Arka Noego

Każdy z nas zna historię potopu przedstawioną na kartach Starego Testamentu. „Miesiąca siódmego, siedemnastego dnia miesiąca arka osiadła na górach Ararat” (Rdz 8,4). Od starożytności mamy informacje o próbach odnalezienia arki na górze Ararat, są wśród nich również przekazy o dotarciu do arki. Do arki miał dotrzeć cesarz bizantyjski Herakliusz na początku siódmego stulecia po narodzeniu Chrystusa, gdy zdobył jedno z miast leżących niedaleko Araratu.

Doniesienia o wyprawach na Ararat w celu odnalezienia arki są również z okresu późniejszego średniowiecza jak i czasów całkiem nam współczesnych – z XIX i XX wieku.

Wiele z tych wypraw kończy się tragicznie z wielu powodów. Ararat leży na pograniczu turecko-armeńsko-irańskim. Takie położenie powoduje, że posiada duże znaczenie strategiczne. Poza tym jest na tym terenie sporo przemytników jak i terrorystów. Tureckie władze próbują podporządkować sobie Kurdów dążących do niepodległości.

Sama góra jest czynnym stożkiem wulkanicznym pokrytym śniegiem, w górnych warstwach przez cały rok. Należy ona do największych pojedynczych gór na ziemi. To powoduje, że warunki atmosferyczne są bardzo ciężkie i zmienne w ciągu dnia. Zsuwające się lodowce powodują lawiny i bardzo często mapy są nieaktualne co powoduje utratę orientacji i zagubienie się wśród głębokich szczelin i luźno skruszonych skał. Dodatkowym utrudnieniem są toksyczne gazy i wyziewy siarkowe, gdyż Ararat jest czynnym wulkanem. Z uwagi na swoje położenie występują tu prawie codziennie po południu burze z wichurami i ulewą bądź śnieżycą gdzie wiatr często przekracza 160 km na godzinę.

Z początków XIX wieku pochodzą informację o podróży na Ararat profesora uniwersytetu w Dorpacie dr Friedricha Parrota. W roku 1829 odwiedził on katedrę w Eczmiadzynie w Armenii, gdzie widział krzyż zrobiony z drewna z arki Noego oraz był w klasztorze św. Jakuba w wiosce Ahora gdzie były przechowywane starożytne relikty z arki oraz manuskrypty. Kawałek drewna z arki Noego tak opisał w swojej książce „Podróż na Ararat”: Fragment arki Noego [wisi] na małym łańcuchu: jest to mały, ciemno zabarwiony, czworokątny kawałek drewna, dobrze zachowany i rzeźbiony na powierzchni.

Dnia 20 czerwca 1840 roku nagłe wstrząsy i podziemny łoskot były zapowiedzią wybuchu wulkanu na górze Ararat. W jej wyniku wioska Ahora i klasztor św. Jakuba zostały zniszczone doszczętnie. W tym miejscu jest teraz tzw gardziel Ahora.

W drugiej połowie XIX wieku było kilka wypraw na Ararat w poszukiwaniu arki. Wśród wielu eksploratorów  był również angielski lord James Bryce, który w roku 1876 dotarł samotnie na sam szczyt.

Na początku maja 1880 roku nastąpiło kolejne trzęsienie ziemi, nie tak silne jak to z 1840 ale powodujące lawinę skał i błota. Po jego ustaniu rząd Turcji postanowił wysłać ekspedycję w celu oszacowania zniszczeń. Ekspedycja ta natrafiła na arkę, która została szczegółowo pomierzona i opisana, uczestnicy mogli nawet wejść do jej środka. Opublikowany raport w prasie światowej spotkał się z niedowierzaniem oraz został wyśmiany i wykpiony. Po takiej reakcji rząd turecki zaniechał dalszych badań w tym zakresie.

W wieku XX było również wiele wypraw na górę Ararat, jak i przypadków ujrzenia arki oraz dostarczenia do laboratorium kawałka drewna, które było dziwne w swoich właściwościach. Okazało się że był on pokryty warstwą bitumiczną z zewnątrz która była równomiernie rozłożone w całym drewnie. Metodę uzyskania takiego materiału opracowano dopiero w XX wieku, gdyż potrzebne jest do tego wysokie ciśnienie.

Francuski przemysłowiec, Fernand Navarra, podjął cztery ekspedycje (1952, 1953, 1955, 1969) na górę Ararat. Wyprawa w 1952 roku doprowadziła go do przekonania, iż odkrył coś, co, jak przypuszczał, jest arką Noego. W 1955 roku w towarzystwie swego 11-letniego syna znalazł w głębokiej rozpadlinie kawałki drewna „noszącego ślady obróbki”. Odciął półtorametrowy kawałek i podzielił go na mniejsze części, aby łatwiej było je zapakować do plecaków. W Europie odkrycie to przez wiele osób zostało uznane za dowód, iż arka Noego, znajduje się nadal na Araracie. Po kilkunastu latach Navarra wrócił do Turcji w 1969 roku wraz z całą ekspedycją poszukiwawczą. Po wielu trudach, niedaleko miejsca, gdzie dokonał poprzedniego odkrycia znaleziono kilka kawałków drewna.

Te i jeszcze inne fakty dotyczące arki Noego a zwłaszcza niewyjaśnione i dziwne zdarzenia ze zdjęciami jak i samymi artefaktami opisane są w książce Charlesa Selliera i Davida Balsigera, W poszukiwaniu zaginionej Arki: archeologiczne odkrycie tysiąclecia.

 

Czy rzeczywiście na górze Ararat jest arka Noego? Proszę przyjąć na chwilę założenie, że tak jest. Jak taka wiadomość byłaby odbierana w mediach? Czy wszyscy byliby z tego powodu zadowoleni? Jakie wywołałoby to zmiany np. w nauce?

Czy nie lepiej jest aby informacje o tym nie wypłynęły w mediach światowych?

 

Zmiana czasu

Początki

Jednymi z pionierskich krajów we wprowadzaniu czasu letniego były Niemcy, którzy zaczęli go stosować podczas I wojny światowej, a dokładnie 30 kwietnia 1916 roku (powrót do czasu zimowego nastąpił 1 października 1916 r.). Podyktowane to było chęcią zaoszczędzenia węgla używanego do produkcji energii elektrycznej, a jednocześnie bardzo cennego w czasie wojny. Wkrótce zmiany czasu zostały wprowadzone w Wielkiej Brytanii, a następnie w większości krajów europejskich. W Rosji przejście na czas letni wprowadzono w 1917 r. a w Stanach Zjednoczonych w 1918 r.

W Polsce przejścia z czasu zimowego na letni i z powrotem stosowane było okresowo. Wprowadzone w okresie między I a II wojną światową, następnie podczas okupacji hitlerowskiej, a po wojnie w latach 1946 — 1949, 1957 — 1964 oraz od 1977 roku do chwili obecnej.
Obecnie

W 2014 roku zmianę czasu stosuje 79 krajów, przy czym w niektórych z nich zmiany dotyczą tylko wybranych części, np. w Stanach Zjednoczonych. W Europie zmiany czasu dotyczą większości państw z wyjątkiem Islandii oraz Rosji. Jedynym wysoko uprzemysłowionym państwem, które nie wprowadziło czasu letniego, jest Japonia.

http://www.kalendarzswiat.pl/zmiana_czasu/

 

Odbywająca się dwa razy w roku zmiana czasu ma się przyczynić do efektywniejszego wykorzystania światła dziennego i oszczędności energii, choć opinie co do tych korzyści są podzielone.

Badania zużycia energii elektrycznej w stanie Indiana (USA) wykazały, że po wprowadzeniu czasu letniego rachunki mieszkańców za prąd wzrosły. Z kolei badania prowadzone w Kalifornii dowodzą, że w tym stanie zmiana czasu nie powoduje zmian w zapotrzebowaniu na energię elektryczną.

http://www.gazetakrakowska.pl/artykul/792626,kiedy-zmieniamy-czas-na-letni-2013,id,t.html

 

Wprowadzenie obowiązkowej zmiany czasu sprawiło również, że od kilku lat więcej za prąd płacą mieszkańcy amerykańskiego stanu Indiana. Wiosną 2006 roku pierwszy raz wszystkie hrabstwa tego stanu musiały przejść na czas letni (wcześniej zmiana czasu obowiązywała tylko w 15 z 92 hrabstw), naukowcy wzięli się więc za porównywanie zużycia energii.

Po trzech latach badań Matthew Kotchen i Laura Grant z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Santa Barbara doszli do wniosku, że co prawda mieszkańcy południowych hrabstw Indiany rzadziej używali światła w mieszkaniach, ale ich rachunki za prąd znacznie wzrosły. Dużo częściej niż wcześniej włączali bowiem klimatyzację.

Rachunki gospodarstw domowych za prąd – zamiast zgodnie z intencjami polityków zmaleć – wzrosły o 9 milionów dolarów rocznie i to przy dużo niższych cenach energii w tym stanie w porównaniu ze średnią w całych Stanach Zjednoczonych. Jeśli do tego doliczyć szacunkowe koszty zwiększonego zanieczyszczenia powietrza, które można obliczać na 1,7 mln – 5,5 mln dolarów – to wprowadzenie obowiązkowej zmiany czasu kosztowało Indianę od ok. 10,7 mln do 14,5 mln dolarów rocznie.

http://www.obserwatorfinansowy.pl/forma/analizy/na-zmianie-czasu-gospodarka-nie-zarabia/

 

Ekspert PKPP Lewiatan Jeremi Mordasewicz powiedział PAP, że nie spotkał się z żadnymi obliczeniami dotyczącymi tego, ile traci lub zyskuje polska gospodarka z powodu zmiany czasu. „Nie sądzę, żeby to były jakieś wielkie wartości” – powiedział.

http://www.ekonomia.rp.pl/artykul/741587.html

 

W przypadku zalet podawane są najczęściej założenia i oczekiwania.

Zatem stosowanie czasu letniego spowoduje oszczędzanie światła, gdyż większość ludzi nie wstaje przed godziną 6 i nie idzie spać o godzinie 19.

(…)

Zakładane oszczędności zmniejszają się w czasie 5 najciemniejszych miesięcy w roku: listopad, grudzień, styczeń, luty, marzec.

http://zmiana-czasu.pl/post/4/zalety-i-wady-stosowania-czasu-letniego
W jakim celu stosuje ten proceder od tylu lat? A może ktoś posiada informację o zyskach ekonomicznych przechodzenia na czas letni?
Wprowadzenie tego zakładało zyski ekonomiczne, natomiast po tylu latach stosowania chyba warto znać wielkość tych oszczędności lub też zrezygnować z tak kłopotliwych i uciążliwych zmian jeśli nie ma korzyści ekonomicznych.

Imperatyw młodości

Jakie są cechy młodości?
Młodość charakteryzuje się radością oraz zaufaniem. Jest postrzegana jako okres zdobywania wiedzy jak i doświadczenia. Młodości wybacza się błędy, gdyż zdobywanie wiedzy wiąże się z poszukiwaniem i błądzeniem. Z młodością związana jest również zabawa. Wiele osób postrzega młodość jako czas „wyszumienia się”, okres beztroski.

Cechy istotne młodości to poczucie potencjalnych możliwości.
Antropologicznie zorientowani historycy (np. Philippe Ariès) przekonują, że wiek młodzieńczy wyodrębnił się na początku XIX stulecia w związku z powoływaniem poborowych do służby wojskowej. To wyraźny kontrast do kultury średniowiecza, w której wczesne wchodzenie w świat dorosłych było czymś naturalnym. Ariès uważa, że zachodzi czasowa i przestrzenna zbieżność miedzy wyodrębnioną klasą wieku młodzieńczego i klasą społeczną. Jedna i druga powstała na przełomie XVIII i XIX wieku w środowisku mieszczańskim. Tym zagadnieniem pasjonuje się też Ludwik Stomma, który w wielu swoich tekstach podkreślał dziecięcy wiek królów, dowódców, małżonków. Społeczności europejskie, ogólnie rzecz biorąc, bardzo długo nie znały młodości jako stanu i nie dopuszczały do jego samodzielnej kulturowej artykulacji. Zawsze podkreślało się kontekst, który deprecjonował młodość lub czynił ją niezauważalną.
Młodość w kulturze społecznej nowożytnej Europy pojawiła się dwukrotnie: na przełomie wspomnianych epok i w XIX wieku, jak pisał inny francuski historyk, Jean-Pierre Bois. W aspekcie politycznym to młodzież dokonywała przewrotów i rewolucji, zawsze zaangażowana, radykalna, gotowa do wojny w imię ideałów. W aspekcie ekspresji kulturowej, przede wszystkim w literaturze, romantyzm był ruchem młodych ceniących wolność i indywidualizm. Tenże autor, przypominając byronowską frazę młodość – „perłę czarowną” (my wskażmy mickiewiczowską Odę do młodości), wymienia w syntetycznym skrócie wypreparowane z twórczości romantyków cechy młodości: intensywne życie, miłość, twórczość, napięcie emocjonalne i szerokie możliwości realizowane czasem w gruźliczej gorączce (Shelley, Keats) lub pijaństwie (Burns). Towarzysząca tym młodym śmierć zastanawia autora, który wytłumaczenia szuka – podobnie jak Kołakowski – w swoistym syndromie zjawisk psychicznych: ucieczką przed niszczącym czasem, chorobami (gruźlica), miłością (samobójstwa), wojną czy gilotyną. Ułożona przez J.-P. Bois lista nazwisk poetów zbieżna jest z postaciami wymienianymi przez Leszka Kołakowskiego.

Maria Janion wielokrotnie przekonywała, że młodość w kulturze europejskiej przez romantycznych autorów narzuciła epoce styl obyczajowy, którego istotą była teatralizacja własnego życia. Ich pozy i maski tworzyły image jednostek nieprzeciętnych, buntowników, skłóconych z otoczeniem indywidualności. Autorka „Projektu krytyki fantazmatycznej” wyróżniła trzy główne postawy, jakie przyjmowali romantycy w życiu i twórczości.
Z amalgamatu romantycznego wyłoniła się pod koniec XIX wieku kultura popularna. Romantyzm ją współtworzył w tym sensie, że kultura popularna oswoiła wiele romantycznych fantazmatów, co doprowadziło do powstania jednego z koronnych gatunków kultury popularnej – melodramatu. A to w nim właśnie znajdziemy korespondujące z wyobrażeniami potocznymi figury myślenia o młodości, co nie zna goryczy życia, jest naiwnym szczęściem pierwszych uczuć albo czystej miłości, o młodości wolnej od szarzyzny codzienności, bo wszystko może.
We współczesnej potocznej świadomości figura młodości jest ponad miarę eksponowana – to kolejne przekształcenie postromantycznego wzorca. Kultura popularna jest całkowicie zwrócona ku młodości. Przez reklamę i sport rozpowszechnił się związany z młodością kult ciała, które musi być młode i idealne. Moda nastawiona na młodzież preferuje styl swobodny, podkreślający jej konstytutywne cechy. Propagowane postawy życiowe: zabawa, gra, sport, podróże – powinny przedłużać swoiście beztroską postawę młodości, nastawioną konsumpcyjnie i hedonistycznie.
Współczesna młodość trwa dłużej, ale jest też trudniejsza. Oferta kulturowa sposobów realizowania się w wielokulturowym, globalizującym się społeczeństwie jest bogata, a wartości – zrelatywizowane. Wyraźnie kiedyś określone role społeczne dorosłości są dzisiaj niejednoznaczne. Biologiczna dojrzałość wdziera się w świat młodości.
Stała się oto rzecz ciekawa: jeżeli to tylko możliwe, nie zamyka się rytualnie stanu młodości (niedorosłości), w podstawowych relacjach społecznych, unika się kategorycznych deklaracji. Tymczasowość, wolne związki partnerskie, rozwody, przemienność ról społecznych, dekontekstualizacja tradycji to zjawiska, w których chcą uczestniczyć i uczestniczą także dorośli. Eksperyment i teatralizacja życia, kiedyś przywilej romantycznej młodzieży, dzisiaj jest powszechnym sposobem uczestnictwa w kulturze. Młodość została więc dopuszczona do dyskursu publicznego, i w tym dyskursie autorytet dorosłych cofa się pod naporem wartości kodowanych w kategoriach młodości (wolność od struktur, szansa, sprawność, sport, seks i wiele innych). Przy tym, z drugiej strony, młodość broni swojej autonomii na wiele sposobów, odgradza się modą, językiem, muzyką, demonstracyjną „głupotą”, kultem siły, rodzajami gier społecznych, nieodpowiedzialnością. Jest to świat magicznie przyciągający tych, co są już poza nim. Próbują oni co prawda z pewnym opóźnieniem oswoić tamte skrypty i klisze, ale im bardziej to czynią, tym bardziej są w tych poczynaniach żałośni.
W tym zwrocie ku młodości przewija się też wyraźny motyw faustowski, widoczny nawet w kulturze popularnej: chęć panowania nad nieuchronnością przemijania czasu.

wybór z http://www.dekadaliteracka.pl/?id=4898

Do tych myśli warto dodać, że stan młodości jest dziś pożądany. Młodość jest przeciągana do granic absurdu (40-letni mężczyzna będący na utrzymaniu matki). Pozwala to zaoszczędzić wiele środków gdyż młodość charakteryzuje się również brakiem stabilizacji. Młodość to szkoła, studia, uczenie się i zdobywanie wiedzy. Młodość nie poszukuję stałego zajęcia, jak i stałe miejsce zamieszkania nie jest w jej priorytetach.

Jest to okres życia który najłatwiej podlega manipulacji. Młodość z jednej strony posiada wiedzę teoretyczną a brak jej doświadczenia. Kontestując doświadczenia rodziców łatwo wpada w pułapki manipulacji mediów.

Trzydziestolatkowie najpierw zatrzymali się w pół drogi między dzieciństwem a dorosłością. Teraz robią w tył zwrot. Wracają do mamy i taty – donosi „Newsweek”.
Tygodnik odnosi się do danych, z których wynika, że aż 34 proc. osób w wieku 26-30 lat prosi rodziców o wsparcie finansowe. „Wśród tych do 35. roku życia jest niewiele lepiej: rękę po pieniądze wyciąga co czwarty” – podaje tygodnik powołując się na dane najnowszego raportu przygotowanego przez instytut badawczy Millward Brown na zlecenie Krajowego Rejestru Długów.
(…)
Jak komentuje dr Marcin Sińczuch, socjolog młodzieży z UW, w dawnym, uporządkowanym świecie 30-latek uważany był za człowieka na progu wieku średniego, kogoś, kto ma już pracę, małżonka, potomstwo. – Dzisiaj takie osoby zatrzymały się w pół drogi między dzieciństwem a dorosłością – puentuje.

http://wiadomosci.wp.pl/kat,1342,title,Wspolczesni-trzydziestolatkowie-wracaja-do-mamy-i-taty,wid,16459175,wiadomosc.html?ticaid=112579&_ticrsn=3

Wpadliśmy w pułapkę młodości.

Święta Inkwizycja

Jedenasty rozdział książki Romana Konika „W obronie Świętej Inkwizycji”.

Inkwizycja w liczbach – podsumowanie

Współczesne mass-media, pisząc o Inkwizycji, niejednokrotnie podają „dokładną”  liczbę ofiar, jakie za sobą rzekomo pociągnęła ta „zbrodnicza i okrutna instytucja kościelna”. Na wstępie już podejrzenia budzi fakt, że te „dokładne dane historyczne”…  diametralnie różnią się między sobą. Każdy „specjalista” czy „ekspert” podaje zupełnie różne liczby rzekomych ofiar. Podawane są często absurdalne liczby od setek milionów począwszy (sic!)[1], po „zaledwie” setki tysięcy niewinnie spalonych na stosach przez przedstawicieli Kościoła Katolickiego. Podstawowy błąd polega tu na tym, że mówiąc o płonących stosach nie wspomina się o protestantach czy o chorobliwych antysemitach luterańskich, nienawidzących i tępiących Żydów: liczba stosów niekatolickich znacznie przewyższa ofiary Świętego Oficjum. Błąd drugi polega na pewnym uproszczeniu i niedbalstwie intelektualnym historyków, którzy niejednokrotnie uznawali, że wyrok skazujący oznaczał niechybnie stos, a wszak w wielu przypadkach była to przecież tylko kara kanoniczna (np. cztery psalmy pokutne do odmówienia codziennie przez skazanego). W wieku XIX wielu historyków (również polskich np. L. Rogalski) pisząc o Inkwizycji powoływało się na rozpowszechnioną wówczas protestancką encyklopedię kościelną Herzoga[2]. Encyklopedia ta podawała liczby ofiar procesów inkwizycyjnych „po dokładnym obliczeniu” na 341021 osób. Podobne liczby (prawdopodobnie wzorujące się na innych, równie „dokładnych obliczeniach” protestantów lub znanej wówczas książce J.A. Llorente zatytułowanej Historie critique l’inquisition d’Espagne) podaje Nussbaum w swojej książce Historia Żydów[3]. Nierzetelność tych danych jest wieloraka. Podstawowym błędem jest wyżej wspomniany błąd utożsamiania kar kanonicznych ze śmiercią (przykład procesu z Toledo z 12 lutego 1486 roku, gdzie źródła protestanckie piszą o 750 osobach skazanych w jednym tylko procesie inkwizycyjnym; owszem, byli oni skazani, ale na kary kanoniczne, które nie miały nic wspólnego z karami cielesnymi, a tym bardziej ze śmiercią!). Te badania historyczne rażą wręcz nieścisłością i licznymi uproszczeniami (podaje się np. dokładne liczby ofiar, miejsca, daty i nazwiska inkwizytorów, którzy wydawali wyroki śmierci, tymczasem po bliższym zbadaniu okazuje się, że w tym czasie owi inkwizytorzy jeszcze nie działali w trybunałach, a nawet czasem… jeszcze się nie narodzili).
Częstym zarzutem stawianym Trybunałom Inkwizycyjnym jest zarzut natury personalnej, jakoby inkwizytorzy byli ludźmi o skłonnościach sadystycznych i pałających żądzą władzy. W wyobraźni zbiorowej wpisał się na stałe obraz inkwizytorów jako ponurych starców, grzejących się wieczorami przy stosach palonych heretyków i czarownic (najlepszym przykładem jest skarykaturowana postać Bernarda Gui, inkwizytora Toledo, którego opisał w swojej powieści Imię róży znany włoski pisarz Humberto Eco). Ta współczesna tendencja pokazywania inkwizytorów jako sadystycznych sędziów wspaniale wpisuje się w nurt kreowania Inkwizycji jako najbardziej krwawej instytucji wszechczasów. To nie takie postacie jak Konrad z Magdeburga, Robert le Bougre, Henryk Kramer czy Józef Sprenger ukształtowały w wyobraźni zbiorowej ciemną stronę Inkwizycji, lecz literatura i sztuka. Jak pisze Waldemar Łysiak w Malarstwie białego człowieka, to właśnie Inkwizycję „zmitologizowała jako symbol bestialstwa wroga katolicyzmowi reformacja tudzież historiografia protestancka bądź historiografia ślepo powielająca kłamstwa protestantów. Współczesne badania źródłowe dowodzą, że Inkwizycja była dużo bardziej humanitarna od sądów cywilnych, (gminnych, miejskich, państwowych), że tortury stosowała nader rzadko i w formie nader ograniczonej, a więźniowie cywilnych lochów z premedytacją rzucali bluźnierstwa, aby dać sobie szanse przenosin do jurysdykcji inkwizycyjnej. Klinicznym przykładem manipulacji, to płótno w muzeum Narodowym Budapesztu, długo tytułowane (katalogi, przewodniki, albumy itp.): „Inkwizycja”, mimo, że obraz ukazuje ewidentnie scenę torturowania przez sądy świeckie! Dopiero ostatnio zmieniono tytuł na: „Izba tortur”[4]. Pierwszymi zwiastunami karykaturalnej wizji średniowiecznej Inkwizycji w literaturze były zarzuty Diderota i Woltera, a później Dostojewskiego. Jego Wielki Inkwizytor z „Braci Karamazow” bardziej niż źródła historyczne ukształtował w umyśle przeciętnego człowieka upiorną wizję Inkwizycji. Właśnie pióro czy pędzel najbardziej przyczyniły się do tego rodzaju skojarzeń. Wszelkiego rodzaju okrucieństwa Kościoła katolickiego czynione oczywiście ad maiorem Dei gloriam były i są nadal jednym z ulubionych tematów literackich. Obok takich pozycji jak „Imię róży” Eco należy dodać też niechlubny wkład literatury polskiej. Pozycja J. Andrzejewskiego „Ciemności kryją ziemię” jest podobno powieścią wzorowaną na hiszpańskiej kronice z 1485 roku, a w rzeczywistości – przejawem chorobliwej nienawiści autora do Kościoła katolickiego. Drugą niechlubną pozycją jest książka pióra lewicowego guru, nieświętej pamięci Andrzeja Szczypiorskiego, zatytułowana „Msza za miasto Arras”. Powieść ta bazuje „na prawdzie historycznej” XV wiecznego miasta Arras, gdzie miało miejsce „na niespotykaną dotąd skalę” prześladowanie Żydów, heretyków i czarownic. Obie te książki łączy pewna wspólna konstrukcja: oto grupa podstarzałych zakonników o skłonnościach sadystycznych ciemięży i piętnuje przejaw wolnej myśli u najbardziej postępowych przedstawicieli społeczeństwa. Inną niechlubną kartą są tu prace polskich „historyków” w rodzaju E. Potkowskiego (Heretycy i inkwizytorzy), w których aż roi się cytatów w rodzaju: „z reguły jednak Trybunałami Inkwizycyjnymi kierowali dominikanie i franciszkanie. Jacy to byli ludzie? Zwykle fanatycy, niekiedy chorzy psychicznie”.
Żaden z autorów tzw. powieści historycznych nie zadał sobie trudu, by sprawdzić, że działanie sądów inkwizycyjnych wyróżniało się in plus na tle sądów świeckich. W ten nurt „literatury historyczno-moralnej” wpisali się mistrzowie pióra tacy jak Orwell czy Lawrance. Zjawisko to, w porównaniu z oświeceniowym wizerunkiem Inkwizycji nie jest czymś zupełnie nowym. A wystarczy przyjrzeć się XIX-wiecznym opisom nawet niechętnych katolicyzmowi historyków by dostrzec, że było zupełnie inaczej. „Co zaś do (…) okrucieństwa Inkwizycji, tj. co do krwiożerczego charakteru inkwizytorów, pokrótce zauważymy ze znakomitym i przez akatolików Zachodu wysoko cenionym (…) historykiem Hergenrätherem, że inkwizytorzy byli to przeważnie mężowie nieskazitelni i obowiązkom swym wierni. Nawet najzawziętsi nieprzyjaciele Inkwizycji z uznaniem odzywają się o wielkiej czystości zamiarów i nieposzlakowanym życiu inkwizytorów (…). Buckle, w tym razie wcale nie podejrzany świadek oraz Llorente, historyk Inkwizycji i najzagorzalszy jej nieprzyjaciel, jako były jej sekretarz, mający przystęp do jej archiwów, stwierdzają niezłomną i nieposzlakowaną uczciwość inkwizytorów. Nawet Towsend, duchowny anglikańskiego wyznania, nie może się zdobyć na potępienie inkwizytorów i owszem nawet mówiąc o Inkwizycji w Barcelonie, wyznaje, że wszyscy jej członkowie byli ludźmi czci i najwyższego poważania godnymi, a w swej większości byli mężami, pełnymi wyjątkowej miłości bliźniego”[5].
Obraz Inkwizycji, propagowany przez „literackich mistrzów pióra”, rzekomo oparty jest na faktach historycznych, przeobraża się w pewien łatwo kojarzony schemat. Słowo „inkwizycja”, w dużej mierze dzięki literaturze, stało się hasłem, który skupia w sobie wszelkie zło w Kościele, a nawet więcej – jest symbolem nietolerancji i ograniczania wolności, nie tylko religijnej. To właśnie literatura przyczyniła się do tego, że na bazie rzekomej historii powstała legenda, utwierdzona i wzmocniona piórem. Mit Inkwizycji ma swoją historię, w małym stopniu zbieżną z prawdziwą historią Inkwizycji.
Trudno nam dzisiaj w świetle medialnej wiedzy zaakceptować tezę, że Inkwizycja w średniowieczu stanowiła swoiście rozumiany postęp. Postęp, który polegał na przeszkodzeniu odruchowym, emocjonalnym mordowaniu heretyków zarówno przez samosądy w wielu miejscach Europy, jak i przez władze świeckie, które stosując sądy państwowe dalekie były od rzetelności w ocenie i osądzaniu kacerzy. Postęp ten polegał też na tym, że w momencie wprowadzenie Inkwizycji zmalała drastycznie liczba skazywanych na śmierć za herezję.

 


Jest to rozdział książki pokazującej obraz Inkwizycji w rzeczywistości i współczesną jej karykaturę. Można dodać, że Kościół Katolicki był tą instytucją która odnowiła i wprowadziła prawo rzymskie. Proces inkwizycyjny z ustanowioną instytucją obrońcy z urzędu był jednym z elementów przywracania tego prawa.

 


[1] – Tak twierdzi Bogdan Motyl w swych publikacjach internetowych na temat Świętej Inkwizycji.
[2]Realencyklopädie F. Prot. Theol. U. Kirche, Inkwizycja, t. VI s.679-711.
[3] – L.Nussbaum, Historia Żydów, Warszawa 1889.
[4] – W. Łysiak, Malarstwo białego człowieka, Warszawa-Chicago 1999, t.6, s. 204
[5]Słownik apologetyczny wiary katolickiej, t. II s. 76.

Transatlantycka Stacja Radiotelegraficzna

W 1922 roku powstała w Polsce Transatlantycka Stacja Radiotelegraficzna, zapewniająca łączność poprzez Atlantyk.

Była to największa inwestycja radiokomunikacyjna w II Rzeczypospolitej. Stacja pełniła dwie funkcje: nadawczą w Warszawie i odbiorczą w Grodzisku Mazowieckim. Rozdział tych funkcji był korzystny, gdyż zapewniał maksymalny jej zasięg, przy równoczesnym spełnieniu obu funkcji.

Ośrodek nadawczy został usytuowany w rejonie Babic pod Warszawą. Budowa jego i uzasadnienie usytuowania zostały opisane w wielu publikacjach, których wykaz zamieszczam na końcu. Kilka zdań na ten temat podane zostaną w części, o polskiej Nadawczej Transatlantyckiej Stacji Radiotelegraficznej. W skład ośrodka nadawczego Stacji wchodziły: Zespół Nadawczy składający się z Anteny, Nadajnika, Elektrowni i obiektów pomocniczych, takich jak warsztaty, budynki dla obsługi stacji itp. Ogólnie obiekty te również zostały opisane w wielu publikacjach, między innymi wymienionych wcześniej, jednak niezbyt szczegółowo i nie we wszystkich szczegółach w sposób właściwy. Najważniejszymi obiektami Stacji, były:

Antena i Alternatory ALEXANDERSONA, szwedzkiego wynalazcy tych urządzeń, po wyemigrowaniu do USA inżyniera Firmy RCA (Radio Corporation of America), zajmującej się budową takich urządzeń, także w Polsce w miejscowości BABICE i Szwecji w miejscowości GRIMETON. Jednak wiedza o tych urządzeniach nie była i nie jest, w popularnym ujęciu i nie tylko, wystarczająco znana i rozpowszechniona. Pogłębiona została we współczesnych publikacjach. Wiadomo jednak, gdzie się one znajdowały, gdyż po wysadzeniu ich przez niemieckich saperów, w przeddzień wyzwolenia Warszawy 16 stycznia 1945 roku, pozostały po nich ślady.

Natomiast, gdzie się znajdowała elektrownia, trzeci ważny obiekt Stacji, do chwili obecnie nie wiemy. Wspomniane ślady są coraz mniej widoczne. Zarastają krzewami, drzewami, stają się coraz mniej zauważalne, nie tylko ze względu na wzrastającą i gęstniejącą roślinność, ale również coraz mniej widoczne z powodu podnoszącego się poziomu gleby, spowodowany nawiewaniem piasku, powstawaniem nowych warstwę próchnicy itp. Proces ten zauważyłem podczas badań, jakie przeprowadziłem dla określenia nieznanych parametrów geometrycznych cewek strojeniowych anteny, porównując zdjęcia z okresu działania Stacji, ze zdjęciami tych samych obiektów, jakie wykonałem po ich identyfikacji, współcześnie. Dlatego też od kilku lat dokumentuję fotograficznie widoki tych śladów. Dokumentacja ta dostarcza wiele informacji, szczególnie o budowie Anteny Nadajnika Babice oraz będzie przedstawiała fragment historii miejscowości BABICE i barbarzyństwie armii niemieckiej. Fragmenty tej dokumentacji zamieszczone są w Galerii Zdjęć Śladów po Antenie Nadajnika Babice.

http://www.nadajnik-babice.pl/

Informacja znaleziona w w necie którą warto rozpowszechnić by o naszej historii nie zapominać. Tym bardziej że dotyczy to nauki i techniki na światowym poziomie.

O Sylabusie

Przeciwnikiem Sylabusa jest liberalizm bezwzględny. Według encykliki Leona XIII Libertas – są to ci, którzy bezwzględnie zaprzeczają wszechwładzy Bożej i w życiu uzurpują sobie prawo do słuchania własnego rozumu, jako wskaźnika ostatecznego i niezależnego od wszelkiej wyższej władzy.
Po drugie przeciwnikiem Sylabusa jest liberalizm umiarkowany, który posiada wiele odcieni. Liberalizm ten uznaje kult Boga przez każdego człowieka ale tylko w życiu prywatnym. Odrzuca on kult publiczny, nie godzi się na katolicyzm jako wyznanie państwowe. Niektórzy liberałowie uważają, że taki kult to już przeżytek, zamierzchłe czasy, nie dla nowoczesnego człowieka. Każdy z liberałów godzi się na wolności nowoczesne: prasy, wyznania i sumienia. Mają nawet być one prawem każdego człowieka. Sylabus te wolności współczesności potępia.

Kolejnym zagadnieniem jest Sylabus a nauka masońska.

  • Prawdy wiary katolickiej streścić następująco: Bóg jeden we trzech osobach; Jezus Chrystus to Syn Boży, Zbawiciel, Prawodawca i Sędzia; Kościół święty zaopatrzony jest w prawa, jakie mu nadał Chrystus Pan.
  • Z drugiej strony naukę masonerii, potępioną przez Sylabus, streścić można w ten sposób: Człowiek na miejscu Boga postawiony, Chrystus jest Bóstwa pozbawiony, Kościół jako zrzeszenie ludzkie przedstawiony, działający jako jeden z elementów administracji w Państwie.

Zdania potępione w Sylabusie odnajdujemy w nauczaniu masonerii z XVIII wieku. Różnice są tylko w sposobach i metodach działania. Człowiek jest postawiony na miejscu Boga, a kolejnymi stopniami jest: człowiek dokonały, władca, kapłan i król przyrody oraz bóg ze swej natury.

Mamy tu po kolei:

  1. Panteizm; boskość przyrody, i człowieka, ubóstwienie rozumu.
  2. Wolność przyrodzona i niezaprzeczona człowieka jako przywilej boskości, niezależność rozumu nie uznająca żadnego nad sobą prawodawcy oraz niezależna moralność.
  3. Równość przyrodzoną i niezaprzeczoną ludzi – nikt nie ma prawa rozkazywać swemu bliźniemu.
  4. Wszelka zatem władza jest wykluczona – pochodząca od Boga, duchowa, czy też doczesna. Kościół jest niczym innym  jak tylko zrzeszeniem ludzkim, poddanym państwu.

Według przywódców tych stowarzyszeń zwalczanie Sylabusa jest mierzeniem Kościołowi w serce, strąceniem Chrystusa Pana ze swej stolicy, unicestwieniem wszechwładzy Bożej.
Zwalczając Sylabus mają oni na celu upadek całej nauki Kościoła, bowiem jest on streszczeniem jego nauki.
Wielkie trzy dzieła Boże to: Stworzenie świata, Zbawienie ludzi, Panowanie Boże, rozpoczęte na ziemi a mające być dopełnione w Niebie. Masoneria usiłuje te trzy dzieła Boże zniszczyć, ale najbardziej zwalcza Wszechwładzę Bożą.
Stworzeniu świata, które jest wszechwładzy Boskiej podstawą, przeciwstawia się naturalizm wraz z teorią o wieczności materii, o ewolucjonizmie i nieograniczonym postępie człowieka. Dziełu Zbawienia, któremu dał powód grzech człowieka, przeciw Panu i Bogu zbuntowanemu, masoneria przeciwstawia fałszywy dogmat doskonałości człowieka; zbawienie człowieka polega rzekomo jedynie na tym, aby uwolnić się z więzów krępujących jego umysłu i rozwijać namiętności.
Panowaniu Bożemu i Wszechwładzy Bożej masoneria przeciwstawia wszechwładnego człowieka i panowanie ogółu ludzkiego, niezależnego od wszelkiej władzy wyższej. Wszystkie potępienia w Sylabusie sprowadzają się do potępienia zasadniczych trzech rzeczy: bunt przeciw Stworzeniu świata, Zbawieniu i wszechwładzy Bożej.
W imieniu postępu i nowoczesności masoneria usiłuje narzucić światu kłamstwo a bunt uczynić metodą działania. W imię tego postępu mamy powtarzać „Nie będę służył” i głosić własną boskość.

Przeciwko temu nowoczesnemu „postępowi” staje Kościół w imieniu Boga Stwórcy i Pana jak i w imieniu Jezusa Chrystusa Zbawiciela i Króla narodów. Zbudowany na nieporuszonej opoce wiary, uzbrojony w sprawiedliwość, prawdę i słowo Boże, odpowiedział Kościół na te wyzwania Sylabusem, który jest uroczystym oświadczeniem praw Bożych i Chrystusowych przeciw zaprzeczeniu Wszechwładzy Bożej. Wolności nowoczesne, zrodzone przez rewolucję z 1789 r., są niczym innym jak tylko zastosowaniem tezy o człowieku wszechwładnym, o ubóstwianiu człowieka.
Przez zwalczanie Boga od której wszelka władza pochodzi, masoneria burzy doszczętnie społeczeństwo i religie. Jest to źródło anarchii, skoro społeczeństwo przestaje mieć podstawę przyrodzoną; nie ma wtedy już zasad i pękają wszelkie ogniwa społeczne; nie ma już moralności, nie ma rodziny, ani własności, nie ma obowiązków, odpowiedzialności. A więc nierząd wszędzie.

Sylabus sprzeciwia się tej olbrzymiej tyranii.

Zbawienia szukać należy w powrocie do zasad, które Sylabus Piusa IX przeciw wściekłej fali liberalizmu stanowi.
Można śmiało powiedzieć, że Sylabus jest odpowiedzią Kościoła na rewolucję.
Papieże w ciągu XIX wieku w licznych przemówieniach, encyklikach i innych listach apostolskich piętnowali zasady rujnujące porządek religijny i społeczny. Zabronili oddawać Cezarowi, księciu lub narodowi, tego co się wyłącznie Bogu należy. Pius IX zebrał następnie pod nazwą Sylabusa błędy te różne, od jednego pnia pochodzące: z niezależności człowieczej. „Pius IX, powiada Leon XIII, ilekroć nadarzyła się sposobność, potępił fałszywe opinie, najbardziej wzięcia mające, kazał z nich zbiór uczynić, by w takim potopie błędów katolikom nie brakło pewnej przewodni”.

Czy katolik jest w sumieniu pod grzechem ciężkim obowiązany, potępić wszystkie zdania w Sylabusie potępione?

Odpowiedź. – Tak jest, katolik jest w sumieniu pod grzechem ciężkim obowiązany wszystkie bez wyjątku odrzucić, przynajmniej na zasadzie władzy nauczającej.

By więc był obowiązek sumienia w odrzuceniu jakiejś nauki, nie ma potrzeby aby była ogłoszona za herezję. Wystarcza by była cenzurowana czyli zganiona urzędownie przez najwyższego Pasterza.
Encyklika Quanta Cura zawierająca Sylabus łączy w sobie wszystkie warunki dokumentu ex cathedra: żaden z teologów nie zaprzecza temu.
Warunki dokumentu ex catedra i nieomylności papieża są następujące:

a) By papież przemawiał jako Nauczyciel i Pasterz najwyższy Kościoła.

b) By przemawiał dla nauczania prawd będących przedmiotem bezpośrednim lub pośrednim nieomylności lub też dla potępienia teorii bezpośrednio lub pośrednio przeciwnych wierze katolickiej.

c) By wypowiadał wyrok ostateczny z zamiarem zobowiązywania na sumieniu: żadna zaś formuła uroczysta nie jest postanowiona.

d) By zobowiązywał Kościół cały, nawet gdy do jednej osoby się odnosi, na przykład do biskupa.

Warunki te zawarte są w Syllabusie. Nie jest przeszkodą, że Syllabusowi braknie pewnych uroczystych formuł, w innych aktach zastosowanych. Formuły te nie są kanonicznie wymagalne.

Zdania potępione zawarte w Sylabusie są wyjęte z listów, przemówień, alokucji i nauczania Piusa IX. Trudno jest twierdzić, że nie jest to nauczanie Piusa IX gdy przy każdym zdaniu podane jest z jakiego wcześniejszego dokumentu ono pochodzi. Na prośbę papieża zostały one zebrane w jeden dokument. W Sylabusie nie ma nic nowego, wszystkie to wynika z nauczania Kościoła Katolickiego.
Św. Pius X wydał nowy Sylabus, na wiek XX, czyli dekret Lamentabili w którym wzmocniony jest Sylabus i potępione są błędy modernizmu. Prawda jest niezmienna, błąd nie przestaje być błędem a potępienie raz wyrzeczone jest nieodwalane.

Jest to streszczenie rozdziału „Sylabus w XX wieku”, Henryka Hello z książki „Liberalizm potępiony przez papieży”; Wyd. TeDeum 2003

Kobieta w mundurze

Na początek parę cytatów z informacji publikowanych w Internecie.

W amerykańskiej armii służy blisko 300 tysięcy kobiet. Statystycznie, co trzecia z nich do końca swojej dwuletniej służby zostanie co najmniej raz zgwałcona. Nie przez wrogich partyzantów, lecz kolegów z wojska.

http://bliznyswiata.bloog.pl/id,6290212,title,Brutalne-gwalty-w-amerykanskiej-armii,index.html?smoybbtticaid=612f10

 

„Pamiętam, kiedy u nas w patrolu pojawiła się pierwsza kobieta. Proszę mi wierzyć – na każdej odprawie, gdy naczelnik wyznaczał pary patrolowe, wśród nas była grobowa cisza. Nikt nie chciał się wychylać, aby za karę nie dostać do pary policjantki” – pisał autor listu. Według niego obecność kobiety podczas interwencji przeszkadza w skutecznym przeprowadzeniu akcji, bo unika się wtedy obezwładnienia agresora. Z tego też powodu do niektórych wezwań wysyła się patrol z drugiego końca miasta, byleby tylko uniknąć angażowania zespołów żeńskich i mieszanych.

http://natemat.pl/80365,za-duzo-kobiet-w-policji-na-niektorych-stanowiskach-sie-sprawdzaja-ale-na-ulicy-sa-nieskuteczne

 

Wyniki raportu na temat sprawności fizycznej kobiet w US Marines Corps nie pozostawiają złudzeń. Tylko 3 na 15 kobiet w listopadzie ukończyło test sprawnościowy, podczas gdy wśród mężczyzn odsetek niezdających wynosi 1 proc. żołnierzy. 55 proc. kobiet, zarówno rekrutek jak i czynnych żołnierek, nie potrafi podciągnąć się na drążku 3 razy. Do czasu gdy wejdą nowe przepisy znoszące kilkudziesięcioletni wymóg podciągania się, kobiety muszą być w stanie zawisnąć na drążku z wyprostowanymi nogami przez 70 sekund. Kobiety, aby zaliczyć obóz treningowy i dostać stopień szeregowca, nie muszą się podciągać a przebiec 4800 metrów (3 mile) w 31 minut. Poza tym te w wieku 17-26 lat muszą zaliczyć minimum 50 skłonów.

http://wmeritum.pl/rownouprawnienie-zniszczy-armie-usa/

 

Z tych informacji wyłania się nam jasny przekaz. Kobieta w mundurze ładnie wygląda, ale na pierwszą linię w zupełności się nie nadaje. W policji, wojsku, straży pożarnej kobieta sprawdza się w drugiej linii, na zapleczu. Pierwsza linia, gdzie siła oraz często bezwzględność oraz szafowanie własnym zdrowiem i wystawianiem się często na ryzyko utraty życia jest na porządku dziennym, nie jest dla kobiet. To z natury rzeczy jest sprzeczne z kobiecością, gdyż ona powołana jest do dawania życia, do ochrony życia, do pielęgnowania zdrowia. Wystawianie się kobiet na hazard utraty zdrowia czy też życia jest sprzeczne z ich naturą. Zawód niańki w żłobku nie jest dla mężczyzny gdyż jego natura jest inna. Oczywistym jest, że życie indywidualne, prywatne toczy się trochę innymi drogami. Często jest tak, że w domu kobiety wykonują prace typowo męskie i na odwrót, ale nie jest to zajęcie zawodowe. Chęć dorównania przez kobiety mężczyznom powoduje, że mężczyźni stają się zniewieściali i stawiają sobie samym coraz niższe wymagania. Naturalną koleją rzeczy po feminizmie pojawia się gender. Działania sprzeczne z naturą stają się źródłem różnego rodzaju urazów, zranień i traumatycznych przeżyć, których skutki rzutują nie tylko na życie dziś ale dosięgną one również następnych pokoleń.

Świadectwo z seminarium

Na forum Rebelya.pl pojawił się wpis zawierający list jaki został napisany przez Davide’a Canvasiego byłego członka Zgromadzenia Braci Franciszkanów Niepokalanej. Tłumaczenie z języka włoskiego dokonane zostało przez Polaka, również byłego członka tego zgromadzenia.

Davide Canavesi

Do Jego Świątobliwości Papieża Franciszka.

Jestem jednym z ex-franciszkanów Niepokalanej, od niedawna poza instytutem. Celem tych słów nie jest nowe zaognienie polemiki, ani też stawianie siebie ponad instytucjami kościelnymi. Ten list ma być jedynie prostym świadectwem na temat Seminarium Teologicznego „Immaculata Mediatrix” (STIM) oraz niewielkim lecz serdecznym podziękowaniem dla wszystkich moich formatorów oraz dla ojców założycieli. STIM, które w ostatnich latach formowało ponad pięćdziesięciu braci kleryków, zostało – jak wiadomo – zniszczone, z powodów do tej pory nie sprecyzowanych. STIM był seminarium-klasztorem przeszło 50 braci studentów w różnym wieku i o różnej kulturze, pochodzących ze wszystkich stron świata, którzy wspólnie z formatorami oraz kilkoma braćmi zakonnymi (niestudiującymi) stanowili wspólnotę o intensywnym życiu modlitwy, życiu pogłębionych studiów oraz żarliwego zaangażowania w apostolat – a wszystko to w prawdziwym duchu braterstwa.

Jakie było życie tego seminarium? Modlitwa, nauka, praca, apostolat… nie tracić ani minuty i znajdować się w warunkach pomagających nie tracić czasu: ponieważ dla poświęconych Niepokalanej każda minuta należy do Niej. Brewiarz i Msza święta w starszej formie (chciane przez studentów, a nie narzucone im) – nie z powodu ideologicznego przywiązania do wszystkiego, co stare, ale dla odbudowy życia zakonnego jako życia modlitwy. O serafickim ojcu, św. Franciszku, mówią źródła franciszkańskie: „jego bezpieczną przystanią była modlitwa (…) nocą udawał się samotnie do opuszczonych kościołów na modlitwę”. Cóż więc dziwnego, że pośrodku nocy zakonnicy wstają i odmawiają Brewiarz? A jednak – właśnie z tego powodu formatorzy oraz o. Stefano Manelli zostali uznani za „pelagianów”! Ponadto, o tym, z jakim zrównoważeniem ojcowie formatorzy pomagali tym, którym nocna modlitwa sprawiała trudności, może zaświadczyć wielu braci. Czy chce Wasza Świątobliwość wiedzieć, czego uczył rektor seminarium (nazwany „deformatorem” kleryków) tych braci, którzy nie mieli trudności ze wstawaniem? „Proś, żeby Pan dał ci część trudności innych braci, a ulżył im: bo lepsza jest cała wspólnota żarliwa niż kilku zakonników nieco żarliwszych”. Czyż nie jest to prawdziwą miłością bliźniego – która nie tyle usprawiedliwia cudze niedoskonałości, co pomaga zwyciężać je?! Wobec wspólnoty pięćdziesięciu młodych zakonników, którzy pragną modlić się nocą – z jakich powodów ta modlitwa została usunięta przez nowych rektorów? To prawda, że ta modlitwa została wprowadzona przez Franciszkanów Niepokalanej w ostatnich latach; nie rozumiem jednak, jak można nazwać dobrą tę formację, która blokuje zapał młodych i dławi ich dobrą wolę. Ponadto, naprzeciwko tej „ludzkiej roztropności” charakteryzującej nową linię Franciszkanów Niepokalanej znajduje się „bez granic” świętego Maksymiliana: jeżeli każdego poranku obiecujemy „żyć, pracować, cierpieć, wyniszczyć się i umrzeć dla Niej”, musimy naprawdę to robić!

Prawdziwy franciszkanin nie może żyć w rozluźnieniu dzisiejszych klasztorów bez rumieńca wstydu. Kiedy pomyśli się o tym, że w naszych klasztorach nie brakuje nigdy jedzenia, że nierzadko jada się wręcz lepiej niż w domu rodzinnym, nie sposób nie zawstydzić się na myśl o pierwotnym franciszkanizmie. Możemy przynajmniej zrekompensować to intensywnym życiem ofiary w tym, co szczególnie kosztuje naturę ludzką: modlitwa nocna, poświęcenie własnego czasu wolnego… Taki był zamysł ojca Stefano, kierującego nasze życie ku wyżynom. W zamian został potraktowany jak osoba niezrównoważona, jak jansenista, jak kalwinista, jak lefebrysta!

Jeżeli ma się czas na oglądanie bezużytecznych filmów, kreskówek, meczów piłki nożnej, to znaczy to, że źle się wykorzystuje czas… Jesteśmy zakonnikami, aby ratować dusze – co ma z tym wspólnego piłka nożna? A przecież wystarczyłoby od czasu do czasu pomyśleć o osobach bliskich nam, o przyjaciołach, których zostawiliśmy w świecie, by zdać sobie sprawę z tego, ile trudów ponoszą ludzie. Wystarczy pomyśleć o młodych matkach dzielących cały swój czas między pracę i rodzinę – podczas gdy my w klasztorach, jesteśmy zwolnieni z twardej walki o pracę… o młodych rodzicach zmuszonych do tego, by wstawać w nocy na płacz ich dziecka – i którzy nazajutrz muszą tak czy owak być punktualnie w pracy, podczas gdy my dbamy o dostateczną ilość snu… Wobec tego wszystkiego, jak zakonnik unikający wyrzeczeń może nazywać siebie prawdziwym zakonnikiem!? Jak mógłbym żądać od młodych żon przyjęcia wszystkich dzieci, jakie Pan Bóg zechce im dać – choćby wymagało to heroizmu – jeżeli ja sam nie akceptuję jako pierwszy cierpień i trudów heroicznych! Czy nie powinno być pragnieniem każdego prawdziwego franciszkanina dzielenie cierpień i trudów każdego człowieka – zamiast czynić z klasztoru oazy dobrobytu zwolnione z walki życia?! Kto ożywi ducha życia Porcjunkuli i Niepokalanowa, jeśli nie nasze pokolenie? Jeśli jednak kto pragnie to uczynić jest oskarżany o wszystkie możliwe lub wyobrażalne herezje i schizmy – co będzie z naszym biednym i ukochanym Świętym Kościołem…

Jednemu z nowych przełożonych przedstawiłem te refleksje, zaznaczając że w sumieniu nie mógłbym zaakceptować życia w jednym momencie tak rozluźnionego. Nie mógłbym tego uczynić wspominając mojego księdza proboszcza, który każdego poranka po Mszy świętej upadał na krzesło w zakrystii, wycieńczony z powodu ciężkiej choroby – a mimo to nie pozostawił nigdy swojej owczarni bez Najświętszej Ofiary. Nie mógłbym, myśląc o życiu pełnym wyrzeczeń, jakie prowadzi wielu moich przyjaciół, znosząc nierzadko z pochyloną głową upokorzenia, byle nie stracić pracy. W odpowiedzi usłyszałem, że surowość życia nie ma nic wspólnego z Poświęceniem Niepokalanej – i że nie trzeba przesadzać. Ernest Hello mówił, że człowiek mierny wymyśliłby słowo „przesada” gdyby nie istniało już w słowniku. To prawda – wszyscy w seminarium odczuwaliśmy z odrobiną cierpienia tę potrzebę poświęcania się zawsze: to właśnie jest jednak jedyna droga prowadząca do ufania Panu Bogu, a nie nam samym.

Nie mogę nie wspomnieć o tym, że STIM wydawało się prawdziwym królestwem miłości bliźniego. I nie mogło być inaczej: tam, gdzie ludzie wysilają się, by kochać Pana Boga, nie mogą nie odkryć, że drugie przykazanie podobne jest pierwszemu (Mt 22,39). Ile dobrych przykładów dali mi współbracia! Ze wzruszeniem wspominam tego brata, który troszczył się o zdrowie współbraci, i brata kwestarza, który wyruszał jeszcze nocą by zapewnić niezbędny pokarm wspólnocie, i tego brata, z którym można by się ścigać do pracy – żeby inny współbrat miał trochę więcej czasu na naukę… “Alter alterius onera portate et sic adimplebitis legem Christi” (Gal 6, 2), powiada św. Paweł… Gdybym nie widział, milczałbym: ale widziałem na własne oczy, ile znaczy to przykazanie! Pamiętam, jak pewnego razu pożaliłem się przełożonemu, że w tej odrobinie czasu wolnego, jaka mi została, musiałem pomóc w nauce do egzaminu jednemu z braci obcokrajowców. Cóż mi odpowiedział? „Musisz to zrobić. To jest twoja druga Eucharystia: rano to Pan Jezus ofiaruje się na ołtarzu dla Ciebie; teraz to ty masz ofiarować siebie samego dla twojego brata, który ma trudności”. Oto odpowiedź jednego z „jansenistów”, którego komisarz natychmiast postanowił oddalić z seminarium.

Zarząd komisaryczny, niestety, nie przyniósł naszemu seminarium nic innego jak tylko napięcie i podziały. Zresztą, jak można pozostać pogodnym, kiedy kazania są używane do atakowania ojca Stefano, czyniąc aluzje do niego jako jansenisty, kalwinisty, złodzieja itd.; kiedy przez własnych przełożonych jest się wystawionych na bezpodstawne zarzuty (kryptolefebryści); kiedy próba podjęcia dialogu spotyka się z oskarżeniem o „zależność psychologiczną”; kiedy nasz współzałożyciel, o. Gabriele Pellettieri jest oddalony ze wspólnoty bez bodaj zapowiedzenia tego studentom – a więc i bez możliwości chociaż pożegnania go! Ci sami, którzy piszą, że seminarium było źródłem buntu, powinni zastanowić się, czy nie są winni także oni, przez swoją nieczułość, że ktoś – bez wątpienia popełniając błąd – rozpowszechnił poza seminarium informacje. A cóż można powiedzieć o tym przełożonym, który stwierdził, że nie przejmuje się faktem, że wielu braci chce opuścić instytut, ponieważ „z góry zakładaliśmy, że z komisariatem stracimy 60-80 braci”. Szkoda, że zakonnicy to nie cynowe żołnierzyki, które kapryśne dziecko może wywrócić kopniakiem – ale osoby ludzkie, co więcej, w większości młode, którym rujnuje się życie, zmuszając ich do opuszczenia instytutu, by nie zdradzić własnego sumienia i ideału!

Na koniec pragnę dodać słowo na temat Waszej Świątobliwości, jako że niektórzy współbracia oraz osoby spoza zgromadzenia oskarżyli nasze seminarium o bunt przeciwko Papieżowi, a nawet o uznawanie Waszej Świątobliwości za antypapieża. Oprócz głupoty tego ostatniego stwierdzenia, mogę zaświadczyć, że w naszym seminarium nigdy nie usłyszałem nic, co można by uznać za obrazę albo brak uszanowania dla osoby Waszej Świątobliwości. Pomimo cierpienia, jakie powodowało bycie oskarżanymi przez ten sam Kościół Święty, który nauczono nas kochać, zawsze ufaliśmy, że ocalenie przyjdzie właśnie od Ojca Świętego. Nie zapomnę jednego współbraci – oskarżonego o kryptolefebryzm – który powtarzał żarliwie: „pragnę być uratowany przez Ojca Świętego, bo on jest moim ojcem, a ja jego synem”. W dniu urodzin Waszej Świątobliwości całe seminarium wybuchło oklaskami i okrzykami. Zresztą; ci, którzy oskarżają STIM o bunt przeciwko Papieżowi, nie potrafią przedstawić w sprawie żadnego dowodu jeśli nie „relata refero”. Poprzedni rektor (odwołany wkrótce potem przez komisarza) na początku roku akademickiego zadecydował o skróceniu obiadu, żeby móc po nim odmówić Różaniec święty w intencji Ojca Świętego. Czyż nie było to odpowiedzią na prośbę, jaką Wasza Świątobliwość nieustannie kieruje do chrześcijan? Nowi rektorzy, ledwo przybyli do seminarium, usunęli tę modlitwę. Kto kocha Papieża – ten, kto modli się za niego i przyjmuje dla niego wyrzeczenia, czy ten, kto ma usta pełne cytatów z Ojca Świętego, ale nie robi nic dla niego? W jednej z katechez Ojciec Święty zalecał kapłanom kończenie każdego dnia przed Tabernakulum, wyjednując zbawienie duszom. Nie bez odrobiny dumy mogę powiedzieć, że nie musiałem uczyć się tego od Waszej Świątobliwości, ponieważ zawsze mogłem widzieć moich formatorów kończących dzień na kolanach przed Tabernakulum i proszących Pana za mną i moimi współbraćmi – abyśmy mogli stać się dobrymi zakonnikami, dla zbawienia wszystkich dusz.

Z tego wszystkiego, co napisałem, zrozumie Ojciec Święty niemożliwość pogodnego kontynuowania życia w instytucie zakonnym, w którym żarliwość i cnota są zniesławiane, w którym jest się zmuszonym do maszerowania pomiędzy „trupami” własnych ukochanych współbraci i – gorzej jeszcze – po głowach własnych założycieli i formatorów, którym zawdzięcza się tak wiele dobra.

Proszę Waszą Świątobliwość o apostolskie błogosławieństwo oraz o wspomnienie mnie w Jego Mszy świętej, abym mógł wytrwać w wierze i w służbie Panu pod przewodnictwem Niepokalanej.

W Sercu Jezusa i Maryi,
Davide Canavesi
(były br. Ambroży)

Problem z lekarzami

Chyba każdy z nas miał do czynienia ze służbą zdrowia i różnymi „problemami” z tym związanymi. Leczenie nie należy do spraw przyjemnych i miłych, związane jest ze stresem. Jesteśmy wtedy bardziej uczuleni na odbiór przez drugiego człowieka. Biorąc to pod uwagę, gdy poprawi się nam zdrowie to zapominamy o tym co nas spotkało w trakcie wizyty u lekarza, w przychodni czy też w szpitalu. Są jednak zdarzenia i sytuację których nie zapominany, takie które nie powinny zaistnieć. Spotykamy się z nimi coraz częściej my sami albo nasi najbliżsi. Jest ich coraz więcej i są coraz bardziej jaskrawe i dotkliwe. Brak udzielenia pomocy z powodu braku funduszy, lub też błędy lekarskie. Coraz niższe standardy etyczne nie burzą naszego spokoju. Przyjmujemy to jako rzecz naturalna i oczywistą.
Co zatem budzi nasze emocję w służbie zdrowia? Co nas porusza? Okazuje się, że lekarz wykonujący prawidłowo swoje powołanie jest problemem dla życia społecznego w Polsce. Lekarz leczący ludzi, niezgadzający się na ich uśmiercanie jest tym który stanowi zagrożenie. Lekarz niezgadzający się na aborcję, który nie chce być tym który odbiera życie jest niewygodnym lekarzem. Ten który leczy, ratuje zdrowie i chroni życie jest dziś zagrożeniem.

Przy okazji deklaracji wiary ze strony lekarzy ciekawi mnie jak ci lekarze będą podchodzili do solidarności zawodowej. Czy będą nadal kryli i tuszowali ewidentne błędy swoich kolegów?

Zarządzanie przez strach

Ptasia grypa, świńska grypa, zmiękczenie mózgu(!), choroba szalonych krów to najbardziej znane i ogólnoświatowe obawy. Ostatnio dochodzi również strach przed zagrożeniem zewnętrznym, wojną. Ciekawym jest, że o epidemiach nie słychać. Jak na razie cicho jest również o molestowaniu dzieci, chociaż temat pojawia się i znika w zastanawiających sytuacjach. Do tych strachów zaliczyłbym jeszcze „sprawę małej Madzi”, „sprawę Olewnika”, a ostatnio Trynkiewicza.

Dla mediów takie tematy są bardzo pożądane. Działają silnie na emocję odbiorcy, mocno pobudzają ciekawość i powodują chęć śledzenia rozwoju zdarzeń. Powodują, że następnego dnia będziemy śledzili dalsze wiadomości w tym temacie. Mediom o to chodzi. Utrwala się w odbiorcy emocjonalne podejście do rzeczywistości. Na drugi plan schodzą racjonalne przesłanki, twarde argumenty i gołe fakty.

Ekipa rządząca też potrafi takie sytuacje wykorzystywać. Z jednej strony jest odwrócenie uwagi od rzeczywistych problemów i zagrożeń. Jest to takie życie w wirtualnym świecie, gdzie mówi się o rzeczach tak naprawdę mało ważnych i w zdecydowanej większości nas nie dotyczących. Świat się nie zawali, ani nasze życie nie ulegnie żadnej zmianie, gdy zrezygnujemy ze śledzenia tych wydarzeń. Drugim efektem jest rozładowanie społecznych emocji. Z jednej strony nastraszenie społeczeństwa zagrażającą epidemią a następnie ogłoszenie o końcu zagrożenia powoduje rozładowanie emocji. Emocji niepożądanych przez rządzących, wynikających ze złej polityki rodzinnej, społecznej, oświatowej, itd. Rozładowaniu emocji służy w pewnym sensie również, coroczna impreza w okolicach Nowego Roku, narodowa zbiórka funduszy na cel wyznaczony przez Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy.

Media kreują się na czwartą władzę w państwie. Tak naprawdę to czasami są pierwszą władzą, gdyż to, co nie jest po ich myśli, jest niszczone. Przedstawiane jest w takim świetle, że odbiorcy dla świętego spokoju chcą tego co im „podpowiadają” w telewizji, prasie i portalach internetowych. I raczej nie ma możliwości kontrolowania tej władzy jak i rozliczania. Każda próba rozliczania kwitowana jest stwierdzeniem i ograniczaniu wolności słowa – stąd media są bezkarne i działają samowolnie.

Dieta a zdrowie

Czytając niedawno jakiś artykuł o diecie byłem zaskoczony, że tak naprawdę to nie znamy zasad funkcjonowania naszego organizmu. Wielość diet pokazuje że, nie wiadomo tak do końca jaki wpływ na nasze zdrowie ma dieta.
Dla wielu z nas odkryciem jest że trzy białe proszki w dłuższym czasie niosą śmierć. Są to biały rafinowany cukier, biała mąką oraz sól. Każdy z nich spożywany w nadmiarze odkłada się w naszym organizmie i daje w efekcie choroby współczesności.
Okazuje się że, jest jeszcze ciekawiej. Dieta warzywno-owocowa, śródziemnomorska jest odpowiedzialna w równym stopniu co trzy białe proszki. Za uzasadnieni niech posłużą cytaty z obserwacji lekarzy prowadzących praktykę lekarską wśród ludów dalekich od współczesnego człowieka.

13 kwietnia 1913 roku Albert Schweitzer (po prawej), niemiecki lekarz, filozof i teolog, przybył do Lambaréné, małej afrykańskiej wioski, żeby założyć tam misyjny szpital. W pierwszych dziewięciu miesiącach swojej działalności przebadał ok. 2 tys. pacjentów i zauważył, że największym utrapieniem tubylczej ludności były choroby endemiczne, takie jak malaria, trąd, słoniowatość, czerwonka i świerzb. Dopiero 41 lat po swoim przyjeździe do Afryki, półtora roku po otrzymaniu Nagrody Nobla za działalność misyjną, Schweitzer natknął się na pierwszy wśród Afrykanów przypadek zapalenia wyrostka robaczkowego. Ale nie tylko choroby wyrostka robaczkowego były rzadkością wśród mieszkańców Afryki. „Po moim przyjeździe do Gabonu, byłem zdumiony tym, że nie spotkałem się z ani jednym przypadkiem choroby nowotworowej (…). Nie mogę oczywiście stwierdzić, że choroba ta wcale tam nie występowała, ale mogę powiedzieć, że jeśli się zdarzała, to musiała stanowić rzadkość”, pisał Schweitzer o początkowym okresie swojej aktywności w Afryce. Wraz z upływem czasu niemiecki lekarz odnotowywał systematyczny wzrost liczby przypadków raka pośród ludności afrykańskiej, co wiązał z tym, że tubylcy stopniowo przejmowali styl życia i odżywiania białych ludzi.
Podobnych obserwacji dokonał na odległym od Afryki wybrzeżu Labradoru Samuel Hutton, brytyjski lekarz, który na początku XX wieku prowadził misyjną praktykę lekarską wśród Eskimosów w mieście Nain. Podzielił on swoich tubylczych pacjentów na dwie grupy: jedni mieszkali w izolacji od osad Europejczyków i stosowali tradycyjną dietę, bogatą w mięso a ubogą w owoce i warzywa. Drudzy, mieszkający w Nain lub nieopodal innych osad przybyszów z Europy, przejęli osadniczy model żywienia bogaty w chleb, herbatniki, melasę trzcinową, solone ryby i wieprzowinę. W grupie odizolowanej od Europejczyków choroby były niezwykłą rzadkością. Po 11 latach misyjnej praktyki lekarskiej Hutton pisał, że najbardziej zaskoczył go brak wśród Eskimosów przypadków choroby nowotworowej: „Nie widziałem ani nie słyszałem o żadnym przypadku złośliwego guza u Eskimosa”, pisał lekarz. Nie spotkał się też z ani jednym przypadkiem astmy ani –podobnie jak Schweitzer – zapalenia wyrostka robaczkowego, z wyjątkiem jednego młodzieńca, który „stosował dietę osadniczą”. Z drugiej strony Hutton zauważył, że ci Eskimosi, którzy przejęli model odżywiania Europejczyków, chorowali na szkorbut, byli „mniej krzepcy”, „szybciej odczuwali zmęczenie a ich dzieci były mizerne i słabe”.

(…)

W latach 20-tych i 30-tych XX wieku zarówno Vilhjalmur Steffansson (po prawej) jak i Weston A. Price opisywali radykalne pogorszenie zdrowia wśród tych ludów, które przejmują „zachodnie” nawyki żywieniowe. Nowotwór zaczął być na przykład coraz częściej diagnozowany wśród tych tubylców, którzy podejmowali pracę w gospodarstwach lub fabrykach białych osadników. Przejmowali oni wtedy „zachodni” styl odżywiania a razem z nim dolegliwości białego człowieka.[1]

 

Dieta uboga w tłuszcze zwierzęce wbrew zaleceniom współczesnej mody nie jest zdrowa dla człowieka.

 

artykuł naukowy opublikowany w piśmie “European Journal of Internal Medicine” zatytułowany „Nutrition and Alzheimer’s disease: the detrimental role of a high carbohydrate diet” (pl. Odżywianie a choroba Alzheimera: szkodliwy wpływ diet wysokowęglowodanowych). Materiał ten porusza wiele aspektów powstawania i rozwoju choroby Alzheimera, jednak w kontekście odżywiania dwie kwestie mają, zdaniem Briffy, znaczenie kluczowe. Po pierwsze, mózg nie może funkcjonować prawidłowo bez cholesterolu i tłuszczu. Po drugie, dieta bogata w węglowodany może utrudniać pozyskiwanie przez ludzki mózg tych niezbędnych składników(…)
artykuł opublikowany w „European Journal of Internal Medicine” pokazuje, że zdemonizowane przez współczesną dietetykę tłuszcz i cholesterol mają zasadnicze znaczenie dla zdrowia ludzkiego mózgu. Chociaż mózg odpowiada jedynie za 2 % masy ludzkiego ciała, zawiera ok. 25% cholesterolu zgromadzonego w całym organizmie człowieka
..[2]

Brak cholesterolu dla mózgu człowieka to jak brak smaru dla samochodu. Mózg wyczerpuje się i na starość mamy problem z jego używaniem. Mamy przykłady, że dieta wegetariańska nie chroni przed rakiem – jest nim Małgorzata Braunek. Najlepszym lekarstwem na raka jest „utopienie” go w tłuszczu zwierzęcym.
Tu przypomina się wyśmiewana na wiele sposobów dieta Kwaśniewskiego. Też należałem do sceptyków co do jej skuteczności. Po zapoznaniu się z powyższymi materiałami i poznaniu osoby która taką dietą się odżywiała zaczynam traktować ją poważnie i smalec zaczyna być częstym gościem na naszym stole.

Warto dodać jeszcze jeden punkt widzenia:

Gdyby chcieć określić jedną konkretną datę, w której trwające od wczesnych lat 50-tych XX w. kontrowersje naukowe wokół wpływu odżywiania na zdrowie zostały rozstrzygnięte na korzyść teorii o szkodliwości tłuszczów nasyconych i pokarmów zwierzęcych (tzw. hipoteza tłuszczowo-cholesterolowa), należałoby wskazać piątek, 14 stycznia 1977 roku. Tego dnia senator George McGovern, ważny polityk Partii Demokratycznej, ogłosił publicznie dokument zatytułowany „Cele Żywieniowe dla Stanów Zjednoczonych” (ang. Dietary Goals for the United States). Tym samym rząd amerykański po raz pierwszy w historii USA oficjalnie włączył się w debatę naukową i stanął po jednej ze stron sporu, mówiąc Amerykanom, że jedząc mniej tłuszczu a więcej węglowodanów staną się zdrowsi. „Cele żywieniowe” na wiele lat ustanowiły nieprzekraczalne granice debaty naukowej: od tego momentu wszystkie teorie na temat przyczyn chorób serca i innych schorzeń, rozpatrywane i finansowane przez agendy rządowe oraz publicznie dotowane ośrodki badawcze, musiały uwzględniać hipotezę, że tłuszcze (szczególnie zwierzęce) są niezdrowe, a węglowodany są zdrowe. Teorie sprzeczne z tym założeniem zostały de facto zdelegalizowane i wypchnięte poza margines głównego nurtu debaty naukowej, mimo że na ich korzyść przemawiał dorobek naukowy wielu pokoleń badaczy. [3]

Jak widać politycy mają bardzo duży wpływ na naszą dietę z czego sobie nie zawsze zdajemy sprawę.
Jeszcze o wegetarianizmie czyli diecie bezmięsnej. Warto wiedzieć, że musi być wspomagana o witaminę D, gdyż jest jej zbyt mało przy takim sposobie odżywiania. Aby taka dieta była zdrowa musi być wspomagana dodatkowymi preparatami.


Co to jest sztuka?

Sztuka jest to przedstawienie Piękna czyli harmonii pomiędzy porządkiem cielesnym człowieka (zdrowie, dobrobyt) a porządkiem duchowym(prawda, dobro). Sztuka pokazuję tę harmonię, jak również przyczynia się do jej powstawania. Definicja ta wynika z teorii cywilizacji Feliksa Konecznego

A jak sztukę Ty postrzegasz, co dla Ciebie jest sztuką? Czy istnieje tylko Sztuka, czy też jest sztuka przez małe „s”? Jeśli tak to co nią jest? Czy Kwadrat Malewicza jest sztuką?

Demografia

Zapaść demograficzna

Nowy rok skłania nas do planowania i podejmowania zobowiązań. Te nasze działania opierają się na przewidywaniu przyszłości, tej osobistej, naszych rodzin, kraju a nawet całego świata. W planowaniu korzystamy z naszych wyobrażeń i wiedzy, ale też wspomagamy się przepowiedniami, prognozami i analizami. Zapowiadany koniec świata nie nastąpił, kalendarz Majów odszedł do historii a my mamy żyć dalej. I patrząc na nasze życie codzienne nie zawsze zauważamy, że jest nas Polaków coraz mniej. Każdy zaraz powie, że tak jest, bo zna nie jedną osobę, która wyjechała w poszukiwaniu lepszego życia za granicą. Ale jest to tylko jeden z powodów. Innym, i to znacznie ważniejszym, jest niski współczynnik dzietności. To określenie, choć brzmi jak z komedii Stanisława Barei, po bliższym poznaniu i analizie powinno nas przerazić i zakłócić najczęściej optymistyczne wizje przyszłości. Współczynnik ten określa liczbę urodzonych dzieci przypadających na jedną kobietę w wieku od 15 do 49 lat. Przyjmuje się, iż współczynnik dzietności między 2,10 a 2,15 jest poziomem zapewniającym zastępowalność pokoleń.
W roku 2012, według informacji „Dziennika Gazeta Prawna”, w Polsce wskaźnik ten wynosi 1,3 i na 228 krajów na świecie nasz kraj zajmuje 208 miejsce. Oglądając się wokół siebie nie jesteśmy zdziwieni wielkością tego wskaźnika. Coraz więcej rodzin ma tylko jedno dziecko lub wcale. Rodziny z większą ilością dzieci to rzadkość.
Wielu może zapytać, jakie to zjawisko może mieć skutki dla nas i naszego życia? Do czego w życiu codziennym potrzebna jest zastępowalność pokoleń?
Oznacza to, że osób starszych będzie więcej niż młodzieży. W konsekwencji prowadzi to do sytuacji, że jest coraz więcej osób na emeryturze a zmniejsza się liczba osób pracujących. Żłobki i przedszkola będziemy zamieniali na domy dla starców. Koniecznym stało się już dziś przesunięcie czasu przejścia na emeryturę. Dzisiejszy 67 rok życia do przejścia na emeryturę jest skutkiem zapaści demograficznej.demografia Można powiedzieć, że dzisiejsi emeryci doprowadzili do konieczności wprowadzenia takich rozwiązań. Nie możemy się łudzić czy oszukiwać – będzie coraz trudniej. Coraz mniejsza liczba Polaków będzie powodować, że emerytury w przyszłości będą coraz mniejsze. Będą powstawały domy opieki dla osób starszych, tylko nie wiadomo, kto będzie w nich pracował. Jak sami widzimy jest część młodzieży, która chce dorabiać się poza granicami Polski. To powoduje, że ci, którzy pozostają muszą podjąć się większych obowiązków.
Wskaźnik dzietności na poziomie 1,3 sprawia, że Polacy jako naród wymierają. Już od roku 1990 ludność w Polsce przestała wzrastać, a niedługo wejdziemy w fazę zmniejszania się liczebności narodu.
Rozmawiając o tym zjawisku wiele osób twierdzi, że nie stać nas na posiadanie dzieci. Słyszy się głosy, że wychowanie dziecka jest kosztowne i nie stać nas na posiadanie więcej niż jednego, no może dwójki dzieci. Patrząc na zamieszczony wykres możemy zastanowić się nad taką opinią. Wynikałoby, że przez cały okres PRL’u byliśmy bardzo bogaci, gdyż był przyrost ludności. Widać, że dopiero po 1989 roku zatrzymaliśmy się w naszym przyroście liczebnym. Okazuje się, że to nie tylko polski problem. Niemal wszystkie kraje europejskie mają podobne wskaźniki i zdążają do zapaści w mniejszym lub większym tempie. Twierdzenie, że bieda w Polsce jest przyczyną zastoju przyrostu ludności jest błędem. Z problemem demografii próbują od dawna uporać się Niemcy, Austriacy, Węgrzy, Szwedzi, Holendrzy, Rosjanie, Ukraińcy. Niemal wszystkie kraje europejskie. Z wyjątkiem Francji i Anglii, ale tylko dlatego, że w tych krajach jest spora mniejszość z krajów muzułmańskich i to te społeczności zawyżają wyniki demograficzne.
Przyczyną zapaści demograficznej w Polsce, jak i całej Europie, jest promowany styl życia. Jest to nastawienie na konsumpcję, na życie poświęcone zaspokajaniu rozdmuchanych przez media potrzeb i skupienie na własnych przyjemnościach i rozrywkach. Przy takim rozumieniu życia zaczyna brakować miejsca nawet na jedno dziecko lub postrzegane jest ono, jako istotna przeszkoda w karierze i realizacji siebie. Większe rodziny są już bardzo rzadko spotykane. Okazuje się, że partie rządzące i opozycyjne nie są zainteresowane rozwiązywaniem problemów demograficznych, gdyż skutki działań w zakresie podniesienia dzietności i lansowania wielodzietnego modelu rodziny będą widoczne za 15 czy 20 lat, gdyż w demografii o takich przedziałach czasu mówimy. Dla polityków najważniejsze jest zwycięstwo w najbliższych wyborach a to ogranicza perspektywę do 4 lub 6 lat.rodzina
Poddawanie się współczesnej modzie w tym zakresie jest ignorowaniem Bożego polecenia: „Po czym Bóg im błogosławił, mówiąc do nich: Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną; abyście panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi”(Rdz 1,28).
Często pojawia się pytanie, dlaczego ludzie cierpią, dlaczego spotyka nas nieszczęście, a nie widzi się, że sami na siebie je sprowadzamy przez ignorowanie Bożych poleceń i nakazów. Bóg oczekuje wykonania swojej woli a cała historia przedstawiona w Starym Testamencie uczy, że za swoje grzechy naród musi odpokutować lub ponieść karę.

 

PIERWOTNIE TEKST  ZOSTAŁ OPUBLIKOWANY W MIESIĘCZNIKU „MISERICORDIA” SANKTUARIUM MIŁOSIERDZIA BOŻEGO W OŻAROWIE MAZOWIECKIM W STYCZNIU 2013 ROKU.

Siła Tradycji

Pod koniec roku większość z nas jest zmęczona. Ja z lekkim strachem myślę o grudniu i zadaniach do wykonania w związku ze zbliżającymi się Świętami Bożego Narodzenia. Jak na zawołanie, w różnych mediach, pojawiają się kuszące oferty, które proponują natychmiastowe rozwiązanie moich problemów, nęcąc propozycjami Balu Sylwestrowego, ognisk i kuligów a nawet całkowitej odnowy w SPA. Ofert biur podróży jest mnóstwo a argumenty skłaniające do wyboru są trudne do odparcia: „ Spraw sobie najpiękniejszy tradycjaprezent pod choinkę, zapomnij o przygotowaniach – sprzątaniu, pieczeniu i gotowaniu- my zrobimy to za ciebie, gwarantujemy świąteczny nastrój-choinkę, lampki, a nawet kolędy”. Propozycje spędzenia Świąt Bożego Narodzenia w niecodziennych miejscach kuszą egzotyką. Palma zamiast choinki, sprowadzony z Europy świerk przybrany kolorowymi bombkami w oślepiającym słońcu ciepłych krajów, smakowity drink Cuba Libre zamiast czerwonego barszczu z uszkami. Wszystko to przyciąga i nęci barwami i paletą możliwości jak rozłożony ogon pawia.

Myślę – może zapomnieć o wszystkim i dać się uwieść!

Nieoczekiwanie jednak przypływają do mnie obrazy moich rodziców i babci, nie żyjących od kilku lat. To wspomnienie zatrzymuje mnie tuż przed podjęciem decyzji o wyjeździe na okres Świąt Bożego Narodzenia. Pamięć odtwarza kolejne obrazy z przeszłości: dziecięce wyprawy na msze roratnie, rekolekcje adwentowe, omawianie w domu nauk rekolekcjonistów, domowe przygotowania przedświąteczne.
W moim domu rodzinnym każdy miał przydzielone konkretne obowiązki związane ze Świętami, było też wiele wspólnych prac. Wszystko odbywało się w atmosferze radości i oczekiwania. Do dzisiaj spędzamy święta razem zjeżdżając się do domu rodzinnego. Ogromnym przeżyciem jest wieczerza wigilijna zakończona wyprawą na Pasterkę. Zapalenie świec na stole wciąż jest dla mnie symbolem Bożej miłości a przygotowane do odczytania Pismo Święte symbolem wiary w przekazane Słowo Boże. Z koli puste nakrycie wciąż przypomina o konieczności widzenia Boga w innych ludziach i służenia im z miłością a gwiazda betlejemska nadal prowadzi mnie do Jezusa. Chcę, aby tak pozostało nadal.
Uświadamiam sobie, że przeżywanie okresu Adwentu i świąt Bożego NarodzenNarodzenie Panaia w duchu wiary jest przepotężnym źródłem siły dla mnie osobiście i dla całej rodziny. Namacalnie łączy nas ten czas z Jezusem Chrystusem, pozwala nam czekać na Jego Narodziny, towarzyszyć im i wzrastać z Jezusem. Jest bliski człowiekowi gdyż symbolizuje całe nasze życie: od narodzin aż do śmierci.
Wybór, jaki dokonałam w tym roku przed świętami Bożego Narodzenia pokazał mi jasno właściwy porządek spraw. Najważniejsza jest wiara, Bóg i rodzina.
Jestem wdzięczna mojej rodzinie, że dała mi tak trwały fundament i przekazała te ważne, na całe życie, wartości.

Życzę wszystkim radości z Narodzenia naszego Pana, Jezusa Chrystusa, na co dzień!

Tekst był opublikowany w miesięczniku „Misericordia” Sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Ożarowie Mazowieckim w grudniu 2010 roku

 

Tandeta – symbol XXI wieku

Okazuje się, że produkcja tandety jest opłacalna. Doszliśmy do sytuacji, że produkuje się buble i za nimi się uganiamy.

Jeżeli twój telewizor, mikser lub laptop zepsuł się tuż po upływie gwarancji, to wiedz, że stałeś się kolejną ofiarą planowanego postarzania produktu. Ta filozofia firm odpowiada również za przepalone żarówki, oczka w rajstopach i niewymienialne baterie w komórkach.
Planowe postarzanie produktów to podobno tajna praktyka firm, które celowo wytwarzają towar słabej jakości. Chodzi o to, by kiedy produkt się zepsuje, klient wrócił po nowy egzemplarz, a fabryki nie miały przestojów.

Już w latach 20. XX w. w amerykańskiej prasie zaczęły pojawiać się opinie, że zbyt trwałe produkty oznaczają tragedię dla biznesu. W wyniku mechanizacji i wprowadzenia taśmy montażowej wyroby przemysłowe stały się powszechnie dostępne, a ich cena spadła. Jednak rynek szybko został nasycony i popyt na nowe produkty zmniejszył się. Tymczasem właściciele fabryk chcieli sprzedawać coraz więcej. Żeby to osiągnąć, celowo zmniejszyli trwałość własnych wyrobów.

Żródło

Pamiętam jeszcze przypadek samochodów marki Mercedes, kiedy to były trwałe pojazdy – 20 letni mercedes nie był jakimś wyjątkiem. Dało się nim jeździć i był niezawodny.

Chociaż z drugie strony możemy powiedzieć, że są gwarancję i należy z nich korzystać. Na to można powiedzieć, że gwarancja dotyczy tylko wad ukrytych lub fabrycznych. Nie obejmuje zużycia produktu a tak wygląda praktyka.