiekowi, a teraz wiem, że w tym samym czasie trzem innym osobom, które wtedy spędzały noc na modlitwie, została objawiona ta sama rzecz przez św. Jana Ewangelistę, opiekuna Dziewicy Maryi i że jest to całkowicie pewne objawienie. Jego treść jest zaś następująca:

  1. Każdy ma codziennie przez piętnaście lat na cześć Najdroższej Krwi wylanej przez Pana pobożnie odmawiać piętnaście Ojcze nasz i tyleż Zdrowaś Maryja. Po tym okresie, gdy minie całe piętnaście lat – co równa się liczbie kropli Krwi wylanej przez Pana – i gdy każdą jedną kroplę w odpowiedni sposób pozdrowi, niech sprawuje kult miły Bogu i Matce Bożej
  2. W tym samym czasie (jeśli przez cały ten okres będzie wolny od grzechu śmiertelnego) będzie mógł otrzymać od Boga następujące pięć specjalnych łask. Oto one:
    1. Wykluczenie potępienia trzech dusz z jego rodziny, które umrą w tym roku; Bóg bowiem okaże im miłosierdzie, dzięki zasługom tych modlitw, święcie ofiarowanych z myślą o zasługach Krwi przelanej dla naszego odkupienia;
    2. Dzięki zasługom Krwi Pańskiej zasłuży sobie to, że nie umrze i nie straci łaski, a wolny od wszelkiej zmazy grzechu, tak jakby dopiero co wyszedł z chrzcielnicy, będzie mógł zostać przedstawiony Chrystusowi Sędziemu jako zasługujący na radość błogosławionych duchów;
    3. Dostąpi również tych samych zasług i chwały, które symbolizuje mały wieniec wawrzynowy męczenników, tak jakby sam przelał krew za Chrystusa, to zaś jako nagroda za codzienne dzielenie cierpień Chrystusa i za uczestniczenie w zasługach Jego męki;
    4. Podobnie rzecz się będzie miała z duszami zmarłych, które chce dopuścić do uczestnictwa w zasługach tych modlitw wstawienniczych; miłosierny Bóg potrafi dać błogosławiony odpoczynek tym duszom, uwolnionych od męki czyśćca;
    5. Kto rozpocznie te modlitwy z mocnym i pewnym postanowieniem odmawiania ich przez piętnaście lat i w pierwszym roku albo w jednym z następnych umrze, otrzyma przyobiecane łaski tak samo, jakby żył do końca owych piętnastu lat.
  3. Niech teraz członek bractwa różańcowego, miłośnik i zelant Twego najświętszego Imienia, Maryjo wysłucha, tych pochwał:
    1. Raduje się niebo, zdumiewa się cała ziemia;
    2. Szatan ucieka, drży piekło;
    3. Świat traci wartość, serce rozpływa się z miłości;
    4. Senność zanika, ciało słabnie;
    5. Smutek przemija, nowa radość nadchodzi;
    6. Wzrasta pobożność, rodzi się skrucha;
    7. Nadzieja rośnie, przybywa pociech;
    8. Odnawia się duch, potęguje uczucie, kiedy mówię AVE MARIA!

 

Słodycz tego błogosławionego Pozdrowienia jest tak wielka, że nie sposób jej wyrazić ludzkimi słowami, bo zawsze okazuje się wznioślejsza i głębsza. I taka jest ta modlitwa pozdrawiająca. Niewiele słów wielka tajemnica; krótka oracja, wzniosła moc. Słodsza niż miód, cenniejsza od złota; trzeba ją nieustannie przeżuwać w ustach serca i często powtarzać czystymi wargami. Jest spleciona z niewielu słowami, a rozlewa się szerokim potokiem niebiańskiej słodyczy.

 

Psałterza Jezusa i Maryi; błogosławionego Alana z la Roche.

 

Odrzucenie „dobrych” uczynków

„Wszelka latorośl we mnie nie przynosząca owocu (Ojciec) odetnie ją.” O, cóż za straszna groźba! A czyż my na nią nie zasługujemy? I cóż znaczy to odcięcie, o którym mówi Chrystus Pan? Znaczy ono, że te dusze, które uporczywie odrzucają dobre natchnienia łaski Bożej, głuche są na wyrzuty sumienia, skarane będą tym, że Ojciec niebieski przestanie je nawiedzać pociągiem swej łaski i napomnieniem, „puści je aby szły drogą swoją”, drogą szeroką, którą wiodą namiętności, a którą świat ściele, drogą egoizmu i zmysłowości śród zamętu rozproszenia. Odetnie je w tym życiu od płodnego krzewu winnej macicy, aby je mógł na całe wieki odrzucić w ogień wieczny, jako złe i nieużyteczne ziele.

W powyższej groźbie Chrystusa uderza nas swoją osobliwością jedno słowo, mające głębokie znaczenie. Wszelką latorośl we mnie nie przynoszącą owocu – mówi Zbawiciel. A więc są dusze przynoszące owoc, jednak nie w Chrystusie – i te mają być odcięte – któreż to są?

Są to wszystkie dusze, pełniące najlepsze czyny, lecz bez czystej intencji lub bez intencji żadnej, albo też nie w złączeniu z Chrystusem, bo w stanie grzechu śmiertelnego – pełniące dobre czyny z pobudki filantropii światowej, dla rozgłosu, względów ludzkich, lub jakiej innej pobudki czysto przyrodzonej. Co dla Boga nie zostało poczęte, przez Boga w wieczności wynagrodzone nie będzie: tych owoców Bóg nie przyjmuje – płaci za nie doczesną nagrodą, ale w wieczności – odrzuca!

Nie zabezpieczajmy się więc tym, że liczne dobre uczynki spełniamy, za które świat nas chwali, ale raczej badajmy, jaka ich pobudka i czy w złączeniu z Chrystusem są wykonywane?

 

 

O pobożności prawdziwej i fałszywej; Cecylia Plater-Zyberkówa; Wydawnictwo Monumen; Poznań 2016

Jałmużnik Warszawy

Błogosławiony Adalbert (Wojciech) Kopliński urodził się 30 lipca 1875 roku w Debrznie, które wtedy należało do Cesarstwa Niemieckiego a dziś jest w województwie pomorskim. Jego ojciec Lorenz (czyli Wawrzyniec) Koplin był zgermanizowanym Mazurem wyznania katolickiego, natomiast matka była protestantką. Miał jedenaścioro rodzeństwa. W Debrznie ukończył gimnazjum i wstąpił do zakonu. W dzieciństwie poważnie zachorował i ślubował, że jeżeli wyzdrowieje to wstąpi do zakonu. Wybór jego padł na zakon Braci Mniejszych Kapucynów. W roku 1893 wyjechał do Alzacji gdyż wtedy, w Prusach, wszystkie klasztory kapucyńskie zostały zlikwidowane. W zakonie przyjmuje imię Anicet (Niezwyciężony) i w roku 1900, w dzień Wniebowzięcia NMP otrzymuje święcenia kapłańskie. Następnie przebywa w Nadrenii i Westfalii gdzie ma styczność z Polakami tam pracującymi. Był doskonałym kaznodzieją, ze znajomością oraz lekkością wyjaśniał zawiłe prawdy wiary. Kochał poezję i pisał wiersze. Posiadał rozległą wiedzę historyczną i pisał wiele tekstów na temat dziejów Kościoła. Szczyt jego twórczości to I wojna światowa, lata 1914-1918.

W 1918 roku Polska odzyskuje niepodległość i pojawia się konieczność budowania struktur państwa jak i Kościoła i zakonów. Ojciec Anicet zostaje w marcu 1918 roku wysłany w celu reorganizacji zakonu w Warszawie. Tak opisuje swoje przybycie: Przy wejściu do starej polskiej rezydencji królewskiej ogarnęło mnie miłe ciepło łagodnych promieni słonecznych budzącej się właśnie w tym kraju młodej wiosny, przyjacielski zwiastun owego uszczęśliwiającego światła słonecznego, które uśmiechnęło się do mnie z oczu Ojca Komisarza Kazimierza przy wejściu do nowego domu zakonnego. Uściskał mnie z prawdziwie polską serdecznością i franciszkańską braterskością, a okazywał miłość najczulszej i najtroskliwszej matki.

W Warszawie był znanym spowiednikiem – spowiadali się u niego m.in.: kard. Aleksander Kakowski, bp Stanisław Gall jak również nuncjusze papiescy w Polsce: Achille Ratti (przyszły papież Pius XI), kard. Lorenzo Lauri, kard. Francesco Marmagii, abp Filippo Cortesi oraz liczne duchowieństwo. Przyszły błogosławiony zajmował się przede wszystkim działalnością na rzecz ubogich, dla nich kwestował, pomagał w nauce i znajdował pracę. Stąd nazywany był „jałmużnikiem Warszawy”, „św. Franciszkiem z Warszawy” oraz opiekunem ubogich. Wiele osób pamięta z tamtego czasu jego postać z piuską na głowie i wyciągniętą ręką proszącego po łacinie „Pro pauperibus” czyli dla ubogich. Na ówczesnych obrzeżach miasta – Woli, Kole, Powązkach i Żoliborzu żyło się w ciężkich warunkach. Zakonnik znany był również na warszawskim Annopolu gdzie przebywali bezdomni – w 113 barakach żyło ok. 11 tys. ubogich. Zakon kapucynów uruchomił tam kuchnię wydającą posiłki dla potrzebujących. Był znany najbiedniejszym jak i najbogatszym mieszkańcom Warszawy, gdyż jednych wspierał a do drugich zgłaszał się z prośbą o wsparcie. O biednych i potrzebujących pamiętał nawet w czasie spowiadania dostojników Kościoła. Ponoć, jako pokutę, kardynałowi Kakowskiemu nakazał dostarczenia wózka z węglem dla ubogich.

Żebranie na rzecz ubogich było jego codziennym zajęciem – znosił cierpliwie wszelkiego rodzaju przykrości, upokorzenia i zniewagi jakie go spotykały w związku z prowadzonym dziełem. W potrzebie potrafił nawet zdjąć własne buty i oddać je potrzebującemu. Ale również widział chciwość i bierność osób ubogich. Nieraz z jego ust słyszano naganę: „Siostro, wzięłabyś się do pracy, umyła dzieci, wyszorowała podłogę. Bieda nie musi śmierdzieć brudem!” Bogatych i możnych prosił o chleb dla biednych, a biednych zachęcał do modlitwy za nich samych i za bogatych gdyż przed Bogiem odpowiadamy jeden za drugiego. Dla pozyskania większej hojności wykorzystywał również swój talent poetycki. Układał okolicznościowe wiersze po łacinie i deklamował je w tak aktorski sposób, że nawet nie znający łaciny mogli pojąć prezentowaną treść.

Polszczyzna jego niestety była niedoskonała i dlatego nie głosił kazań. Mimo to został uznany przez Warszawę za rodaka i on sam czuł się Polakiem. W latach 30 przyjął obywatelstwo polskie i zmienił nazwisko na Kopliński (dodając polską końcówkę -ski). Był życzliwie przyjmowany przez właścicieli barów, kawiarń, restauracji, hoteli, sklepików czy też piekarzy, którzy wspierali działalność kapucyńskiego zakonnika. Wspomina Mirosław Kukowski: „Znałem innych ojców i braci kapucynów z ulicy Miodowej. Ten spośród nich wybijał się na plan pierwszy i to wbrew jego woli. Późną jesienią, inni już w trzewikach, on w sandałach na bosych stopach. Oni w nowiutkich, czystych habitach, on zagoniony, zatroskany innych troskami i nędzą, zawsze najgorzej odziany, wprost zaniedbany”.

Ojciec Anicet przed pójściem spać, po wieczornych modlitwach, regularnie ćwiczył podnoszenie ciężarów. W Warszawie znana była przygoda jednego nieopanowanego policjanta, który niezbyt dobrze traktował żonę i dzieci. Pewnego razu, po spowiedzi, ojciec kapucyn, zaprowadził go do zakrystii chwycił za pas u spodni i podniósł ponad głowę, wykrzykując: „Widzisz, co mogę z tobą zrobić? A co zrobi z tobą Pan Bóg, gdy będziesz dalej takim gwałtownikiem?” Lekcja okazała się skuteczna.

Wybuch II wojny światowej nie zmienił jego postępowania w żaden sposób. Pomagał nie tylko biednym, ale również pomagał Żydom i osobom zaangażowanym w ich ratowanie. W nocy z 26 na 27 czerwca 1941 roku został aresztowany wraz z 21 współbraćmi. Pomimo torturowania, ośmieszania i poniżania nie wahał się powiedzieć na przesłuchaniu: „Wstydzę się, że jestem Niemcem”. We wrześniu 1941 roku został przewieziony do niemieckiego obozy w Auschwitz gdzie zmarł 16 października 1941 roku.

Dnia 13 czerwca 1999 roku na Mszy świętej w Warszawie został beatyfikowany wśród 108 męczenników II wojny światowej.

 

TEKST BYŁ OPUBLIKOWANY W MIESIĘCZNIKU „MISERICORDIA” SANKTUARIUM MIŁOSIERDZIA BOŻEGO W OŻAROWIE MAZOWIECKIM W listopadzie 2019 ROKU.

Pochwała Maryi

Ta dobra Matka zawsze przyjmuje, z czystej miłości, wszystko, co Jej oddajemy w depozyt; przyjąwszy zaś jako powiernica, jest zobowiązana prawne, na mocy umowy o depozycie, zachować to dla nas; podobnie jak ktoś, komu powierzyłbym w depozyt tysiąc złotych monet, byłby zobowiązany zachować je dla mnie, tak iż gdybym z powodu jego zaniedbania moje pieniądze zostały utracone, człowiek ten odpowiadałby za to przez prawem. Ale nie, Maryja nigdy nie straci z powodu zaniedbania tego, co zostało jej powierzone; prędzej przeminęłyby niebo i ziemia, niż Ona mogłaby okazać się niedbałą i niewierną wobec tych, którzy Jej zawierzyli.

Biedne dzieci Maryi, wasza słabość jest ogromna, wasza niestałość wielka, wasze wnętrze bardzo zepsute. Przyznaje, wyszliście z tej samej zniszczonej rzeszy dzieci Adama i Ewy; niech to was jednak nie zniechęca, ale pocieszcie się, radujcie się: oto przekazuje wam sekret, sekret nieznany niemal wszystkim chrześcijanom, nawet najpobożniejszym.

Nie trzymajcie swojego złota i srebra w skrzyniach: już się do nich włamywał zły duch, który was okradł, i są one zbyt małe, zbyt słabe i zbyt stare, aby przechowywać tak wielki i cenny skarb. Nie wlewajcie czystej i przejrzystej wody źródlanej do naczyń zbutwiałych i skażonych grzechem: jeśli grzechu już tam nie ma, to jego woń pozostała i zepsuje wodę. Nie wlewajcie wybornego wina do starych beczek, w których niegdyś zalegało zepsute wino: zepsuje się w nich i jeszcze może się rozlać.

Dusze wybrane, choć rozumiecie mnie, powiem wyraźniej. Nie powierzajcie złota waszej miłości, srebra waszej czystości, wód niebiańskich łask ani wina waszych zasług i cnót dziurawemu workowi, starej i połamanej skrzyni, zbutwiałemu i zgniłemu naczyniu, jakim jesteście; inaczej ograbią was złodzieje, czyli diabły, które nocą i dniem czyhają na sposobną chwilę; inaczej cuchnąca woń miłości własnej, polegania na sobie i własnej woli zepsuje to, co Bóg wam daje najczystszego.

Złóżcie w łonie i sercu Maryi, wlejcie w nie wszystkie wasze skarby, łaski i cnoty; to jest naczynie duchowe, naczynie czcigodne, naczynie osobliwego nabożeństwa: Vas spirituals, vas honorabile, vas insigne devotionis. Odkąd sam Bóg osobiście ze wszystkimi swoimi doskonałościami zamknął się w tym naczyniu, stało się ono w pełni duchowe i stało się duchowym mieszkaniem najbardziej duchowych dusz; stało się godne czci, stało się pełnym chwały tronem największych książąt wieczności, stało się naczyniem osobliwego nabożeństwa, mieszkaniem dusz najświetniejszych w łagodności, w łaskach i cnotach; i wreszcie stało się bogate jak dom złoty, mocne jak wieża Dawidowa i czyste jak wieża z kości słoniowej.

Jak szczęśliwy jest człowiek, który wszystko oddał Maryi, który we wszystkim i dla wszystkiego zawierza Maryi i w niej się zatraca. Należy on całkowicie do Maryi, a Maryja całkowicie do niego. Może śmiało powiedzieć za Dawidem: Haec facta est mihi. Maryja została stworzona dla mnie; albo z umiłowanym uczniem: Accepi eam in mea: Wziąłem Ją za całe moje dobro; albo z Jezusem Chrystusem: Omnia mea tua sunt, et omnia tua mea sunt: Wszystko, co mam, a wszystko, co Ty masz – moje.

Jeśli przeczyta to jakiś krytyk i pomyśli, że przemawia przeze mnie przesada i nazbyt wybujała pobożność, to niestety, nie rozumie on mnie, albo dlatego, że jest człowiekiem cielesnym, który nie smakuje spraw ducha, albo dlatego, że należy do tego świata, który nie może przyjąć Ducha Świętego, albo dlatego, że jest pełen pychy i krytycyzmu, potępia albo gardzi wszystkim, czego nie rozumie. Ale dusze, które nie narodziły się z krwi, ani z woli ciała, ani z woli męża, lecz z Boga i z Maryi, rozumieją mnie i smakują; pisze do nich właśnie.

Jednak mówię do jednych i do drugich, bo Najświętsza Maryja, będąc najuczciwszym i najbardziej hojnym spośród wszystkich stworzeń, nigdy nie pozwala się prześcignąć w miłości i hojności; jak mówi pewien święty człowiek, za jajko daje wołu, to znaczy, za odrobinę, jaką Jej dajemy, oddaje wiele z tego, co otrzymała od Boga; tym samym więc, jeśli jakaś dusza oddaje się Jej bez zastrzeżeń, to Ona oddaje się tej duszy bez zastrzeżeń, jeśli pokładamy w Niej całą ufność bez zuchwałości, sami pracując nad nabywaniem cnót i przezwyciężaniem namiętności.

 

Św. Ludwik Maria Grignion de Montfort, Traktat o Prawdziwym Nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny (TPN 176-181)

Różaniec do granic nieba propaguje herezję?

W zaproszeniu do modlitwy różańcowej „Różaniec do Granic Nieba” znajdujemy taką intencję: „Będziemy prosić o wybaczenie te dzieci, którym nie pozwolono się narodzić. Ponadto zwrócimy się do wszystkich dzieci nienarodzonych, także tych zmarłych w sposób naturalny lub zmarłych tuż po porodzie, z prośbą o wstawiennictwo, za nami u Boga.”

 

Czy taka intencja niesie w sobie herezję? Czy dzieci zmarłe bez chrztu mogą dostąpić widzenia Boga w niebie? Nie mogą, gdyż są skalane grzechem pierworodnym. Jest to prawda wiary zawarta w Piśmie świętym i w Tradycji. Sam Zbawiciel zapowiedział: Jeśli się kto nie odrodzi z wody a z Ducha Świętego, nie może wnijść do królestwa Bożego (J, 3,5); i dlatego kazał nie tylko nauczać, ale i chrzcić wszystkie narody (Mat 28,9).

Potwierdza to cała Tradycja katolicka streszczona w tych słowach Tertuliana: „Nikt bez chrztu nie otrzyma zbawienia”; a sobór trydencki orzekł: „Jeżeli kto twierdzi, że chrzest jest pozostawiony każdemu do woli, to jest, że nie jest koniecznym do zbawienia: niech będzie wyklęty” (Sesja 7, Kan 5). Przedtem jeszcze sobór florencki wypowiedział, że dusze tych, którzy w stanie grzechu śmiertelnego albo grzechu pierworodnego umierają, zaraz zstępują do piekła, gdzie atoli nierównym karom podlegają; należy tu jednak zaznaczyć, że słowo infernus (po hebr. sheol) oznacza wszystkie miejsca poza niebem, a więc otchłań, czyściec, i właściwe piekło.

Dzieci, które bez chrztu umierają, nie ponoszą kary ognia piekielnego – jest powszechnym prawie zdaniem teologów; co św. Tomasz tak wykłada: W piekle jest podwójna kara, to jest, pozbawienia widzenia Boga, odpowiadające odwróceniu się grzesznika od Boga, i kara zmysłów odpowiadająca zwróceniu się grzesznika do stworzeń. Otóż dzieci wskutek grzechu pierworodnego zostają w stanie odwrócenia się od Boga, ale nie w stanie dobrowolnego zwrócenia się do stworzeń; a stąd nie jest rzeczą słuszną, aby ponosiły karę ognia.

 

Wg. Św. Bp. Józefa Sebastiana Pelczara; Religia Katolicka (Rozdz. X nr XII)

Modlitwa Różańcowa jest jak najbardziej konieczna a szczególnie obecnie, natomiast należy zwracać uwagę na intencję. One mogą być niekoniecznie w zgodzie z nauczaniem Kościoła Katolickiego.

O roztropności w ascezie

Kiedy demon obżarstwa, który toczył liczne i częste walki, nie może zniszczyć utrwalonej wstrzemięźliwości, wtedy nakłania umysł do pragnienia najsurowszej ascezy. Wskutek tego pokazuje również towarzyszy Daniela, ich ubogie życie i nasiona (por. Dn 1,12), którymi się żywili i przypomina o pewnych innych anachoretach, którzy zawsze tak żyli albo zaczęli żyć, i przynagla, aby stać się ich naśladowcą, by chwytając się nieumiarkowanej wstrzemięźliwości utracić nawet tę umiarkowaną, skoro ciało nie poradziło sobie z powodu własnej słabości. W istocie demon ów błogosławi ustami, a złorzeczy w sercu, że nie godzi się, aby oni stali się mu posłuszni, ani żeby powstrzymywali się od chleba, oleju i wody. Taką dietę wypróbowali braci jako najlepszą – i to nie do sytości, a raz na dzień.

Dziwię się bowiem, że ktoś sycąc się chlebem i wodą będzie mógł otrzymać wieniec beznamiętności. Beznamiętnością nie nazywam wyzbycia się grzechu uczynkiem – to nazywa się wstrzemięźliwością – lecz to, co niszczy duchowo namiętne myśli. Ją to nazwał też św. Paweł duchowym obrzezaniem Żyda, który jest w nim wewnątrz (Rz 2,29). Jeśli ktoś się lęka tego, co zostało powiedziane, niech sobie przypomni „naczynie wybrania”, Apostoła, który w głodzie i pragnieniu dopełnił biegu swego życia (2 Kor 11,27; 2Tm 4,7). Tego demona naśladuje także przeciwnik prawdy, demon acedii, podpowiadając wytrzymałemu najsurowszą anachorezę, zachęcając do rywalizacji z Janem Chrzcicielem i pierwszego spośród anachoretów, Antoniego, aby nie wytrzymując stałej i nieludzkiej anachorezy uciekł ze wstydem opuściwszy miejsce, a ów potem chwaląc się powiedziałby: Okazałem się mocniejszy od niego (Ps 12,5).

Nieczyste myśli przyswajają sobie treści dla swego wzrostu i zwracają się ku wielu rzeczom. Nawet morza wielkie przemierzają duchowo i nie odmawiając sobie wędrówki długimi drogami wskutek gorączki własnej namiętności. Jeśli tylko zostaną oczyszczone, stają powściągliwsze niż przedtem, nie mogąc zwrócić się ku licznym rzeczom wskutek słabej siły namiętności. Stąd też są wzbudzane raczej wbrew naturze i – jak mówi mądry Salomon (Prz 7,12) – czas jakiś tułając się na zewnątrz, zbierają ścierń w celu zarządzonego bezprawnie wyrabiania cegieł, nie otrzymując już więcej słomy od Egipcjan (por. Wj 5,6-19). Trzeba więc z czujnością strzec serca, by zostało ocalone niczym gazela z sideł i niczym ptaszek z potrzasku (por. Prz 6,5). Łatwiej jest oczyścić nieczystą duszę niż przywrócić do zdrowia oczyszczoną, a potem znowu zranioną, ponieważ demon smutku nie pozwala na to, lecz podczas modlitwy ciągle stawia przed oczy obraz grzechu.

Nie znają demony naszych serc, jak sądzą niektórzy ludzie, albowiem jest tylko jeden znawca serc (por. Dz. 1,24; 15,8), który zna umysł ludzi i własnoręcznie ukształtował ich serca (Ps 32, 15). Po wypowiedzianym słowie i po pewnych poruszeniach ciała poznają większość poruszeń w sercu. Te właśnie rzeczy chciałem teraz przedstawić w sposób jasny, ale powstrzymał mnie święty kapłan {tj św. Makary Aleksandryjski}. Powiedział, że czymś niegodnym jest ujawniać publicznie takie rzeczy i wkładać je do uszu ludzi nie wtajemniczonych, skoro i ten, kto obcuje z kobietą w okresie jej menstruacji, według prawa, zaciąga winę (por. Kpł 15, 19-24).

Ponadto [wspomnę], że po takich znakach poznają to, co ukryte w sercu, i dzięki temu zdobywają środki przeciwko nam. Często przecież złorzecząc niektórym daliśmy dowód na to, że nie mamy miłości względem nich; dlatego też natknęliśmy się na demona pamiętania złego. I natychmiast dopuściliśmy złe myśli przeciwko owym ludziom, co do których myśli nie mieliśmy wcześniej pojęcia, że nas nachodzą. Dlatego słusznie Duch Święty wyrzuca nam: Zasiadłszy, przemawiasz przeciwko bratu swemu, znieważasz syna swojej matki (PS 49, 20) i otwierasz drzwi myślom pamiętania złego, i wzbudzasz umysł w czasie modlitwy, ciągle przedstawiając sobie twarz swego wroga, czyniąc go bogiem. Albowiem z pewnością to, na co spogląda modlący się umysł, należy także uznać za jego boga.

Umiłowani, uciekajmy, przed chorobą lżenia kogoś. Ani też nigdy nie wspominajmy źle nikogo, i nie odwracajmy spojrzenia, kiedy wspomina się bliźniego. Wszystkie gesty badają złe demony z ciekawością i niczego, co nas dotyczy, nie pozostawiają bez zbadania: ani lżenia, ani siedzenia, ani stania, ani mówienia, ani chodzenia, ani patrzenia. Wszystko z ciekawością badają, wszystkim potrząsają, cały dzień knują podstęp przeciwko nam, aby znieważyć pokorny umysł w czasie modlitwy i zgasić jego błogosławione światło. Czy słyszysz, co święty Paweł mówi do Tytusa? W nauczaniu głoś mowę nieskażoną, zdrową, wolną od zarzutu, ażeby przeciwnik odstąpił ze wstydem, nie mogąc nic złego o nas powiedzieć (Tt 2,8). Błogosławiony Dawid modli się mówiąc: Wyzwól mnie od zniewagi ludzi (Ps 118,134, LXX), nazywając ludźmi także demonów ze względu na rozumność ich natury. Przecież i Zbawiciel w Ewangeliach nazwał człowiekiem wroga, który zasiał w nas kąkol (Mt 13, 25).

Naturę rozumną pogrążoną w śmierci przez zło wskrzesza Chrystus przez kontemplację wszystkich światów. Jego Ojciec zaś duszę, obumarłą śmiercią Chrystusa, wskrzesza przez poznanie samego siebie. I staje się to, co powiedział Paweł: Jeśli umarliśmy z Chrystusem, wierzymy, że i z Nim żyć będziemy (Rz 6,8; 2Tm 2,11).

Kiedy umysł, skoro wyzuł się ze starego człowieka, przyoblecze tego, który jest z łaski (por. Kol 3,9-10), wtedy ujrzy również swój stan w czasie modlitwy podobny do szafirowego bądź niebieskiego koloru, który Pismo nazywa miejscem Boga oglądanym przez starców na górze Synaj (Wj 24,10).

 

Ewagriusz z Pontu, O różnych rodzajach złych myśli, TYNIEC Wydawnictwo Benedyktynów, Kraków 2015

Umiłowanie pochwał

Jednym ze źródeł samozakłamania jest dopuszczanie do tego, by inni nas oszukiwali. Nie zawsze łatwo to odróżnić od oszukiwania siebie samego, jednak pewna różnica istnieje. Jeśli wystawiamy się na pochwały lub jeśli jawnie przystajemy na nie, narażamy się na oszustwo ze strony innych, często zupełnie bez ich winy. Nawet w połowie nie przyznajemy się do tego umiłowania pochwał, jakie w rzeczywistości w sobie nosimy. Jest to niedorzeczność właściwa nawet najpokorniejszym z nas. Żyjemy modlitwą i sakramentami, a przy tym aż rwiemy się do pochwał. Czyż widział kto kiedy człowieka, któremu by na nich nie zależało? Najwznioślejszy, najsztywniejszy i najbardziej napuszony człowiek zmięknie łaskawie i życzliwie złagodnieje, gdy dojdzie go syreni głos pochwały. Chłodni zadziwiająco szybko odtają pod delikatnym, ciepłym powiewem pochlebstwa, z dostojności zstąpi nawet do figlarności pod jego nieodpartym urokiem.

Jednak największymi miłośnikami pochwał są ludzie cisi. Należą do gatunku przeżuwaczy – dla nich własne „ja” to strawa, którą żyją i żują, i która, o dziwo, wcale nie wydaje się im gorzka. Jak spragnione wielbłądy na pustyni, które z lubością chłepcą wodę  nawet najbardziej błotnistej kałuży, tak i my łakniemy pochwał bez względu na ich rodzaj i jakość. Nie ważne, jak bardzo byłyby absurdalne, jak niezasłużone, jak wielce przesadzone, mądrzy i poważni ludzie i tak łykną je ze smakiem. Nie istotne, skąd pochwała pochodzi, czy wynika może z dziecinnej lub zniewieściałej niemożności wydania własnego sądu. Przywiązujemy do niej niezwykłą wagę, ogromnie jest dla nas istotna, żywimy się nawet jej okruchami w sposób, który powinien nas sromotnie zawstydzić. Jedyne, czego oczekujemy, to to, by ci, którzy raczą nas, duże bobasy, słodziutkim klikiem pochwał, zachowali pewne zasady dobrego smaku. Zasady te mogą być różne i zależą od charakteru danej nacji. Irlandczyka należy chwalić inaczej niż Anglika, jeszcze inaczej Amerykanina i Francuza, a i to każdego z nich odmiennie. Chwaleni chcemy być wszyscy, w przeciwnym bowiem razie zaczynamy się dąsać. Małpy podchodzą śmiertelnie poważnie do kwestii wzajemnego iskania się. Cóż, to małpy. My zaś jesteśmy ludźmi obdarzonymi rozumem: jak więc możemy powstrzymać uśmiech ironii, gdy angażujemy się w coś podobnie absurdalnego? Jest tak, ponieważ nie znamy samych siebie. Czyż spotkał kto kiedy wybitnego miłośnika pochlebstw, który nie byłby przekonany, że jest ponad opinię bliźnich? I czyż znał kto kiedy człowieka szczycącego się swą niezależnością od sądów otoczenia, który w istocie nie byłby służalczym nikczemnikiem i małostkowym, płaszczącym się i próżnym oszustem?

 

O samozakłamaniu; Frederick Wiliam Faber; Warszawa 2016

Wola i lenistwo

Lenistwo – nie ma drugiego grzechu, który by tak niepostrzeżenie ogarniał duszę w jej życiu duchowym; a jest to grzech zabójczy, przypominający tę śmierć przez zamarznięcie, która na dalekiej północy opada podróżnika prędzej niż ten się spostrzeże. Śmiertelne zimno, powoli ogarniające swoją ofiarę, wywołuje w niej, jak mówią wrażenia jakby przyjemne, aż w końcu zamrozi żywotne i śmierć zabiera nieszczęśliwca, nie wiedzącego nawet o tym, że umiera. Podobne skutki powoduje lenistwo duchowe. Zaczyna się od małych opuszczeń, małych opieszałości, małych zaniedbań, aż powoli człowiek staje się śmielszy w swoim niedbalstwie. Jego sumienie niepostrzeżenie oswaja się z opuszczeniem także większych rzeczy; z początku, w konkretnym przypadku zaniecha jednego obowiązku, potem drugiego i trzeciego, potem coraz częściej i częściej, aż wreszcie te ciągłe opuszczenia spajają się w nałóg. A przecież w tym długim szeregu opuszczeń, każde z osobna było aktem wolnej woli zupełnie tak samo, jak byłoby aktem mojej wolnej woli, gdybym w tej chwili przestał pisać. Gdybym przestał pisać, byłoby to skutkiem powziętego w duchu postanowienia, żeby więcej nie pisać. Tego zapewne nikt nie nazwałby zwykłym tylko opuszczeniem – byłby to rozmyślny akt mojej woli. I takimi aktami woli są te wszystkie opuszczenia, z których powstaje najniebezpieczniejszy z nałogów, nałóg lenistwa.

Wszelkie opuszczenie, powtarzam, jest jednocześnie pozytywnym aktem woli. Gdybyś w tej chwili rzucił się na ziemię, byłby to akt twojej woli; i gdybyś leżąc na ziemi, nie chciał wstać, byłby to również akt twojej wolnej woli. Samo leżenie na ziemi byłoby pod pewnym względem tylko opuszczeniem; ale opuszczenie to byłoby zarazem skutkiem woli i postanowienia nieużycie tej siły, którą masz, a przez której użycie mógłbyś się podnieść. Tak samo człowiek, który zaczyna opuszczać modlitwę, spowiedź, Komunię, rachunek sumienia, Mszę Świętą, pamięć na obecność Bożą, akty miłości Bożej, w każdym z tych opuszczeń wykonuje tyleż oddzielnych aktów woli. Nie są to rzeczy negatywne, są to pozytywne uczynki; i uczynki te, raz we wspomniany sposób dopiero co zaczęte, spoją się wszystkie razem w jeden łańcuch.

Święty Augustyn, opowiadając o latach swojej młodości, w których żył w grzesznych nałogach, mówi, że nałogi te trzymały go jakby okutego w kajdany. Związany byłem – to jego własne słowa – łańcuchem, który sam sobie ukułem. Nie kto inny go ukuł, tylko ja sam. Związany byłem mea ferrea voluntate, żelaznym łańcuchem mojej własnej woli.

Czy stan śmierci wiecznej jest czymkolwiek innym? Cóż to jest: utrata Boga na wieki? To ostatecznym i niezmienny stan duszy, która tu na ziemi zerwała łączność z Bogiem swoimi własnymi aktami woli. Powrozami piekielnymi (2P 2,4), jak mówi św. Piotr, związana, gdy czas łaski upłynie, dzień próby doczesnej dobiegnie zachodu, a sąd się zakończy, dusza ta – która sama siebie na tym świecie pozbawiła Boga – będzie odrzucona od oblicza Bożego w świecie przyszłym i utwierdzona zostanie na zawsze w całej goryczy swojego z Bogiem rozdziału i w swej nieprzyjaźni z Bogiem, którego nigdy nie będzie oglądać: bo sama zawiązała sobie oczy zasłoną dobrowolnej ślepoty, a wszystkie swoje władze skuła w żelazne kajdany swej własnej, rozmyślnej woli. I dlatego nigdy, jak mówiliśmy nie może człowiek osiągnąć zbawienia inaczej, jak tylko ze swej własnej woli; a jego wola nigdy nie błądzi inaczej, jak tylko z jego własnej winy.

 

Przewodnik życia w Duchu Świętym; Henry Kard. Manning

Różne rodzaje myśli

Spośród myśli jedne wypierają, drugie natomiast są wypierane. Tak więc złe wypierają dobre, z kolei złe są wypierane przez dobre. Duch Święty bierze pod uwagę myśl najpierw wzbudzoną i na jej podstawie oskarża nas bądź pochwala.  Podajmy następujący przykład: mam pewien zamiar okazania gościnności i mam go ze względu na Pana, lecz myśl ta zostaje odsunięta, kiedy nadchodzi kusiciel podpowiadający, by okazywać gościnność ze względu na ludzką chwałę. Z kolei inny przypadek: mam zamiar okazania gościnności, żeby się ludziom okazać (Mt 6,5). Lecz i ta myśl zostaje odsunięta, kiedy nadchodzi lepsza myśl, która motyw praktykowania cnoty wiąże z naszym Panem i przynagla nas abyśmy nie czynili tych rzeczy za względu na ludzi. Jeśli więc przez swoje dzieła nadal pozostaniemy przy pierwszych myślach, gdy kuszą nas drugie, to będziemy mieli nagrodę tylko za myśli postawione na pierwszym miejscu. Dlatego że jesteśmy ludźmi i walczymy z demonami, nie możemy utrzymać myśli prawej na trwałe bez naruszania, a z kolei skoro posiadamy nasiona cnót, nie możemy zachować w sobie złej myśli bez jej zrewidowania. Gdyby jednak jakaś wypierająca myśl utrzymywała się, to zasiądzie ona w miejscu myśli wypieranej, a potem człowiek będzie działać kierując się nią.

Spostrzegliśmy po długiej obserwacji, że na tym polega różnica pomiędzy myślami anielskimi, ludzkimi i demonicznymi, iż po pierwsze: anielskie myśli badają naturę rzeczy i zgłębiają ich duchowe zasady. Badają na przykład, z jakiego powodu powstało złoto i dlaczego będąc zmieszane z piaskiem rozproszone jest w dolnych warstwach ziemi i znajduje się je z wielkim mozołem i trudem. Jakim sposobem po znalezieniu opłukuje się je wodą i kładzie do ognia, a następnie oddaje się w ręce rzemieślników, którzy wykonują świeczniki do namiotu, kadzielnicę, moździerze i czary (por. Wj 25,22-39; 27,1-3), z których nie pije już więcej, za łaską naszego Zbawcy, król babiloński (Dn 5,2.3; Jr 52,18-19) ale Kleofas, który przynosi serce pałające (Łk 24, 18.32) wskutek tych tajemnic. Myśl zaś demoniczna ani nie zna takich rzeczy, ani nie poznaje. Podpowiada zuchwale tylko to, by posiąść materialne złoto, i zapowiada uciechę i chwałę, które z tego wynikną. Natomiast myśl ludzka ani nie zabiega o posiadanie, ani nie wnika w to, czego symbolem jest złoto, lecz jedynie wprowadza do umysłu czystą kategorię złota, oddzieloną od namiętnej zachłanności. Tę samą prawdę należy powiedzieć również o innych rzeczach, trzymając się duchowo tej reguły.

 

Ewagriusz z Pontu, O różnych rodzajach złych myśli, TYNIEC Wydawnictwo Benedyktynów, Kraków 2015