Okrągły Stół i Magdalenka

Uczestnicy obrad Okrągłego Stołu byli zapraszani przez gen. Cz. Kiszczaka. To on decydował kto będzie zasiadał po stronie opozycyjnej. Szef służb PRL decydował z kim będzie rozmawiał. Jasnym jest, że wybrał takich „przedstawicieli” opozycji którzy godzili się z nim co do celów jaki przyświecał tej inicjatywie. Co prawda znaleźli się tacy, którzy widzieli i nie bali się o tym głośno powiedzieć. Mec Siła-Nowicki powiedział na zakończenie obrad, aby strona opozycyjna nie zapominała, że nie jest jedyną siłą opozycyjną w tamtym czasie. Przypomniał, że jest opozycja pominięta w tych obradach. Jakie decyzje i ustalenia zapadły na spotkaniach w Magdalence, uczestnicy ich nie wypowiadają się, lub też bagatelizują te dodatkowego spotkania.

Jednym z efektów ustaleń Okrągłego Stołu były wybory 4 czerwca 1989 roku. Wybory, w których społeczeństwo pokazało swoją wolę „wycinając” listę krajową, będącą częścią ustaleń gen Kiszczaka i jego wybrańców.

Na ile obrady samego Okrągłego Stołu były fasadą do spotkań w Magdalence jest pytaniem które dziś coraz głośniej słychać. Co, tak naprawdę, ustalono w Magdalence jest kolejnym pytaniem bez odpowiedzi.

Kolejna rocznica wyborów z 89 roku skłania do refleksji, czym były i do czego doprowadziły obrady Okrągłego Stołu. Czy ustalenia z Magdalenki są nadal obowiązujące („Wasz prezydent, nasz premier” – zmieniał przyjęte ustalenia gdy sytuacja uległa zmianie), czy utajnienie ich przebiegu jest aktualne?

Czym była i gdzie jest dziś tzw demokratyczna opozycja? Czy opozycja, która nie posiadała „koncesji” gen. Kiszczaka ma rację bytu, jest obecna w III RP?

Jak dziecko…

Zaprawdę, powiadam wam: Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do Królestwa niebieskiego. Kto się więc uniży jak to dziecko, ten jest największy w Królestwie niebieski.”(Mt 18,1–4)

 

Co oznaczają słowa Pan Jezusa? W jakim sensie mamy być jak dzieci? Św. Augustyn napisał w Wyznaniach, że „ Na własne oczy widziałem niemowlę, które jeszcze nie umiało mówić, a już było blade ze złości.” Dzieci nie są więc niewinne w sensie moralnym, droga do niewinności jest długim procesem trwającym całe życie. Stać się dzieckiem nie oznacza też jakiejś infantylnej, nieodpowiedzialnej postawy, w której rezygnujemy z pracy nad sobą i dojrzałego kierowania naszym życiem. Stajemy się dziećmi wtedy, kiedy oddajemy się z ufnością naszemu Ojcu. Dziecko kochane przez swoich rodziców, jest właśnie pełne ufności, nie troszczy się nadmiernie o swoje potrzeby, wie, że rodzice chcą dla niego jedynie dobra. Dziecko nie skrywa swoich uczuć, jest spontaniczne i z odwagą wyraża swoje myśli. Nasza postawa wobec ukochanego Ojca powinna właśnie być przepełniona taką dziecięcą prostotą. Żyjąc w ramionach Taty wzrasta w nas pokój i głębokie poczucie bezpieczeństwa. Świadomość nieskończonej Miłości jaką obdarza nas Bóg jest źródłem radości, swego rodzaju beztroski, jaką mają tylko kochane przez rodziców dzieci. Dziecko wie, że samo nic nie może, że potrzebuje opieki, i że tylko kochający rodzic może zatroszczyć się o wszystko czego mu potrzeba. Dziecięctwo Boże nie jest więc moralną bezgrzesznością, ale pełnym pokory poddaniem się woli Ojca.

Często nasza pycha, nasz własny plan na życie, nie pozwala przyjąć tego co chce ofiarować nam dobry Bóg. Kiedy zapominamy, że tak naprawdę jesteśmy słabi i bezbronni, zaczynamy żyć po swojemu. Zdarza się, że gonimy za tym, co przerasta nasze siły, wywyższamy się nad innych, pragniemy nad nimi dominować, męczymy się rywalizacją i perfekcjonizmem. Pan Jezus poucza nasJeśli ktoś chce być pierwszy, niech będzie ostatnim ze wszystkich i sługą wszystkich. I biorąc dziecko postawił je przed nimi. Objął je ramieniem i powiedział do nich: kto przyjmuje jedno z tych dzieci w moje imię, Mnie przyjmuje”. (Mk 9, 35-37) Tak więc Pan Jezus będąc dla nas doskonałym wzorem sam stawia siebie na miejscu dziecka. Pokazuje nam, że naszą prawdziwą siłą i wielkością jest Bóg. Kiedy miłość, którą obdarzył nas Ojciec otaczamy naszych bliźnich, kiedy służymy im takim dobrem jakim sami zostaliśmy obdarowani przez naszego Tatę, wtedy stajemy się naprawdę wielcy. To postawa zawierzenia, ufności i uległości wobec Ojca czyni nas jego dziećmi. Promieniując miłością i dobrem otrzymanym od najlepszego Rodzica, dziecko-bozeuczymy innych prawdy o Królestwie Bożym i dajemy przykład prawdziwego szczęścia, które można odnaleźć tylko w Jego ramionach.

Panie, moje serce się nie pyszni
i oczy moje nie są wyniosłe.
Nie gonię za tym, co wielkie,
albo co przerasta moje siły.
Przeciwnie: wprowadziłem ład
i spokój do mojej duszy.
Jak niemowlę u swej matki,
jak niemowlę — tak we mnie jest moja dusza
(Ps 131).

Być dzieckiem Bożym to wielki dar wolności i pokoju, trwanie w Ojcu daje bezpieczeństwo i odsuwa nadmierną troskę, pozwala nam być sobą. Będąc szczerymi i spontaniczni wobec naszego Ojca wyzwalamy się z fałszu i poznajemy prawdziwy obraz samych siebie. Stawanie się dzieckiem to zadanie na całe życie, to codzienna świadomość oddawania swojego życia w Jego ręce i budowania z Nim ciągłej opartej na prawdzie relacji. Można powiedzieć, że to jedno z największych wyzwań jakie się przed nami pojawia, bo nie wystarczy wierzyć w to, że Bóg jest, trzeba przede wszystkim uwierzyć Jemu. Uwierzyć, że nasz Ojciec kocha swoje dzieci nieskończoną Miłością i pragnie dla nas prawdziwej radości. Nasza postawa nieustannego nawracania się jest właśnie ufnym oddaniem się Jego woli i wiarą w Jego Dobroć i Miłość, nawet wtedy, a może przede wszystkim wtedy, kiedy po ludzku dotyka nas wielkie cierpienie. Nasz Pan Jezus Chrystus jest dla nas prawdziwym obrazem Synostwa Bożego.

 

Katarzyna Janus

PIERWOTNIE TEKST  ZOSTAŁ OPUBLIKOWANY W MIESIĘCZNIKU „MISERICORDIA” SANKTUARIUM MIŁOSIERDZIA BOŻEGO W OŻAROWIE MAZOWIECKIM W CzERWCU 2015 ROKU

Chrystianizm i materializm

Z czasopisma „Przegląd Katolicki” nr 27, 6 lipca 1871, Warszawa

Bp Michał Nowodworski

Wszystkie wrogie chrystianizmowi doktryny: idealne, realne i realno-idealne, ustąpiły ostatecznie przed materializmem. Materializm stał się za dni naszych potęgą wielką, i ufny w tę potęgę, do otwartego już wystąpił z chrystianizmem boju, do walki na śmierć i życie. Widział jednak, że walki tej zwycięsko prowadzić nie zdoła w sferze prawdziwej nauki i ścisłej myśli, przeto wydrwił wszelką naukę, której skrzywić nie mógł do swojej służby, ścisłość logiczną rozumowania wyśmiał jak scholastyczną staroświecczyznę, odezwał się do niskich chuci człowieczych, i przywłaszczywszy sobie prawo dalszego prowadzenia ludzkości po drodze postępu, wypowiedział chrystianizmowi w imię światła, nauki, rozumu, swobody i powszechnego szczęścia, nieubłagany bój na polu życia społecznego. I wmówił w swoich wiernych, że wszystko , czym się szczyci cywilizacja nowożytna, jego jest dziełem, że chrystianizm przeszkadza ziemskiemu szczęściu człowieka, stawiając mu marę pozaziemskiego żywota, że Kościół, jak tamujące dalszy pochód rumowisko przeszłości, powinien być z drogi uprzątnięty i precz odrzucony. Sofiści tak skrzętnie chodzili wokół swego dzieła, tylu tajnych i jawnych, świadomych rzeczy i nieświadomych jej mieli popleczników, że obóz antychrystusowy wzmagał się ustawicznie. Całą wiedzę o stworzeniu, jaką zdobyły długie wieki pracy naukowej, obrócono przeciwko Stwórcy; dzieje przy pomocy sofistyki stały się spiskiem przeciwko Bogu. Sprofanowana nauka, sfałszowane dzieje zostały podstawami procesu, jaki zbuntowany rozum człowieczy wytoczył Panu swemu. W umysłach wielu osłabionych fałszem, proces ten został wygrany na rzecz zbuntowanego rozumu; tłum też ten mnogi, na pół oświecony, nieustannie propagandą materialistyczną nurtowany, zobojętniały w wierze, oglądający się wprawdzie jeszcze na tradycje przeszłości, obawiający się ostatecznych następstw doktryn, przyjętych przez siebie w zasadzie, ale nie mający ani ochoty, ani odwagi poddania się pod wymagania prawa chrześcijańskiego, skłaniał coraz przychylniejsze ucho ku tym mistrzom nowej mądrości, którzy ponętne dla pożądliwości ciała głosili zasady.

Kaznodzieje i pisarze chrześcijańscy walczyli niezmordowanie przeciwko coraz dalej posuwającemu swe zdobycze materializmowi; wołali do wielkich i małych, do uczonych i nieuczonych; przestrzegali ludzi dobrej woli, aby się mieli na baczności, aby opierali się odrywającemu społeczeństwa od Boga prądowi, którego końcem musi być ostateczny upadek moralny i ruina społeczeństwa.

Żarliwe kazania, uczone rozprawy przebrzmiewały bez skutku.

Z wysokości Kościoła od czasu do czasu dał się słyszeć głos surowej przestrogi, już to karcący towarzystwa tajne, spiskujące na wywrócenie chrześcijańskiego porządku społecznego, już to wytykające zgubne błędy czasu.

Na przestrogi te i upomnienia podniósł się z obozu antychrystusowego wielki krzyk oburzenia i naigrywania. Oburzano się i naigrywano z głosu Zastępcy Chrystusowego, jako głosu ciemności bezsilnej, pragnącej daremnie swymi zaklęciami powstrzymać postęp światła.

Ale niedługo rozległ się po wszystkich zakątkach cywilizowanego świata potężny głos faktów, usprawiedliwiający najzupełniej wyszydzane przestrogi i obawy. W stolicy świata cywilizowanego, tak gdzie postęp materialny objawiał się w najwyższej swej sile i potędze, gdzie niedawno wspaniałe stawiano mu świątynie i wielkie jego dni święcono, zapanowali ludzie, którzy w imię tych haseł, jakie im podały doktryny nowożytne, z rozbestwieniem, do jakiego tylko człowiek upaść może, rzucili się na najświętsze prawa społeczne i na najświetniejsze pomniki cywilizacji.

Nie naszą jest rzeczą rozpatrywanie wszystkich przyczyn tego strasznego ustępu dziejów; przyczyny polityczne pozostawiamy na boku, ale też w rzeczy samej podrzędną tylko grają one rolę w tym krwawym dramacie. Wytykamy tu tylko przyczynę jedną, ale najgłębszą, główną: odchrystianizowanie społeczeństwa przez materializm.

Wiemy, że bardzo wielu nauczycieli i wyznawców materializmu potępiało energicznie dzikie zbrodnie Komuny Paryskiej; przyznajemy im w tym zupełną słuszność, ale nie możemy przyznać konsekwencji logicznej.

Od dawna mistrzowie ci łudzili tłumy obietnicami dobrobytu powszechnego, od dawna pobudzali ubogich przeciwko bogatym, niższych przeciwko wyższym. Literatura popularna w dziennikach, dzienniczkach i broszurach, szydziła z rzeczy najświętszych, a wraz z wiarą podkopywała znaczenie wszelkiej powagi społecznej: bunt przeciwko chrześcijańskiemu porządkowi społeczeństwa był już w umysłach wielu; nic więc dziwnego, że przy nadarzającej mu się sposobności wystąpił w czynie straszliwym, ohydnym.

Wzdryga się już nie chrześcijańskie tylko, ale człowiecze nawet uczucie na wspomnienie tych zbrodni, jakimi ostatnia rewolucja paryska na­znaczyła swe krótkie panowanie; ale w oburzeniu tym oczy nasze od uczniów zwracają się ku mistrzom, którzy niczego nie zaniedbali, aby takich ludzi przygotować społeczeństwu.

Niedawne to czasy, świeże jeszcze w pamięci, jak owi maleńcy mistrzowie, przybierając postawę wielkich mężów nauki, pisanym i żywym słowem, silili się w młodzież i klasy robocze wlać przekonanie, że umiejętność nowożytna zrobiła to wielkie odkrycie i dowiodła jasno jak na dłoni, że nie ma ani Boga, ani duszy, że jest tylko materia, że człowiek jest jednym z rozlicznych przejawów materii, że myśl jest wytworem mózgu, jak żółć wytworem wątroby, że nie ma wolnej woli, że uczynki wszystkie, dobre czy złe, są koniecznym następstwem ślepych niezależnych od człowieka przyczyn, że sumienie jest tak dobrze wyrobem materii, jak myśl, żółć i ślina.

Doktryny te nie są nowe; rozsiewano je już przed wielką rewolucją francuską, zebrano z nich też żniwo piękne; ale propaganda zeszłowieczna nie może wytrzymać porównania z potęgą propagandy współczesnej.

Propaganda minionego wieku szerzyła się przede wszystkim w wyższych warstwach społecznych; współczesna sięgała we Francji do najniższych warstw ludu; w warsztatach, restauracjach, kawiarniach, karczmach, za pośrednictwem swoich dzienników i broszur, ustawicznie napastowała ona religię, bluźniła Bogu, szydziła ze wszystkiego co święte, i budziła najbrudniejsze namiętności człowiecze. Raport urzędowy komisji drobnego handlu księgarskiego podaje, że na 9 milionów książek sprzedanych w miastach, miasteczkach i wsiach francuskich za pomocą roznoszenia, książek niemoralnych przed 1862 r. było osiem milionów! Od tego czasu propaganda wzmogła się jeszcze silniej. Powstały specjalne pisma periodyczne dla szerzenia ateizmu jak: „Morale independante”, „Libre Conscience”, „Libre pensée”, „Revue du progrès”, „Revue positive”, „Rive gauche” itd.

Niektórzy z redaktorów tych dzienników zostali najbardziej czynnymi członkami Komuny.

Założyciele dziennika „Libre Pensée” w swoim prospekcie z 1864 roku otwarcie zapowiadali, że zakładają dziennik dla szerzenia ateizmu i materializmu, a zarazem prosili ks. biskupa Orleanu „o klątwę na ten prospekt i na redaktorów”.

Ateizm poczynał być już środkiem reklamy.

Prasa wykwintniejsza, dzienniki i przeglądy przeznaczone dla klas bardziej wykształconych, nie tylko nie hamowały tej niebezpiecznej propagandy, ale same dla niej swoje otwierały kolumny.

Trucizna fałszu tysiącami strumieni wnikała w umysły.

Jak dalece materializm przyjął się wśród młodzieży francuskiej i robotników, pokazały dwa głośne swego czasu zjazdy: studentów w Liège, i robotników w Genewie; ówczesne mowy były wstępnym słowem do przyszłej Komuny. Do tego przyszło, że robotnicy paryscy pytani o religię, z pychą odpowiadali, iż są pozytywistami.

Doktryny walczące tak zawzięcie przeciwko prawdzie, będącej najistotniejszą podstawą życia społecznego i postępu cywilizacji, musiały objawić się odpowiednimi skutkami i właściwe sobie przynieść owoce: krwawe rozdarcie życia społecznego, negację wszelkiej cywilizacji, i cofnięcie człowieka do najniższego stopnia zezwierzęcenia.

Komunardzi zamknęli i zrabowali kościoły, zamordowali spokojnych kapłanów, bo ich od dawna uczyła starszyzna literacka, że Kościół przeszkadza do szczęścia człowieka, do rozkosznego życia na ziemi, że świat dany człowiekowi do użycia, zamienia na ponurą dolinę łez i pokuty. Zresztą, jak Komuna cierpieć mogła istnienie Kościoła, skoro jej ojcowie nauczali, że „sama idea Boga jest niepostępową”, że „Boga jakiegokolwiek uważać należy za nieprzyjaciela publicznego”, że „idee zwane religijnymi, pod jakąkolwiek pokazujące się postacią, są przyczyną rozprzężenia w rodzinie i nieporządku w Państwie”. Wszakże już przed Komuną byli „ludzie czynu, solidarni, wolni myśliciele”, którzy wiązali się w towarzystwa obowiązujące do niewyznawania żadnej religii. Gdy ci „ludzie czynu” przyszli do władzy, literackie ich bluźnierstwa stały się aktami urzędowymi. Dekret Komuny na zamkniętych drzwiach parafialnego kościoła w Monmartre wywieszony, przypomina od dawna znane w literaturze tamtejszej frazesy: kościoły nazywają się tam „jatkami duchowego mordu” a księża „oszustami i ludźmi ciemności”. Nie szanowała Komuna własności publicznej ani prywatnej, bo najdziksze od dawna podawano ludowi pojęcia o własności. Ubożsi łatwo dawali się przekonać, że są okradani przez bogatszych. Wszakże już na zjeździe bazylejskim przed kilku laty oświadczyli zgodnie robotnicy francuscy i niemieccy, iż nie dbają o Boga, o Kościół i wiarę, że służyć będą każdemu, kto tylko zapewni im zniesienie własności.

Setki kobiet stanęły wespół z mężczyznami do zbrodniczych szeregów; powiadają nam nawet, że dzikością i okrucieństwem przewyższały one męskich swoich kolegów; wierzymy temu zupełnie, ale czyż od dawna nauczyciele „moralności niezależnej” nie uczyli, że niewiasta powinna wyzwolić się ze wszystkich uprzedzeń religijnych to jest, że wyzuć się powinna z wiary, ażeby być godną towarzyszką mężczyzny; czyż propaganda niemoralna nie zdzierała z niewiasty wszelkiego niewieściego wstydu, wywabiając ją z zacisza rodzinnego życia, i wpychając w wir wszystkich namiętności, wstrząsających nowożytnym społeczeństwem?

Pożogą i mordem kończyli burzyciele swoje panowanie, bo ramienia ich zbrodniczego nie powstrzymywał żaden głos sumienia, żadna zasada moralna. I jak mogło być inaczej, skoro propagatorzy francuscy niczego nie zaniedbali na zagłuszanie sumienia w ludzie i podkopywanie wszelkich zasad moralnych. Można łatwo wyobrazić sobie, jakim językiem przemawiali ludowi apostołowie materializmu, skoro filozof używający wielkiej powagi pomiędzy literatami francuskimi, w poważnym organie prasy paryskiej na dziewięć lat przed Komuną pisze: „Człowiek jest produktem jak wszystko, i dlatego ma prawo być takim, jakim jest. Wrodzona jego niedoskonałość jest równie naturalną, jak przejście zarodka w roślinę. A gdy tak jest, występek jest produktem. A to co się nam zdaje pogwałceniem prawa, jest wykonaniem prawa”. A dalej mówiąc o tych siłach nieprzepartych, koniecznych, „produkujących” przez człowieka cnotę lub występek, staje w obronie tego drugiego, i nie pozwala się nań oburzać, bo „któż by to śmiał oburzać się na geometrię żyjącą?”. Ohydne więc zbrodnie Komuny podług tej teorii, a jest to teoria nie jednego człowieka, ale całej szkoły pozytywnej, wszelakiej doktryny materialistycznej, były już wpierw usprawiedliwione; mordy i pożoga, jaką zionęła naokoło siebie, były „produktem” materii organicznej w człowieka-komunardę zorganizowanej, produktem takim dobrym jak każdy inny produkt, jak bohaterstwo żołnierza, jak poświęcenie świętego; były nie zgwałceniem, ale wykonaniem prawa. Filozofia pozytywna zawczasu osłoniła te zbrodnie i nie pozwala się na nie oburzać – bo któż by chciał być tak nierozsądnym, aby się oburzał na „żyjącą geometrię”!

Rozpatrując się w literaturze materialistycznej naszych czasów, jeden z katolickich pisarzy naszych pyta w goryczy ducha, „czy to jeszcze są ludzie, co piszą podobne rzeczy. I nie dla żartu to mówimy,  – dodaje tenże pisarz – że gdyby można sobie wyobrazić wilka lub małpę zdolne do pisania, nie wyższy ich byłby poziom umysłowy, a przede wszystkim nie inny cel ich pragnień. W którekolwiek czasy cofniemy się myślą, w jakąkolwiek epokę najgłębszego ludzkości upadku, nie napotkamy nigdy podobnych bezeceństw. Żaden pogański Grek ni Rzymianin w czasie zupełnego rozbestwienia się owych ludów, nie odważył się na coś podobnego”. Dlatego też doktryny te, wprowadzone w życie, tak ohydnymi wydały się całemu światu, który nie stracił jeszcze chrześcijańskich uczuć.

Paryski dziennik „Revue du progrès” pisał przed kilku laty: „Nie ulega wątpliwości, że zwierzęta można porównać z człowiekiem pod względem umysłowym. Niektóre małpy posiadają nawet więcej rozumu; orangutan np. ma rozsądek bardziej rozwinięty niż człowiek żyjący w stanie natury z Van-Diemenu”. Zwolennicy doktryny tego dziennika pokazali niedługo czynem, że człowiek w pośrodku Paryża żyjący dzikością swoją najdziksze zwierzęta przewyższać może.

Społeczeństwo europejskie wielką i opatrzną otrzymało przestrogę; szatański wybuch odkrył na chwilę przepaść, jaką gotuje społeczeństwu całemu nurtująca w nim propaganda materialistyczna. Materialiści-literaci będą się z oburzeniem wypierać solidarności wszelkiej z materialistami Komuny, szczególnie wówczas, gdy ta została zwyciężoną; ale wypieranie się takie w interesie własnym czynione, nie zaćmi oczywistego związku skutku z przyczyną. Nie przeczymy, że wielu z nich mogło uważać wybuch paryski za przedwczesny; wielu znów szczerze nie pragnęło wstrząsów, naruszających ich błogi pokój, bo byli materialistami dobrze się mającymi, a nie materialistami ubogimi, ale my też tu nie mówimy o osobistym usposobieniu tego lub owego materialisty, lecz o samej doktrynie, jako o prologu czerwonych dni Paryża.

Na zbrodnicze panowanie Komuny składały się lata antychrześcijańskiej propagandy.

Ex-karmelita bosy, głośny niegdyś kaznodzieja paryski innego jest zdania. Nie byłby pysznym apostatą, ażeby nie miał skorzystać z okoliczności, i wobec dymiącego pożarem i krwią Paryża nie rzucić swego słowa na Kościół. Dziwne zaprawdę zjawisko: ludzie nader krańcowych przekonań, ale dobrej woli, w wybuchu paryskim uznali skutki ateizmu, pozbawiającego człowieka wszelkiej podstawy moralnej w życiu, i dlatego wołają o poprawę, o zwrot do wiary; człowiek zaś, który dziś jeszcze chce uchodzić za religijnego, odkrywa światu drugie jeszcze źródło a mianowicie Kościół! „Co do Kościoła, powiada ex-zakonnik, i ten nie zrobił tego co powinien był zrobić dla praktycznego rozwiązania tych zadań”. Jakich zadań? Wpierw mówił o samorządzie gmin oraz o moralnym odrodzeniu klas robotniczych; więc dla tych to zdaniem jego zadań Kościół nic nie zrobił. Ale zapomniał ex-kaznodzieja karmelicki, że do Kościoła nie należy urządzanie administracyjne gmin, ani regulowanie materialnych stosunków klasy roboczej; a co do odradzania moralnego tej klasy, toż właśnie w tej pracy ustawiczną a ciężką ponosić musiał walkę z liczną falangą żarliwych propagatorów ateizmu. „Zamiast obietnic i nauk Ewangelii dla wydziedziczonych tej ziemi – pisze dalej ex-kaznodzieja – zapuszczano się w hałaśliwe echa prasy, zapuszczano się w gwałtowne rozprawy”. Dziennikarstwo katolickie we Francji musiało być mało znaczące wobec potężnej prasy antychrześcijańskiej; dla ex-kaznodziei jednak i tego było za wiele, choć sam skwapliwie słowa swoje puszcza na wszystkie echa prasy; dziennikarska obrona chrystianizmu przeciwko codziennym napaściom pisarzy bezbożnych tak go drażni, że nie widział już poza nią ogromnej, żarliwej pracy pasterskiej duchowieństwa francuskiego. Ex-karmelita poszedł drogą wręcz przeciwną pierwotnemu jego powołaniu, bo drogą pychy, i dlatego zaszedł tak daleko w swym zaślepieniu; koniec jego listu daje do zrozumienia światu, że Kościół jest odpowiedzialny za ostatnie zbrodnie paryskie, że on winien, iż lud paryski nie ma Boga, że on sprawił, iż lud ten „w Boga nie mógł uwierzyć a przede wszystkim Go ukochać”.

Gdyby ex-karmelita był powiedział, że pewna część kapłanów niespełnieniem swoich obowiązków, brakiem gorliwości i grzechami swojego życia zaszkodziła sprawie Chrystusowej, i tym sposobem pośrednio ułatwiła wrogom prawdy i porządku ich dzieło fałszu i zniszczenia, zdanie jego mogłoby być bolesne dla duszy katolickiej, lecz nie byłoby przeciwne prawdzie, znanej zresztą dobrze. Ale w piersi dumnego ex-zakonnika zanadto gorące wrą namiętności, ażeby mógł utrzymać się na drodze sprawiedliwego sądu; dla tego, który zakrwawił boleśnie pierś matki swojej Kościoła, potrzeba było na tę matkę, na ten Kościół, rzucić słowo krwawej zniewagi, i ohydną plamę dopatrzeć na tej przeczystej Oblubienicy Chrystusowej, o której Duch Święty mówi, iż cała jest piękną, i plamy w niej nie ma.

Gdy pod ciosami barbarzyńców północy waliło się stare imperium rzymskie, sofiści ówcześni nie chcieli przyczyny niemocy państwa i klęsk na nie spadających widzieć w moralnym upadku społeczeństwa rzymskiego, lecz upatrywali je w chrystianizmie. Gdy nowi, gorsi od dawnych barbarzyńcy, ze szkoły materialistów się wynurzający, grożą zupełną zagładą cywilizacji chrześcijańskiej, głos sofisty wskazuje znowu na Kościół jako na winowajcę. Różnica tylko ta, że wówczas poganie szkalowali obcą sobie nieznaną religię, której siła cywilizacyjna i ożywcza w społeczeństwie nie była jeszcze stwierdzona długą próbą wieków; dziś słowo oskarżenia i zniewagi wyszło od apostaty, który niedawno był apologetą Kościoła. Potwarz więc dzisiejsza nierównie cięższej złości i większego zaślepienia nosi znamię niż ówczesna.

Choćby więc do słowa ex-zakonnika przyłączył się cały chór materialistów, pozytywistów i ateistów, słowo to przebrzmi jak dźwięk marny. Komuna przestrzegła społeczeństwo, z jakiej szkoły jego wróg pochodzi, i gdzie szukać przeciwko niemu ratunku.

 

Socjalizm i komunizm potępiony przez papieży – Wydawnictwo Diecezjalne i Drukarnia w Sandomierzu, Sandomierz 2009

Włodawa

DSC01831 Wlodawa miasto 3 religii i kulturWłodawa to niewielkie miasteczko położone w północno-wschodniej części województwa lubelskiego. Leży na wysokim brzegu rzeki Bug stanowiącej granicę z Białorusią. Przez miasto płynie też rzeczka Włodawka. Dzięki położeniu nad rzeką Bug miasto rozwijało się jako ośrodek handlu i tranzytu.
Włodawa zwana jest miastem trzech kultur: Polaków, Rusinów i Żydów, również miastem trzech religii.
Z pewnością odwiedzający to miasto mogą podziwiać trzy świątynie: barokowy kościół św. Ludwika z klasztorem paulinów, cerkiew dawniej unicką teraz prawosławną Narodzenia NMP oraz dwie synagogi – Wielką i Małą oraz budynek dawnego kahału – siedziby gminy żydowskiej.
Zachowało się sporo domów drewnianych, tak rzadko już spotykanych w zabudowie miejskiej.
Zapraszamy do galerii.

Pokuta – Sakramentem Miłosierdzia

Rozważanie niewyczerpanej wielkości Miłosierdzia Bożego najlepiej zacząć od uświadomienia sobie głębi i skutków grzechu. Grzech jest powszechny w codzienności każdego z nas. Jest jednak lekceważony, spychany na margines a nawet wyśmiewany i wyszydzany. Wstydzimy się przyznać do grzechu czy błędu nawet przed samym sobą, odkładamy poprawę naszego postępowania w nieskończoność. Sami decydujemy co jest grzechem a co nie, lekceważąc nauczanie Kościoła i wybierając z niego to co nam odpowiada lub jest wygodne.
Grzech w ogólności jest przekroczeniem prawa Bożego: przez złą myśl, złe pragnienie, złe słowo, zły czyn lub przez zaniedbanie uczynku dobrego, do którego jesteśmy zobowiązani. Grzech śmiertelny jest świadomym i dobrowolnym przekroczeniem prawa Bożego w rzeczy ważnej. Jest zdeptaniem woli Bożej, buntem przeciw Bożemu panowaniu. Grzech jest wzgardą okazaną Bogu, wzgardą dla mądrości Bożej, wzgardą miłości Bożej, wzgardą świętości Bożej. Nieskończona jest godność obrażanego Boga i dlatego grzech jest tak wielkim złem. Człowiek jednak w swojej ułomności i pysze wartościuje zło. Próbuje umniejszać grzech rozróżniając mniejsze i większe zło lub uzależnia wielkość grzechu od ilości złych uczynków. Zapominamy, że obrażamy Nieskończonego Boga i każdy pojedynczy grzech jest Jego obrazą. Jest tak wielką obrazą, że jeden grzech położony na szali wagi przeważy wszelkie dobro wszystkich stworzeń.
Wszystko – oprócz grzechu – zostało stworzone przez Boga. Jest więc dobre, bo od Niego pochodzi. Grzech jest największym złem, bo nie pochodzi od Stwórcy.
Grzech jest tak wielką obrazą Boga, że tylko Bóg może go zgładzić swoją przelaną krwią. Najwspanialszym przejawem Bożego Miłosierdzia jest Zmartwychwstanie Pana Jezusa, które odkupiło nasze grzechy. Miłosierdzie Boże jest dostępne człowiekowi w Sakramencie Pokuty w każdym momencie jego życia. Ten sakrament jest najwspanialszym dziełem Bożego Miłosierdzia.
To człowiek musi wyjść naprzeciw Bożemu Miłosierdziu przyjmując ten sakrament.

pokutaPrzypowieść o synu marnotrawnym (Łk, 15, 11-32), który wziął od ojca przypadającą mu część i poszedł w świat gdzie stracił wszystko doszczętnie, pokazuje działanie Miłosierdzia w naszym życiu codziennym. Widzimy nędzę życia grzesznego człowieka w brudzie, chłodzie, głodzie i poniżeniu. Ostatecznie syn decyduje się wrócić do domu ojca. Postanawia rzucić się do nóg i prosić o przebaczenie oraz o zaliczenie w poczet chociażby najniższych sług. Widzimy jak wygląda Boże Miłosierdzie na przykładzie ojca witającego marnotrawnego syna. Ojciec ucieszył się wielce i kazał sługom ubrać syna w najkosztowniejsze ubranie i przygotować ucztę aby się weselić z odzyskania syna.
Tak samo Miłosierdzie czeka na każdego, który zgrzeszył. Każdy nasz grzech, którego całą ohydę, spustoszenie i nędzę poznaliśmy, jest nam odpuszczony przez Boże Miłosierdzie. Spowiedź jest tym co leczy skutki grzechu. Za każdym razem sakrament ten czerpie z Bożego Miłosierdzia i do niego się odwołuje. Tak wielkie jest Miłosierdzie, że w jednej chwili możemy obmyć się z brudu grzechu w Krwi Chrystusa. Wracamy do przyjaźni z Bogiem, odzyskujemy życie duszy oraz jej piękno, siłę, pokój i dawne zasługi. Boże Miłosierdzie w sakramencie pokuty przebacza tyle razy, ile razy człowiek z żalem wyznaje swoje grzechy. Przebacza wszędzie, przebacza natychmiast, gdy widzi prawdziwą skruchę, nie żądając wiele od duszy. Wystarczy skrucha i chęć poprawy by otworzyć Miłosierdziu naszą duszę i dać możliwość działania gdyż nie działa ono automatycznie, potrzebna jest nasza współpraca.
Konsekwencje i całe zło grzechu poznać można w opisie grzechu pierwszych rodziców. Pierwsi rodzice posiadali pełną harmonię duszy i ciała. W duszy panował błogi ład i spokój, ciało zaś, obdarzone nadto przywilejem nieśmiertelności, słuchało doskonale duszy, która wszystkie żądze trzymała na wodzy. Grzech zepsuł tę harmonię, zniszczył pierwotną sprawiedliwość, dary nadprzyrodzone i przywileje. Zepsucie weszło do natury człowieka. Wola osłabła i stała się bardziej skłonna do grzechu. Namiętności i zmysłowa pożądliwość wyzwoliły się spod władzy rozumu. Te skutki wzmacniają się i nawarstwiają po każdym grzechu.
Według św. Augustyna Pan Bóg wykonuje trojaki sąd nad grzesznikiem: sąd miłosierdzia na chrzcie św., sąd miłosierdzia i sprawiedliwości w sakramencie pokuty oraz sąd sprawiedliwości po śmierci i na końcu świata. Widać tu, że Miłosierdzie Boże działa i odnosi się tylko do naszego życia doczesnego. Po śmierci będziemy zdani tylko na Bożą Sprawiedliwość.

 

 

PIERWOTNIE TEKST  ZOSTAŁ OPUBLIKOWANY W MIESIĘCZNIKU „MISERICORDIA” SANKTUARIUM MIŁOSIERDZIA BOŻEGO W OŻAROWIE MAZOWIECKIM W KWIETNIU 2014 ROKU.

Nieposłuszny wyrostek

Cztery znaczenia wyrazu „ojciec”

Trzeci stopień nadużycia to młodzieniec nieposłuszny, przez co świat schodzi z drogi wskazanego przez rozum porządku. Jakże bowiem może liczyć na służebność dla siebie w podeszłym wieku ktoś, kto w młodości gardził okazywaniem posłuszeństwa wobec starszych.

Weszło to nawet w starożytne przysłowie, że nie będzie umiał rządzić taki, co przedtem odmówił komuś służebności. Dlatego to i Pan Jezus w czasie swego życia ziemskiego, gdy jeszcze nie doszedł do wymaganego prawem wieku nauczyciela, posłusznie spełniał polecenia rodziców (Łk 2,51). Zatem, jak od starców wymaga się trzeźwości i dojrzałości moralnej, tak od młodzieży słusznie wymaga się usłużności, podległości i posłuszeństwa. Dlatego to i w przykazaniach Prawa jako pierwszy obowiązek nakazana jest cześć ojca i matki (Wj 20, 12). Chociaż bowiem własny ojciec albo nie żyje, albo jest niegodny, to jednak jest dowiedzione, że aż do osiągnięcia dojrzałego i godnego wieku, synowie powinni darzyć ojcowską czcią jakiegoś żyjącego i jej godnego ojca.

Pismo św. mówi o ojcach w poczwórnym znaczeniu: ze względu na zrodzenie, ród, upominanie i wiek. O ojcu rodzonym mówi Jakub do Labana: „gdyby bojaźń ojca mego Izaaka nie była przy mnie, zabrałbyś wszystko, co moje” (Rdz 31, 4,2). Mówi się o ojcach rodu np. gdy Pan mówił z krzewu gorejącego do Mojżesza: „Jam jest Bóg ojców twoich, Bóg Abrahama, Bóg Izaaka i Bóg Jakuba”(Wj 3,6). O ojcostwie ze względu na upominanie i wiek mówił Mojżesz: „spytaj ojca swego, a oznajmi tobie; starszych twoich, a powiedzą ci” (Pp 32, 7).

Jeśli więc rodzony ojciec albo nie żyje, albo jest niegodziwy, wyrostek powinien być posłuszny upominaniem kogoś starszego. Bo jakże osiągnie cześć w starości, kto nie wytrzymał trudu dyscypliny w młodości? A nad czym człowiek pracuje, to będzie i zbierał. „Wszelkie karcenie na razie nie wydaje się przyjemne, ale smutne, potem jednak przynosi tym, którzy go doświadczyli, błogi plon sprawiedliwości” (Hbr 12,11). Jak więc nie będzie owoców na drzewie, na którym nie było pączków i kwiatu, tak i nie może osiągnąć w starości powinnej czci człowiek, który w młodości nie pracował nad zdobyciem jakowejś dyscypliny. A jakże można zdobyć dyscyplinę bez posłuszeństwa? Tak więc wyrostek bez posłuszeństwa jest zarazem wyrostkiem bez dyscypliny: ponieważ i samo posłuszeństwo, które jest matką wszystkich dyscyplin, wymaga wielkiego wysiłku, a miarę tego bierze od Chrystusa Pana, który z posłuszeństwa dla Ojca aż do śmierci, podjął się dobrowolnie zniewagi krzyża (Flp 2,8).

Krótkie moralia chrześcijańskie, redakcja naukowa Artur Andrzejuk, Warszawa-Londyn 2000

 

Samolubstwo – to grób

Dlaczego głowa twoja pochylona ku ziemi, dlaczego pogrążasz się w smutku? Cierpisz i zbyt wiele zastanawiasz się nad swoim cierpieniem. Uginasz się pod brzemieniem, które niesiesz samotnie: nikt dokoła ciebie nie spostrzega twoich łez i nawet niebo nie zsyła ci żadnej pociechy, bo źródłem twojego cierpienia jest samolubstwo.

Zamykasz się w samolubstwie, w samolubstwie tak subtelnym, że nawet go sobie nie wyrzucasz, a jednak samolubstwo to niweczy powoli wrażliwość duszy, tamuje jej szlachetne porywy, wyczerpuje siły; pogrążając się w sobie, zaczynasz zwolna obumierać, bo życie jest tam, gdzie miłość, gdzie czyn, gdzie poświęcenie!

 

W tych ponurych głębiach samolubstwa nie dochodzą już nawet do Ciebie wołania cierpień i nędz bliźnich. Tuż obok ciebie bliskie ci dusze żyją z dala od Boga… Przechodzą lata, mijają chwile sposobne, a ty nie zwracasz na to uwagi! Nie widzisz nic oprócz własnych przykrości, zawodów i udręczeń spotęgowanych pod działaniem twojej wyobraźni! A tymczasem, okazując twarz zawsze wesołą, można było dać tym ludziom pojęcie o dobroci Boga; można było dobrocią zjednać je sobie do tego stopnie, żeby mieć prawo odezwać się do nich słowem zbawienia.

 

Mówisz, że cierpisz z tego powodu, że wszystko odczuwasz silniej niż inni. Właśnie tacy ludzie skłonni są do najnędzniejszego samolubstwa. Czułość i dobroć to nie jedno i to samo: czułość prowadzi duszę do roztkliwiania się nad sobą – dobroć odrywa ją od siebie i oddaje bliźnim.

Czy lubisz rozmawiać z ludźmi o nich samych, dodawać im zachęty, dziękować im, współczuć z nimi, pocieszać ich? Żeby to robić z pożytkiem, nie wystarczy wysiłek; trzeba być do tego zdolny, a zdolność tę posiądzie jedynie ten, kto się wyrzeknie siebie.

 

Zbytnie zajmowanie się sobą jest jak gęsta mgła, która zakrywa wszystko przed oczami i przenika chłodem; sprawia ona, że nawet zło w sobie spostrzegamy nie tak wyraźnie. Potępiamy co prawda ciężkie winy, ale nie widzimy zaniedbań, uprzedzenia do innych osób, złych skłonności, wobec których wystarczy zachować milczenie, żeby się rozpanoszyły.

Biedna duszo, czy nie zdarza ci się, że nawet przystępując do Stołu Pańskiego jesteś tak zajęta sobą, że, przyjąwszy Jezusa, nie czujesz w sobie Jego obecności i nic Mu nie mówisz?… I czy też twoje strapienia nie pochodzą często z urażonej miłości własnej, czy nie są urojone, czy nie są w każdym razie przemijające? Tak czy inaczej, są to twoje osobiste strapienia, które wyczerpują zdolność do odczuwania cierpień innych.

 

Duszo, która należysz do Boga, która Mu służysz, która Go miłujesz, wyjdź z grobu, wyjdź z siebie samej, zmartwychwstań do nowego życia, zrzuć te więzy, które krępują twoje członki, odetchnij, otwórz oczy i spójrz wokół siebie: ile rzeczy pięknych, godnych pokochania, ile dobrego do zrobienia; oto otwiera się przed tobą całe życie zjednoczenia z Bogiem, pracy i poświęcenia dla ludzi; usłysz nareszcie Mój głos, który woła do ciebie: „Biedna duszo, pogrzebana w samolubstwie, wyjdź z grobu”.

Wg „Spowiedź – Przygotowanie do Sakramentu Pokuty”, Warszawa 2005

Niereligijny starzec

O dwóch rzeczach niestarzejących się w człowieku

Drugi stopień nadużycia to bezreligijny starzec, w którym członki człowieka zewnętrznego starzeją się, natomiast siły ducha: to jest członki człowieka wewnętrznego nie nabierają większej siły. Wypada bowiem, by ludzie starzy byli bardziej zainteresowani sprawą religii; bo przeżyty wiek kwiecisty mają już za sobą. Jak bowiem wśród drzew to nadaje się do odrzucenia, które po obfitym kwitnieniu nie daje ogrodnikowi dobrych owoców; tak i wśród ludzi ten bywa odrzucony, kto młodzieńczy wiek kwitnięcia ma już za sobą, a nie jest w stanie dać dojrzałych owoców dobrych uczynków w okresie zestarzenia się ciała. Cóż bowiem może być bardziej niedorzeczne niż umysł, który nie wysila się w dążeniu do doskonałości: gdy wszystkie zdolności cielesne zużyte starością zmierzają ku zamarciu – gdy wzrok ciemnieje, uszy z trudnością słyszą, włosy wypadają, twarz blednieje, ilość zębów wypadaniem zmniejsza się, skóra staje się sucha, oddech nieprzyjemny, pierś ogarnia duszność, kaszel staje się głośny i nagły, kolana drżą, a nogi i stopy puchną. Wszystko to przygniata.

Wszystkie te objawy wskazują na szybko zbliżającą się ruinę domu ciała. Cóż więc pozostaje staremu człowiekowi, jak pomyślenie o przygotowaniu się do bliskiego już życia przyszłego? Dla ludzi młodych koniec obecnego życia jest niepewny, dla starych świadomość odejścia z tego świata jest dojrzalsza.

Niechże więc człowiek czuwa nad dwiema częściami, które razem z ciałem nie starzeją się i całego człowieka ciągną ze sobą do grzechu, mianowicie serce i język. Serce niezmordowanie wymyśla nowe knowania i intrygi, zaś język niestrudzenie gada o tym, co wymyśliło serce. Niechże więc starzec strzeże się, by owe odmładzające się części nie wprowadziły zamieszania w całą jego harmonię i nie naraziły na śmieszność powagi reszty jego ciała sprawami bezsensownymi. Każdy bowiem człowiek powinien zważać na to, co jest godne dostojnemu wiekowi, by czynił to, co jego życia, jego wieku i jego stanowiska nie naraża na lekceważenie.

 

Krótkie moralia chrześcijańskie, redakcja naukowa Artur Andrzejuk, Warszawa-Londyn 2000

 

Mędrzec bez czynów

Jest to pierwsza cześć utworu znane również pod tytułem: „O dwunastu nadużyciach tego świata”, czasami w podtytule dodawano: „ Owe to 12 nadużyć zadusza sprawiedliwość. Oto jest 12 nadużyć, którymi koło wieków, jeśli się da nimi uwieść, jeśli sprawiedliwość nie uratuje – słusznym wyrokiem Bożym stacza się w mroki zagłady”. Autor nie jest znany – autorstwo przypisywano m. in.: św. Cyprianowi, biskupowi Kartaginy, św. Augustynowi biskupowi Hippony jak też św. Patrykowi apostołowi Irlandii. Zebrane zostały tu prawidłowości i zasady uporządkowanego i praworządnego życia zbiorowego. Spostrzeżenia mają swoje źródło w refleksji nad upadkiem Rzymu – dlaczego tak dobrze zorganizowane państwo jak Rzym przestał istnieć.

 

12-stopniPierwszy stopień nadużyć jest, jeśli mędrzec i głosiciel nie czyni dobrze, to znaczy nie wypełnia czynem tego, czego naucza mową. Słuchacze bowiem nie zechcą wykonać słów nauczanych, gdy zauważą, że czyny głoszącego są niezgodne ze słowami, które głosił. Albowiem nigdy powaga mówcy wywrze skutku, jak tylko wtedy, gdy w sercu słuchaczy utrwali ją świadczące o niej dobre działanie – zwłaszcza, jeśli nauczający popadnie w występne nałogi, a nie dba o leczenie swych ran lekarstwem pouczeń innego nauczyciela. Stąd i sam Pan w Ewangelii, pouczając uczniów aby dbali o to, by ich nauczanie szło w parze z dobrym działaniem, dał im takie upomnienie: „jeśli sól zwietrzeje, czymże się ją solić będzie?”(Mt 5,3). To znaczy: jeśli błądzi nauczyciel, jakiż inny nauczyciel zdolny będzie doprowadzić go do poprawy? oraz: ”Jeśli światło, które w tobie jest, jest ciemnością, jakże wielka będzie sama ciemność?”(Mt 6,23). Jeśli bowiem oko zaprzestanie spełniać czynności widzenia, któż będzie się mógł domagać, by tę czynność spełniały ręce, albo nogi, czy inne członki?

Niechże więc ci, co nauczają innych, zastanowią się, aby nie spotkały ich większe kary, gdyby spowodowali zatratę większej ilości ludzi. Bo i Salomon, gdy rozszedł się ze swoją wielką mądrością, samą własną przewiną zgotował ruinę całego królestwa narodu izraelskiego. Komu więc powierzono wiele, wiele utraci, jeśli nie wypełnia poprawnie zleconego mu obowiązku zarządcy. Komu bowiem dane jest więcej, więcej od niego się wymaga; a sługa, który znając wolę pana nie wypełnia jej, będzie chłostany większymi batami i srożej karany (Łk 12, 47).

Krótkie moralia chrześcijańskie, redakcja naukowa Artur Andrzejuk, Warszawa-Londyn 2000

Spotkałem się określeniem, że istotą liberalizmu jest brak związku pomiędzy tezami a działaniami. W dniu dzisiejszym jest coraz większe zezwolenie na funkcjonowanie takich „mędrców” w społeczeństwie.

 

Współczesne rozproszenia

Lekkomyślność i rozproszenie
Na pozór niby nic złego – jako przewinienie, rzecz drobna – jednak ogromna w skutkach.
Pobożność wymaga powagi, skupienia, czasu – trzech rzeczy, które lekkomyślność trwoni.
spowiedz-il-fkPrawdy Boże są osłonięte cieniem i zarysowują się w naszym umyśle dopiero po długim, powolnym wpatrywaniu się, podobnie jak przedmioty wychodzące na światło dnia o poranku. Co się tyczy wrażeń pobożnych, te są jedynie owocem długich wysiłków.
Rozproszenie to trwonienie tu i ówdzie swoich zdolności, czasu, aktywności, bez celu, bez owocu; to zrzeczenie się szlachetnej roli kierowania swym życiem, poddanie się pod jarzmo płaskich nawyków, zubożenie natury, a w końcu zupełna niezdolność do dwóch rzeczy niezbędnych w życiu: do skupienia i wysiłku.
Wada ta nie daje się pogodzić z gorliwością, wytwarza obojętność, a często niesmak.
A wystarczyłoby, żeby człowiek – bądź co bądź wrażliwy i szlachetny – pokonał swoją lekkomyślność! Odkryje wówczas nieznane światy: Boga i niebo, Jezusa i serdeczny z Nim stosunek, Maryję z całą Jej tkliwością… Żyłby, podnosił się, rozwijał uszlachetnione uczucia… Zapewnił sobie – w długim może życiu – pokój, godność.. Byłby użyteczny dla innych… Oszczędziłby sobie także próżnych żalów, jakie w przyszłości będzie musiał przeżywać, bo świeżość wrażeń, giętkość natury i ogień pierwszego zapału, raz stracone, nie wracają nigdy!
Ukochajmy chwile milczenia… Wprowadzajmy milczenie do duszy. Próbujmy wprawiać się w rozmyślanie. Jak najczęściej zwracajmy się do Boga. W naszych stosunkach z ludźmi, umiejmy się trzymać w panowaniu nad sobą; umiejmy do niego wracać, gdy je stracimy. Nie przejmujmy się zmiennością naszych wrażeń; to nie one, ale świadomie działająca wola stanowi naszą istotę moralną. Bądźmy cierpliwi sami z sobą; nim jakiś stan zdoła się utrwalić, zmiany są do przewidzenia; unikajmy przywiązania do naszych wad, nie przestając walczy z nimi, umiejmy je znosić.

Wg „Spowiedź Przygotowanie do Sakramentu Pokuty”, Warszawa 2005

 

Dla ludzi, którzy od dziecka nie rozstawali się z multimediami, tradycyjne, analogowe formy komunikacji wydają się ułomne, nużące, za wolne. Kultura cyfrowa nie uznaje bowiem logiki i ciągłości, nudzą ją narracje. Jest to kultura nadmiaru, budowana niczym patchwork z epizodów, cytatów, anegdot. Nie muszą one opowiadać klasycznych historii posiadających początek, rozwinięcie i jakiś finał. Tu każdy element jest równie ważny. I każdy może być z innej beczki. Świat jest dla użytkowników nowych mediów wielką bazą danych rozsianych po tysiącach serwerów i dysków. Czyta się je w biegu, ogląda w kilku okienkach otwartych na ekranie komputera, mając jednocześnie na uszach słuchawki z muzyką lub włączonym radiem. Swobodny dostęp do informacji jest więc kwestią zasadniczą. Licencję na ich selekcjonowanie i upowszechnianie każdy nastolatek nosi w tornistrze… albo tak mu się wydaje. Może ciuch, którym chce zwrócić na siebie uwagę, musi być markowy, ale informacja niekoniecznie. Oczywiście nie jest zupełnie obojętne, skąd ona przychodzi, wystarczy, by autoryzował ją ktoś, do kogo mamy zaufanie. Zbiorowym autorytetem bywa tu najczęściej mniejsza lub większa (Facebook) grupa przyjaciół.

Mity czwartej władzy, Piotr Legutko, Dobrosław Rodziewicz, Poznań 2010

Z tych dwóch cytatów widać gdzie współczesny człowiek ma problem w dotarciu do Boga. Bóg jest wszechmocny i nie ma dla Niego żadnej trudności, żadnych problemów z realizacją swojej woli, z dotarciem do każdego z nas. Natomiast dla ludzi usłyszenie Boga, otwarcie się na Jego wolę wymaga wysiłku, pracy, czasu oraz skupienia. Czas i skupienie są w dzisiejszych czasach bardzo deficytowe i bardzo wiele rzeczy domaga się naszego zainteresowania a przez to utrudnia poznanie siebie i drogi do Boga.

Martyrologium Rzymskie na 25 grudnia

Dnia 25-go grudnia. W 5199 roku od stworzenia świata, kiedy Bóg utworzył z początku Niebo i ziemię; w roku 2957 od Potopu; w 2015 roku od narodzenia Abrahama; w 1510 roku od Mojżesza i od wyjścia ludu izraelskiego z Egiptu; w 1030 roku od namaszczenia Dawida na króla; w sześćdziesiątym piątym tygodniu po proroctwie Daniela i w sto dziewięćdziesiątej czwartej Olimpiadzie; w 752 roku od zbudowania miasta Rzymu; w czterdziestym drugim roku panowania Oktawiana Augusta, kiedy ziemia pogrążona była w pokoju, w szóstej epoce świata, wtedy to Jezus Chrystus, odwieczny Bóg a Syn Ojca przedwiecznego, chcąc świat uświęcić Swym łaski pełnym przybyciem, poczęty został z Ducha św. i w dziewięć miesięcy po Swym poczęciu w Betlejem ziemi Judzkiej narodził się jako człowiek z Maryi Dziewicy: Narodzenie Pana naszego Jezusa Chrystusa.

http://msza.net/i/martyrologium-1225.html

Bitwa pod Komarowem 1920 roku

DSC06581 bitwa pod Komarowem wizytowka95 lat temu ostatniego sierpnia pod Komarowem na Zamojszczyźnie została rozbita konna armia Siemiona Budionnego. Po cudzie nad Wisłą 15 sierpnia, konnica rosyjska wyruszyła 25 sierpnia spod Lwowa na pomoc armii Tuchaczewskiego.Po nieudanym oblężeniu Zamościa skierowała się na południowy –wschód. Napotkała w Wolicy Śniatyckiej koło Komarowa polskie oddziały kawalerii. Siły były nierówne. Niektóre źródła podają, że polskie oddziały liczyły ok. 1500 żołnierzy a sowieckie ok. 4000.

Mordercza bitwa na wzgórzach trwała cały dzień. Szarża polskiej kawalerii przy zachodzącym słońcu przesądziła o zwycięstwie polskich ułanów.

Zapraszamy do galerii zdjęć z rekonstrukcji największej bitwy kawaleryjskiej wojny polsko-bolszewickiej 1920 roku.

Objawienia w Guadelupe

Matka Boża objawiła się azteckiemu chrześcijaninowi w 1531 roku w dniach 9-12 grudnia. Był to czas wielu znaczących wydarzeń w świecie. Minęło zaledwie 14 lat od ogłoszenia 95 tez Marcina Lutra. W tym czasie, za sprawą herezji Lutra, w Europie wystąpiło z Kościoła Katolickiego 5 milionów wiernych, jego zwolenników. Dzięki objawieniom w Guadelupe wstąpiło do Kościoła Katolickiego 10 milionów Indian, mieszkańców dwóch kontynentów amerykańskich.

Juan-DiegoMisjonarze przybyli do Meksyku w roku 1524. Byli to franciszkanie a w dwa lata później dominikanie. Mimo ciężkiej pracy ewangelizacyjnej efekty były mizerne. Natomiast w ciągu siedmiu lat po objawieniach nawróciło się osiem milinów Meksykańczyków. Matka Boża objawiła się Juanowi Diego Cuauhtlatohua – imię azteckie znaczyło „ten, który mówi jak orzeł”. Indianin imiona Juan Diego otrzymał na chrzcie świętym w roku 1524. Miał on szczególne nabożeństwo do Matki Bożej i codziennie wędrował przez góry do odległego o 15 km kościoła na Mszę św. To właśnie w drodze na maryjną mszę wotywną Juan Diego spotkał na wzgórzu Tepeyac oczekującą na niego Najświętszą Maryję Pannę. „Śliczna Pani” jak Ją nazwał Juan Diego przedstawiła mu się jako „Maryja Dziewica Matka Boga” i poleciła przekazać biskupowi przesłanie, iż pragnieniem Matki Boga jest aby na wzgórzu Tepeyac powstała świątynia ku Jej czci. Biskup Zumárraga nie potraktował posłańca poważnie sądząc, że są to rojenia pobożnego Indianina. W trakcie kolejnego spotkania 10 grudnia biskup zażądał dowodu na to, że objawienia te są prawdziwe. Wczesnym rankiem 12 grudnia Juan Diego szedł do kościoła aby przyprowadzić księdza do umierającego wuja. Matka Boża sama wyszła na jego spotkanie mimo tego, że zmienił swoją trasę wędrówki. Zapewniła go, że jego wuj jest zdrowy i nie grozi mu śmierć. Następnie poleciła wejść na wzgórze i nazrywać świeżych kwiatów, które ma zanieść do pałacu biskupiego jako dowód prawdziwości objawień. Gdy Juan Diego wysypał z wierzchniego okrycia (zwanego tilma) przyniesione kwiaty, obecni ujrzeli na płaszczu wizerunek Niewiasty o rysach Meksykanki, która wyglądała tak jak Ją wizjoner opisywał.

Już dnia 24 grudnia 1531 roku była postawiona w miejscu objawień kaplica, do której w uroczystej procesji przeniesiono wizerunek na tilmie.

Juan Diego zamieszkał w pobliżu kaplicy i do końca swojego życia posługiwał nieprzeliczonym rzeszom przybywających pielgrzymów. Zmarł w roku 1548 i został pochowany w kaplicy, o którą tak dbał.

Treść, przebieg oraz fakty i daty dotyczące objawienia zostały zachowane dla kolejnych pokoleń dzięki azteckiemu notablowi o imionach Antonio Valeriano, który będąc bratankiem Montezumy, ostatniego władcy Azteków, był przyjacielem zarówno biskupa Zumárragi jak i Juana Diego. Spisał on rozmowy jak i podstawowe okoliczności objawień w azteckim języku nahuatl.

Oprócz spisanej słowami relacji pozostał jeszcze wizerunek na tilmie. Cudowny wizerunek, „nieludzką ręką zrobiony”, jest ikoną czytelną dla Hiszpana ale również niesie wiele treści dla Azteków. MB-GuadelupeDla Meksykanów tilma to nie tylko płaszcz, okrycie konkretnego właściciela ale symbol całego indiańskiego ludu. Niebieski kolor płaszcza to symbol władzy, złożone ręce świadczą, że Osoba z wizerunku nie jest boginią, ale oddaje hołd komuś większemu. Stoi na księżycu, co oznacza, że bóstwa słońca, księżyca, gwiazd zostały zdetronizowane, a symbolika kwiatów mówi Meksykanom, że ofiary z ludzi są już niepotrzebne.

Azteckie słowo „coatlaxopeuh”, które znaczy kamienny, zdeptany wąż jest wymawiane jak „quatlasupe” i brzmi jak hiszpańskie Guadelupe. Określenie wizerunku „Święta Maryja z Guadelupe” jest odczytywane przez Indian jako „Ta, która depcze węża”. Aztekowie szybko zrozumieli, że Matka Boża jest tą, która pokonała ich straszliwego boga czczonego pod postacią upierzonego węża (quetzalcoatl), któremu składano ludzi w ofierze. „Kwiat życia” na jej tunice świadczy o nowym życiu, jakie Ona nosi w swoim łonie.

Indianie oglądający cudowny wizerunek od razu zwracali uwagę na postać anioła z rozpostartymi rękoma znajdującego się u stóp Maryi. Jest uderzające podobieństwo Juana Diego z najstarszych zachowanych portretów z obliczem anioła podtrzymujące szaty Matki Bożej z Guadelupe. Twarz tego anioła jest również podobna do twarzy Juana Diego odbijającego się w źrenicy oka na obrazie Matki Bożej z Guadelupe. Obecność jego na tym obrazie świadczy, że grzeszna przeszłość nie jest przeszkodą do nawrócenia. Osoba Juana Diego jest bardzo poważana przez jego rodaków, o czym może świadczyć błogosławieństwo matek wypowiadane nad swymi dziećmi: ”Niech Bóg potraktuję cię tak, jak potraktował Juana Diego!”.

Do czasu objawień misjonarze chrzcili przeważnie niemowlęta oraz osoby umierające. Po 12 grudnia 1531 roku każdego dnia tysiące Indian zgłaszało się z prośbą o chrzest. Są zapiski księdza, który podaje, że zdarzało się mu udzielić chrztu nawet 6 tysiącom osób dziennie. Inny podaje, że w ciągu pięciu dni ochrzcił 14200 Indian. Do chwili objawień mieszkańcy Ameryki byli niechętnie nastawieni a nawet wrodzy w stosunku do chrześcijaństwa, po roku 1531 nawrócili się masowo i spontanicznie.

W roku 1990 w Bazylice Matki Bożej z Guadelupe w Mexico City Juan Diego został ogłoszony błogosławionym Kościoła Katolickiego.

Matka Boża z Guadelupe jest patronką ruchów obrony życia. Wynika to z faktu, że objawiła się Juanowi Diego w stanie brzemiennym. Wskazówką może być wysoko zawiązana szarfa oraz lekko zaznaczone łono. Poniżej końców szarfy widoczny jest niewielki czterolistny kwiat – Kwinkunks. Jest to „kwiat słońca” który mówił Indianom, że narodziło się dla nich Słońce, że nastał czas nowego Życia.MB-Guadelupe2

 

PIERWOTNIE TEKST BYŁ OPUBLIKOWANY W MIESIĘCZNIKU „MISERICORDIA” SANKTUARIUM MIŁOSIERDZIA BOŻEGO W OŻAROWIE MAZOWIECKIM W GRUDNIU 2014 ROKU.

Religia Kanta

W zeszłym wieku (tj. w XVIII), kiedy ilość zarozumiałych głów przekładała się na wielość różnych tłumaczeń Pisma Świętego, pojawił się osobliwy człowiek i zaprezentował swój wykład nauki moralnej, która obok siebie nie dopuszcza wiary. Był to Emmanuel Kant (zm. W 1804r.), profesor filozofii na Uniwersytecie Królewieckim w Prusach. Będąc wychowanym wśród wolności sumienia nakierowanej na wszystko, wydał nieodrodne owoce od swojego szczepu, z którego wyszedł. Pobudzony rządzą zdobycia sławy, umyślił szukać jej w nowości, dosyć szczęśliwy, według swojego zdania, że trafił na błąd, którego nikt przed nim przynajmniej jawnie nie odważył się nauczać i popierać. Dumny ze swoich pierwszych sukcesów, ogłosił w swych pismach, że pokaże dokąd rozum ludzki zdoła sięgnąć swoim objęciem. Uwielbiany i naśladowany przez wielu, usiłował postawić na gruzach starej prawdy nowy błąd i kłamstwo. Swoje rozumienie Pisma Świętego nazwał moralnym i oparł je na tych niby niewzruszonych zasadach:

  1. Zmysły są jedynym sposobem, przez który rozum może przekonać się o istnieniu i własnościach rzeczy; do czego zmysły nie dojdą, tego rozum nie może twierdzić z pewnością.
  2. Rozum w religii nie może mieć ani udziału, ani zasługi; wszystkie zatem rzeczy, które należą tylko do rozumu, i w zgłębianiu których na próżno się on wysila, nie mają żadnej wartości.
  3. Wszelka religia polega tylko na przyzwoitych i uczciwych obyczajach, tę zaś uczciwość nabywa się przez cnoty towarzyskie, którymi kojarzą się i utrzymują związki społeczeństwa.

Położywszy te zasady wnosił:

– Iż tylko nauki przyrodzone, oparte na doświadczeniu zmysłowym, mają niezawodną pewność. Reszta, gzie rozum musi badać albo upokarzać się przed powagą Objawienia, jest zajęciem niegodnym człowieka i wprost przeciwnym jego szlachetnemu przeznaczeniu.

– Prawdy podane w Piśmie Świętym do wierzenia rozumowi, jeżeli nie dają naciągnąć jakimś sposobem do ukształtowania woli i poprawy obyczajów, można je odrzucić chociażby były najściślej przykazane.

Takie są jego zasady, dążące wprost do usunięcia wszelkich tajemnic z religii, tak dalece, że nawet sam Syn Boży, u tego bezbożnika, nie był czymś innym, jak tylko pięknym pomysłem i zebraniem towarzyskich cnót, wystawionym w myśli na kształt osoby miłej Bogu. Gdy zaś do tłumaczenia Pisma Świętego tylko sam rozum wyznacza, i jeszcze tak go ogranicza, aby zgoła nic nie stanowił, nic nie wnioskował, o czym by się wpierw przez zmysły nie przekonał, któż tu nie widzi, że tym jednym zamachem dąży do zniweczenia prawd odwiecznie utrzymywanych między wszystkimi narodami? Bo któż chwyciwszy się tej zasady, będzie jeszcze chciał wierzyć, tak jak zawsze wierzono, w nieśmiertelność duszy, w wieczne nagrody i kary, w Boga albo wprost przez siebie, albo przez posługę aniołów, objawiającego ludziom swoją wolę, gdyż o tym rozum jego ani oko, ani ucho, ani żaden inny zmysł przekonać nie jest w stanie.

Zatem Kant, Emmanuel z imienia, co znaczy „Bóg z nami”, jest czystym bezbożnikiem, i zdaje się nosić to piękne imię tylko dlatego, żeby ciągle sprzeciwiać się Bogu swoimi szkaradnymi błędami. Wszakże pomimo to, że wytyczył prostą drogę do zagłady Bóstwa, do zniszczenia religii i do zhańbienia rozumu, wzbudził jednak w wielu podziw. Poszły za jego nauką szkoły, akademie, towarzystwa uczone, uważno go za wielkiego mędrca, chwalono jego przenikliwość i głębokość rozumu, i jeszcze dziś o jego zasługi w świecie uczonym spór wiodą. Jakby było trudno ocenić stopień nagrody dla tego, który zamienił Boską cześć w towarzyską korzyść, wymyślił religię bez wiary, uwięził rozum w ciemnych granicach zmysłów i wskazał drogę do życia rozpustnego.

To są smutne obłąkania, które Bóg dopuszcza na odszczepieńców od Kościoła rzymskokatolickiego, że nigdy nie mogą utrzymać jednomyślności między sobą. Przed trzema wiekami w Wittenberdze i w Genewie wiara zastępowała wszystko, a dobre uczynki zgoła nie były potrzebne do zbawienia, zaś za czasów Kanta uczynki i cnoty towarzyskie w Królewcu stanowiły całą religię, a wiara na nic się nie zdała.

Wzdryga się zdrowy rozum na bredzenie, których nawet pogańscy filozofowie dopuścić nie śmieli, jak widać z ich wyroczni i tajemnic. Ale (powie ktoś) za mędrcem naszym stoją wyroki Pisma Świętego, gdzie tyle przekazów jest o dobroczynności, o wspólnej zgodzie, o darowaniu uraz. Tak jest, te wykonać trzeba, lecz i czego wiara nas uczy – nie zaniedbywać. Inaczej byłoby to podobnie jak z tych słów Chrystusa: „Nie sądźcie a nie będziecie sądzeni”(Mt 7,1) wnosić, że do wiecznego uszczęśliwienia się dosyć jest unikać płochego posądzenia, a zabójcom, cudzołożnikom, niedowiarkom niebo obiecywać, dokąd ich jednak sam Chrystus nie dopuszcza (Ap 22,15). Wyroki Pisma Świętego nie są więc wszystkie zamknięte w jednym punkcie, ale są podzielone na te, w które potrzeba wierzyć i te które wypełniać koniecznie potrzeba. Bo jeżeli nam zalecono „abyśmy przez dobre uczynki pewne czynili wybranie nasze” (2 P 1,10) tedy również przykazano, „żebyśmy podbijali wszelki rozum pod posłuszeństwo Chrystusowe”(2 Kor 10, 5).

Skoro więc chcemy trzymać się takiej religii, jaką Chrystus ustanowił i podał przez Ewangelię, tedy powinniśmy niezbędnie wierzyć w to, co Ewangelia ta podaje nam do wierzenia. Wyraźnie bowiem Chrystus rzekł: „Przepowiadajcie Ewangelię wszelkiemu stworzeniu, Kto uwierzy i ochrzci się, zbawiony będzie, a kto nie wierzy, będzie potępiony”(Mk 16, 15). I św. Paweł też naucza: że „bez wiary niepodobna jest podobać się Bogu”(Hbr 11, 6). Cały człowiek jest obowiązany czcić Boga, bo cały przez Niego jest stworzony; a zatem i rozum swój powinien uniżyć przez Jego Boskim Majestatem. To zaś dzieje się dopiero wtedy, gdy się wierzy w to, czego się nie widzi się i rozumem nie pojmuje. „Bo wiara jest gruntem tych rzeczy, których się spodziewamy, wywodem rzeczy niewidzialnych”, mówi św. Paweł (Hbr 11, 1). Religia Kanta niby to bez wiary wyciągnięta z Ewangelii, nie jest religią Chrystusa, ale Kanta. A że pozwala każdemu żyć według własnych upodobań, doszło do tego, że znalazła wielu stronników, wśród tych, którym smakuje bydlęce życia.

 

Ks. Franciszek Pouget

 

„Protestantyzm potępiony przez papieży”; Wydawnictwo Diecezjalne i Drukarnia w Sandomierzu; Sandomierz 2012

 

Piekło istnieje naprawdę

Istnienie piekła jest dogmatem wiary. Negowanie czy też wątpienie w jego istnienie jest grzechem. Jest to negowaniem Bożego ładu w porządku stworzenia. Prawda o wiecznej karze potępionych jest ściśle powiązana z innymi prawdami wiary takimi jak upadek człowieka, Wcielenie i Odkupienie. Jaki byłby cel przyjścia Zbawiciela na ziemię gdyby nie było piekła? Po co cierpienie i ofiara na Krzyżu? Brak wiecznego piekła oznacza, że możemy sami, swoimi zasługami dostąpić zbawienie, że możemy w jakimś tam czasie skończonym to osiągnąć. Zanegowanie piekła prowadzi do odrzucenia Boga-Człowieka i Jego misji a w konsekwencji do odrzucenia Objawienia i samego Boga.pieklo

Jeśli nie ma piekła nie ma ładu moralnego.

Podstawą i fundamentem ładu moralnego jest rozróżnienie dobra i zła. Różnią się one między sobą co do celów jakie sobie stawiają jak i różne są ich konsekwencje. Jeśli usuniemy karę wiecznego cierpienia to w ostatecznym rozrachunku występki, podłości jak i cnoty czy zasługi będą prowadzić do tego samego celu. Okaże się wtedy, że każdy, postępujący w dowolny sposób, czy był narzędziem zła, czy też był siewcą dobra, osiągnie zbawienie.
W dniu dzisiejszym popularnym jest twierdzenie, że piekło istnieje, ale jest puste. Jest to tylko pewna odmiana zaprzeczenia istnienia piekła. Jeżeli piekło miałoby być puste, to znaczy, że nie ma znaczenia jak człowiek postępuje w życiu doczesnym gdyż kara wieczna go ominie. Miłosierdzie Boże samo przez się nie ratuje z każdego grzechu i nie znosi kar piekielnych. Mający wolną wolę człowiek musi się do niego odwołać.
Piekło jest dalszym ciągiem grzechu śmiertelnego. Jest przeniesieniem tego grzechu przez próg śmierci do wieczności. Grzech ciężki, śmiertelny jest dobrowolnym i świadomym odwróceniem się od Boga jako celu ostatecznego i postawieniem dóbr materialnych jako celu życia. Do momentu śmierci zawsze możemy zawrócić z błędnej drogi. Umierając z ciężkim grzechem na sumieniu odrzucamy Boga na całą wieczność. Stan naszej duszy w chwili śmierci jest wyznacznikiem naszej wieczności. Po śmierci nie ma możliwości nawrócenia się, zmiany postępowania, odrzucenia grzechu. Dla grzesznika, po śmierci Bóg jawi się jako wróg i dlatego pała on ku Niemu nienawiścią. Jedynym jego pragnieniem jest zwalczać Boga na wszelkie sposoby. Grzesznik woli przebywać w piekle gdyż nie ma tam Boga, nie musi Go znosić. Jednak świadomość Jego istnienia, jak i utraty na wieczność przygotowanego miejsca w niebie, jest źródłem kolejnych mąk.
Grzesząc, człowiek postępuje przeciwko przykazaniom jak również wbrew rozumowi i naturze. Bóg jest naszym celem, oglądanie Go w wieczności jest szczęściem wiecznym. Grzech powoduje, że cel ten staję się nieosiągalny gdyż jedną z kar piekielnych jest brak nadziei na zbawienie, jest to pewność, że Boga już nigdy nie zobaczymy. Natura ludzka wszelkimi siłami dąży do szczęścia, pragnie ładu a w piekle dusze wiedzą, że tego nie będzie nigdy i w żadnym przypadku. Grzech ciężki jest czynem fizycznie skończonym, ale moralnie nieskończonym, jest winą nieskończoną, ponieważ jest obrazą nieskończonego Majestatu Bożego; dlatego też kara jest nieskończona – nie pod względem intensywności – ale jest wieczna pod względem trwania.
pieklo2Najbardziej znaną karą dla dusz potępionych jest ogień piekielny, ogień wieczny. Kara ta nie jest żadną przenośnią ani metaforą: „Idźcie precz ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego aniołom!” (Mt 25, 41). Natury tego ognia nie znamy ale opierając się na objawieniu możemy powiedzieć, że jest on podobny do ognia ziemskiego. Ogień ziemski trawi i niszczy materię, ogień wieczny trawi duszę ale jej nie niszczy. Dusza jest nim palona przez całą wieczność ale nie jest niszczona. Grzechy są dla tego ognia jakby paliwem, tym co daje intensywność jego palącemu działaniu. Dusze, które za życia nie chciały poddać się Bogu a poddały się zmysłom czyli materii teraz muszą cierpieć również na sposób podobny do cierpień materialnych.
To nie Bóg „wymyślił” ogień piekielny. Należałoby powiedzieć, że ogień ten jest dziełem samego grzesznika gdyż jest on naturalnym wynikiem grzechu, przez który człowiek duszę swoją poddaje pod panowanie zmysłów i materii.
Grzechy są naszym balastem duchowym, jeśli ich nie „zostawimy” na ziemi, nie uwolnimy się od nich w życiu doczesnym to pociągną nas na wieczność w otchłań piekła.
Z chwilą śmierci kończy się czas, dusza przechodzi od „zanurzenia” w czasie do wieczności. Trudno jest nam sobie wyobrazić świat bez czasu, czyli wieczne „teraz”, gdy nie ma wczoraj ani jutro, gdzie zawsze jest teraz. Gdy jest „teraz” to nie ma możliwości zmiany naszego życia gdyż do tego potrzebny jest czas, dlatego chwila śmierci jest tym momentem, w którym wchodzimy do wieczności i ta chwila określa, jest podstawą naszego życia duchowego. Boże Miłosierdzie nie ma tu już zastosowania, gdyż nie ma możliwości zmiany naszego „punktu wejścia” czyli chwili śmierci i tego jak byliśmy do niej przygotowani. pieklo3Przebaczenie i okazanie miłosierdzia duszom potępionym byłoby zaprzeczeniem Bożych darów, gdyż posiadamy wolną wolę i decyzją grzesznika jest wybór piekła i odwrócenie się od Boga.
Jest nauką wiary, że kary potępionych są różne i odpowiadają ciężkości winy. Im bardziej człowiek za życia odwrócił się od Boga, im większa jest jego zatwardziałość w złym, im większa nienawiść do Boga, tym bardziej przeżywana jest utrata Boga.

Tak jak sprawiedliwego czeka szczęście i życie wieczne tak przeznaczeniem grzesznika jest wieczna męka i potępienie.

„I pójdą ci na mękę wieczną, sprawiedliwi zaś do życia wiecznego” (Mt 25 46).

 

PIERWOTNIE TEKST BYŁ OPUBLIKOWANY W MIESIĘCZNIKU „MISERICORDIA” SANKTUARIUM MIŁOSIERDZIA BOŻEGO W OŻAROWIE MAZOWIECKIM W LISTOPADZIE 2014 ROKU.