Napomnienie do pokuty

A byli niektórzy na ten czas, oznajmując mu o Galilejczykach, których krew zmięszał Piłat z ofiarami ich. A odpowiedziawszy Jezus, rzekł im: Mniemacie, że ci Galilejczycy nad wszystkie inne Galilejczyki grzeszniejszymi byli, iż takowe rzeczy ucierpieli? Nie, powiadam wam; lecz, jeśli pokutować nie będziecie, wszyscy także zginiecie. (Łk 13, 1-3 )

Moja grzeszność.

  1. Wielka to łaska, gdy kto odczuwa swą grzeszność. Taki patrzy sercem. – Rzućmy okiem na całe swe życie. Czy nie wypada nam przejąć się uczuciami św. Pawła, który poczytywał się za największego grzesznika, lub uczuciami św. Magdaleny, św. Małgorzaty z Kortony i tych wszystkich, których głęboka skrucha odpowiadała ciężarowi popełnionych grzechów. I ja również zgrzeszyłem przeciw Bogu(niewiarą, brakiem czci i ufności, szemraniem, przeklinaniem…), przeciw sobie (nieumiarkowaniem, brakiem panowania nad sobą, zmysłowością, nieczystością, lenistwem, tchórzostwem, samolubstwem…), przeciw bliźniemu(obmową, szkalowaniem, wyjawianiem powierzonych sekretów, zazdrością, nienawiścią, niesprawiedliwością, udawaniem, gwałtownością…). Jakie wyrzuty czyni mi dekalog i pięcioro przykazań kościelnych? Ile to grzechów, popełnionych myślą i uczuciem, ile uchybień w przyjmowaniu sakramentów św.! Ilu duszom dałem zgorszenie! Doprawdy, potop grzechu, morze błota! „Nie będzie trwał duch mój w człowieku, gdyż jest ciałem”(Rodz. 6,3).
  2. Odczuwajmy gorycz grzechu przejmijmy się wstrętem do niego. Grzech wyzuwa nas z charakteru istoty rozumnej i wyciska na nas piętno zwierzęcości. Niewiara gasi światło duszy, brak nadziei wtrąca ją w wieczną, zimną noc, zamiast ewangelii bodźcami życia stają się ciało, ślepe popędy, namiętności. – Dziczeje człowiek w swym życiu uczuciowym wbrew lakierkom, pachnidłom i frakowi. Kultura jest tylko blichtrem, jeśli się nie opiera na moralności. – Bez Boga człowiek-sługa staje się buntownikiem przeciw Bogu, ale też jednocześnie niewolnikiem innej potęgi, której kajdany odtąd dźwiga. – Grzech jest trucizną, która zamienia krew w ropę, wykrzywia oblicze, przytępia zmysły. A krew to łaska, oblicze to podobieństwo boże, zmysły to cnoty. – W dużej mierze grzech już tutaj na ziemi czyni z ludzi potwory. Ciało pada ofiarą zgnilizny, dusza staje się podobna do cuchnącego bagna. Wieniec spadł z jej głowy, zaprzepaściła swe zasługi. I płacze też anioł stróż, zakrywszy sobie dłonią oblicze. Smutek ogarnia serce Jezusa, łaski zbawienia poszły na marne.
  3. Jakim bezprawiem jest grzech wobec Boga, jaką krzywdzącą wyrządzam zniewagę! Staje w najostrzejszym przeciwieństwie do jego suwerenności, przeczy jego panowaniu, władzy, prawom i świętości. Sprzeciwia się boskiej jego istności, jest w gruncie zaprzeczeniem Boga. – Dusza, która nosi w sobie obraz Boga, zaciera znamię swego szlachectwa, spada do poziomu bydła, wala się w błocie i potwornieje. Nie istnieje już dla niej nieskończona doskonałość i świętość i ideał absolutny, który dyktuje prawa i hojnie wspiera łaską swe stworzenia, by mogły należną oddawać mu cześć i winną okazywać miłość. Bóg pragnie wychować dusze królewskie, a one siedzą na gnojowisku i gardzą nim. Jaki będzie tego koniec? „I obnażą cię z szat twoich i pobiorą naczynie ozdoby twojej i zostawią cię nagą i zelżywości pełną.” (Ez 16, 39)

 

 

Rozmyślania o Ewangelji; ks bp dr. Ottokar Prohaszka; Wydawnictwo Księży Jezuitów, Kraków 1931

 

Granice posłuszeństwa

Ks. Piotr Teilhard de Chardin SI (1881-1955)

Bóg objawił nam tajemnicę Trójcy Świętej – Jedynego Boga w Trzech Osobach, zdefiniowany dogmat wiary katolickiej. Nie będąc w stanie zrozumieć tej tajemnicy w pełni, wiemy jednak że doktryna ta jest prawdziwa – ponieważ objawił ją sam Bóg. Kościół zaś podaje nam ją do wierzenie na mocy swego najwyższego autorytetu nauczycielskiego.

Mogłoby się zdarzyć – aby Bóg do tego nie dopuścił – że pewnego dnia wasz proboszcz (lub biskup a nawet sam papież lub III Sobór Watykański) stwierdzi: „Myliliśmy się przez te wszystkie lata. W rzeczywistości w Bogu są Cztery Osoby”.

Nawet gdyby taka absurdalna sytuacja rzeczywiście miała miejsce, nie musielibyście czekać aż kolejny papież czy też IV Sobór Watykański wypowiedź tę skoryguje. Odnosząc się do tej kwestii definicja doktrynalna już istnieje.

Bóg nie mógłby objawić minionym pokoleniom czegoś, co nie byłoby prawdziwe, i co mogłoby zostać uzupełnione lub skorygowane w czasach późniejszych. Jak to określił I Sobór Watykański, definicje doktrynalne są niezmienne z samej swej natury, prawdziwość ich nie zależy od późniejszych opinii papieży, kardynałów, biskupów i księży. To co prawdziwe było wczoraj, nie może przestać być prawdziwe dziś ani jutro. To niemożliwe.

Obecnie jednak wielu katolików mówi: „Cóż, tak nauczano przed II Soborem Watykańskim. Obecnie Kościół już tego nie uczy. Słuchamy głosu zwyczajnego i żywego Magisterium. Obecnie papież i biskupi uznali za oficjalną doktrynę Kościoła Nową Teologię Henriego de Lubaca i Hansa Urs von Balthasara”.

Prawdą jest, że papieże i biskupi w trakcie minionego półwiecza w wielkim stopniu przyczynili się do obecnego zamieszania w kwestiach doktrynalnych. Nie ma jednak znaczenia, kto nowinki takie propaguje. Jeśli papież ani obradujący pod jego przewodnictwem sobór nie bronią dogmatu wiary, wówczas słowa ich muszą być oceniane wedle nieomylnych probierzy prawdziwego Magisterium Kościoła. Jeśli to, co jakiś człowiek mówi, sprzeczne jest ze stałym i powszechnym nauczaniem Kościoła, albo jakąkolwiek z jego uroczystych definicji, wówczas człowiek taki rozpowszechnia nauczanie fałszywe.

Błąd jest błędem. Żadna ludzka władza nie jest w stanie tego zmienić – nawet sam papież.

Dlatego właśnie każda doktryna musi być osądzana w oparciu o niezmienne definicje.  Przypadkach wątpliwych możemy przyjąć podejrzane nauczanie jedynie z zastrzeżeniem, natomiast w sytuacji gdy w oczywisty sposób sprzeczne jest ono ze zdefiniowanymi dogmatami katolickimi, musimy trzymać się artykułów wiary w takim dokładnie rozumieniu, w jakim zostały one zdefiniowane – a równocześnie unikać nauk głoszących coś przeciwnego.

Vaticanum II nie może być uważany za „Supersobór”, wymazujący nauczanie wszystkich soborów poprzednich, żaden sobór nie jest bowiem władny tworzyć doktryny wedle swego widzimisie.

Jako, że II Sobór Watykański nie chciał definiować dogmatów ani potępić błędów, wszystkie elementy jego nauczania, które nie były wcześniej głoszone przez nieomylne Magisterium (czy to nadzwyczajne czy też powszechnie i zwyczajne) muszą być oceniane  świetle uprzedniego nauczania, a zwłaszcza uroczystych definicji doktrynalnych. To nieomylne Magisterium jest probierzem użyteczności i ortodoksji Vaticanum II – a nie odwrotnie.

Obecnie jednak ludzie starają się redefiniować dogmaty katolickie w świetle Vaticanum II, nawet wbrew uroczystym definicjom. Niezdrowość tej sytuacji uznał sam kard. Ratzinger (który później został papieżem Benedyktem XVI):

„Drugi Sobór Watykański nie został potraktowany jako część całej, żywej Tradycji Kościoła, ale jako koniec Tradycji, nowy start od zera. Prawda jest taka, że sobór ten w ogóle nie zdefiniował żadnego dogmatu i świadomie wybrał skromną rangę soboru zaledwie pastoralnego. A jednak wielu traktuje go tak, jakby uczynił on z siebie superdogmat odbierający ważność wszystkim pozostałym”.

Św. Feliksowi III, papieżowi z V wieku, przypisywana jest następująca maksyma odnosząca się do obrony prawdy:

„Brak sprzeciwu wobec błędu jest jego zatwierdzeniem, a nie bronienie prawdy oznacza jej tłumienie”.

Słowa te są prawdziwe zwłaszcza w odniesieniu do sprzeciwiania się błędom doktrynalnym oraz obrony prawdziwej wiary – niezależnie od tego, kto te błędy głosi. Nawet papieżowi wolno się opierać, gdyby postępował w sposób sprzeczny z wiarą lub wyrządzał szkodę Kościołowi.

 

Fatima – życie lub śmierć; ks. Mikołaj Gruner; Wydawnictwo Antyk Marcin Dybowski

 

Samozakłamanie

Istnieją pewne sposoby – zarazem niezawodne i niezbędne – by stać się prawdomównym wobec samego siebie. To, czy osiągnęliśmy już tę cnotę, poznamy po tym, czy podjęliśmy środki do jej pozyskania. Całe wewnętrzne zepsucie naszej natury jest ni mniej ni więcej jak tylko surowcem naszego samozakłamania. Przewrotność tego zepsucia leży w jego zafałszowaniu, a osoba, którą najbardziej chcemy w ten sposób oszukać, jesteśmy my sami. Cały świat świadkiem, z jakim powodzeniem to czynimy. Toteż, jeśli rzeczywiście chcemy siebie odkłamać, musimy włożyć ogromny trud w poznanie samych siebie i – jeśli to tylko możliwe – wszystkich plusów i minusów naszej złożonej i wewnętrznie sprzecznej natury, nie mamy po prostu szans działać w prawdzie. Nie jest jednakże rzeczą łatwą poznać siebie. Wprost przeciwnie – to najtrudniejsza rzecz na świecie. Czy więc rzeczywiście podejmiemy trud poznania siebie samych? Czy rzeczywiście uczciwie badamy nasze sumienie? Czy jesteśmy w tym dokładni? Doprawdy możemy swobodnie przypuszczać, że niewiele jest osób troszczących się o zbawienie swojej duszy, dla których codzienne i regularne obowiązki duchowe składają się z czegoś więcej niż tylko rachunku sumienia. Tak więc, jaka jest nasza obowiązkowość w tej sprawie? A nasza dokładność? A wytrwałość? A nasz prawdziwy wgląd na to, jak ważny jest rachunek sumienia? Jeżeli nie staramy się usilnie poznać samych siebie, możemy być w zasadzie pewni, że nie jesteśmy wobec siebie prawdomówni. A że niestety podobne wysiłki są wielce nieprzyjemne, nie można ich podejmować, nic o tym samemu nie wiedząc. Tylko ciężko ranny na polu bitwy może czasem nie być świadom bólu, jakiego doznaje.

 

O samozakłamaniu; Frederick Wiliam Faber; Warszawa 2016

Siedem grzechów głównych

Kiedy korzeń drzewa jest podcięty, wszystkie gałęzie, które z niego ciągnęły soki i Zycie, natychmiast usychają. Wyrwijmy z naszych dusz te zatrute korzenie, a wszystkie złe skłonności, z nich biorące początek, przez samo to zostaną zniszczone. Taki przykład pozostawili nam wszyscy mistrzowie życia duchowego. Wszyscy oni te właśnie grzechy gromili z całą mocą swojego pióra, w silnym przekonaniu, że gdy raz pokonają tych nieprzyjaciół, żaden inny już głowy nie podniesie.

Wszystkie grzechy, mówi św. Tomasz, pochodzą źródłowo z miłości własnej, wszystkie są skutkiem żądzy jakiegoś dobra pożądanego przez tę miłość własną. To jest początek owych trzech pożądliwości  wskazanych przez św. Jana: pożądliwość ciała, pożądliwość oczy i pychy żywota; czyli miłości rozkoszy, miłości bogactw i miłości zaszczytów. Miłość rozkoszy rodzi trzy grzechy główne: nieczystość, obżarstwo i lenistwo; z ukochania godności bierze początek pycha, a z miłości bogactw – chciwość. Pozostałe dwa grzechy główne, to jest gniew i zazdrość służą za pomocników tym rozmaitym występnym skłonnościom. Gniew powstaje przeciw przeszkodom, które sprzeciwiają się spełnieniu naszych życzeń; zazdrość – przeciw tym, którzy nas podchodzą i uprzedzają w uzyskaniu jakiegoś dobra poszukiwanego przez naszą miłość własną, Takie zatem jest pochodzenie grzechu: potrójna pożądliwość, pierwszy zarodek grzechów głównych, skąd wynika wszelka nieprawość. Przeciw tym właśnie grzechom powinniśmy skierować wszystkie nasze wysiłki i całą uwagę. Są to olbrzymy, których najpierw trzeba pokonać, jeżeli chcemy podbić resztę nieprzyjaciół, którzy z naszą szkodą przywłaszczyli sobie ziemię obiecaną.

Na samym czele postawię pychę, będącą nieuporządkowaną miłością własnej godności. Święci uważają ten grzech za ojca, za króla wszystkich grzechów. Pysze nigdy w myśli twojej, ani w słowie twoim panować nie dopuszczaj. Bo od niej początek wzięło wszystkie zatracenie (Tb 4,14).

Św. Ludwik z Granady; Przewodnik grzeszników; Wydawnictwo AA

 

Światowe życie

Jak nieliczni są nawet wśród dobrych ludzi ci, którzy znają samych siebie! Wiele z tego, co uważają oni za działanie łaski w nich, stanowi po prostu opatrznościowy zbieg okoliczności. I tak na przykład, gdy światowość wzbudza w jakimś człowieku słuszną obawę, myśli on sobie- niewykluczone, że nawet z Bożą pomocą – że nie ma w nim ku niej żadnego pociągu. Owszem, sporo w nim zła, jest tego świadom, ale przecież nie ma pociągu do światowości. Lecz naraz okoliczności jego życia ulegają zmianie. Staje się bogaty, albo zaczyna obracać się w nowym towarzystwie, a może poprawia się jego stan zdrowia – i oto może sobie już pozwolić na to, na co wcześniej nie mógł. I patrzcie, już jest przesiąknięty światowością! Wcale nie wchodzi w nią stopniowo lub z oporami, pod presją pokusy, lecz ot, tak po prostu – światowy od razu, beż żadnych dodatkowych zmian, z dnia na dzień pełen światowości, którą od zawsze nosił w swym sercu. Tak jak nikt nie ma siły bardzo się gniewać, gdy mu słabo i mdleje, tak i światowość tego człowieka nie mogła ujawnić się we wcześniejszych okolicznościach jego życia. Jednak drzemała w nim zawsze. Setki ludzi jest przenikniętych światowością, są po prostu światowi aż do szpiku kości, a jednak pochlebiają sobie tym, że świat zupełnie ich nie pociąga. Prawdą jest więc, że bardzo mało wiemy o sobie i o naszych prawie niewyczerpanych możliwościach czynienia zła, zła, które skrywamy w zamknięciu naszych dusz. Czyż życie na każdym kroku nie przysparza nam okazji do przykrych odkryć na temat nas samych? Może nieprzyjemne, ale jednak cenne są to odkrycia i warto na nie zwracać uwagą. Czyż mądre byłoby unikanie tego rodzaju odkryć, tylko dlatego że teraz zakłócają nasz spokój, skoro w dniu sądu będziemy pytani o to, jaki użytek z nich zrobiliśmy? Życie wewnętrzne, w którym nie dopuszczamy sporej dozy zaniepokojenia, życiem wewnętrznym w ogóle nie jest. To tylko jakiś magiczny sposób schlebiania miłości własnej. Wyobraźmy sobie system duchowy, którego celem jest sprawienie, by wszyscy czuli się swobodnie i komfortowo, i w którym naczelną zasadą jest unikanie wszelkich niewygód. Doprawdy byłby on śmiechu wart w samej swej istocie, lecz lepiej się nie śmiać, bo przecież cóż straszniejszego dla duszy niż pomylić się, co do swego przeznaczenia wiecznego?

 

O samozakłamaniu; Frederick Wiliam Faber; Warszawa 2016

 

Marzycielstwo

To najgroźniejszy wróg pobożności u osób młodych; groźny, bo przychodzi mimo wiedzy i woli, opanowuje sumienie i wprowadza doń zamęt; groźny, gdyż powoduje tysiączne usterki. Zawitało do duszy niby promień słońca o nęcącym blasku i oto maluje przed nami przyszłość jasną, barwną pełną życia; wszędzie wiosna, promienne słońce, wonne kwiaty, upajające wrażenia. Smutki chwili obecnej pierzchają, niebezpieczeństwa przyszłości zanikają we mgle. Odmienia się wszystko, czego dotknie różdżka czarodziejki; ale ta czarodziejka to wyobraźnia, jej moc nie sięga poza granicę marzeń. Po przebudzeniu wszystko znika; a przebudzenie to życie rzeczywiste, jakże często ponure, smutne, pełne rozczarowań!… Chcesz wiedzieć, co się z tobą stanie? Popatrz na swoich rodziców. I oni byli tacy jak ty! Na próżno bronisz się przed widokiem tej okrutnej rzeczywistości, uporczywie otaczając się złudzeniami; na próżno budujesz swoje nadzieje na niepewności; twój los będzie taki sam, jak twoich poprzedników; pod cierpliwym, ale nieubłaganym działaniem czasu, kwiaty twoich marzeń jeden po drugim zwiędną i opadną!

 

Marzycielstwo grozi zrujnowaniem całej przyszłości. Nie dość na tym: ono marnuje chwilę obecną; szkody jakie powoduje, są nie do obliczenia.

Czy nie dostrzegasz, że ono paczy twoje pojęcia! Że ci odbiera właściwe rozumienie życia?

Czy nie czujesz, że wywołuje w tobie obrzydzenie do wszystkiego, co powinnaś kochać: do Boga, cnoty, piękna, nawet do twojej rodziny?

Czy nie dostrzegasz – być może z przerażeniem – że skłonność do marzeń rujnuje w tobie wolę, że może bezwiednie jesteś tą skłonnością zupełnie owładnięta? A co jeszcze bardziej smutne, opanowuje cię samolubstwo! Niech kto chce poetyzuje marzycielstwo; nie jest ono niczym innym, jak tylko szukaniem siebie, często bardzo podejrzanego gatunku … Nie o szczęście ludzkości tu chodzi – nie prawda? – ale o twoje osobiste.

A to szczęście, za jakim się ubiegasz, może graniczy z występkiem, może leży tuż nad przepaścią, której sam widok przyprawia cię o zawrót głowy?

Oswajasz się ze złem, przystrajasz je w barwy swoich marzeń, w ich ponęty!

I jaki skutek tego wszystkiego? Natura spaczona, zrujnowana, samolubna, zniechęcona nadwyrężona u samego rdzenia, a może przewrotna, choć nie zdaje sobie z tego sprawy.

Jeśli nie doszło jeszcze do tych wszystkich dewiacji, są one możliwe a nawet prawdopodobne.

 

I cóż się dzieje z pobożnością, gdzie jej zbawienne wymagania, gdzie radości, pełne spokoju? Wygnane, oddane na łup wszechwładnej namiętności! Czy dla takiej duszy może mieć jakiekolwiek znaczenie myśl o Bogu, niewidzialnym, modlitwa w swej jednostajnej formie, czytanie o prawdach oderwanych, liczenie się z sumieniem, tak niezdolnym do skupienia? Jak godny współczucia jest Jezus, gdy musi wstępować do takiej duszy w Komunii Świętej, gdy musi dla niej w Swoim Sercu i w niebie zachować miejsce, którego nie może jej odmówić, gdyż jest ona w stanie łaski!

Jeśli czujesz, że wabi cię ku sobie zdradziecka syrena, która nazywa się marzeniem; jeśli jeszcze nie oplątała cię swoimi sidłami, zatrzymaj się, rozważ, uciekaj do modlitwy, a później zdobądź się na energię. Żadnych półśrodków, żadnych ustępstw! Wytnij całkowicie to, co zepsute, usuń się od wszelkich podejrzanych towarzystw. Szczególnie miej się na baczności w doborze lektur, gdyż są powieści zupełnie moralne, które będą dla ciebie w tym punkcie bardziej niebezpieczne od wyraźnie złych; są również natury zupełnie niewinne, które mają więcej skłonności do marzycielstwa, niż niektóre natury występne.

Unikaj wszystkiego, co pobudza do miękkości, jak niektóre rodzaj muzyki, działające na uczucie powieści, zapachy perfum. Bądź zawsze zajęta; ćwiczenie ciała a zwłaszcza , które wymagają wysiłku, zapobiegają nadmiernej aktywności umysłu.

Nade wszystko zaś uciekaj się do Boga, choćbyś nawet nie czuła do tego żadnej ochoty; nie proś Go jeszcze o pociechy duchowe, które by ci zastąpiły słodycz twoich marzeń; proś tylko o dobrą wolę, o gotowość do używania wskazanych środków, o wytrwanie; pociechy Boże z czasem zostaną ci przydane w dodatku.

Zło zwykło ustępować powoli: nie dziw się, gdy znajdować będziesz w sobie te same skłonności, te same pragnienia; nie dziw się, gdy marzenie będzie miało dla ciebie taki sam urok. Zło budzi się niekiedy na nowo, wzmaga się, ma chwilę przesilenia; wtedy wytrwaj wbrew wszystkiemu, a gdybyś na chwilę upadła, powstań natychmiast. Chwilę przełomu będą coraz rzadsze, mniej gwałtowne i w końcu ustąpią w dal, jak huk oddalającej się burzy.

 

 

 

Wg „Spowiedź Przygotowanie do Sakramentu Pokuty”, Warszawa 2005

 

Dlaczego powołuje pasterzy?

  1. Chór aniołów w górze i chór pasterzy w dole, majestat i prostota, odprawiały pierwsze nabożeństwo Bożego Narodzenia. Wzniosły i prosty jest także Bóg w tajemnicy Wcielenia. Oblicze jego jaśnieje baskiem wieczności, a przecież jest to twarz dziecięcia. Wiarą, która szuka nieskończoności w prostocie, trafiamy do Boga, do pełni bytu, znajdujemy Pana w Betlejem i w Najświętszym Sakramencie Ołtarza, Co za zdumiewająca i uszczęśliwiająca skromność! Tu poznajemy wartość wiekuistą swych drobnych, powszednich uczynków. Przechodzimy śmiało nad otchłanią nieskończoności, by zbliżyć się do Boga ze słowem: „Ojcze nasz”. – Wszakże nie w Betlejem zniżył się do nas po raz pierwszy. Uczyniło to już wtedy, kiedy w myśli układał świat, ślimaka, falę szemrzącą, ruchliwy promyk słońca. Atoli dowiódł nieskończonej miłości, kiedy stał się dzieciną, by przez swe poniżenie podnieść człowieczeństwo do godności bożej i obdarzyć je mocą łaski. – Kłaniam się Tobie, pokorna Dziecino, przemów do mnie. Przedkładam Ci jedną wielką sprawę, sprawę mej duszy nieśmiertelnej, jedynego mego skarbu. Naucz mię, proszę, odwagi dzieci bożych która nie miesza się bliskością Boga, lecz sercem i usty dziecięcemi odzywam się do Niego. Naucz mię, Panie, prostoty, która wszędzie znajdzie Boga i napełnia serce pogodą, weselem i szczęściem.
  2. Powołuje pasterzy, bo dusz ich nie obciąża jarzmo i brzemię życia światowego, Siła tych ludzi jeszcze nie złamana, ich serca i umysł nie zatrute pracą kulturalną, gorączkową walką ekonomiczną. To nie zwiędłe, zblazowane dusze, które znużyły się i zgorzkniały życiem, dl których wiara i religia co najwyżej maścią kojącą i odrobiną pociechy. Uchowaj Boże! Szukać jedynie plastra i pociechy i na wszystko biadać – to nastrój szpitalny. Religia nie jest chorobliwą uczuciowością, lecz żarliwą służbą, oddawaną Panu i Bogu naszemu. Nie bądźmy trzymającymi się ledwo na nogach wyzdrowieńcami, któryby w Panu chcieli widzieć jedynie pielęgniarza chorych. Nasza służba Bogu powinna być życiem, w którem tętni moc i dzielność, dla Boga winniśmy żyć i umierać. Zabierzmy się tedy do tej służby z zapałem młodzieńczym, z wysoko sięgającymi aspiracjami i bezinteresownie.
  3. Powołuje pastuszków, bo to ludzie zahartowani, nie rozpieszczeni. W deszczu, na wichrze, śród zimowej nocy gwiaździstej czuwają przy swoich trzodach. Do takich typów ma pociąg osobliwy ten, który sam jest pasterzem dusz. – Wybredny komfort nie jest mieszkaniem odpowiednim dla duszy. Jej gniazdo usłane z suchych, chropowatych gałęzi jak gniazdo dzikiego gołębia. I niedostatek także przyczynia się do wychowania duszy, bo roślina ta lubi grunt kamienisty. Można pokochać skały, na których życie wewnętrzne rozwija swój przepych. „I nostri benedetti sassi”, mawiali mieszkańcy wyspy Veglia, kiedy z okolic pięknych i żyznych wracali do domu. Drogie, błogosławione skały, skały wyżyn wiary i zaparcia się! Błogosławione skały, z których wyrasta i na których rozkwita życie słodsze, szlachetniejsze, bardziej duchowe.

 

Rozmyślania o Ewangelji; ks bp dr. Ottokar Prohaszka; Wydawnictwo Księży Jezuitów, Kraków 1931

 

O bojaźni Bożej

Z braku bojaźni na wiele sobie wobec Boga pozwalamy. W pochopnych prośbach, w niegodnie przyjmowanych sakramentach, w pobieżnych rachunkach sumienia, w pozbawionych skupienia medytacjach, w grze pozorów, w skrywanych wspomnieniach, w sposobie, w jaki odsuwamy Go na bok, stawiając inne rzeczy na pierwszym miejscu – oto w czym używamy sobie bez ograniczeń, mając za nic niezmierzony majestat Boży. Próbujemy skryć przed Nim nasz brak synowskiego zaufania, choć wiemy przecież, jak niedorzeczna jest taka próba. Jesteśmy wszyscy doskonale świadomi, że ukryć się przed Nim nie można, jednak świadomość tę upychamy gdzieś w głębi, aby tylko nie wyszła na wierzch i nie zaczęła formować praktyki naszego życia. Zawzięcie bronimy się przed zdaniem sobie sprawy z Jego niezwykłej wielkości, Jego przemożnej świętości, Jego przejmującej dreszczem bliskości i tak – na tysiące krętackich sposobików nie traktujemy Go wcale jak Boga, w którego rzekomo wierzymy. Czymś strasznym jest myśl, że mielibyśmy być nieuczciwi wobec Boga, jednak tak – tacy właśnie wszyscy jesteśmy i to w naprawdę przerażającym stopniu. Panie, pośpiesz nam z pomocą! Żyjemy w świecie pełnym rozpanoszonej i skomplikowanej nieuczciwości, a jednak stanięcie w niewypowiedzianie jasnym świetle Prawdy i porzucenia wszelkiego zakłamania będzie naszą wiekuistą radością i rozkoszą!

 

O samozakłamaniu; Frederick Wiliam Faber; Warszawa 2016

 

 

Adwent – czas oczekiwania

Wybornie dostraja się do adwentowego okresu długi poranek listopadowy i grudniowy, który zda się nie może wybrnąć z mgły i mroku. Jest to symbol wieków i duszy, które z wolna budzą się, tęsknią za Mesjaszem. Długie to i przewlekłe budzenie się jest początkiem nowego okresu. – Rok kościelnym zaczyna się adwentem. W ten sposób adwent odtwarza mroki owych tysiącleci, które poprzedziły przyjście Chrystusa. A zatem oczekiwanie, przebudzanie, początkowanie – to cechy adwentu, które przypomina także św. Paweł, wołając: „Nox praecessit, dies appropinquavir…” Noc uchodzi, już świta dzień! Zbudźmy się więc do pełnego siły świętego życia, biegnijmy na spotkanie Chrystusa!

  1. Czas oczekiwań – bo Pan nadchodzi. „Błogosławiony sługa czekający na swojego Pana”. Życie wigilią, świętem czuwania. Oblubienice ewangeliczne czuwają w nocy. „Mamy przy sobie kaganki, napełnione oliwą, możemy pospieszyć na przyjęcie Jezusa”. Nocne czuwanie jest wstępem do dnia wielkiego, uroczystego, w którym się nam Chrystus ukaże rzeczywiście. Stoimy niejako przed wejście do tumu gotyckiego. Prorocy, apostołowie i postacie cherubów witają nas z wysokości, atoli brama jeszcze zamknięta, jeszcze stoimy na dworze, w zawierusze życia. „Oczekując błogosławionej nadziei”… czekamy, ufamy mając wzrok utkwiony w bramy wiekuistej światłości… Przyjdź, Panie Jezu!
  2. Czas przygotowania – Nasamprzód na święta, miłą uroczystość, na święto łask i darów, na Boże Narodzenie. Przeżywamy w duchu tęsknoty, niepokoje, nadzieje Adwentu, by w dniu pełnym łaski, w dniu uroczystym Bożego Narodzenia śród blasku jarzących się świec i zapachu choinki móc powitać radośnie małego Jezusa. O trzy szczególnie rzeczy w tym celu dbać nam należy: 1) O pokutę, by serce nasze było czyste. 2) O skupienie. Jak przyroda w tym czasie zbiera się w sobie i gotuje do nowej wiosny, taki my zbierajmy się w sobie, by zdobyć lepsze poznanie i silniejszą wolę. 3) O rozbudzenie w sobie pragnienia życia nadprzyrodzonego. „Spuśćcie rosę niebiosa zwierzchu!..” Panie i Boże mój, budzę się, by garnąć się do Ciebie… Nigdy o Tobie nie zapomnę.
  3. W szczególności zaś Czas rozpoczynania na nowo – Sam Jezus nalega: Zacznij! Wzywa nas i zaprasza do nowego życia, jak ów promień słoneczny, który przez szyby okien, pokryte kwieciem mrozu, świeci wabiąco do naszego pokoju. Zaczynajmy więc, i to nie raz jeden, ale wiele razy! Dziwne to żądanie, jednakże niemałego znaczenia. W każdym początku jest osobliwy rozmach i rozpęd, nie wie się jeszcze, co to zmęczenie i rozczarowanie, żywa jeszcze ochota. Popatrz na wiosnę! Za każdym jej przebudzeniem się na nowo pąki wypuszczają, stuletnie nawet dęby i buki miękną pod wpływem przesycających je soków. Nie pączkowałyby, gdyby chciały pozostać twarde i suche. Bóg namaszcza duszę maścią dobrych chęci, „oliwą radości”. Żwawo więc do pracy w tym czasie adwentu! Wielkie jest zadanie nasze, dopiero pierwsze stawiamy kroki. Ze św. Pawłem ubiegajmy się za tem, co leży przed nami.

 

Rozmyślania o Ewangelji; ks bp dr. Ottokar Prohaszka; Wydawnictwo Księży Jezuitów, Kraków 1931

Próżność i zniechęcenie

Gdy wada próżności zapanuje w duszy, pod jej działaniem wysychają wszelkie źródła życia duchowego.

Nieustanna chęć podobania się staje na pierwszym planie i wszechwładnie rządzi duszą. To niezliczone starania wokół strojów, to radość z powodzenia, to zgryzota wobec zawodu, w każdym zaś razie ciągły niepokój.

Tysiące drobnych sprzeniewierzeń kiełkuje w umyśle i paczy serce.

I gdzie tu miejsce na myśli, w których nie ma niż pochlebnego, które nie nasuwają się same przez się; gdzie miejsce na to, co niewidzialne i co trzeba w duszy nieustannie odgrzebywać spod naleciałości świata; gdzie miejsce na ćwiczenia pobożne, przeciwne skłonnościom natury, a jednak konieczne?

Sumienie zostaje zagłuszone, siły do oporu się wyczerpują, życie opanowuje lekkomyślność.

 

Zniechęcenie

A oto dusza, która zadawała sobie wysiłki i mimo nich po raz kolejny upadła! I gdyby tylko raz! Ale tyle razy! „Bóg mnie opuszcza – woła. – Wszystkie moje usiłowania na nic!”

Jeśli przy spowiedzi postanawia powrócić do ćwiczeń pobożnych, odważyć się na jakiś wysiłek, uczęszczać do Komunii Świętej, to brak w tym wiary, brak przekonania; zabiera się do pracy pewna, że wkrótce ustanie, bez zapału, bez ufności, zatem bez męstwa.

Źródłem tego przygnębienia bywa nie tylko ciągłe powtarzanie się tych samych upadków, ale te spotykanie się z tymi samymi pokusami, trudnościami, z tym, co nas rani; bywa ono też następstwem wszelkiego niepowodzenia, zawodu, nieszczęścia.

Nie ma nic powszechniejszego nad zniechęcenie, nic bardziej niebezpiecznego – i nic bardziej nieuzasadnionego.

Zniechęcenie to tryumf szatana, to najzwyklejszy jego podstęp. Dusze niedoskonałe dają się wywieść w pole nie raz, ale setki razy i to zawsze w ten sam sposób.

 

Wg „Spowiedź – Przygotowanie do Sakramentu Pokuty”, Warszawa 2005

 

Wierzę w świętych obcowanie

  1. Trzy istnieją potęgi w życiu człowieka, które tworzą społeczności, kształtują język, budują ognisko rodzinne i zbierają skarby. To ciało i krew, nauka i sztuka. Bóg i życie wieczne. Ciało i krew stwarza rodzinę i naród, w których istnieją wprawdzie nici duchowe, czyste zasady moralne, jednakże miłość i tradycja opierają się na pokrewieństwie i powinowactwie. Społeczność ta zna luby dom rodzinny, wonną atmosferę życia pełnego mocy i szczęścia, ale też pełne walk i zawodów. Ponad ogniskami i związkami ciała i krwi stoją społeczności ducha i myśli, wspaniałe, rozwijające nowy rodzaj życia w promiennej atmosferze. Jedność myśli nie zna różnic ciała i krwi, nie zna odrębności narodowych, jej kraina rozciąga się poza kamenie graniczne i słupy rogatek. Karpaty czy Alpy czy Kanał Angielski dla niej nie istnieją. Niezależne od rodzin i narodowości życie duchowe zakłada sobie inne ognisko domowe, innym mówi językiem, inne zbiera skarby, Jego potęgą wiedza, która nie dzieli, lecz jednoczy, ujarzmia nieokiełznane siły przyrody, zatrzymuje piorun, odsłania wnętrze ziemi, otwiera zdroje lecznicze, uzdrawia choroby. Wspaniała to zaiste społeczność! Jej królestwem myśl, jej siłą wynalazek, jej skarbem wiedza, a jej pragnieniem postęp.
  2. Postęp? Dokąd? I świat myśli, jak jest wysoki, tak jest niewystarczający Ciasne są ramy przyrody, nie wiele sił fizycznych zdołaliśmy ujarzmić, postęp dość skromny, a kończący się śmiercią. Nie zadowala nas, bo dusza nasza obdarzona jest zmysłem nieskończoności i wieczności, a tętni w niej myśl nieśmiertelnego życia. Dusza to nie ciało i krew, to nie tylko wiedza i myśl, lecz udział w bycie Boga i jego miłości. Prawdziwie piękne dusze rodzą się nie z ciała, ani z wiedzy, lecz z Boga, i tworzą społeczność dzieci bożych. Kierunek tej społeczności nadaje Nieskończony, jej siłą rozpędową jest miłość Boga, jej atmosferą pragnienie życia wiekuistego, jej językiem prawdziwy język ojczysty, język wiecznej szczęśliwości. Jej skarbem są zasługi nieśmiertelne, jej domami świątynie, jej grobami ołtarze. Klęczy na kolanach z bijącym sercem, promiennym okiem, czystym czołem, na pół otwartemi usty i twarzą rumianą od żaru nabożeństwa. Jej życiem jest cnota, dążeniem wyzwolenie się od śmierci i unicestwienia, ideałem doskonałość, spójnią wewnętrzna miłość Boga i bliźniego. Społeczność ta jest rozległa jak królestwo boże, w niej znikają kraj, języki, narody. Poprzez stulecia toczy się strumień życia tej społeczności głęboki od głębokości jej idei i myśli i uczuć serdecznych i ożywia wszystkie stosunki ludzkie. Nowe pokolenie „trzeci rodzaj”, dostarcza jej członków, nowe pokolenie, złożone z „synów światłości”, którzy świat zwyciężają, a których świat nie godzien.
  3. Popatrz na ten szereg! Tam Jezus, Najświętsza Bogarodzica, dusze świetlane. Ich atmosferą blask i ciepło, miłość i wzniosłość. Z ust Jezusa wychodzi miecz dwusieczny, błyskawica słowa bożego. Ku niemu lecą natarczywym lotem dzikich gołębi ci wszyscy, co go kochają. Przepiękne to dusze, żywe „Te Deum laudamus”. Nie tylko usty śpiewają, ich hymnem ich życie, muzyka najpiękniejsza, najsłodsza. Chwała Boża promienieje z ich postaci, nie światło słoneczne, lecz cnota. Wonne to dusze, róża i lilja ich kwiatami. Na czystych wyżynach mieszkają, żyją tchnieniem lasów.
  4. Co będzie z nami? Do której należymy społeczności? Wyszliśmy ze społeczności ciała i krwi, ale w niej na stałe nie pozostajemy. Gniazdo swoje zakładamy tam tylko na czas wiosny i lata życia ludzkiego. Żyjemy również w społeczności ducha i myśli, nauka jest naszą pociechą, z jej skarbów korzystamy, jej święta obchodzimy, ale nawet jej światło wskazuje drogę wiodącą poza tę społeczność do społeczności świętych, gdzie mieszka Bóg, gdzie wiara zespala, miłość rozgrzewa, gdzie mówią językiem czystych uczuć, gdzie rozkwitają duszę najpiękniejsze. Z niemi stopmy się w jedno wiarą, uczuciem i cnotą, by było „jedno serce i dusza jedna”. Ich przykład jest naszym skarbem, ich łaska naszą siłą, ich pomoc podporą naszej ufności!

 

Rozmyślania o Ewangelji; ks bp dr. Ottokar Prohaszka; Wydawnictwo Księży Jezuitów, Kraków 1931

Śmierć grzeszników

Śmierć grzeszników, mówi św. Bernard, jest bardzo zła od strony ich stosunku do świata, który muszą opuścić, gorsza od strony ich stosunku do ciała, z którym muszą się rozłączyć, a najgorsza od strony ognia i nieumierającego robaka, które będą ich udziałem. To prawda, że strasznie jest widzieć się wyrwanym ze świata który się kochało; jeszcze bardziej strasznie, czuć się wyzutym z tak czule kochanego ciała, ale nieskończenie bardziej strasznie widzieć się wtrąconym w otchłań nieszczęśliwej wieczności.

Do tych męczarni dochodzi też mnóstwo innych: przypadłości choroby, bóle ciała, obawy duszy, tęsknoty chwili obecnej, niepokoje przyszłości, wspomnienie przeszłości i jej grzechów, strach przed sądem i tym, co po nim nastąpi, okropność pogrzebu, rozstanie się ze wszystkimi przedmiotami nieuporządkowanego kochania. Tu majątek, tu przyjaciele, tu żona i ubóstwiane dzieci; światło, powietrze, życie – wszystko to trzeba opuścić i to opuścić z nieopisanym bólem, stosownie do stopnia przywiązania, jakie się do tego czuło! Serce, mówi św. Augustyn, nie rozłącza się z tym, co je zajmowało, bez okrutnych boleści. Ten jedynie, mówi pewien filozof, kto mało doznał w życiu pociechy, mało obawia się śmierci.

Ale największą udręką grzesznika w tej ostatecznej godzinie jest jego występne sumienie i straszliwe oczekiwanie losu, na jaki zasłużył. W obliczu śmierci budzi się on z nieszczęsnego uśpienia. Otwiera oczy i widzi nareszcie to, czego nie chciał widzieć, póki żył na świecie. Dzieje się tak dlatego – mówi Euzebiusz Emisseński – że w owej chwili wszelki niepokój o życie teraźniejsze, wszelkie pożądanie godności i bogactw, wszelkie staranie, wszelkie zajęcia rzeczami tego świata ustają, a dusza jest całkowicie oddana myśli o ciężkim rachunku, jaki za kilka chwil będzie musiała zdać; jest całkowicie oddana rozpamiętywaniu sądów Pańskich. Na widok życia, które się oddala, i śmierci, która lezie mu w oczy, człowiek zapomina o teraźniejszości, która mu się wymyka, a całą swoją uwagę zatrzymuje na mającej go właśnie ogarnąć przyszłości. Widzi wtedy, że wszystkie jego uciechy znikły, a zostały tylko grzechy, którymi je okupywał i które pójdą z nim na sąd Boży.

 

 

Św. Ludwik z Granady; Przewodnik grzeszników; Wydawnictwo AA

 

Św. Michał Archanioł

Św. Michale, broń nas w walce!

  1. Św. Michał jest duchem wojowniczym, wodzem dusz walczących. Wojsko to od pierwszych zawiązków, „od krwi niewinnego Abla”, szereguje się z tych, co chcieli dobra moralnego. Olbrzymie to szyki, a nowych bojowników bezustannie werbuje ten, co mówi: „Kto chce iść za mną, niech krzyż swój weźmie na siebie”. Zachwycająca to dla oczu bożych „rewia”, a zarazem wielkie pobojowisko. „Wszyscy święci, jakie cierpieli męki …” „Ciebie chwalebny chór apostołów, ciebie przesławny szereg proroków, ciebie męczenników wielbi hufiec jasny”. W niektórych okresach dziejów straszliwym płomieniem bucha zarzewie walk duchowych, wzniecając pożar na całym świecie ducha. Wtedy pomyślę, iż św. Michał potrząsa swoim mieczem i daje znak, kędy dążyć mamy. Czy nas prowadzi przez ciemności, czy przez środek błyskawic, śmiało idźmy za nim! W dzisiejszym świecie toczy się również zaciekła walka, bój najradykalniejszy o najwyższe zasady, bój o pogląd na świat, wojna „pro aris et focis”. Walka ta od wieków średnich począwszy zaostrza się coraz bardziej… O, wodzu dusz wojujących, naucz nas walczyć i zaufać twemu dowództwu, natchnij nas i uzbrój! Błyskawicą swego umysłu rozświecaj nasze ciemności, przykład kochającej, bohaterskiej wierności twej woli niech zapali nasze serca, byśmy wytrwać zdołali w walkach Kościoła. Spraw, byśmy zrozumieli drogi rozwoju świata i śród zmiennych warunków zachowali dawną głęboką wiarę i miłość.
  2. Walka toczy się koło pytania, czy winien się utrzymać nadal świat duchowy, moralny i społeczny, oparty na wierze i miłości chrześcijańskiej. Wielu rzuciło nań wyrok potępienia. Uczynili to tworzący teorie filozoficzne, z których każdy jest grabarzem systemu innego filozofa, którzy pożywają chleb społeczeństwa zbudowanego na chrześcijańskim porządku, oddychają jego powietrzem, a sami nie są zdolni stworzyć życia realnego. Są to gwałciciele słów i myśli, czarnoksiężnicy, których produkcję ograniczają się do sztuk kuglarskich. Prawda, że coś jednak umieją – umieją podkopywać wiarę, siać zwątpienie i szerzyć przesyt życia. Ich adepci cierpią na blednice myśli, a ci, ci uwolnili się z ich rąk – to także tylko rekonwalescenci, podobni do much jesiennych! O wzniosłe, słodkie, święte chrześcijaństwo, niebo twoje pełne jest blasku, twoja atmosfera przejrzysta, subtelna, a jednak przesycona siłami ważkimi. Weź nas w niewolę, ogarnij nas, by pierwotna siła twych zasad zbudziła w nas życie świeże a potężne, jak życie lasu dziewiczego. Sił nam potrzeba, nie słów, życia, nie teorii! Nam potrzeba nie wegetowania anemicznego, lecz zwycięskiej świadomości własnych sił. Archaniele Michale, broń nas w walce!
  3. Dusze jak much idą na lep żądzy używania. Wieś i miasto współubiegają się w podniecaniu nerwów i zmysłów. Jak woda w brudnych rowach ulic w czasie oberwania chmury, tak w życiu moralnym wzbiera potok nieczystości. Co pomoże polityka społeczna, ochrona pracy, podniesienie płac, jeśli nie ma ducha, to znaczy oszczędności, umiarkowania, zaparcia się, opanowania zmysłów, uczciwości, wierności! Co pomogą mistrzowskie programy polityki społecznej, jeśli się ma do czynienia z bydlętami? Potrzeba ascezy, odporności, zaparcia się wobec podniet złego… Archaniele Michale, broń nas w walce…
  4. Taka więc twoja broń, uwielbiony duchu! Przewalczyłeś boje stuleci. Znasz gorączki umysłu i serca, pychę i mizerność, nienawiść i obojętność. Polecam ci swą duszę w walkach życia i godzinie śmierci. Ty jako „przełożony raju” wprowadź mię do życia wiekuistego. Twe boje są drogami tego życia. I ja też chcę walczyć na tych szlakach.

 

Rozmyślania o Ewangelji; ks bp dr. Ottokar Prohaszka; Wydawnictwo Księży Jezuitów, Kraków 1931

Podwyższenie św. krzyża

  1. Bóg wywyższył krzyż i zatknął go na czole świata jako święty, chwalebny znak, zwiastujący błogosławieństwo i oznaczający wiekuiste zwycięstwo. To znak pociechy, mocy, nadziei, to skarb i pamiątka równocześnie. Wielki jest krzyż, bo korzeń jego tkwi w sercu Jezusa. Krzyż wyrósł z serca, woli i miłości Jezusa. Jego obraz nosił i pieścił Zbawiciel w swojej duszy, na myśl o krzyżu żywiej biło jego serce. Jakże pragnę, wołał, tego dzieła, które wciąż stoi w przed oczyma mego ducha! Krzyż go boli i przyciąga, krzyż zaćmił jego duszę i rozdarł jego serce w ogrojcu. Tak wówczas na nim zaciążył, że wycisnął z niego krew świętą. Gdy żegnamy się znakiem krzyża, czynimy to zawsze z głębokim uszanowaniem.
  2. Wielki jest krzyż, bo jego owocem żywot wieczny. Z niego wykwitły zasługi Jezusa i oplotły go wieńcem. Z tych zasług płynie nam łaska, własna nasza zasługa i życie wieczne. Każda dusza wypływa z morza rozbicia na belce krzyża Jezusowego, każda po tym drzewie przechodzi ponad przepaścią piekła. Krzyż jest kluczem, otwierającym królestwo niebieskie; jest pługiem, którym Jezus rozorał kamienistą, przeklętą ziemię; jest pniem, po którym wspinają się do góry latorośle szczepu winnego, Chrystusa, a zatem my wszyscy. Drzewo to okrywają wieńce męczenników, dziewic, bohaterów i świętych. Chwalebne to drzewo. Krzyż jest moją mocą, przed nim drży szatan pokonany. Krzyż moją tarczą, moim mieczem, moim kijem pielgrzyma!
  3. Wielki jest krzyż, bo wielkim go czyni męka Jezusa, jego pierś oddychająca z trudem, jego ciało, drżące od bólu i zimna, jego głowa zgorączkowana, jego modły, westchnienia i łzy. Drzewo to Pan objął z miłością, ze wzruszeniem ucałował je i poniósł na swych barkach. Na nim się położył i rozpiął blade swoje dłonie. Na tym drzewie go podniesiono, na nim wysączył krew swą do ostatka. Krzyż chwytał bicie jego serca i drgania jego ciała, krzyż trzymał na swych ramionach i podnosił do góry zamęczoną wieczną ofiarę. W rzymskim kościele św. Wawrzyńca znajduje się kamień marmurowy, noszący na sobie plamy krwi i ślady ognia. Z głębokim wzruszeniem spoglądam na nie: ”Boże, jakie to musiały być męki, które zostawiły po sobie takie znaki!” A co byłoby, gdybym ujrzał prawdziwy krzyż Chrystusa, gdybym skroń przycisnął do jego twardego drewna i powiedział sobie: Na tym drzewie dogorywał umęczony i uwielbiony Chrystus – za mnie?! – Bracia, wysławiajmy krzyż, wieńczmy go różami! Niechaj nie padnie nań cień chrześcijanina zwyrodniałego! Krzyż naprawdę sławić możemy tylko własnym życiem.

 

Narodzenie Najświętszej Panny

Dzień tych narodzin jest uroczystością

  1. dla nieba. Bóg znowu stworzył duszę, której grzech nie skalał. Stworzenie to nie może ulec zniszczeniu, arcydzieło to nietykalne. Bóg Stwórca znowu może powiedzieć: „Tota pulchera, całkiem do mnie należysz”, i ta piękna dusza dziś rozpoczyna drogę żywota. Towarzyszy jej najobfitsza łaska, osobny anioł stróż, osobna opatrzność. „Witaj, witaj, Panno chwalebna!”
  2. Jest uroczystością dla ziemi, nowym świtem. Byliśmy w nocy i daremnie czekaliśmy dnia, wreszcie zajaśniała nad nami ta zorza w królewski płaszcz ubrana, zwiastująca nam dzień. A jak ptaki leśne zaczynają śpiewać i świcie, tak w duszy naszej budzi się pieśń dziękczynna, pełna hołdu… Przyszłaś nareszcie, słodka, śliczna jutrzenko, nadziejo życia naszego! Ile w nas wlewasz siły i ufności!
  3. Jest uroczystością dla chrześcijaństwa. Rodzi się wreszcie pierwsze dziecko boże, królewna nasza. A on nie tylko najpierwsza, lecz i najpiękniejsza i najpotężniejsza. Jako źrenica oka naszego i chwała nasza staje przed nami. Co czynią narody dla królowych, które wyszły z ich własnej krwi i związane są z ich dziejami? „Życie i krew za królowe i panią naszą. Maryję!”
  4. Jest uroczystością dla życia. Maryja jest pączkiem silnego, niepokalanego, niezniszczalnego życia, tego życia wspaniałego, które chlubą okrywa Kościół i zlewa na nas światło. Rodzi się jesienią, kiedy przyroda gotuje się do snu śmierci, jak gdyby chciała zaznaczyć, że w zamierającej naturze rodzi się życie łaski, i że nie potrzebujemy się lękać zwiędnięcia, którzy żyjemy w Bogu. Cieszymy się więc z tego miłego święta jesiennego, w którego prostocie i skromności tętni siła pierwotna i wieczny żywot. „Nie umrę, śpiewa moja dusza lecz żyć będę”.