Wielkanoc 2022

Zmartwychwstanie Chrystusa odnowiło świat oraz pokazało drogę do zbawienia. Prośmy Jezusa o wytrwałość i zapał do poszukiwaniu ścieżek Bożych. Prośmy o odwagę w podążaniu śladami Zmartwychwstałego w naszym codziennym życiu.

Życie ludzkie nie jest już najważniejsze?

Podczas trwania pandemii na całym świecie zamykano kościoły i ograniczano dostęp do sakramentów, bo przecież „życie jest najważniejsze”. Obawiano się, że spotkania modlitewne przyczynią się do większej liczby zgonów na covid. Tymczasem teraz w obliczu wojny ukraińscy biskupi nie rezygnują z nabożeństw i podkreślają, że życie nie jest najważniejsze.

Biskup Honczaruk już po rozpoczęciu rosyjskiej inwazji oświadczył: Jestem biskupem wyznaczonym na diecezję charkowsko-zaporoską i to jest moje miejsce. Jeśli mam oddać życie – nie boję się, niech zabiorą. To nie jest moja największa wartość. Moją największą wartością jest bycie w jedności z Bogiem. Oświadczam jasno i świadomie, że się tego nie boję. Chociaż istnieje wewnętrzny strach i chcę żyć. Ale w razie potrzeby jestem na to gotowy i proszę Boga o siłę i moc na ten moment. Dlatego tu zostaję. Będę tu do końca, na ile pozwoli mi Bóg. Jestem również gotów służyć Sakramentami wszystkim, którzy tego potrzebują. Jeśli trzeba się wyspowiadać, wyspowiadam każdego, kto przyjdzie.

To jest oczywiście prawdziwie katolicka postawa, ale mogliśmy się od niej odzwyczaić przez covid, postawę naszych pasterzy, także w Polsce i przez papieża Franciszka. Odmawianie sakramentów ciężko chorym i umierającym, nietowarzyszenie w pogrzebach, ograniczanie dostępu do kultu katolikom to była codzienność także nad Wisłą. Sam znam wypadek, kiedy ksiądz wziął pieniądze za pogrzeb, a następnie nie przyszedł na cmentarz, bo się przestraszył. Kobieta zmarła bowiem na covid i chociaż była w zamkniętej trumnie, nie chciał ryzykować.

Jak zupełnie inna jest postawa biskupów i zwykłych kapłanów, także misjonarzy, którzy zostali na Ukrainie ze swoimi wiernymi. 1 marca poranną Mszę w katedrze Wniebowzięcia NMP w Charkowie przerwał rosyjski ostrzał rakietowy. Czy kierując się logiką ostatnich dwóch lat, nie należałoby powiedzieć, że ksiądz, który odprawiał Mszę, był skrajnie nieodpowiedzialny, narażając życie swoich i swoich wiernych? Trzeba na to stanowczo odpowiedzieć, że nie. Jak powiedział bowiem biskup Honczaruk, najważniejsza jest jedność z Bogiem, a nie utrzymanie się przy życiu za wszelką cenę.

W tym kontekście jednak postępowanie hierarchów na Zachodzie w obliczu „pandemii” wygląda na zdradę Boga, tchórzostwo i kierowanie się jedynie względem na decyzje władz państwowych i własną wygodę. Nic nie usprawiedliwia pozostawienie wiernych samym sobie. Ukraińscy wierni mówią, że wojna to próba, z którą wyjdą silniejsi. Niestety, taką próbą był też covid, który obnażył, jak wielu wiernych i kapłanów nie wierzy już w Boga i Jego łaskę. Wszechobecny był płyn do dezynfekcji rąk w kościołach, ale tylko w nielicznych świątyniach postawiono dozowniki z wodą święconą.

Wojna na Ukrainie to także lekcja dla polskich katolików, pokazująca, że to, co nam wmawiano od dwóch lat, a mianowicie, że życie jest najważniejsze, jest kłamstwem. Są wartości, dla których życie można i trzeba narażać. Jest przede wszystkim Bóg, dla którego życie warto poświęcić. Gdyby życie było najważniejsze, Jezus nie umarłby na krzyżu, ale w porę by uciekł. Biskup Honczaruk mówi, że wyspowiada każdego, kto przyjdzie. Na Zachodzie, w takich krajach jak Włochy, kościoły były otwarte, ale nie było w nich kapłanów. Często spowiedź była niemożliwa. A przecież tam ryzyko śmierci było wielokrotnie mniejsze niż w przypadku wojny na Ukrainie. Jeśli nawet uznamy, że istniało, to przecież kapłan powinien je wziąć na siebie, tak jak bierze je na siebie lekarz, idąc do chorych (choć wiemy, że w Polsce lekarze ogłosili, że nie będą przyjmować chorych na kowid, co jest złamaniem przysięgi Hipokratesa).

Dobrze by było, gdybyśmy nie zapomnieli, kto zafundował nam piekło obostrzeń i restrykcji. Warto jednak także podsumować to, co działo się w kościołach, którzy pasterze byli z wiernymi, a którzy ich pozostawili jak najemnicy w obliczu nacierających wilków i to powiedzmy sobie szczerze, wilków zupełnie bezzębnych.

Źródło

 

Apoftegmaty – abba Antoni

Święty abba Antoni, kiedy mieszkał na pustyni popadł raz w zniechęcenie i wielką ciemność wewnętrzną. I powiedział do Boga: „Panie, chce się zbawić, ale mi myśli nie pozwalają: co mam robić w tym utrapieniu? Jak się zbawić?” I chwilę potem, wyszedłszy na zewnątrz, zobaczył Antoni kogoś podobnego do siebie, kto siedział i pracował, potem wstawał od pracy i modlił się, a potem znowu siadał i plótł linę, i znów wstawał do modlitwy. A był to anioł Pański, wysłany po to, by go pouczyć i umocnić. I usłyszał Antoni głos anioła: „Tak rób, a będziesz zbawiony” Gdy to usłyszał odczuł wielką radość i ufność; a robiąc tak osiągnął zbawienie.

Ten sam abba Antoni, kiedy raz rozmyślał o głębokości sądów Bożych, zapytał: „Panie, dlaczego to jedni umierają we wczesnej młodości, a inni dożywają późnej starości? Dlaczego jedni są w nędzy, a inni się bogacą? Dlaczego bogacą się źli, a dobrzy są w nędzy?” I usłyszał głos mówiący: „Antoni, pilnuj siebie samego, bo tamto wszystko to są sądy Boże i zrozumienie ich nie wyszłoby ci na dobre”.

 

Powiedział abba Antoni: „Zobaczyłem wszystkie sidła nieprzyjaciela rozpostarte na ziemi, jęknąłem więc i powiedziałem: «A któż się im wymknie?» I usłyszałem głos mówiący do mnie: «Pokora»”.

 

Pewien myśliwy, polujący na pustyni na dzikie zwierzęta zobaczył, jak abba Antoni żartuje z braćmi, i bardzo się zgorszył. Starzec więc, pragnąc go przekonać, że z braćmi trzeba postępować łagodnie, powiedział mu: „Załóż strzałę i napnij łuk” – a on tak zrobił. Starzec rzekł: „Napnij mocniej” – i on usłuchał. Starzec powtórzył: „Mocniej!” Myśliwy na to: „Jeśli napnę nad miarę, to mi łuk pęknie”. I rzekł mu starzec: „Tak jest i z pracą wewnętrzną. Jeśli ją ponad miarę napniemy, braci szybko się załamią. Trzeba więc z nimi postępować łagodnie”. Myśliwy, gdy to usłyszał, skruszył się i odszedł bardzo zbudowany postawą starca, a bracia, umocnieni, rozeszli się do siebie.

 

Za: Apoftegmaty Ojców Pustyni – tom 1; Gerontikon.

 

 

O rozpamiętywaniu dobrodziejstw Bożych

  1. Panie otwórz moje serce na Twoje prawo i naucz mnie postępować wedle Twoich nakazów. Daj mi łaskę zrozumienia Twojej woli, niech ze czcią i uwagą rozważam Twoje dobrodziejstwa, wszystkie razem i każde z osobna, abym spróbował Ci godnie za nie dziękować.
    Tak, wiem o tym i wyznaje, że nawet w najmniejszym stopniu nie potrafię Ci podziękować za Twe łaski tak, jak powinienem. Jestem na mniejszą miarę niż wszystkie okazane mi łaski, a kiedy rozmyślam o Twojej wspaniałomyślności, dusza moja wobec tego ogromu truchleje.
  2. Wszystko, co tylko mamy i w duszy, i w ciele, wszystko, co na zewnątrz, i wszystko, co w nas, wszystko, co posiadamy z rzeczy naturalnych i nadprzyrodzonych – to Twoje dobrodziejstwa, które wskazują na Ciebie, bo od ciebie najświętszego i najlepszego wszystko otrzymujemy. Chociaż jeden dostaje więcej, drugi mniej, to przecież Twoje to jest wszystko i bez Ciebie nikt nie miałby najmniejszej rzeczy.
    Ten, kto otrzymał więcej, nie może się chlubić tym jako swoją zasługą ani wynosić się nad innych, ani pogardzać mniejszymi, bo ten tylko jest większy i lepszy, kto mniej sobie przypisuje, kto pokorniej, z większym oddaniem składa Ci dzięki. A kto uważa się za najgorszego i najlichszego ze wszystkich, ten prędzej otrzyma większe rzeczy.
  3. Kto zaś mnie otrzymał, nie powinien się smucić i czuć się pokrzywdzonym ani zazdrościć bardziej obdarowanemu, ale tym usilniej zwrócić się do Ciebie, wychwalać Twoją dobroć, że tak hojnie, darmo i według swojej woli, nie przez wzgląd na osoby, rozdzielasz swoje dary.
    Wszystko pochodzi od Ciebie i dlatego we wszystkim bądź pochwalony. Ty wiesz, co masz dać komu; a dlaczego ten ma mniej, a tamten więcej, nie nasza to sprawa, ale tylko Twoja, bo Ty znasz ludzkie zasługi.
  4. Dlatego, Boże, uważam za dobrodziejstwo mieć niewiele tego, co mogłoby na zewnątrz i według ludzi uchodzić za godne sławy i chwały; tak więc kto dostrzega swoją nędzę i nicość, nie tylko nie powinien martwić się z tego powodu ani smucić, ani upadać na duchu, ale raczej czerpać z tego pociechę i radość, bo Ty, Bóg, wybrałeś sobie za przyjaciół i towarzyszy biednych, pokornych i wzgardzonych przez świat.
    Świadkami są apostołowie, których ustanowiłeś książętami nad całą ziemią. A przecież chodzili po świecie bez skargi, tak pokorni i prości, pozbawieni zawiści i chytrości, że nawet cieszyli się, iż mogą cierpieć zniewagi dla Twojego imienia, i pochylali się najczulej nad tym, czym świat się brzydzi.
  5. Ten, kto Ciebie miłuje i widzi Twoje dobrodziejstwa, z niczego nie powinien się tak cieszyć, jak z tego, że spełnia się w nim Twoja wola, a on poddaje się odwiecznemu Twemu postanowieniu; z tego powinien czerpać taką radość i otuchę, żeby pragnąć być najmniejszym, tak samo jak ktoś inny życzyłby sobie być największym.
    I tak samo pełen pokoju i zadowolenia na miejscu ostatnim, jak i na pierwszym, tak samo chętnie przyjmujący wzgardę i poniżenie, przejście przez życie bez sławy i wielkiego imienia, jak ktoś inny pragnie być czczony i wychwalany.
    Bo Twoja wola i umiłowanie Twojej chwały powinny być dla niego najważniejsze, dawać mu więcej radości i zadowolenia niż wszystkie dary, jakie otrzymał czy mógłby otrzymać.

 

O naśladowani Chrystusa; Tomasz a Kempis – Cz. III; rozdział XXII

Apoftegmaty – trzy obrazy

Abba Arseniusz opowiadał jakoby o kimś innym – ale to na pewno o niego chodziło – taką historię. Pewien starzec, siedząc w celi, usłyszał głos mówiący: „Chodź, pokażę ci dzieła ludzkie”. Wstał więc i wyszedł, i zaprowadzono go w jakieś miejsce, gdzie zobaczył murzyna, który rąbał drewno i układał je w wielką wiązkę. Próbował tę wiązkę unieść, ale nie mógł: i wtedy zamiast coś z niej odjąć, znowu rąbał drewno i jeszcze więcej do niej dokładał. Trwało to długo. Nieco dalej pokazano starcowi człowieka, który stał nad jeziorem i czerpał z niego wodę i lał ją do dziurawego naczynia, tak że woda z powrotem spływała do jeziora. A głos dalej mówił do starca: „Chodź, pokażę ci jeszcze coś więcej”. I zobaczył starzec świątynię, a przed nią dwóch ludzi na koniach trzymało w poprzek belkę, stojąc jeden obok drugiego. I chcieli z nią wjechać przez bramę, ale nie mogli, ponieważ belka była ustawiona w poprzek. Żaden jednak z nich nie poniżył się do tego, żeby stanąć za towarzyszem i ustawić belkę na wprost: toteż i stali przed bramą. A głos mówił: „Ci tutaj to są ludzie, którzy jarzmo sprawiedliwości niosą z pychą, i nie chcą się upokorzyć, aby się poprawić i pójść pokorną drogą Chrystusową (Mt 5,20; 11,29n): toteż i pozostaną na zewnątrz Królestwa Bożego. Ten zaś, co rąbał drewno, to człowiek mający wiele grzechów na sumieniu: i zamiast się nawrócić, dodaje do tych grzechów jeszcze dalsze. A ten co czerpał wodę, to człowiek, który wprawdzie spełnia dobre czyny, ale ponieważ jest w nich domieszka zła, przepada także i dobro. Toteż każdy człowiek powinien czuwać nad swymi czynami, aby się nie trudził na próżno” (Flp 2,16).

 

Za: Apoftegmaty Ojców Pustyni – tom 1; Gerontikon.

 

Cztery dary Ducha Świętego

Są między siedmioma darami takie, które uświęcają umysł; przez te dary Duch Święty tworzy Doktorów Kościoła. Wiara jest jak słońce, teologia zaś to jakby promienie z tego słońca wychodzące. To wielkie promieniowanie wiary polega po części na tym, przeciwko czemu świat szturmuje jako dogmatowi – to nazywa się teologią dogmatyczną; po części na tym, czego świat nie rozumie – to nazywa się teologią mistyczną; po części na tym, czego świat nienawidzi – to nazywa się teologią ascetyczną; po części wreszcie na tym, co świat bezustannie gwałci – to nazywa się teologią moralną. Te cztery wielkie obszary prawdy Bożej uprawiane są w Kościele przez ludzi, których do tego dzieła oświeca i uświęca Duch Święty. Mężowie tacy jak św. Atanazy, św. Augustyn, św. Leon, św. Anzelm z Canterbury, św. Tomasz z Akwinu, św. Bonawentura, św. Bernardyn Sieneński, św. Alfons i cała rzesza innych, którzy choć nie zostali kanonizowani na ziemi, są przecież Świętymi w niebie – wszyscy oni byli oświęceni przez Ducha Świętego czterema darami, które udoskonalają umysł, a byli oświęceni dla oświecenia Kościoła. Każdy z nich wedle rodzaju daru, jaki w dominującej mierze w nim działał – czy był to dar umiejętności, rady, rozumu czy mądrości – uprawiał i podawał dalej naukę prawdy: dogmatycznej, mistycznej, ascetycznej, bądź moralnej.

Możemy tu też zaliczyć Papieży, którzy ustanawiali prawa Kościoła. Święte prawo kanoniczne – choć zawsze byli ludzie, którzy upartą wolą i ciasnym umysłem przeciw niemu powstawali – to najszlachetniejsze, najwyższe i najczystsze prawodawstwo, jakie rodzaj ludzki kiedykolwiek znał i posiadał. Prawodawstwo Kościoła to mądrość i sprawiedliwość w najwyższym na tej ziemi stopniu doskonałości.

I tu w pełnym świetle ukazuje się różnica pomiędzy Kościołem a światem. Nauczyciele i prawodawcy świata mogą być ludźmi wcale nie uświęconymi – nauczycieli i prawodawców Kościoła tworzy Duch Święty. Wśród tych uczonych, którzy są dzisiaj nauczycielami świata, jest wielu takich, co jawnie zaprzeczają istnieniu Boga; a przecież żyjemy w wieku, w którym ludzie jak nigdy dotąd chełpią się swoją kulturą umysłową, oświeceniem przez naukę i czym tam jeszcze, nie wiem. Jest to jednak kultura umysłowa, której tytułem do dumy jest niepodleganie Bogu i rozwód z uświęceniem woli. Cała potęga „postępu” i „nowoczesnej cywilizacji” skupia dziś wszystkie swoje wysiłki na tym, by osiągnąć cztery rzeczy: wyrugowanie Boga z nauki; wykreślenie Jego imienia z całego wychowania, poczynając od szkoły najwyższej aż po najniższą; wykluczenie Objawionego Prawa Bożego z całego porządku publicznego społeczeństw; a wreszcie wykluczenie Go z całego obszaru ludzkiej kultury umysłowej. Cóż więc dziwnego, że apostołowie, prorocy, uczeni w piśmie i faryzeusze tej nowoczesnej cywilizacji tak się wzburzyli, że wzbili pod niebo takie tumany kurzu, gdy tylko ogłoszony został Syllabus.

Duch Święty stwarza Świętych, i Duch Święty stwarza Doktorów, ale głupcy stwarzają sami siebie. A kim są ci, których Słowo Boże zalicza do głupców? To ci, którzy nie mają w sobie siedmiu darów Ducha Świętego albo ci, którzy, otrzymawszy je, nie chcą zrobić użytku z tych władz, które otrzymali; ci, którzy mając światłość Ducha Świętego i mogą przez nią nabyć mądrości i rozumu, wolą raczej dla próżnej pychy pogasić w sobie te dary. Używam słowa głupiec, bo go przede mną użyło Słowo Boże, a w Słowie Bożym wyraz głupiec znaczy tyle samo co grzesznik.

Mądrością i nauką głupi gardzą – to słowa samego Ducha Świętego. Kto przedkłada ten doczesny świat nad świat przyszły, ten naprawdę głupi robi interes. Kto mając w sobie skarby przewyższające wszystko co może dać człowiek, marnuje je jak hulaka i traci jak bankrut, ten doprawdy jest głupi.

 

Przewodnik życia w Duchu Świętym; Henry Kard. Manning.

Rozproszenie objawem lenistwa

Rozproszenie jest to grzech, który nie ma własnego ciała, ale zwykł czepiać się czegokolwiek. Działa on milczkiem i niełatwo go odkryć. Najzdradliwszą zaś cechą rozproszenia jest okoliczność, iż uchodzi on uwagi osoby rozproszonej nawet wówczas, kiedy bywa zawiniona. Natomiast jej skutki mają się całkiem odwrotnie do niepozornej powierzchowności. W ciągu kilku godzin zdoła ono wniwecz obrócić łaski, zdobyte mozolną pracą długich miesięcy lub owoc całych rekolekcji; przy tym szczególnie dlań sprzyjającym jest czas porekolekcyjny. Przyjrzyjmy się nieco, na czym ono polega. Po fakcie każdy się spostrzega, iż był rozproszony, lecz nie zawsze się wie, na czym ono rozproszenie polegało. Jakiś cień, leżący na duszy mówi mu, że coś tam nie było w porządku, lecz nie każdy umie ten nieporządek nazwać po imieniu.

Roztargnienie polega przede wszystkim na niespełnianiu pewnych spraw w swoim czasie, skutkiem czego jeden obowiązek depcze po piętach drugiego, a wszystkie razem stłoczone zamieniają się w jarzmo, pod którym stękamy i tracimy spokój ducha. Następstwem tego w większości przypadków jest, że brak nam czasu na wykonanie naszego dzieła tak, jak ono winno być zrobione: zbywamy ję czym prędzej, z jakimś nieświętobliwym pośpiechem, z pragnieniem raczej pozbycia się go niż sumiennego wykonania, bardzo niewiele myśląc o Bogu. Słynna zasada francuskiego męża stanu „Nie czyń tego dziś, co możesz odłożyć na jutro”, jakkolwiek przydaje się nieraz w roztropnym załatwianiu obowiązków światowych, to przecie niezmiernie rzadko ma zastosowanie bezpieczne w życiu duchowym. Niemniejsze zamieszanie mogłaby wprowadzić odwrotna zasada, którą miał postawić lord Nelson, iż należy każdą sprawę kończyć na kwadrans przed oznaczonym czasem. Właściwą zasadą jest spełniać wszystkie obowiązki po kolei, w miarę jak się nasuwają, bez pośpiechu a wytrwale, z oczyma utkwionymi w Boga. Nawet bez trzymania się jakiegoś jednostajnego, z góry nałożonego porządku, życie nasze codziennie zwykło sobie żłobić jakieś stałe łożysko, w którym każde zajęcie ma swój czas. Jeśli w tym kierunku będziemy współdziałali, unikniemy z jednej strony natłoku zapóźnionych zajęć, z drugiej zaś ujdziemy niebezpieczeństwu roztargnienia z powodu niezapełnionych chwil. Człowiek bez zajęcia nie może być ani człowiekiem szczęśliwym ani mężem duchownym.

 

Postęp duszy czyli wzrost w świętości, O. Fryderyk William Faber

Stanowczość w wychowaniu

Należy wychowywać dzieci w pewnym rygorze i trzeba umieć poskramiać tę naturę, która zawsze przejawia skłonność do realizacji swoich upodobań, zamiast wypełniać obowiązki. W drobnych sprawach dnia codziennego można ocenić, do jakiego stopnia dziecko panuje nad sobą. Z drugiej strony, w wychowaniu też nie chodzi o to, żeby zrobić z dziecka ascetę czy spartanina, i nie w tym rzecz, żeby tresować dzieci jak zwierzęta. Otóż trzeba postępować w taki sposób, aby pomóc im należeć do Pana Jezusa, co pozwoli im powiedzieć Bogu „tak”, kiedy ich o coś poprosi, o jakieś wyrzeczenie, bo będą przyzwyczajone do okazywania Mu uległości.

Niestety zbyt często współczesne wychowanie jest godne pożałowania. Zaczęto przyzwyczajać dzieci do postaw egoistycznych, ponieważ rodzice za bardzo oddają się im na służbę i nie przyzwyczajają ich do poświęceń, nie zachęcają wystarczająco do myślenia o rodzeństwie, do myślenia o innych. Rodzice dzieciom pobłażają, są u nich na służbie, wypytują o to, czego pragną. Dziecko chce jeść, dostaje jeść. Chce pić dostaje pić. Chce wyjść na spacer, rodzice z nim wychodzą. Bez przerwy im usługują. Takie wychowanie jest absolutnie godne pożałowania. Rodzicom nie przychodzi do głowy, żeby dziecku powiedzieć: „Zrezygnuj z tego, powinieneś sobie tego odmówić”. Jeśli tylko dziecko czegoś chce, od razu to dostaje. Dzieci wychowane w ten sposób mają w życiu dorosłym wielkie problemy z myśleniem o innych ludziach, którzy są wokół nich. Myślą tylko o sobie. Nie przyjdzie im do głowy, żeby zająć się sąsiadem, kiedy na przykład jest chory, ponieważ nie nauczono ich myślenia o innych, zanim pomyślą o sobie. Dlatego dzisiaj tak wielu młodych ludzi ma poważne problemy z poświęceniem się dla innych. Nie nauczono ich odmawiania sobie czegokolwiek.

Rodzice powinni trzymać w ryzach swoje dzieci już w wieku dwóch, trzech, czterech pięciu lat. Jako chrześcijanie muszą oni wiedzieć, że ich dzieci są zranione. Noszą w sobie rany, jak każdy człowiek, pozostawione przez grzech pierworodny, tak że od razu widać kiełkujące w nich wady, egoizm, słabość.

A zatem rodzie nie powinni pobłażać wadom swoich dzieci. Nie powinni sprzyjać ich zachciankom, egoizmowi, pierwszym przejawom pychy. Nie powinni mówić o taki dziecku na przykład w ten oto sposób: „Och, jaki on zabawny, popatrzcie tylko, jaki żywy, jaki dziarski”. Tak, dziarski, bo nosi w sobie pierwsze oznaki pychy. Niedługo powiedzą, że to zaleta. Pobłażacie dziecku, pobłażacie tej wadzie, a później jego pycha stanie się jeszcze większa. Nie mówcie o nim: „Ach! ten malutki, będzie z niego rozrabiaka, zobaczycie”. Tak, piękny rozrabiaka! Być może jeszcze będziecie płakać z jego powodu, kiedy utrwali swoje złe przyzwyczajenia i złe skłonności. Należy kochać w swych dzieciach to, co pochodzi od Boga, a nie od diabła, nie od grzechu, nie to, w czym przejawiają się ich złe skłonności.

 

Życie duchowe; abp Marcel Lefebvre; Wyd. Te Deum Warszawa 2020

 

Korzyści z pokus

Jakie są korzyści z pokus? Z konieczności jestem zmuszony ograniczyć się tylko do wskazania niektórych z nich. Przede wszystkim pokusy doświadczają nas, a cała nasza wartość pokazuje się dopiero w doświadczeniu. Nasze wypróbowanie jest ową rzeczą, o którą tak zabiega Bóg, i ono to jedynie daje nam znajomość siebie. Pokusy pogłębiają w nas pogardę do świata niemal równie skutecznie, jak słodycz, którą nam Bóg zsyła na modlitwie; a jakże trudno jest wzgardzić prawdziwie światem i jak bardzo w rzeczywistości go jeszcze kochamy, nawet nie zdając sobie z tego sprawy! Jakże więc cenić sobie winniśmy wszystko, cokolwiek pogłębia prawdziwy i stanowczy rozbrat z tym kłamliwym światem! Pokusy następnie dostarczają nam sposobności do zasług, zwiększają miłość bożą ku nam i naszą względem Boga, a prze to i przyszłą naszą chwałę z Bogiem. W ogniu pokus ponosimy karę za popełnione grzechy, co dla nas jest rzeczą pożądaną, albowiem pięć minut dobrowolnego cierpienia na ziemi równoważy pięć lat spóźnionych męczarni w czyśćcu. Pokusy zastępują nam czyściec, gdyż oczyszczają nas, byśmy się mogli okazać przed Boskim obliczem, a tak zbytecznymi czynią ognie czyśćcowe. One przygotowują nas na pociechy duchowe, a może nawet nam je zaskarbiają. Św. Filip zauważa, iż Bóg po mrokach nocy darzy nas blaskiem dni i tę kolejność zachowuje przez cały czas trwania naszego życia. A czyż można wypowiedzieć słowami, co to za szczęście doznawać Bożej pociechy? Czyż dusze, które jej zaznały, nie są zmuszone o tym zamilczeć, ponieważ brak im słów, którymi mogłyby wyrazić swe szczęście? A przecież prawdopodobnie, gdyby pokusy nie było, to również i pociecha nie wstąpiłaby w serce nasze, a gdyby wstąpiła, to kto wie, czy umielibyśmy z niej korzystać, jak należy. Dopiero w upale pokus nabyliśmy umiejętności rozkoszowania się nią bez szkody i radowania się z niej bez osłabnięcia wskutek jej nieziemskiej słodyczy.

Pokusy uświadamiają nam naszą słabość, a tak uczą nas pokory; czyż mógłby nasz Anioł Stróż skuteczniej to zdziałać przy całej różnorodności swych przyjacielskich posług? Książęcy przyjaciel, który nam jest więcej niż bratem! Nie mówię tych słów z lekceważenia niewysłowionej dobroci tego, który nie opuszcza mnie nigdy, zagubionego jak pyłek w pustyni wszechświata, którego dobrodziejstwa, zakryte dotychczas przede mną, rozbłysną mi nagle, jak tysiąc słońc, gdy mnie doprowadzi do niebieskiej ojczyzny i którego miłość dla mnie nie zgaśnie, lecz się rozpali jasnym płomieniem, skoro po zmartwychwstaniu ciał spotkamy się u niebiańskich podwoi! Lecz właśnie on niczego bardziej nie pragnie, jak mojej pokory, a pokusy dopomagają mu ziścić to pragnienie. One to wlewają nam to poznanie wartości łaski, którego brak na świecie więcej wyrządza złego w jednym dniu, aniżeli szatan przez całe stulecia. Łaska ma to do siebie, że wzrasta w miarę, jak się ją coraz bardziej ceni. Po prostu pomnaża się w nas podobnie jak te cuda, które sprawia żywa wiara, podczas gdy niedowiarstwo staje na przeszkodzie nawet cudom, które by sam Pan pragnął zdziałać. Pokusy utwierdzają nas w cnocie, bo są przyczyną, iż cnota głębsze w nas zapuszcza korzenie, a tak przyczyniają się do wielkiej łaski wytrwania w dobrem aż do końca. Jakżeby płytkie było nasze wyrobienie, gdyby nie one! O tym wnioskować możemy z płycizny duchowej tych, którzy nie przeszli jeszcze przez ciężkie pokusy. Kościół nie może nigdy spuścić się na nich w potrzebie. Stoją oni zawsze w rzędzie tych ludzi, od których się tak zarzekał św. Tomasz z Canterbury. Pokusy rozbudzają w nas czujność, a tak zamiast wtrącać w grzech – od grzechu ubezpieczają. One podniecają naszą gorliwość i rozpalają miłość, która wytrawia w nas próchno grzechów powszechnych i odkażają ropiejące, na wpół zagojone rany, które zostawił w nas grzech śmiertelny. W jednym porywie takiej miłości możemy dokonać dzieła równie wielkiego i wspaniałego jak poszczenie przez cały rok o chlebie i wodzie z codzienną dyscypliną. Pokusy wreszcie rozwijają naszą wiedzę o życiu duchowym, albowiem wszystko, co wiemy o sobie, o świecie, o szatanie i o cudach łaski Bożej, ujawnia się głównie przez pokusy i wzbogaca się doświadczeniem, nabytym niemal w równiej mierze podczas naszych upadków, jak czasu zwycięstw.

 

Postęp duszy czyli wzrost w świętości, O. Fryderyk William Faber

 

O rozpamiętywaniu śmierci

Bardzo szybko będzie tu po tobie, popatrz więc trochę inaczej na swoje istnienie. Człowiek dzisiaj jest, jutro już go nie widać. A kiedy zniknie sprzed oczu, szybko zejdzie z pamięci. O, ta tępota i zakamieniałość ludzkiego serca, które myśli tylko o teraźniejszości, a nie potrafi przewidywać tego co nadejdzie.

W każdej chwili, w każdym kroku i w myśli wyobrażaj sobie, że już dziś umrzesz. Gdybyś miał czysta sumienie, nie bałbyś się tak bardzo śmierci. Lepiej unikać grzechu niż uciekać od śmierci. Dziś jeszcze nie jesteś gotowy, a co będzie jutro? Jutro niepewne, skąd wiesz, czy będziesz miał jakieś jutro?

Cóż nam po długim życiu, skoro tak mało się doskonalimy? Długie życie nie zawsze ulepsza człowieka, a często tylko zwiększa rozmiar winy. Gdybyśmy choć jeden dzień dobrze przeżyli na świecie! Niektórzy liczą sobie lata od nawrócenia, ale jakże często lichy jest plon tego czasu.

Strasznie jest umierać, ale może jeszcze niebezpieczniej długo żyć. Szczęśliwy, kto zawsze ma przed oczyma godzinę swej śmierci i codziennie przygotowuje się do skonu. Może widziałeś kiedy, jak umiera człowiek. Pamiętaj, że i ty odejdziesz w tę samą drogę.

Gdy nadejdzie ranek, pomyśl, że nie doczekasz wieczora. Wieczorem nie obiecuj sobie tak śmiało poranka. Zawsze więc bądź gotowy i żyj tak, aby śmierć nigdy nie zastała cię nie przygotowanym.

Tylu ludzi umiera nagle i niespodziewanie. Bo o godzinie, której się nikt się nie spodziewa, przyjdzie Syn Człowieczy. A kiedy nadejdzie już ta ostatnia godzina, zaczniesz zupełnie inaczej patrzeć na całe swoje minione życie i będziesz żałował, żeś był tak niedbały i tak słaby.

Jakże szczęśliwy i mądry jest ten, kto już teraz stara się być takim, jakim chciałby być w obliczu śmierci! Nadzieję szczęśliwej śmierci może dać tylko zupełne odrzucenie światowości, żarliwe pragnienie dobra, umiłowanie dyscypliny, trud pokuty, gorliwe posłuszeństwo, zapomnienie o sobie i znoszenie trudności dla miłości Chrystusa. Wiele możesz zrobić, póki jesteś zdrowy, ale w chorobie nie wiem co potrafisz. Mało jest takich, którzy stają się lepsi dzięki chorobie, tak jak i ci, co wiele podróżują, niekoniecznie stają się święci.

Nie licz na przyjaciół i bliskich i nie odkładaj spraw zbawienia na nieokreśloną przyszłość, bo szybciej, niż sądzisz, ludzi zapomną o tobie.

Lepiej zawczasu przewidzieć i póki czas dobrze czynić, niż zdawać się na cudzą pomoc. Jeśli ty sam nie troszczysz się teraz o siebie, któż potem zatroszczy się o ciebie? Teraz jest czas drogocenny. Teraz są dni zbawienia, teraz właśnie pora.

Ale niestety! Nie korzystasz z tej pory tak, jak byś mógł, aby zasłużyć na życie wieczne. Przyjdzie czas, że zapragniesz mieć choć jeden dzień, choć godzinę, na poprawę, a nie wiem, czy otrzymasz.

Spójrz, mój drogi, od jakiego niebezpieczeństwa mógłbyś się uwolnić, jakiego pozbyć strachu, gdybyś zawsze żył w bojaźni i pamiętał o śmierci. Staraj się żyć tak, abyś w godzinę śmierci mógł się raczej cieszyć niż lękać.

Ucz się teraz umierać dla świata, abyś już zaczął żyć z Chrystusem. Ucz się wszystko od siebie odsuwać, abyś już wolny mógł podążać do Chrystusa. Oczyść się przez pokutę, abyś mógł już teraz żyć w niezachwianej ufności.

Ach, ty głupcze! Dlaczego myślisz, że będziesz żył długo, gdy żaden dzień twój nie jest pewny? Jak wielu ludzi zwiodła ta pewność, a nagła śmierć znienacka wyrwała ich z życia! Ileż to razy słyszałeś, że ten zginął od miecza, tamten utonął, ów runął z góry i złamał kark, tego przy stole, tamtego przy zabawie dosięgnął koniec!

Jeden zginął w ogniu, drugi od żelaza, trzeci od zarazy, czwarty z rąk zabójców; i tak śmierć jest kresem każdego, a życie ludzkie przemija jak cień.

Któż będzie o tobie pamiętał po twojej śmierci? I któż się za ciebie pomodli? Rób, rób teraz, najmilszy, co możesz zrobić, bo nie wiesz, kiedy umrzesz, i nie wiesz, co cię czeka po śmierci!

Póki masz jeszcze czas, gromadź skarby nieśmiertelne. Nie myśl o niczym prócz zbawienia, troszcz się tylko o to co Boże. Zdobywaj sobie już teraz przyjaciół wielbiąc świętych Pańskich i naśladując ich życie, aby, kiedy opuścisz świat, oni przyjęli cię do przybytków wieczności.

Uważaj się za przechodnia i gościa na ziemi, którego ziemskie sprawy nie powinny wiele obchodzić. Zachowaj serce wolne i uniesione ku Bogu, bo tutaj nie masz dla siebie trwałej ojczyzny. Tam kieruj prośby i westchnienia, i codzienne łzy, aby po śmierci duch twój mógł przejść szczęśliwie wprost do Pana. Amen.

 

O naśladowani Chrystusa; Tomasz a Kempis – Cz. I; rozdział XXIII

Owoce teologii wyzwolenia

Po soborze padło hasło „Kościoła dla ubogich”, ale ubogich rozumiano tu już wyłącznie w kategoriach społecznych i politycznych. Powiedziałbym wręcz, że w ten sposób biedni stali się jeszcze biedniejsi, bo odebrano im największy skarb, największe bogactwo, do którego mieli wcześniej dostęp – życie wieczne, łaskę, nadprzyrodzoność, Ewangelię życia wiecznego, przebaczenie grzechów, życie z Bogiem. Nowi postępowi teologowie i biskupi ograbili wręcz wiernych z tych darów. Sam mogłem to wtedy w Ameryce Łacińskiej obserwować. Podam jeden przykład.

Przyjechałem do diecezji Goias na początku 1984 roku. Był to okres szczytowego rozkwitu teologii wyzwolenia. Biskup, który mnie wyświęcił na księdza i był moim nauczycielem, Manuel Pestana – uważam go za prawdziwie świętego człowieka, niestety już zmarł – poprosił całą naszą wspólnotę kanoników regularnych o pomoc. Mówił nam, że kiedy w 1978 roku został wyświęcony na biskupa, cała jego diecezja stanowiła w sensie duchowym prawdziwą ruinę. Została zniszczona przez teologów wyzwolenia, przez księży, którzy interesowali się głównie polityką i sprawami społecznymi. Reprezentowali podejście marksistowskie, głosili całkiem nową, świecką ewangelię materializmu, w której chodziło wyłącznie o wyzwolenie z biedy materialnej. Zajmowali się tylko kwestią wyzwolenia ze struktur społecznych. Cała ich uwaga była skupiona na socjologii. Księża ci na przykład całkiem skasowali w diecezji spowiedź. Twierdzili, że ubodzy nie potrzebują żadnej spowiedzi i pokuty, bo tak czy inaczej, są uciskani przez bogatych. Jeśli już ktoś miałby się spowiadać, to wyłącznie bogaci. Nauczali, że co do zasady człowiek nie potrzebuje sakramentu spowiedzi, wyzwolił się bowiem przez swe działanie, przez podejmowanie aktywności. Jeśli robił coś dobrego i służył sprawie wyzwolenia, to już go oczyszczało z grzechów. Przez lata zatem w całej diecezji istniała jedynie spowiedź powszechna, księża nie oferowali już spowiedzi usznej. Tak samo w diecezji zlikwidowano adorację Najświętszego Sakramentu, rozwiązano seminaria, a całe życie religijne skupione było na doczesności. Zlikwidowano wszystko, co sakralne, co nadprzyrodzone. Księża nie chodzili w sutannach, zajmowali się wyłącznie problemami socjologii, związkami zawodowymi. Wszystko to widziałem na własne oczy, kiedy tam przyjechałem. Wtedy przyszedł biskup i zobaczył tę ruinę. Pierwszą rzeczą, którą zrobił, było przywrócenie spowiedzi. Największy opór stawił mu wtedy wikariusz generalny. Kiedy biskup mu powiedział, żeby przyszedł do katedry słuchać spowiedzi, odpowiedział mu, że to nie jest dla niego. „Co takiego, słuchać spowiedzi? To nie dla mnie” – powiedział ten ksiądz. Na co biskup: „Od dziś już nie jest ksiądz wikariuszem generalnym”. Następnym krokiem było założenie od nowa seminarium duchownego i zaproszenie do współpracy ortodoksyjnych księży. Dlatego ksiądz biskup zwrócił się do naszego zgromadzenia kanoników regularnych, powierzając nam troskę o nowych seminarzystów. Byłem w pierwszej grupie, którą nasze zgromadzenie wysłało na pomoc. Razem ze współbraćmi, którzy już byli księżmi, przyjechaliśmy pomagać. Zostali oni profesorami w seminarium, podobnie zresztą w seminarium uczył też biskup. W ciągu siedmiu lat obserwowałem, jak z każdym rokiem diecezja odżywała, jak odzyskiwała swoje katolickie oblicze. Seminarzyści, których wykształcił biskup, mieli w sobie katolickiego ducha. Po sześciu latach studiów zostawali księżmi, chodzili w sutannach albo przynajmniej wyraźnie w koloratce. W kazaniach znowu uczyli o tym, co nadprzyrodzone, organizowali nabożeństwa, adorowali Najświętszy Sakrament, organizowali wspólne odmawianie różańca, procesje. Do katedry wróciła spowiedź.

Biskup wprowadził nawet spowiedź całodniową: od wczesnego rana do późnego wieczora w katedrze byli zawsze obecni księża spowiednicy. Sam też, kiedy już zostałem księdzem, odbywałem tam takie dyżury, pracowałem też w diecezji Anapolis. Codziennie, nieprzerwanie, od rana do wieczora stały tam kolejki penitentów. To było duże miasto, około trzystu tysięcy mieszkańców, ale widziałem twarze tych ludzi, kiedy wrócili do nich księża. Cieszyli się, tęsknili tak bardzo za tym, żeby wolno im było wyspowiadać. Jak długo okradano tych ludzi? Jak długo teologowie wyzwolenia i wcześniejsi biskupi zabierali im to, co najważniejsze? To, co oni zrobili, było dla mnie duchowym przestępstwem dokonanym przez teologów wyzwolenia na tym prostym ludzie. Pozbawiono ich przecież wszystkich tych łask, które wysłużył im na krzyżu przez swe cierpienie Chrystus. To wszystko było efektem wtargnięcia do Kościoła marksizmu za pośrednictwem teologii wyzwolenia. Podstawowa sztuczka polegała na tym, żeby uznać za biednego jedynie ubogich w sensie materialnym. Stąd też zafałszowanie w haśle „Kościół ubogich”. Ale prawdziwymi biedakami, nędzarzami wręcz, są ci, którzy nie mają łaski i życia Bożego.

 
bp Athanasius Schneider; Paweł Lisicki – „Wiosna Kościoła, która nie nadeszła”
 

 

Dar bojaźni Bożej

By zrozumieć, czym jest dar bojaźni Bożej, przyjrzymy się najpierw różnym rodzajom bojaźni.

Są cztery rodzaje bojaźni. Pierwszy rodzaj nazywamy bojaźnią światową; znaczy to, że bojaźń ta jest w duszy każdego człowieka, który żyje na świecie bez Boga. Jest to bojaźń utraty tych rzeczy, w których człowiek się kocha. A jakież to są rzeczy, w których się kocha człowiek światowy? Są to po prostu rzeczy tego życia ziemskiego. Człowiek światowy kocha świat i jego bogactwa, jego honory, radości i przyjaźń – o tyle, rozumie się, o ile te rzeczy przynoszą mu przyjemności albo korzyści. Taka bojaźń jest nikczemna. Wszyscy ludzie światowi są nikczemni i tym bardziej nikczemni, im bardziej światowi. Pożera ich strach przed utratą rzeczy, w których potopili swoje serca.

Ta bojaźń światowa podobna jest do smutku wedle świata, który, jak powiada Apostoł, sprawuje śmierć (2 Kor 7,10). Smutek wedle Boga sprawia nawrócenie duszy ku pokucie i zbawieniu. Ale kto chce się dowiedzieć, co to jest smutek wedle świata, niech się przyjrzy ludziom, o których tu mowa, kiedy dotnie ich jakieś nieszczęście. Jako że znają Boga, szukając pociechy, nie zwracają się do Niego. Zżerają się swoim smutkiem; kąsają własne serca. Taki smutek, bez żadnej nadprzyrodzonej pociechy czy światłą, rodzi śmierć. Ludzie tracą rozum, popadają w choroby, nierzadko umierają – bo ich ambicje nie zostały zaspokojone, ich majątek przepadł, nadzieje poszły w niwecz. Bojaźń świata jest bardzo do tego smutku podobna. Ludzie ambitni albo zachłanni, którzy całe swoje serce utopili w którejś z rzeczy tego świata, zawsze żyją w strachu przed niepowodzeniem. Ale dziewięć razy na dziesięć niepowodzenie to ich spotyka, wyniszczeni więc na umyśle i sercu, załamują się i giną. Taka bojaźń nie z nieba, ale z piekła jest rodem. Nie jest darem Ducha Świętego, ale nieprzerwanym zasmucaniem Jego wiecznej miłości.

Jest po drugie bojaźń, którą nazywamy niewolniczą bo jest to bojaźń właściwa niewolnikom: bojaźń kary, bata, kajdan i więzienia. Otóż bojaźń niewolnicza w służbie Bożej polega na tym, że człowiek porzuca grzech jedynie dlatego, że boi się piekła; ale, jak powiada św. Augustyn, kto dlatego tylko nie grzeszy, że boi się piekła, dowodzi tym samym, że nie grzechu nienawidzi, ale piekła. W takim człowieku nie ma nienawiści grzechu jako grzechu. Nie ma w nim czystego serca, nie ma pobożności, nie ma wspaniałomyślności. Nie ma w nim żadnych aspiracji do rzeczy lepszych. To tak jakby mówił: „Gdyby nie było piekła i kary wiecznej, to bym grzeszył; żeby tylko te grzechy nie pociągały za sobą kary wiecznej – wtedy mógłbym je popełniać bezkarnie.” „Chętnie bym się dopuścił mnóstwa grzechów, gdybym nie wiedział, że zostanę za nie potępiony na wieki przez Boga.” Taka jest bojaźń niewolnicza, jest niska, jest bojaźnią najemnika.

Trzecia bojaźń to tak zwana bojaźń początkująca, to jest bojaźń Boża w swoim pierwszym zawiązku i początku. Taka bojaźń jest w każdym z nas, o ile jesteśmy w stanie łaski. Nie mówię, żeby nie było także w każdym z nas jakiejś domieszki bojaźni niewolniczej – bez wątpienia jest. W miarę jak ciało i krew przeważa w nas nad duchem i łaską Bożą, ta bojaźń niewolnicza w nas jest; bo jak powiada święty Jan, miłość doskonała precz wyrzuca bojaźń(1 J 4, 18); tak więc tylko w miarę jak pomnaża się w nas miłość Boża, ta bojaźń niewolnicza wyrzucana jest precz, to znaczy, doznajemy oczyszczenia z miłości własnej i chęci grzeszenia. Przez bojaźń początkującą rozumie się bojaźń, która, przynajmniej do pewnego stopnia, pochodzi z miłości Bożej. Mówimy do pewnego stopnia, bo nie ma tu jeszcze wysokiej i doskonałej miłości Bożej, ale jest już wyższa pobudka, a mianowicie pragnienie posiadania Boga w wieczności, pragnienie zbawienia swej duszy, pragnienie wejścia do życia wiecznego. To są rzeczy, których człowiek w stanie bojaźni początkującej spodziewa się w światłości wiary, i po tych rzeczach widać, że jest w nim przynajmniej jakiś początek miłości Bożej. Widzimy więc, że ta bojaźń początkująca jest wyższym od dwu poprzednich, od Ducha Świętego pochodzącym, rodzajem bojaźni. Nie jest to jednak jeszcze dar bojaźni Bożej, o którym tu mówimy.

Po czwarte na koniec – i to jest dar bojaźni Bożej – jest bojaźń, którą nazywamy synowską; bojaźń właściwa nie niewolnikom, ale synom. Jest to taka bojaźń, jaką ma dobry i kochający syn, gdy pragnie we wszystkim spełniać wolę ojca; nie po to, by w ten sposób uniknąć kary albo otrzymać nagrodę – bo bojaźń ta nie jest ani służebna ani niewolnicza – ale ze względu na miłość do ojca i dlatego, że ojciec jest dobry, i dlatego, że syn wie, że jego własne szczęście jest nierozdzielnie związane z miłością do ojca. Dlatego żyje on w synowskiej bojaźni przed obrażeniem go. Nie jest to ten strach, z jakim niewolnik patrzy na stojącego nad nim ekonoma i nadzorcę. Jest to bojaźń, przez którą oddajemy cześć wielkiej miłości, wielkiej i czułej łaskawości, wielkiemu majestatowi; i dlatego zachowujemy się względem tych cech z uszanowaniem, z uległością i z posłuszeństwem. Im bardziej kogoś kochamy, tym bardziej boimy się go obrazić. Bojaźń synowska staje się doskonałą w miarę wzrastania miłości. Im szczerzej dziecko kocha ojca, tym bardziej czułe i uważne jest na to, aby spełnić nie tylko jego rozkaz, ale i to, o czym wie, że jest jego życzeniem. Taka jest ta bojaźń święta, którą Prorok opisuje nam jako dar Ducha Świętego.

 

Przewodnik życia w Duchu Świętym; Henry Kard. Manning.

Litania pokory

Rafael Merry del Val y Zulueta (ur. 10 października 1865 w Londynie, zm. 26 lutego 1930 w Watykanie) – hiszpański duchowny katolicki, dyplomata watykański, sekretarz stanu, kardynał, Sługa Boży.

Był synem ambasadora hiszpańskiego w Anglii. Studiował w szkole jezuickiej w Namur (Belgia), w Kolegium św. Michała w Brukseli, Ushaw College w Durham oraz Papieskiej Akademii Szlacheckiej w Rzymie (watykańska szkoła dyplomacji). Przyjął święcenia kapłańskie 30 grudnia 1888 w Rzymie. Otrzymał honorowe tytuły tajnego szambelana papieskiego i prałata domowego. W 1897 pełnił funkcję delegata apostolskiego w Kanadzie. W październiku 1899 został mianowany prezydentem Papieskiej Akademii Duchownej w Rzymie. 19 kwietnia 1900 mianowany arcybiskupem tytularnym Nicei, otrzymał sakrę biskupią 6 maja 1900 w Rzymie z rąk kardynała Mariano Rampolli del Tindaro, sekretarza stanu. W 1901 reprezentował papieża na koronacji króla Anglii Edwarda VII. Był sekretarzem konklawe zwołanego w 1903 po śmierci papieża Leona XIII. Nowy papież, Pius X, mianował go w sierpniu 1903 podsekretarzem stanu, a następnie w listopadzie wyniósł do godności kardynalskiej i promował na pełnoprawnego sekretarza stanu. Merry del Val objął także funkcje prezydenta Papieskiej Komisji Administracji Dóbr Stolicy Świętej, prefekta Kongregacji Loreto oraz prefekta Pałacu Apostolskiego.

Sługa Boży Rafael kard. Merry del Val był wybitną postacią Kościoła z początku XX wieku i najbliższym współpracownikiem św. Piusa X. Po śmierci Świętego Papieża został sekretarzem Świętego Oficjum. Zmarł w 1930 roku. Po wycofaniu się z publicznych spraw Kościoła, napisał Litanię Pokory.

26 lutego 1953 roku rozpoczął się Jego proces beatyfikacyjny.

 

Litania pokory

O Jezu cichy i pokornego serca, uczyń serce me według Serca Twego.

Od mojej własnej woli – wybaw mnie, Panie.
Od pragnienia bycia szanowanym
Od pragnienia bycia kochanym
Od pragnienia bycia wychwalanym
Od pragnienia zaszczytów
Od pragnienia podziwu i uwielbień
Od pragnienia bycia wyróżnianym
Od pragnienia bycia proszonym o radę
Od pragnienia bycia akceptowanym
Od pragnienia bycia zrozumianym
Od pragnienia bycia odwiedzanym

Od lęku przed upokorzeniem – wybaw mnie, Panie.
Od lęku przed wzgardą
Od lęku przed odtrącaniem
Od lęku przed oszczerstwami
Od lęku przed popadnięciem w zapomnienie
Od lęku przed wyśmianiem
Od lęku przed podejrzeniami
Od lęku przed obelgami
Od lęku przed opuszczeniem
Od lęku przed odrzuceniem

Aby inni byli kochani bardziej niż ja – Panie, udziel mi łaski, bym tego pragnął.
Aby inni byli cenieni bardziej niż ja
Aby w opinii świata inni rośli, a ja się umniejszał
Aby inni byli chwaleni, a ja bym był zapomniany
Aby inni z pożytkiem służyli, a ja bym był odsuwany na bok
Aby inni byli wyróżniani we wszystkim
Aby inni byli bardziej święci ode mnie, bylebym został święty na miarę moich możliwości

Gdy będę nieznany i ubogi – Panie, pragnę się tym cieszyć.
Gdy będę pozbawiony naturalnych doskonałości ciała i umysłu
Jeśliby o mnie nie myślano
Jeśliby zlecano mi najniższe posługi
Jeśliby nawet nie raczono się mną posługiwać
Jeśliby nigdy nie pytano mnie o zdanie
Jeśliby zostawiono mnie na ostatnim miejscu
Jeśliby nigdy nie prawiono mi komplementów
Jeśliby mnie ganiono w porę i nie w porę

O Jezu cichy i pokornego serca, uczyń serce me według Serca Twego.

 

Stworzenie z niczego i teoria strun

Jako katolicy jesteśmy zobowiązani do przyjęcia i wyznawania nauczanej przez Kościół doktryny. Pośród wielu prawd zawartych w depozycie wiary jest jedna posiadająca charakter bardzo szczególny: jest to prawda o stworzeniu przez Boga całego świata dosłownie z niczego, co w języku łacińskim oddajemy terminem ex nihilo.

[…]

Zasadniczym źródłem inspiracji dla kreacjonizmu św. Tomasza z Akwinu była pochodząca z Objawienia i zawarta w Biblii nauka o stworzeniu świata przez Boga. W drugiej kolejności wymienić należy pisma Ojców Kościoła. Niezależnie od źródła samej inspiracji, argumenty za stworzeniem mają u Tomasza charakter ściśle filozoficzny, stanowiąc tym samym podstawę dla racjonalnego wyjaśnienia świata. Ten rozumowy charakter omawianej teorii stanowi bardzo istotną jej cechę, wcale nie przekreślając wartości teologicznej, polegającej na dotarciu do samego sedna objawionej prawdy dotyczącej stworzenia świata.

Na początki, przed omówieniem szczegółów Tomaszowej teorii stwarzania, warto sięgnąć do analizy samego sformułowania ex nihilo, a więc „z niczego”. W jakim sensie należy to określenie rozumieć? Według św. Tomasza poprawne ujęcie sformułowania „z niczego” uwidacznia i podkreśla dwie prawdy:

  • po pierwsze, chodzi o brak substratu uprzedniego wobec stwarzania. Gdyby bowiem do stwarzania jakiegoś bytu potrzebna była materia, to ona sama musiałaby być uprzednio stworzona – i tak musielibyśmy postępować w nieskończoność, co jest niemożliwe. Sformułowanie ex nihilo jednoznacznie więc wskazuje na to, że świat nie powstał z czegoś, co istniało wcześniej.
  • Po drugie chodzi o ukazanie występowania, zachodzącego co do natury, pierwszeństwa niebytu względem bytu. Należy to rozumieć w ten dokładnie sposób, że po nicości pojawił się byt – jednak nie w sensie chronologicznym [gdyż i czas jako taki nie istniał wcześniej].

Należy tu wspomnieć, że teoria Tomasza została sformułowana w formie negatywnej. Zatem nie jest dokładnym opisem wyłaniania się świata z „mroków niebytu”. W znacznym stopniu koncentruje się ona na tym, czym stwarzanie nie jest. Czym zatem nie jest? Przede wszystkim stwarzanie nie jest ruchem w sensie metafizycznym – to znaczy nie jest ruchem ani zmianą. Zatem stwarzanie nie polega ani na przemianie jednej rzeczy w drugą, ani też na powstawaniu czegoś z jakiejś innej rzeczy. Dlaczego? Wnioski te wynikają z trzech różnych powodów.

Po pierwsze zauważmy, że w stwarzaniu z niczego brakuje substratu. Tym samym brakuje „punktu startowego”, którym – jak już wiemy – nicość być nie może. Św. Tomasz pisze o tym tak:

[…] zaiste to, co jest stworzone, nie jest uczynione przez ruch czy przez zmianę; co bowiem jest uczynione przez ruch lub zmianę, uczynione jest z czegoś uprzednio istniejącego: zachodzi to w stworzeniach partykularnych niektórych bytów; nie może jednak zachodzić w tworzeniu całego bytu przez powszechną przyczynę wszystkich bytów, którą jest Bóg. A więc Bóg, stwarzając, tworzy rzeczy w wykluczeniem ruchu.

 

Po drugie Tomasz zaznacza, że punkty krańcowe ruchu (czyli zmiany) muszą zawsze należeć do tego samego porządku, co sam ten ruch. To jednak nie może być spełnione w przypadku stwarzania. Stwórca bowiem jako byt będący czystym istnieniem oraz stworzeniem, istniejące tylko dzięki udzielonemu mu istnieniu, w sposób bardzo wyraźny należą do różnych porządków bytowania.

Po trzecie zaś, gdyby stwarzanie rozpatrywać jako rodzaj zmiany to należałoby wyróżnić w nim moment wcześniejszy i późniejszy, a więc „przez” i „teraz”. Tego jednak również nie możemy przypisać stworzeniu, ponieważ z analizy dokonanej przez Tomasza wynika, że ma ono charakter momentalny, co wynika zarówno z braku materii w stwarzaniu jak i doskonałości Stwórcy.

Tak więc stwarzanie rozpatrywane w sensie ścisłym nie może być żadnego rodzaju zmianą – choć w sensie metaforycznym może tak być wyobrażane i opisywane.

Spróbujemy teraz odpowiedzieć na pytanie, czym jest w takim razie stwarzanie według św. Tomasza. Dwa sformułowania są tu zasadnicze. Pierwszym z nich jest termin productio, którego Akwinata użył w zastępstwie powszechnie używanego w tamtych czasach w kontekście dzieła stwórczego słowa creatio, które przed Tomaszem było wielokrotnie używane w kontekście sugerującym bardziej proces porządkowania niż stwarzania w sensie ścisłym. Czasownik producere pochodzi od pro-ducere, a w dosłownym tłumaczeniu znaczy tyle co „w-prowadzać”. Ponieważ zaś stwarzanie nie należy do przemian w sensie ścisłym, dlatego jednym z nielicznym adekwatnych określeń jest właśnie „wprowadzanie do istnienia”. Tak więc według św. Tomasza stwarzanie jest po prostu spowodowanie istnienia „całej substancji rzeczy”: tota substantia rei In esse producitur.

Skoro zaś stwarzania nie można w sensie ścisłym zaliczyć do zmiany jakiegokolwiek rodzaju to zostaje – jak przytomnie uważa Tomasz – już tylko jedna, jedyna możliwość! Otóż stwarzanie posiadać musi charakter relacyjny polegający na zależności stworzonego bytu od swego Stwórcy, będąc po prostu „ukonstytuowaniem zależności istnienia stworzonego od jego źródła”: ipsa dependenta esse creati ad principium. Wyrażenie to stanowi właśnie to drugie, raczej niezbyt znane szerszemu ogółowi, określenie aktu stwarzania. Jak się zresztą okazuje, kryje ono w sobie wielką głębię teologiczną.

Otóż to relacyjne pojęcie stwarzania ma charakter zależności w istnieniu, zachodzącej pomiędzy Bogiem a światem stworzonym. Przy czym zależność ta pozostaje ze względu na naturę Absolutu niesymetryczna: świat jest całkowicie zależny od Stwórcy i to dosłownie we wszystkim, podczas gdy Bóg jest całkowicie od niego niezależny.

Za Ks. Piotr Dzierżak „Doktryna stworzenia z niczego – creatio ex nihilo u św. Tomasza (i nie tylko)”; Zawsze Wierni nr4(215)

 

Nowe spojrzenie na wszechświat. To nie atom jest podstawowym budulcem materii ale struny energii. „Teoria strun zakłada, że gdyby człowiek potrafił zajrzeć daleko w głąb cząstki elementarnej – obojętne czy rozważamy elektron, neutrino, kwark, gluon czy foton – ujrzałby maleńki, nieprzerwanie wibrujący kosmyk energii. Wszystko w swej istocie jest więc złożone z tego samego budulca: od DNA w naszym ciele, przez wodór w gwiazdach, aż po same nośniki oddziaływań i pola kwantowe. Skąd więc cała kosmiczna różnorodność? Klucz stanowi podstawowa właściwość strun – ich drgania – wieczne konwulsje wymuszane przez Wernera Heisenberga i jego zasadę nieoznaczoności. Tę samą, która wywołuje nieustanne fluktuacje kwantowe i zabrania subatomowym tworom posiadania jednocześnie określonego pędu i położenia. Struna w cząstce, niczym struna gitary, zależnie od szarpnięcia zmienia ton, przyjmując tym samym określone właściwości.”

https://www.kwantowo.pl/2018/01/12/kosmiczna-symfonia-cz-3-teoria-strun/

 

Według św. Tomasza, Bóg stwarzający nasz cały wszechświat uczynił go z relacji między Sobą a stworzoną materią. Teoria strun przybliża się do teorii zaproponowanej przez Akwinatę. Wirujące struny to nic innego jak energia, która za pośrednictwem relacji, tworzy i utrzymuje cały nasz wszechświat w stanie jaki mamy.

Mamy w pamięci znany wzór Einsteina: E = mc2, gdzie E to energia, m – masa, c – prędkość światła. Z tego wzoru wynika, że masa jest formą energii. Jaka to energia, co za energia tworzy masę? Przemyślenia św. Tomasza z Akwinu mogą być pomocne w odpowiedzi na te pytania. Jest to energia będąca wynikiem relacji Stwórcy wszechświata.