Jałmużnik Warszawy

Błogosławiony Adalbert (Wojciech) Kopliński urodził się 30 lipca 1875 roku w Debrznie, które wtedy należało do Cesarstwa Niemieckiego a dziś jest w województwie pomorskim. Jego ojciec Lorenz (czyli Wawrzyniec) Koplin był zgermanizowanym Mazurem wyznania katolickiego, natomiast matka była protestantką. Miał jedenaścioro rodzeństwa. W Debrznie ukończył gimnazjum i wstąpił do zakonu. W dzieciństwie poważnie zachorował i ślubował, że jeżeli wyzdrowieje to wstąpi do zakonu. Wybór jego padł na zakon Braci Mniejszych Kapucynów. W roku 1893 wyjechał do Alzacji gdyż wtedy, w Prusach, wszystkie klasztory kapucyńskie zostały zlikwidowane. W zakonie przyjmuje imię Anicet (Niezwyciężony) i w roku 1900, w dzień Wniebowzięcia NMP otrzymuje święcenia kapłańskie. Następnie przebywa w Nadrenii i Westfalii gdzie ma styczność z Polakami tam pracującymi. Był doskonałym kaznodzieją, ze znajomością oraz lekkością wyjaśniał zawiłe prawdy wiary. Kochał poezję i pisał wiersze. Posiadał rozległą wiedzę historyczną i pisał wiele tekstów na temat dziejów Kościoła. Szczyt jego twórczości to I wojna światowa, lata 1914-1918.

W 1918 roku Polska odzyskuje niepodległość i pojawia się konieczność budowania struktur państwa jak i Kościoła i zakonów. Ojciec Anicet zostaje w marcu 1918 roku wysłany w celu reorganizacji zakonu w Warszawie. Tak opisuje swoje przybycie: Przy wejściu do starej polskiej rezydencji królewskiej ogarnęło mnie miłe ciepło łagodnych promieni słonecznych budzącej się właśnie w tym kraju młodej wiosny, przyjacielski zwiastun owego uszczęśliwiającego światła słonecznego, które uśmiechnęło się do mnie z oczu Ojca Komisarza Kazimierza przy wejściu do nowego domu zakonnego. Uściskał mnie z prawdziwie polską serdecznością i franciszkańską braterskością, a okazywał miłość najczulszej i najtroskliwszej matki.

W Warszawie był znanym spowiednikiem – spowiadali się u niego m.in.: kard. Aleksander Kakowski, bp Stanisław Gall jak również nuncjusze papiescy w Polsce: Achille Ratti (przyszły papież Pius XI), kard. Lorenzo Lauri, kard. Francesco Marmagii, abp Filippo Cortesi oraz liczne duchowieństwo. Przyszły błogosławiony zajmował się przede wszystkim działalnością na rzecz ubogich, dla nich kwestował, pomagał w nauce i znajdował pracę. Stąd nazywany był „jałmużnikiem Warszawy”, „św. Franciszkiem z Warszawy” oraz opiekunem ubogich. Wiele osób pamięta z tamtego czasu jego postać z piuską na głowie i wyciągniętą ręką proszącego po łacinie „Pro pauperibus” czyli dla ubogich. Na ówczesnych obrzeżach miasta – Woli, Kole, Powązkach i Żoliborzu żyło się w ciężkich warunkach. Zakonnik znany był również na warszawskim Annopolu gdzie przebywali bezdomni – w 113 barakach żyło ok. 11 tys. ubogich. Zakon kapucynów uruchomił tam kuchnię wydającą posiłki dla potrzebujących. Był znany najbiedniejszym jak i najbogatszym mieszkańcom Warszawy, gdyż jednych wspierał a do drugich zgłaszał się z prośbą o wsparcie. O biednych i potrzebujących pamiętał nawet w czasie spowiadania dostojników Kościoła. Ponoć, jako pokutę, kardynałowi Kakowskiemu nakazał dostarczenia wózka z węglem dla ubogich.

Żebranie na rzecz ubogich było jego codziennym zajęciem – znosił cierpliwie wszelkiego rodzaju przykrości, upokorzenia i zniewagi jakie go spotykały w związku z prowadzonym dziełem. W potrzebie potrafił nawet zdjąć własne buty i oddać je potrzebującemu. Ale również widział chciwość i bierność osób ubogich. Nieraz z jego ust słyszano naganę: „Siostro, wzięłabyś się do pracy, umyła dzieci, wyszorowała podłogę. Bieda nie musi śmierdzieć brudem!” Bogatych i możnych prosił o chleb dla biednych, a biednych zachęcał do modlitwy za nich samych i za bogatych gdyż przed Bogiem odpowiadamy jeden za drugiego. Dla pozyskania większej hojności wykorzystywał również swój talent poetycki. Układał okolicznościowe wiersze po łacinie i deklamował je w tak aktorski sposób, że nawet nie znający łaciny mogli pojąć prezentowaną treść.

Polszczyzna jego niestety była niedoskonała i dlatego nie głosił kazań. Mimo to został uznany przez Warszawę za rodaka i on sam czuł się Polakiem. W latach 30 przyjął obywatelstwo polskie i zmienił nazwisko na Kopliński (dodając polską końcówkę -ski). Był życzliwie przyjmowany przez właścicieli barów, kawiarń, restauracji, hoteli, sklepików czy też piekarzy, którzy wspierali działalność kapucyńskiego zakonnika. Wspomina Mirosław Kukowski: „Znałem innych ojców i braci kapucynów z ulicy Miodowej. Ten spośród nich wybijał się na plan pierwszy i to wbrew jego woli. Późną jesienią, inni już w trzewikach, on w sandałach na bosych stopach. Oni w nowiutkich, czystych habitach, on zagoniony, zatroskany innych troskami i nędzą, zawsze najgorzej odziany, wprost zaniedbany”.

Ojciec Anicet przed pójściem spać, po wieczornych modlitwach, regularnie ćwiczył podnoszenie ciężarów. W Warszawie znana była przygoda jednego nieopanowanego policjanta, który niezbyt dobrze traktował żonę i dzieci. Pewnego razu, po spowiedzi, ojciec kapucyn, zaprowadził go do zakrystii chwycił za pas u spodni i podniósł ponad głowę, wykrzykując: „Widzisz, co mogę z tobą zrobić? A co zrobi z tobą Pan Bóg, gdy będziesz dalej takim gwałtownikiem?” Lekcja okazała się skuteczna.

Wybuch II wojny światowej nie zmienił jego postępowania w żaden sposób. Pomagał nie tylko biednym, ale również pomagał Żydom i osobom zaangażowanym w ich ratowanie. W nocy z 26 na 27 czerwca 1941 roku został aresztowany wraz z 21 współbraćmi. Pomimo torturowania, ośmieszania i poniżania nie wahał się powiedzieć na przesłuchaniu: „Wstydzę się, że jestem Niemcem”. We wrześniu 1941 roku został przewieziony do niemieckiego obozy w Auschwitz gdzie zmarł 16 października 1941 roku.

Dnia 13 czerwca 1999 roku na Mszy świętej w Warszawie został beatyfikowany wśród 108 męczenników II wojny światowej.

 

TEKST BYŁ OPUBLIKOWANY W MIESIĘCZNIKU „MISERICORDIA” SANKTUARIUM MIŁOSIERDZIA BOŻEGO W OŻAROWIE MAZOWIECKIM W listopadzie 2019 ROKU.

Brak fundamentów

Najważniejszym współczesnym problemem jest brak odpowiednich fundamentów położonych w dzieciństwie i latach młodzieńczych. Niestety, jesteśmy w większości owocem dość przypadkowego szkolnego wychowania oraz bardzo wybrakowanego wychowania, jakie był nam w stanie zapewnić Kościół pogrążony w kryzysie. W efekcie władze naszej duszy nie zostały odpowiednio uformowane i nie nauczyły się zajmować należnego im miejsca. Nasz rozum przeważnie jest słaby – niezdolny do logicznego badania słyszanych zdań i do ich dokładnej analizy – a co za tym idzie tylko czasem i w sposób dosyć wadliwy jest w stanie pełnić swoją główną funkcję, czyli rozpoznawać prawdę. Nasza wola przeważnie nie została odpowiednio uformowana i wzmocniona – niećwiczona stale w okresie młodości poprzez umartwienia i panowanie nad instynktami, przeważnie ulega emocjom zamiast podążać za rozumem. Z kolei nieopanowane emocje buzują w nas i popychają do zupełnie nierozumnych działań. Tak przedstawia się obraz przeciętnego człowieka naszych czasów.

Tak rozregulowany człowiek, będzie oczywiście działał nierozumnie i nieskładnie, nawet jak mu się uda dotrzeć do prawdy w jakiejś dziedzinie, to przeważnie nie wykorzysta prawie wcale tej wiedzy, gdyż jego buzujące emocje, słaby rozum i wola nie pozwolą mu na celowe i wytrwałe działanie, a sprawią, że co rusz będzie się gubił w działaniach niepotrzebnych, niespokojnych i nierozumnych. Taki człowiek, nawet gdy pozna prawdę o Bogu i człowieku, nawet gdy zrozumie Boży majestat i nasze wobec niego zobowiązania, nie pójdzie prostą drogą do celu, a będzie błądził po mglistych manowcach pokrytych oparami różnorakich namiętności i emocji, będzie widział tam, gdzie go nie ma, a nie będzie dostrzegał faktycznego niebezpieczeństwa. Drodzy Czytelnicy – wszyscy właśnie tacy jesteśmy. (…)

Co możemy z tym zrobić? Możemy starać się pracować nad sobą. Jak to zrobić? Przede wszystkim poznając jak działa nasz ludzka natura, poznając czym są i jak działają władze naszej duszy. Gdy już poznamy jak powinna działać nasza natura, musimy oczywiście walczyć o to, aby ją ukształtować. Wielce zasłużył się w tej materii o. Jacek Woroniecki OP – ujął w systematyczny, prosty i zrozumiały sposób naukę o naszej naturze i pracy wychowawczej.

 

Współczesne zagrożenia na drodze do świętości; Ks. Szymon Bańka w Zawsze Wierni nr 4(209)

 

Przedstawiony przez autora brak fundamentów dotyczy nie tylko życia katolickiego, czy też osób pragnących kroczyć na drodze do świętości. Dotyczy to każdego z nas. Kościół, nauczając w ten sposób daje nam środki pomocne również do życia i poruszania się w  świeckiej rzeczywistości. Tu możemy zobaczyć dlaczego tak łatwo jest nami manipulować i dlaczego tak łatwo ulegamy manipulacji mediów. Jest to jedna z przyczyn dlaczego współczesny świat walczy z Kościołem, i dlaczego walczy się z tradycją.

 

Ściąganie w nauce

Ściąganie w procesie nauczania jest rzeczą bardzo częstą. Jakie są skutki ściągania oprócz tych podanych w zalinkowanej stronie? Efektem ściągania przez uczniów i studentów jest brak wiary w posiadaną wiedzę. Często dochodzi do przekonania, że jeśli odpowiedź na pytanie sprawdzę z tym co mam na ściągawce, to jestem pewien, że udzieliłem prawidłowej odpowiedzi. Jestem pewien, że jest to prawda. Prowadzi to w życiu już dorosłym, do sytuacji, że dopiero weryfikacja przez kogoś z zewnątrz mojego zdania utwierdza mnie w nim. Prowadzi to do braku swobodnego, niezależnego myślenia, do nieumiejętności wyciągania wniosków z dostępnych informacji.
Niestety widać to wśród całej kadry naukowej. Jest dosłownie paru naukowców, którzy myślą niezależnie i jako naukowcy nie boją się zaprezentować swojego zdania na forum publicznym. Cała reszta nie chcę się „wychylać”, woli iść za większością, nie ma podejścia krytycznego do zastanych autorytetów i obiegowych(jak i narzucanych) opinii. Widząc nawet błędy nie chcą o nich mówić, nie chcą ich potępiać, nie dążą do prawdy, do weryfikacji w imię powiększania wiedzy o świecie i społeczeństwie.
Zezwolenie, jak i brak zdecydowanego wyeliminowania ściągania w szkole i na uczelniach przyczynia się do tego, że elity nasze są miałkie, bez charakteru, uległe, brak im wytrwałości w dążeniu do celu oraz podejścia, iż każdy środek jest dobry jeśli prowadzi do celu. To również pokazuje uczniom i studentom, że działania niezgodne z prawem (ściąganie) może przynieść spory zysk(zaliczenie egzaminu), jeśli nauczyciel/wykładowca nie zauważy. A nawet jeśli zauważy, to ewentualna kara jest do przyjęcia wobec zysku. Uczymy takiej postawy osoby mające być naszymi elitami, przyszłych nauczycieli, przyszłych naukowców i profesorów.

Spadkobiercy PRL

Jak i kiedy zakończył się PRL? No takie pytania, nawet dziecko w szkole odpowie, że końcem PRL był Okrągły Stół.

A czym był, tak naprawdę Okrągły Stół? Było to przygotowane, przez władze PRL pokojowe, spokojne, bez rozlewu krwi przekazania władzy.
Przekazanie władzy było przygotowywane – najpierw przez wybranie osób, środowisk które zostaną dopuszczone do tego „zaszczytu”(Nie zapominajmy, że do obrad Okrągłego Stołu nie zostały dopuszczone wszystkie środowiska opozycyjne). Przekazanie władzy miało swoją cenę, którą środowiska opozycyjne musiały zaakceptować. Te które się z tym nie zgadzały, nie były dopuszczone do obrad.
Jaka była cena przejętej władzy po PRL? Ceną było nie rozliczanie ludzi z poprzedniej ekipy. Ceną było nie rozliczanie dotychczasowych beneficjentów, nomenklatury, członków PZPR za dotychczasowe – mówiąc bardzo delikatnie – „dokonania”. Aktualny stan z dokonanymi zbrodniami i rabunkami został przyjęty jako istniejący stan zerowy. Zamykamy oczy na istniejące układy i zależności.
Patrząc z perspektywy minionego czasu, widzimy, że plan ten udało się zrealizować. Co prawda są głosy i mówi się o pociągnięciu do odpowiedzialności poszczególnych ludzi z poprzedniego systemu, ale są to zdarzenia pojedyncze, jednostkowe które nie wpływają na całość. Osoby z poprzedniego systemu, ich dzieci, czy też inny spadkobiercy bez skrupułów korzystają z majątku „zdobytego” w bardzo szemrany sposób.

Tak naprawdę to sposób zakończenia PRL nie jest czymś nowym. Nasi rodzimi komuniści mieli wiedzę historyczną i wykorzystali rozwiązanie które było już wcześniej zrealizowane.
Wielka rewolucja we Francji dała im przykład jak można przejść do następnego etapu nie tracąc dotychczasowych zdobyczy, czy też z minimalnymi stratami. Król Ludwik XVIII, w trakcie trwania Kongresu wiedeńskiego, nomen omen, 4 czerwca 1814 roku wydał Kartę Konstytucyjną która wprowadzała rządy liberalne a także zostawiała w rękach nowych właścicieli tzw dobra narodowe (czyli majątki zagrabione prawowitym właścicielom), pensję, rangi i odznaczenia (w tym Legię Honorową) oraz uznanie tytułów „nowej szlachty”.
Tu mamy źródło naszej „grubej kreski”, tu mamy wzór z którego skorzystano w XX wieku w Polsce.
III RP w obecnym układzie jest „córką” PRL, jest jej spadkobierczynią i tak naprawdę jest kontynuatorką PRL. III RP jest tylko inną twarzą PRL.

Historia antykultury według Krzysztofa Karonia

Spotkałem reklamę książki pana Krzysztofa Karonia, jak i wywiady z nim w miejscach, o których wiem, że podchodzą do takich rzeczy poważnie. Zainteresowało mnie to i zacząłem lekturę.

Chcąc mówić czy też pisać o antykulturze autor podaje nam na początku czym jest sama kultura. I jest to podejście jak najbardziej prawidłowe.

Czym zatem jest kultura według Krzysztofa Karonia?

Na początek podana jest definicja angielskiego antropologa Edwarda Tylora. Ma ona chyba dla autora znaczenie, gdyż jej treść jest wyróżniona pogrubioną czcionką.

Kultura lub cywilizacja, ujęta w szerokim sensie etnograficznym, jest to kompleksowa całość obejmująca wiedzę, wierzenia, sztukę, moralność, prawa, obyczaje, oraz wszelkie inne zdolności i nawyki nabyte przez człowieka jako członka społeczeństwa.

Zagłębiając się i wyjaśniając różne odniesienia podanej definicji dochodzimy do takiego stwierdzenie: „Najwięcej nieporozumień budzi często spotykane rozróżnienie pojęć na elitarną kulturę wysoką i masową (popularną) kulturę niską. Wyjaśnienie tego rozróżnienia wykracza poza ramy tego szkicu, wymaga zresztą ustalenia, czym jest sama kultura”(!).

I tu rodzi się pytanie: po co jest podana definicja kultury gdy parę zdań dalej autor podaje, że jeszcze nie ustalił czym ona jest?

I dalej.

Do prezentacji swoim przemyśleń w zakresie kultury Krzysztof Karoń posługuje się pojęciem „mechanizm kultury”. Jest podana jego definicja (pogrubionym drukiem): Wewnętrzny mechanizm automatyzacji skłaniający człowieka do podejmowania nieprzyjemnego wysiłku w celu stworzenia dzieła umożliwiającego przeżycie satysfakcji to podstawowy mechanizm kultury.

I dalszy ciąg już normalnym drukiem: „Kultura w znaczeniu społecznym to taka formacja społeczno-ekonomiczno-polityczna, która umożliwia uruchomienie i działanie w człowieku podstawowego mechanizmu kultury tworzącego motywację do dobrowolnego podejmowania celowego wysiłku prowadzącego do powstania społecznie użytecznego dzieła (produktu, dobra)”.

I taki jeszcze cytat: „Zasadnym wydaje się rozumienie pojęcia kultura jako zbioru tylko takich wzorców zachowań, których celem jest doskonalenie (budowa, konstruowanie, rozwój) osiągane kosztem wysiłku (praca, nauka, trening) zwieńczonego dziełem (materialnym lub niematerialnym) i nagradzanego satysfakcją (podziwem, uznaniem, zachwytem, szacunkiem, pieniędzmi).”

Parę akapitów dalej, dosłownie na sąsiedniej stronie, mamy pogrubione zdanie: Kultura może prowadzić do zbrodni.

 

W jaki sposób „mechanizm kultury”(tworzący społecznie użyteczne dzieła), powodujące zachwyt może prowadzić do zbrodni, tego autor nie wyjaśnia, mimo, że stwierdza, że tak jest i jest to dla niego oczywistością.

 

Podrozdział Kultury dobre i złe zawiera takie stwierdzenie: „Istnieją przecież różne kultury(…), jednak nikt nie ma (a raczej nie powinien mieć) również wątpliwości, że jedynie kultura chrześcijańska stworzyła najwyżej rozwiniętą cywilizację wysokich technologii, powszechnego dobrobytu i powszechnej wolności.” Jasne zauważenie jakiejś sytuacji. Zaraz pojawia się stwierdzenie, że różnice między kulturami sprowadzają się do różnic w systemach wartości wyznaczających ich cel, kierujących nimi w drodze do tegoż celu i hamujących przed rozbiciem się lub stoczeniem w przepaść. Jakie to są wartości? Nie ma wyjaśnienia.

Podobne stwierdzenia możemy znaleźć w podrozdziale Hierarchia elementów: Przykładowo akapit: „Jedyną kulturą, jaka stworzyła cywilizację wysokich technologii, jest kultura chrześcijańska, i tylko system wartości chrześcijańskich (a mówiąc precyzyjniej katolickich – nie ma tu miejsca na szczegółowe uzasadnienie) dzięki upowszechnieniu kultury w postaci etosu pracy umożliwił niespotykane wcześniej poszerzenie sfery wolności. Współcześni ludzie cenią sobie ten cywilizacyjny i wolnościowy dorobek, nawet nie zadając sobie sprawy z jego źródła.”

Jasno z niego wynika, że według autora kultura w stosunku do cywilizacji jest rzeczą sprawczą, że kultura tworzy cywilizacje.

 

Drugi rozdział książki to Errata do historii kultury a jego pierwszy podrozdział nosi tytuł Instytucje zła.

Co jest, według autora pierwszą instytucją zła? Może to będzie zaskoczenie a może i nie, dla autora jest nim Kościół Katolicki oraz chrześcijaństwo a zwłaszcza katolicyzm.

Jaki jest zdaniem p. Karonia negatywny dorobek chrześcijaństwa?

– wspieranie opresyjnej władzy świeckiej,

– ekspansjonizm ideologiczny,

– monopolizacja systemu edukacji i wychowania,

– restrykcyjna moralność religijna i obyczajowość,

– hamowanie rozwoju nauki,

– hamowanie postępu społecznego,

– ograniczenie wszelkich form wolności słowa i myśli i krzewienie nietolerancji.

 

Prawdę mówiąc każdy z tych punktów wymaga sporego referatu wyjaśniającego błędy. Zwłaszcza, że autor rzuca sformułowania hasłowo, bez uzasadnienia. Opiera się na pobieżnej i obiegowej opinii środowisk antykatolickich, nie chcąc nawet zajrzeć do źródeł – niekoniecznie katolickich. Wystarczy popatrzeć na początki uniwersytetów by zauważyć, że to właśnie Kościół Katolicki a zwłaszcza katolicyzm stał za powołaniem takich instytucji, dawał swoich kapłanów jako rektorów i wykładowców oraz dbał o to by były one nieskrępowane w swoich badaniach. Ciężko również udowodnić monopolizację edukacji, gdy w XIV-XVIII wieku państwo jako takie nie było w ogóle zainteresowane kształceniem dzieci i młodzieży. Kościół nie był monopolistą – był jedyną instytucją, która działa w tym zakresie. Dlatego też nie można mówić o monopolu, gdyż to sugeruje, że były inne instytucje działające na tym polu – a tak nie było.

Dotyczy to również innych zarzutów stawianych przez p. Karonia Kościołowi Katolickiemu.

Czytając tą książkę, dziwię się bardzo, że jest ona promowana przez portale, które chcą uchodzić za katolickie. Z jednej strony chaos myślowy, brak dyscypliny pojęciowej, zlepek myśli i pojęć często ze sobą nie powiązany a nawet stojących w opozycji, trudność z uchwyceniem przyczyny i skutku a z drugiej strony otwarty antykatolicyzm i walka z Kościołem Katolickim dyskredytują promowanie jej gdziekolwiek.

Niewykluczone, że promowana jest ta pozycja jako antidotum na powszechny jeszcze marksizm. Ale niestety książka pisana jest z pozycji marksisty, z pozycji materialistycznej. I tak naprawdę wprowadza ona większy zamęt niż porządkowanie pojęć i zjawisk.

 

E-pacjenci

Na portalu Onet.pl pojawiła się informacja o nowych możliwościach w realizacji zakupów leków na recepty.

Od 8 stycznia 2020 roku nie dostaniemy od lekarza papierowej recepty – przepisując leki specjaliści wystawiają już tylko e-recepty. Jak z nich korzystać? Gdzie szukać? Przedstawiamy najważniejsze informacje i praktyczne porady.

https://kobieta.onet.pl/zdrowie/trzymaj-swoje-e-recepty-w-telefonie-co-warto-o-nich-wiedziec/vqlcjt0

Ministerstwo Zdrowia podkreśla, że e-recepty to sposób na większą czytelność, mniej błędów i zwiększenie bezpieczeństwa. E-receptę trudniej zgubić, ryzyko błędnego jej odszyfrowania przez farmaceutę właściwie nie istnieje, a jeśli tylko nauczymy się, jak z nich korzystać, e-recepty oznaczają również znacznie większą wygodę. To między innymi w trosce o nią Ministerstwo Cyfryzacji wprowadziło aplikację mObywatel. Korzysta z niej już niemal milion osób. Aplikacja jest stale ulepszana i pojawiają się w niej nowe funkcjonalności. E-recepta jest jedną z nich.

Miękki początek zniewolenia – uzasadniając to jako bezpieczeństwo i wygoda. Takie argumenty trafiają do nas, zwłaszcza jeżeli chodzi o nasze zdrowie, lub też zdrowie naszych najbliższych.

A co zrobić z osobami które nie posiadają smartfona lub innego Androida? Co z osobami które mają telefony tylko do dzwonienia – lub też nie posiadają go w ogóle(posiadanie telefonu komórkowego nie jest jeszcze obowiązkowe)?

Pod złudnym argumentem bezpieczeństwa i wygody godzimy się na kolejne ograniczenie naszej swobody, godzimy się na śledzenie naszego zdrowia oraz sposobów i metod jego leczenia. Kolejnym krokiem będzie brak możliwości zakupu poprzez smartfona czy też innego Androida(znamienna nazwa dla aplikacji) usługi czy też towaru, bo mieliśmy wystawioną receptę na jakiś określony środek, czy też takiej recepty nie zrealizowaliśmy. Możliwości nacisku na nasze wybory i decyzję zwiększają się w lawinowy sposób(„pojawiają się w niej nowe funkcjonalności”). Bez posiadania telefonu komórkowego z dostępem do internetu, z odpowiednimi aplikacjami nie będzie można zrealizować recepty, nie będzie można dokonać zakupu, nie będziemy istnieli. Ostrzeżenie z Apokalipsy dotyczyło znamienia na ręku, lub na czole, a tu mamy wstęp do zniewolenia – posiadanie smartfona lub innego Androida.

Dla wielu osób e-recepta jest rozwiązaniem które przyspiesza realizację zakupu leków. Jest coraz więcej urządzeń i sposób które pozwalają zaoszczędzić czas(pralki elektryczne, zakupy przez Internet, itp) a mimo to coraz mniej mamy czasu, coraz więcej ludzi twierdzi, że brak im czasu. Im więcej czasu oszczędzamy tym większy mamy jego deficyt. Znamię współczesności.

 

Przemysł jednorazowy

Palety jednorazowe

Bardzo często korzystamy z produktów jednorazowych – czyli takich, które po ich użyciu najnormalniej w świecie wyrzuca się na śmieci. To są sztućce, kubki do kawy, talerze i wiele innych takich rzeczy. Do produktów jednorazowych zaliczyłbym również takie, których się nie naprawia. Z takimi mamy do czynienia coraz częściej. Są to np. pralki czy też lodówki – po upływie gwarancji zaczynają psuć się na potęgę i lepszym rozwiązaniem jest zakup nowego urządzenia niż naprawianie posiadanego. Obecnie naprawa drobnej rzeczy np. w samochodzie wiąże się z wymianą całego zblokowanego komponentu, którego koszt produkcji kilkudziesięciokrotnie przekracza wartość naszej usterki. Do tego należałoby dodać komputery, telefony. Minęły już czasy, gdy samochody miały po dwadzieścia lat  i jeździły bez problemów, czy też meble przechodzące na kolejne pokolenia.

Z produkcją jednorazowych towarów związane jest nieodmiennie to, że są one zasobożerne. Znacznie taniej (w znaczeniu zużycia energii i zasobów) jest wyprodukowanie jednego produktu i używanie go nawet z naprawami przez dwadzieścia lat niż w tym samym czasie wyprodukowanie takich czterech produktów. Tym to sposobem gospodarka nastawiona na przemysł jednorazowych produktów jest gospodarką produkującą masowo śmieci. Po takich dwudziestu latach przemysłu jednorazowego mamy cztery razy więcej odpadów, złomu i śmieci. Przemysł jednorazowy napędza PKB czyli wielkość i siłę naszej gospodarki stąd też mamy jednorazówek coraz więcej. Z rozmowy z przyjacielem działającym w kulturze  dowiedziałem się, że taniej jest przygotować i zaprezentować nowe przedstawienie teatralne niż wystawić je kolejny raz(!). Produkt jednorazowy w kulturze.

W tym całym naszym zagonieniu za nowym samochodem, telefonem, laptopem czy też pralką jest jednak iskierką nadziei. Jest to pomysł na Gospodarkę o Obiegu Zamkniętym.

Gospodarka o obiegu zamkniętym (ang. circular economy) jest koncepcją zmierzającą do racjonalnego wykorzystania zasobów i ograniczenia negatywnego oddziaływania na środowisko wytwarzanych produktów, które – podobnie jak materiały oraz surowce – powinny pozostawać w gospodarce tak długo, jak jest to możliwe, a wytwarzanie odpadów powinno być jak najbardziej zminimalizowane.

Jeśli realizacja takiego podejścia zlikwiduje produkty jednorazowe to będzie znaczyło, że produkcja śmieci i złomu zostanie znacznie zmniejszona.

 

Wartościowanie języka

Trafiła w moje ręce książka Krzysztofa Zanussiego „Uczyń ze swojego życia Arcydzieło”.

Krzysztof Zanussi Fot. Dawid Skoblewski

Tytuł trochę intrygujący – przeczytałem informację z ostatniej strony okładki o rozmowie autora z Umberto Ecco na temat wartościowania języków i zaciekawiłem się do lektury.

Pierwszy rozdział „Wprowadzenie” i znany mi temat, na który również zwracałem uwagę – infantylizacja życia, jak również życie zabawą, traktowanie siebie i otoczenia jako źródło żartów, śmiechu i zabawy. Na dłuższą metę jest to uciążliwe i spłyca nasze życie. Może być dobre z pewnym okresie życie, ale powinno się z tego wyrosnąć.

O klasie autora świadczy również to, że nie boi się przyznać do swoich wad. Jak sam powiada, mimo swojego wieku, jest osobą nieśmiałą. A według niego, człowiek nieśmiały jest w gruncie rzeczy pyszałkiem. Ponieważ, kiedy człowiek myśli za dużo o sobie, zastanawia się jak wypadnie, jak go ocenią inni ludzi, co robi tu i teraz – to zaczyna się zbytnie skupienie na sobie samym, które jedynie nakręca, a nie rozwiązuje problemy.

Jeden z kolejnych rozdziałów zatytułowany jest „Nie uciekaj przez wartościowaniem” – dotyczy oceny zjawisk, sytuacji, zdarzeń ale nie ludzi jako takich. Oceniania ludzi autor nie robi i widać to w każdym jego słowie; stara się odbiorcę nie urazić swoimi słowami. To jednak nie przeszkadza by inne rzeczy wartościować.

Przy tym pojawia się wątek o wartościowaniu w kulturze, na co przytaczane są słowa Samuela Huntingtona, że kultury „zjadają siebie” nawzajem. Przy tych rozważaniach dochodzimy do wartościowania języków i konstatacji, że w XIX wieku językiem dominującym był francuski, dziś jest angielski a w przyszłości może nim być chiński – gdyż jest to potężnym kraj z kulturą liczącą sobie tysiące lat.

Tu przypomina się od razu Feliks Koneczny i jego rozważania o języku w cywilizacji, i o tym że język a właściwie alfabet, a w przypadku języków Dalekiego Wschodu należy powiedzieć, że jest to sposób zapisu, może być warunkiem rozwoju cywilizacji lub jej hamulcem. W jaki sposób zapis języka może być hamulcem? Dobrze to będzie widać na piśmie chińskim. Pismo chińskie składa się z ok. 50 tysięcy znaków. Co w porównaniu do pisma wyrosłego na bazie łaciny czy też greki gdzie ilość liter jest raczej nie większa niż 50, jest ilością przeogromną. Co prawda do codziennego posługiwania się pismem wystarczy znajomość ok 5 tysięcy znaków ale i tak jest ilością bardzo dużą. Pismo chińskie jest pismem otwartym, to znaczy, że powstają nowe znaki(w XX wieku wymyślono znaki na określenie pierwiastków chemicznych). W przypadku pisma europejskiego ilość znaków jest ustalona i niezmienna. Dzięki nim można wyrazić każdą myśl, każde pojęcie nawet bardzo skomplikowane i abstrakcyjne. W piśmie chińskim należy nie tylko opracować, czy też zdefiniować jakiś abstrakt ale również wymyślić i podać sposób jego zapisu. Możemy się zżymać, że nie mamy własnych nazw na komputer, joystick czy też hardware lub software ale do zapisania tych pojęć nie potrzebujemy wymyślać jakichś dodatkowych znaków pisarskich. Inaczej to wygląda w piśmie chińskim czy też japońskim.

Sposób zapisu jaki jest używany w Chinach czy w Japonii jest hamulcem i z pewnością nie pozwoli aby stały się one językami międzynarodowymi jakim był język francuski czy też jaki jest obecnie język angielski.

 

Salome XXI wieku

Najbardziej znana Salome, to ta opisana w Nowym Testamencie – była córką Herodiady, żony króla Galilei i Perery, Heroda Antypasa. Matka jej bardzo chciała uciszyć św. Jana Chrzciciela, który głośno i publiczne piętnował związek Herodiady z królem. Nie mogąc nakłonić męża do pozbycia się proroka, spowodowała, że na uczcie wydanej przez króla, zatańczyła Salome. Król oczarowany jej tańcem obiecał spełnić jej życzenia. Za podpowiedzią matki poprosiła o głowę proroka Jana Chrzciciela. I dostała ją na złotej tacy.

Kim jawi się w tej przypowieści Salome? To tylko dziecko, które tak naprawdę nie zdawało sobie sprawy z toczących się wokół niej zdarzeń. Zaufała dorosłym, a w tym przypadku swojej matce. Została potraktowana przedmiotowo. Została wykorzystana, przez rodzoną matkę, do walki politycznej. Do zmuszenia władcy by dokonał rzeczy, co do której nie był przekonany i miał świadomość, że nie jest to działanie za które poddani będą go chwalić. Salome zaś była zadowolona, że mogła spełnić życzenie swojej matki – nie patrząc na to, że dokonało się to przez śmierć człowieka, a w tym przypadku proroka.

W naszych czasach pojawiły się również sytuację, że dzieci są wykorzystywanych przez dorosłych do osiągnięcia jakichś celów – czy to politycznych czy też ideowych. Za tymi dziećmi również stoją ich rodzice czy też opiekunowie. Mają oni również zaufanie tychże dzieci i tak naprawdę traktują je przedmiotowo. Jeśli nastolatek wypowiada się na tematy, co do których naukowcy (którzy kończyli nie jedną uczelnię) nie mają wyrobionego zdania, to od razu rodzi się pytanie – kto podpowiada takiej młodej osobie, kto nią kieruje? Młodym ludziom wydaje się, że już uczestniczą w życiu dorosły, wydaje się im, że już zmieniają świat. A tak naprawdę są tylko narzędziem w innych rękach, są manipulowani przez dorosłych.

 

 

Czystość pobudek

  1. Mieć Boga za ostateczny cel działania – takie jest prawo życia duchowego.
    Wszyscy uznają wpływ skłonności na życie moralne, ale nie wszyscy zdają sobie jasno sprawę z wpływu zamiarów, czyli intencji. Związek tych ostatnich z naszymi czynami nie jest tak bliski i widoczny, a jednak trzeba pamiętać, że pobudki są pierwszymi sprężynami całego naszego postępowania. Działać z tych czy innych pobudek znaczy mieć zasady, wiedzieć dokąd się dąży.
    Wzgląd wyższy, wzgląd na prawo Boże zajmuje w dziedzinie pobożności miejsce pierwsze. Będziesz miłował Pana Boga twego ze wszystkiego serca twego, z całej duszy twojej i ze wszystkich sił twoich. Tak brzmi prawo, a oto jego zastosowanie:
    Chociaż tedy, jecie, choć pijecie, choć co innego czynicie wszystko ku chwale Bożej czyńcie (1 Kor 10.31).
    Sprawy Boga, Jego chwała, Jego upodobanie – oto pobudka, która ma ożywiać całe życie duchowe i wywierać wpływa na najdrobniejsze nawet czynności.
    Choć rozum nasz uznaje ten obowiązek, natura łatwo od niego odchodzi. Instynktownie uderza nas we wszystkim ta strona, która stanowi o naszej korzyści lub przyjemności. Nawet w pobożności nie przestajemy szukać sami siebie: tak naturalne jest żyć dla siebie.
    Dać Bogu miejsce, jakie mu się należy, unikać wszelkiego przywłaszczania sobie tego, do czego nie mamy prawa: oto na czym polega nieustanna praca oczyszczania intencji.
    Aby uwydatnić piękność i ogrom tego obowiązku, zapożyczamy od św. Ignacego jego mistrzowską naukę, od której jako od podstawy zaczyna on swoje Ćwiczenia.
    Cel człowieka. Człowiek został stworzony na to, aby Pana Boga znał, chwalił Go i służył Mu; taki jest jego cel i dążąc do tego celu, dojdzie on do nieba.
    Zwróćmy uwagę na to, że Bóg jest celem życia: nie jest nim bezpośrednio moje zbawienie, a tym bardziej maja w danej chwili przyjemność; moje zbawienie jest wprawdzie moim celem, ale drugorzędnym.
    Przyczyna istnienia stworzeń. Inne rzeczy, znajdujące się wokół człowieka, stworzone są po to ażeby były dla niego środkiem do chwalenia i kochania Boga oraz do służenia Mu.
    Inne rzeczy, to znaczy wszelkiego rodzaju dobra, radości i cierpienia, wszystko, co mnie spotyka, co stanowi treść mojego życia.
    Prawidło praktyczne. Wynika stąd, że człowiek powinien się tymi rzeczami posługiwać o tyle, o ile pomagają mu one w dążeniu do celu i odwracać się od nich o tyle, o ile są mu przeszkodą… ani mniej, ani więcej.
    To stanowcze sformułowanie zawiera w sobie wiele światła! Jeśli zapatruje się na każdą rzecz z punktu widzenia moje przyjemności czy pożytku, a nie jako na środek uwielbienia Boga i służenia Mu, to mam na względzie siebie, oddalam od przeznaczonego celu i siebie, i te rzeczy, których mam używać.
    Usposobienie umysłu. Powinniśmy zatem czynić się obojętnymi na wszystko co stworzone, tak byśmy nie wybierali sami dla siebie zdrowia ani choroby, bogactwa ani ubóstwa, sławy ani upokorzenia, życia długiego lub krótkiego, pragnąc i szukając tego jedynie, co może nas lepiej doprowadzić do celu, dla jakiego jesteśmy stworzeni.
    Posiadanie, na mocy powziętego postanowienia, takiego usposobienia umysłu dowodzi dobrego stanu woli; trwanie, wskutek długiego nawyku, w takim oderwaniu jest objawem dobrego stanu natury czyli cnoty. Obojętność tę można nazwać usposobieniem przygotowawczym, gdyż ustaje ono z chwilą, gdy wola Boża wskazuje nam jakiś cel, jakiś przedmiot ukochania.
  2. Działać przez wzgląd na siebie samych – takie jest błędne prawo naszej natury. Pogodnie patrzy na świat i pewny jest, że dobrze pokieruje życiem, ten, kto rządzi się względem na chwałę Bożą i na sprawy Boże; własne ja schodzi tutaj na drugi plan. Własne ja to pycha, zmysłowość, zadowolenie, szukanie korzyści osobistych, choćby nawet duchowych.
    Czy poczucie obowiązku nie poprzestaje u mnie na pragnieniu: byle tylko nie zgrzeszyć? Czy ideał doskonałości, jaki sobie zakreślam, nie ogranicza się do unikania niedoskonałości, co jest bardzo nie jasne?
    Ależ źródłem wszelkich niedoskonałości jest szukanie siebie: a przecież, niestety, całe moje życie jest wypełnione szukaniem siebie!
    Ukrywa się ono pod pięknymi słówkami: „Boże mój! Do Ciebie należę całkowicie! Pragnę żyć tylko dla Twojej chwały!” Mówię to z całą szczerością, ale czy także usposobienie wewnętrzne jest w zgodzie z tym, co mówią usta? Czy nie należę raczej do tego, czego pragnę, co mnie zajmuje, nad czym cierpię – czy nie należę w szczególności do tego, co kocham?
    Czy mogą sobie przyznać, że cierpię dla Boga, że raduję się chwałą, jaką On odbiera z każdej rzeczy? Czy ma przekonanie, że wszystkie rzeczy na tym świecie są dla mnie szczeblami, po których mam się ku Niemu wznosić? Że stanowią one drobne cząsteczki dobra, rozproszone i niewyraźne, które mam do Niego doprowadzić, na wzór liści, które ku pożytkowi drzewa zatrzymują na sobie odrobiny węgla przynoszone im przez wiatr?
    Wobec choroby, nędzy, niesprawiedliwości, opuszczenia doświadczam wstrętu – jest to wrażenie czysto naturalne, które samo przez się nie odwraca mnie od Boga. Ale dać się temu wrażeniu opanować i powodować – to już stanowi naruszenie porządku, a czy ja nie robię tego codziennie? Czy nie pragnę zbyt żywo szacunku, miłości, zdrowia, tysiącznych rzeczy, których całą wartość stanowi ta cząstka chwały, jaką Bóg może z nich mieć przez mnie?
    Niektóre osoby, te zwłaszcza, które pędzą życie samotnie, troszczą się nadmiernie o swoje zdrowie. Nie mając żadnych obowiązków, ani głębokich przywiązań, które by je odrywały od tej troski, badają ciągle siebie, wszystkiego się boją, najdrobniejsze wrażenia biorą za groźne objawy i ostatecznie nie są dla nikogo pożyteczne. I w takiej sytuacji mieć polot ducha!
    Inne znowu są wrażliwe na cierpienia moralne: nikt nie cierpi tyle, co one, nikt nie umie ich zrozumieć! Ten bardzo często zdarzający się rodzaj samolubstwa ma to do siebie, że osoby nim dotknięte wcale go w sobie nie widzą.
    Niepokoje sumienia często pochodzą z samolubstwa i jeszcze bardziej to samolubstwo potęgują. Nabrawszy zwyczaju badania swoich usposobień i wrażeń osoby te nieustannie zatopione są w sobie; ich pobożność jest oschła, zawikłana, prawie zawsze znudzona i niezdolna do polotu.
    Lubią się żalić i wzbudzać politowanie innych, nużą uszy przyjaznych sobie osób.
    Duszom tym zagraża jeszcze inne niebezpieczeństwo. Niby to szukając powetowania, gotowe są z łatwością pozwalać sobie na niebezpieczne przyjemności. Gorliwość nie daje się pogodzić z tego rodzaju usposobieniem. Jaki sposobem te biedne dusze mogą robić postępy, skoro postępować znaczy iść do Boga, a one idą tylko same do siebie.
    Wniosek: Dopóki wzgląd na Boga nie wejdzie mi w zwyczaj, dopóki nie zacznę kierować wszystkimi moimi krokami, dopóty nie przestanę być istotą nieświadomą swoje drogi, igraszką sprzecznych prądów. Będę jak kółko w maszynie, które nie jest na swoim miejscu, w wskutek tego źle działa i wprowadza wokół siebie zamęt.
    Boże mój, daj mi poznać niskość moich zbyt samolubnych pobudek, potrzebę uszlachetnienia ich przez wzgląd na Twoją chwałę we wszystkim!… To prawdziwy przewrót, jaki mam zaprowadzić w moich pojęciach – drogowskazem i treścią mojego życia moralnego mam uczynić pierwiastek nadprzyrodzony.

 

Wg „Spowiedź Przygotowanie do Sakramentu Pokuty”, Warszawa 2005

Przez Belzebuba wyrzuca czarty

Niektórzy jednak z nich rzekli: Mocą Belzebuba, księcia czartowskiego, wypędza szatanów… Ale on, znając ich myśli rzekł do nich: Każde królestwo, szarpane w sobie niezgodą, pustoszeje, a dom na dom się zwali. (Łuk. 11, 15-17).

  1. I oni także byli ludźmi, którzy sądzili, że pragną tego co dobre, z przecież tak krzywo myśleli o Panu. Oto na jakie zaćmienie i spaczenie narażone jest podmiotowa pojmowanie rzeczy. Może ono być całkowicie przesiąknięte pierwiastkami uczuciowymi i dlatego wszystko rozumieć opacznie, nawet Chrystusa. O takich mówi Pan: „Plemię jaszczurcze, pełni jesteście jadu, który wyrzucacie z siebie słowem i czynem. Jesteście jak te zwierciadła wklęsłe, wszystko się w waszym umyśle wykrzywia”. – Bo też do poznania prawdy potrzeba duszy oczyszczonej, kornej, uporządkowanej, podniosłej. Upodobanie i nieupodobanie, niechęć i sympatia silnie na sąd wpływają. Potrzeba badać gruntownie i wyzwalać swój umysł, by osiągnąć cnotę. Tu szerokie pole do pracy.
  2. Ale jeśli palcem bożym czarty wypędzam, zaiste przyszło już do was królestwo boże. O posłannictwie Jezusa wątpić niepodobna. Jego wpływ czyni każdego lepszym i szlachetniejszym i wszystkich zbliża do Boga. To jest właśnie palec boże, ujawniający się w jego dziele. Gdyby był zły, byłoby się to raz po raz okazało. Sam powiada trafnie przy innej sposobności: „Dobry człowiek z dobrego skarbca wydobywa rzeczy dobre, a człowiek zły ze złego skarbca złe rzeczy wydaje”. „Dobry skarbiec” – to zapas dobra, nagromadzonego w duszy. Ja w ulu miód się zbiera z mnóstwa kwiatów, jak w zbiornikach wód górskich mieszczą się kryształowe głębię, tak „dobry skarbiec” powinien się gromadzić w naszych duszach. A nie jest to nic innego, jeno dobra wola, czyli wola odpowiadająca celowi, położeniu i zadaniu. „Zły skarbiec” – to usposobienie ducha zaćmione, zatrute, wypaczone. Smutny to skarbiec, zaiste! Jak wzniosłe wobec tego ono słowo, które zapowiada pokój na ziemi ludziom dobrej woli.
  3. Ale powiadam wam: z każdego słowa próżnego, jakie wymówią ludzie, zdadzą rachunek w dzień sądu (Mat 12,36). We wszystkim należy postępować według prawideł moralnych. Każde słowo, każdy dowcip, dobry humor, konwersacja, gawęda, wszystko powinno być odbiciem pięknej, dobrej duszy. Mowa lekkomyślna, krytykująca, uszczypliwa, nieszanująca, zmrażająca, podobna do słoty jesiennej, która tworzy jedynie błoto i zgniliznę. Zwłaszcza obmową będę się brzydził, wiedząc, że będę musiał z niej zdać rachunek w dzień sądu. Będę się także brzydził owemi niedokładnymi, niesumiennymi sposobami wyrażania się, które osobę drugich stawiają w fałszywym świetle, powiększając lub umniejszając prawdę. Będę się brzydził w konwersacji tym cieniowanie, które jak strzały godzą w bliźniego, ową paplaniną, która obrabia tylko błędy i słabostki drugich i nieświadomie podnieca w nas złośliwość i samolubstwo. Świadomie dobrotliwa i „wykwintna” dusza unika tego wszystkiego, czuwa nad sobą, pobudza się do życzliwości dla drugich, tak przestaje i rozmawia z bliźnim, by w niczym nie przypominać much targowych, os lub żuków.

 

 

Rozmyślania o Ewangelji; ks bp dr. Ottokar Prohaszka; Wydawnictwo Księży Jezuitów, Kraków 1931

Natura i łaska

 

  1. Przemyśl dobrze działanie natury i łaski, bo są one całkiem odmienne i ukryte, trudno je rozpoznać nawet człowiekowi żyjącemu życiem duchowym, obdarzonemu światłem wewnętrznym. Bo wszyscy w jakiś sposób dążą do dobra i zawsze jest coś dobrego w ich słowach lub czynach, toteż łatwo się dać uwieść pozorom.
    Natura jest podstępna, potrafi przyciągać, usidlać i omamiać, a zawsze ma za cel siebie, łaska zaś jest prosta, omija zło pod każdą postacią, nie stosuje żadnych sztuczek i działa wyłącznie dla Boga, bo Jego ma na celu.
  2. Naturze obca jest myśl o śmierci, nie chce być ujarzmiona i tłumiona, nie chce nikomu podlegać ani sama poddawać się komuś, łaska zaś usilnie dąży do śmierci swojego ja, buntuje się przeciwko popędom, chce być podległa, pragnie być pokonana, nie pożąda własnej wolności.
    Lubi trwać w posłuszeństwie, nie pragnie nad nikim panować, ale zawsze chce żyć, trwać i pozostawać pod władzą Boga i gotowa jest poddać się pokornie każdemu dla Boga.
    Natura pracuje dla własnej korzyści i do tego zmierza, aby od drugiego coś skorzystać, łaska zaś szuka nie tego, co dla człowieka wygodne i pożyteczne, ale co potrzebne wszystkim. Natura chętnie przyjmuje oznaki czci i szacunku, łaska zaś odnosi wiernie cześć i chwałę wyłącznie dla Boga.
  3. Natura lęka się pogardy i wstydu, łaska zaś cieszy się, że może cierpieć obelgi dla imienia Jezusa. Natura lubi odpoczynek i spokój fizyczny, laska zaś rwie się do trudu.
    Natura poszukuje rzeczy ciekawych i pięknych, odpycha od siebie szpetne i pospolite, łaska zaś kocha to, co proste i pokorne, nie brzydzi się brzydotą, nie waha się odziać w znoszone łachmany.
    Natura ogląda się na to, co doczesne, cieszy się z zysku, smuci po stracie, złości ją byle krzywdzące słówko, łaska spogląda ku temu, co wieczne, nie przywiązuje się do tego, co przemija, nie zważa na żadną utratę, nie gniewa się z powodu ostrych słóa., bo skarb swój i radość złożyła w niebie, gdzie nic nie ginie.
  4. Natura jest chciwa, chętniej bierze, niż daje, lubi mieć i posiadać, łaska jest otwarta i ogarniająca, unika posiadania, zadowala się małym uważa, że większym szczęściem jest dawać niż otrzymywać.
    Natura lgnie do innych istot, do własnego ciała, do rozrywek i rozmów, łaska ciąży ku Bogu i ku dobru, odrzuca to, co stworzone, odwraca się od światowości, gardzi pragnieniami ciała, nie lubi się uzewnętrzniać, wstydzi się być na pokaz.
    Natura chętnie zatrzymuje sobie jakąś pociechę, w której znajduje swoje zadowolenie, ale łaska tylko od Boga pragnie pociechy i zadowolić ją może ponad wszystko, co widzialne, tylko najwyższe dobro.
  5. Natura robi wszystko dla zysku i własnego dobra, nie umie nic zrobić bezinteresownie, ale zawsze oczekuje za dobro równej mu w cenie albo wyższej jeszcze zapłaty, albo chociaż czci i zaszczytu, zawsze więc starannie wyważa swoje gesty i dary.
    Łaska zaś nie żąda niczego doczesnego, nie czeka nagrody, bo pragnie jako nagrody samego Boga, a z konieczności rzeczy doczesnych wybiera tylko te, które mogą służyć osiągnięciu rzeczy wiecznych.
  6. Natura cieszy się z mnóstwa przyjaciół i bliskich, chlubi się szlachectwem i urodzeniem, uśmiecha się do możnych, zaleca do majętnych, przyklaskuje sobie podobnym, łaska zaś kocha nawet nieprzyjaciół, nie chwali się tłumem przyjaciół nie ceni sobie miejsca społecznego ani urodzenia, chyba że jest z nim związana większa cnota.
    Sprzyja raczej ubogim niż bogatym, współczuje więcej niewinnym niż możnym, raduje się z uczciwym, a nie z przeniewiercą, zachęca dobrych, by o lepsze łaski szli w zawody i upodabniali się w cnotach do Syna Bożego. Natura uskarża się na najmniejszy trud i niedostatek, łaska spokojnie znosi ubóstwo
  7. Natura wszystko do siebie ściąga, o siebie walczy, o swoje się dopomina, łaska wszystko sprowadza do Boga, od którego pochodzi każde istnienie, sobie nie przypisuje nic dobrego i nic zuchwale dla siebie nie żąda, nie upiera się przy swoim i nie wynosi swojego zdania ponad cudze, ale w każdej myśli i w każdym rozumowaniu podporządkowuje się wiecznej mądrości i Bożej ocenie.
    Natura chce wiedzieć to, co niewiadome, i słyszeć ciągle nowości, chce się ujawniać na zewnątrz i doświadczać wszystkiego przez zmysły, pragnie uznania i takiego działania, z którego mogłaby czerpać podziw i sławę, łaska nie dba o nowiny, nie wychwytuje ciekawostek. Wszystko to pochodzi z grzechu pierworodnego, bo nie ma na ziemi nic nowego i nic trwałego.
    Uczy się więc powściągać zmysły, unikać próżnego zadowolenia i ostentacji, pokornie ukrywać się z tym, co godne pochwały i podziwu, a w każdej rzeczy i w każdej dziedzinie wiedzy szukać owocu pożytecznego, czci i chwały Bożej. Nie chce, aby mówiono o niej i o jej sprawach, ale pragnie, aby w darach jej błogosławiono Boga, który wszystko daje z nadmiaru miłości.
  8. To jest łaska, światło nadprzyrodzone, szczególny dar Boży, znamię wybranych i obietnica zbawienia. Ona to unosi człowieka ponad ziemię ku umiłowaniu nieba i z człowieka cielesnego czyni duchowego.
    Im bardziej więc człowiek przezwycięża i opanowuje naturę, tym więcej łaski spływa na niego i tak przez codzienne ponawiane obcowanie z Bogiem człowiek wewnętrzny urabia się na obraz Boga.

 

O naśladowani Chrystusa; Tomasz a Kempis – Cz. III; rozdział LIV

 

 

 

Herbert o powrocie

Pan Cogito – – powrót

1
Pan Cogito
postanowił wrócić
na kamienne łono
ojczyzny

decyzja jest dramatyczna
pożałuje jej gorzko

nie może jednak dłużej
znieść zwrotów
kolokwialnych
–          comment allez-vous
–          wie geht’s
–          how are you

pytania z pozoru proste
wymagają zawiłej odpowiedzi

Pan Cogito zrywa
Bandaże życzliwej obojętności

przestał wierzyć w postęp
obchodzi go własna rana

wystawy obfitości
napawają go znudzeniem

przywiązał się tylko
do kolumny doryckiej
kościoła San Clemente
portretu pewnej damy
książki której nie zdążył przeczytać
i paru innych drobiazgów

a zatem wraca

widzi już
granicę
zaorane pole
mordercze wieże strzelnicze
gęste zarośla drutu

bezszelestne
drzwi pancerne
zamykają się wolno za nim

i już
jest
sam
w skarbcu
wszystkich nieszczęść

2
więc po co wraca
pytają przyjaciele
z lepszego świata

mógłby tutaj pozostać
jakoś się urządzić

ranę powierzyć
chemicznym wywabiaczom
zostawić w poczekalni
wielkich portów lotniczych

więc po co wraca

–          do wody dzieciństwa
–          do splątanych korzeni
–          do uścisku pamięci
–          do ręki twarzy
spalonych na rusztach czasu

pytania z pozoru proste
wymagają zawiłej odpowiedzi

może Pan Cogito wraca
żeby dać odpowiedź

na podszepty strachu
na szczęście niemożliwe
na uderzenie znienacka
na podstępne pytania

 

Zbigniew Herbert ze zbioru – Raport z oblężonego miasta i inne wiersze; 1983 rok.

Utwór Herberta ma ponad 35 lat, a mimo to jest nadal aktualny.

Indywidualizm

W miejsce uniwersalizmu, gdzie dostateczne jest miejsce dla każdej indywidualności, rewolucja, znosząc Boży porządek, postawiła zasadę indywidualizmu. Stąd ta nowożytnego społeczeństwa, socjalizmu zwłaszcza, przesada w troszczeniu się o klasy najniższe i kładzenie ciężarów prawie że niemożliwych na klasy posiadające; stąd rozpętanie indywidualności aż do anarchii, w czym zanika cześć i uszanowanie dla wszelkiej powagi; stąd rozprężenie moralne, wskutek którego porządek społeczny musi być utrzymany przez policję i groźby armat, dlatego, że braknie więzi wewnętrznej.

W takim zrównaniu została zatracona wzajemna cześć jednych ludzi do drugich, ponieważ godność ludzka została zapoznana.

Jak więc jest w państwie, nie lepiej jest w rodzinie, bo i tu władza nie jest we czci, i słabym jest rząd. Odkąd w kobiecie rozbudzono pragnienie, aby się stała we wszystkim równą mężczyźnie, z pominięciem prawa harmonii, zasadniczych różnic w stosunkach społecznych, już ona jako żona nie uznaje władzy męża, już jest uważana jako czcza forma; mąż także abdykuje ze swojego prawa do rządu jako głowa rodziny, w moralnej swej niemocy pozwala żonie nad sobą brać górę, i tak wywraca się porządek w rodzinie. Zatem idzie, że dzieci także nienauczne czci dla rodziców, nic ich sobie nie ważą, tak samo swych nauczycieli; niewdrożone do posłuszeństwa, rządzą się samowolą, a niewyćwiczone w karności, nie umiejąc znosić najmniejszej przykrości ani przeciwności zwalczać, za lada co odbierają sobie życie, którego nie nauczono ich cenić, i stąd smutne zjawisko tak częstych samobójstw u dzieci. To samo trzeba powiedzieć o sługach względem swego państwa. Pracodawcy nie wzbudzając już w nich należnego szacunku i nie umiejąc ich do siebie przywiązać, muszą znosić sługi, z których nie mogą być zadowolonymi, i także sługi, skutkiem duch czasu, często objawiają pretensje wygórowane. Tak to społeczne życie wszędzie zakwaszone, bo zatrute, jest nieznośnym i nieszczęśliwym, i społeczeństwu dzisiejszemu zagraża ruina. Źródło tego wszystkiego złego leży więc w zasadzie indywidualizmu, w braku harmonii między zasadą indywidualizmu a zasadą uspołecznienia, gdy zgoła ludzie zatracili zmysł Boskiej i moralnej harmonii.

 

Ks. Jan Adamski; Pokora podstawą życia chrześcijańskiego; Wyd. św. bp J.S.Pelczara Rzeszów 2017

 

Pałac pokryty korą

Moja Wola dawniej Kuźnica Sośniewska to niewielka osada położona wśród lasów w powiecie Ostrów Wielkopolski nad rzeką Młyńska Woda. Warto zjechać z głównej drogi i zagłębić się w las aby zobaczyć pośród pomnikowych dębów okazały pałac pokryty korą dębu korkowego, podobnie obłożoną korą wędzarnię i budynek mieszkalny oficyny. Podobno w Europie są tylko dwa takie obiekty.

 

Drewniany pałac myśliwski na wysokiej kamiennej podmurówce został zaprojektowany i wybudowany w latach 1854-55 przez polskiego inżyniera Karłowskiego dla księcia brunszwicko-oleśnickiego Wilhelma von Braunschweig-Öls.

Zapraszamy do galerii.