Co to jest adwent?

Wstępujemy w szczególni pociągający i miły okres roku kościelnego, w adwent. Cztery niedziele adwentu obchodzić będziemy z należytą gorliwością, a potem zawita w nasze progi święta wigilia, noc najświętsza, rozbrzmiewająca radosnym „gloria”, i dzień uroczysty Bożego Narodzenia ze swą potrójną Mszą.

  1. Cóż to jest ten adwent? Jest to okres przedświąteczny, pamiątka odległej przeszłości. Obchodzimy w tym okresie oczekiwania i tęsknoty dawnych wieków. Śpiewamy na nowo antyfony, w których szlocha ból i płacze nadzieja całych tysiącleci. Cofamy się pamięcią do dni proroków Izraela. Wstępujemy w święty mrok, który ich otaczał, i zakrywamy niejako oblicze duszy naszej zasłoną ich wieszczych wizji. I po co to czynimy? Ażeby tym gorętszą zapłonąć radością, gdy pomyślimy, że oto z tej przeszłości wyłoniła się piękna, słodka teraźniejszość. Zastanawiamy się nad tym, ile to gorących żądz i tęsknot musiało przebić niebiosa, zanim się otworzyły. Ale w końcu się otwarły, a to dla nas rzeczą najważniejszą. Przypominamy sobie, ile łez gorących zrosiło ziemię, by sprowadzić na nią wiosnę. I oto nareszcie ta wiosna nadeszła. Dzięki niebu! Naśladujemy w czasie adwentu matkę, przekomarzającą się ze swym dziecięciem. Matka zasłania sobie twarz przed maleństwem, by zaraz potem spojrzeć na nie z uśmiechem szczęścia. Bo też my jesteśmy „szczęsnymi posiadaczami”, nam dano pożywać owoców owych tęsknic tylowiekowych, nas to Pan tym wszystkim obdarzył.
  2. Atoli ów adwent miniony zwraca uwagę naszą na adwent obecny, w którym Pan dopiero nadchodzi. Tak, Pan ku nam idzie! W tym znaczeniu całe nasze życie jest adwentem. Gody po obecnym adwencie nastaną dla nas, gdy po śmierci ujrzymy łaskawe i pełne miłosierdzia oblicze Chrystusa. Pierwsze to spojrzenie, które dusza, zmarła w stanie łaski, rzuci na Pana, będzie kresem adwentu życiowego. „Mitis atque festivus Christi Jezu tibi aspectus appereat!” Oby to się stało, oby i dusza moja, o Jezu, ujrzała twe łaskawe, promienne oblicze!
  3. Życie nasze do samej śmierci pozostaje pod znakiem adwentu. Jakież jego cechy? 1) Mrok. Drogi życia, prowadzące na tamten świat, są drogami mrocznymi. Umysł nasz pogrążony ciemnościach, poglądy na świat niepewne. Powątpiewanie i kapryśne hasła postępu czyhają dokoła nas. Kto nas tedy poprowadzi pewną drogą śród tej nocy ku naszemu celowi? Jedynie Kościół święty. 2) Oczekiwanie. Z zapartym tchem nasłuchujemy, z natężoną uwagą rozglądamy się wokół i pytamy: Jak stoi sprawa mojej duszy i kiedy umrę? Nie możemy się na dobre uspokoić, nawet we śnie sprawa ta trapi wyobraźnię. Gdy pomyślimy o niepewności naszego zbawienia, dreszcz zimny nas ogarnia. A nasze nadzieje są tak wielkie, tak napięte do najwyższego stopnia. Rozbudzili je prorocy, tyle nam zapowiadając. 3) Wiara i ufność w Zbawicielu-Bogu. Deus ipse veniet. „Bóg sam przyjdzie”, prawda ta uczy nas wierzyć przede wszystkim w niebo, a tylko w piekło, uczy nas wierzyć w Boga-Zbawcę. Ufajmy więc i gorąco pragnijmy zbawienia, módlmy się o nie wołaniem tęsknoty onych trzech tysięcy lat!
    Duch adwentu – to nie duch bierny, ale czynny, naglący do pracy. „Przyobleczcie się w Chrystusa!” woła ten duch. Podczas adwentu życia naszego powinniśmy ukształtować w duszach swoich Chrystusa. Życie człowieka to sznur, rozpięty nad przepaścią między światem zwierzęcości a światem świętości. Przeprawa na drugą stronę odbywa się śród niebezpieczeństw. Bo też wielkość życia ludzkiego na tym właśnie polega, że nie celem jest, lecz jedynie pomostem. Niechaj się więc wypręża, niech weźmie rozmach! Jego psychologią musi być wysiłek, trud i walka. Niech asceza chrześcijańska nigdy nie wyradza się w gnuśność i marnotę! Walcz, człowiecze, i ufaj bez granic!

 

Rozmyślania o Ewangelji; ks bp dr. Ottokar Prohaszka; Wydawnictwo Księży Jezuitów, Kraków 1931

Cel życia – akt oddania

Pan Bóg stworzył cię dla Siebie. Jego miłość (Bóg jest miłością) żąda miłości Twojej, Jego nieskończoność chce Twojej nieskończoności, o ile nią jesteś. Na to Cię Pan Jezus odkupił, i wymaga od Ciebie tego podwójnego tytułu. Jako tedy stworzenie miłujące Boga miłość, musisz się oddać Jemu przez zupełne oddanie się. Oto warunki: Oddanie się powinno być potrójne i jedno, według samychże warunków istnienia Boga i stworzenia.

  1. Jesteś myślą Bożą, w której (kiedy się stanie doskonałą w Tobie) szuka upodobania ze swojej chwały;
  2. Jesteś rzeczą Bożą, w której Bóg znowu szuka upodobania swojej przyjemności;
  3. Jesteś w końcu stworzeniem, dziełem żywym, w którem szuka upodobania swego zatwierdzenia się, swego panowania, swego królestwa.

Nad to wszystko i w jedności tych względów jesteś osobą, inną niż Bóg, ale zależną od Boga, w której Bóg chce mieć, żeby tak powiedzieć, inną inność, obraz i podobieństwo doskonałe Siebie samego, i w której szuka upodobania swojej miłość. Czy rozumiesz to wszystko? Wtedy rozumiesz także dlaczego Ty istniejesz, i jak masz uczynić oddanie się.

Najprzód. Trzeba uwierzyć w to wszystko i uwierzyć w tę miłość i w to wszystko co chce uczynić – On.

Po wtóre. Trzeba się oddać, aby po zniszczeniu w Sobie tego wszystkiego co jest przeciwne, uczynił Sam On w Tobie i z Tobą wszystko co chce i czego pragnie.

Tym sposobem akt uroczysty, musi mieć ten wyraz: „Mój Boże! Jestem nicestwem, któreś stworzył z miłością i dla miłości Twojej. Jestem Twoją myślą, aby być Twoją chwałą. Jestem Twoją rzeczą, aby być Twoją przyjemnością. Jestem Twoim stworzeniem, aby być Twoim królestwem. Jestem tym nicestwem osoby, która stać się winna Twoim dzieckiem, Twoją oblubienicą, dla upodobania Twojej miłości. Wierzę w to, dziękuje Ci za to, i oddaje się bezwarunkowo na Twoje upodobanie, na Twoją wolę, na Twoje działanie. Oto ja służebnica Pańska niech mi się stanie według Słowa Twego”.

To ostatnie zdanie: „Oto ja służebnica Pańska, niech mi się stanie według Słowa Twego” zawiera samo w sobie całą istotę tego aktu.

Ks. Piotr Semenenko Listy duchowne; Drukarnia „Czasu” Kraków 1924

 

O potępieniu

Męką potępionych jest również widok szczęśliwości sprawiedliwych. Widok ten wzmaga ich kaźń, jak  w sprawiedliwych kara potępionych wzmaga radość z dobroci Bożej. Bo światłość uwydatnia ciemność, a ciemność światło. Toteż dla potępionych będzie męką widok szczęśliwych; z przerażeniem czekają ostatniego dnia sądu, gdyż wiedzą, że będzie on dla nich wzmożeniem katuszy.

Istotnie, gdy usłyszą straszliwy głos: Surgite mortui, venite ad iudicium(Powstańcie zmarli, stańcie przed sądem), dusza wróci z ciałem, które w sprawiedliwych będzie uwielbione, a w potępionych udręczone na wieku. Potępieni okryją się wstydem i hańbą w obliczu Prawdy i wszystkich błogosławionych. Robak sumienia toczyć wtedy będzie rdzeń drzewa, to jest duszę, i pożerać korę, to jest ciało.

Wypominana im będzie: krew za nich wylana, działa duchowe i doczesne miłosierdzia Bożego, dokonana dla nich przez Syna Bożego, ich własne powinności względem bliźniego, zapisane w świętej Ewangelii. Oskarżeni będą za okrucieństwa względem bliźniego, za pychę i miłość własną, za rozpustę i chciwość; widok miłosierdzia, którego od Boga doznali, srodze zaostrzać będzie naganę.

W chwili śmierci dusza sama słyszy oskarżenie, lecz na sądzie powszechnym odnosić się ono będzie jednocześnie do duszy i ciała; bo ciało było towarzyszem i narzędziem duszy, w czynieniu dobra i zła, wedle tego co podobało się woli własnej.

Każdy czyn dobry i zły spełniony jest za pośrednictwem ciała. Toteż słusznie, dusze wybrane, otrzymują chwałę i szczęście nieskończone ze swymi ciałami uwielbionymi, aby odebrały nagrodę za trudy, które razem poniosły dla Boga. Tak samo ciała złych będą dzielić ich męki wieczne, gdyż były narzędziem grzechu.

Odświeżą się więc i wrosną męki grzeszników, gdy z ciałem staną przed obliczem Syna Bożego. Cóż za potępienie ich nędznej zmysłowości i nieczystości, widzieć naturę ludzką w człowieczeństwie Chrystusa zjednoczoną z czystością Boga. Ujrzą tę glinę Adama, z której uczyniona jest natura ludzka, wyniesioną ponad wszystkie chóry aniołów, gdy oni pogrążeni będą przez błędy swoje w głębokości piekła.

Ujrzą szczodrobliwość i miłosierdzie jaśniejące w błogosławionych, którzy otrzymali owoc krwi Baranka; ujrzą wszystkie cierpienia, które znieśli i które zdobią ich ciała, jak haft suknię, nie przez moc ciała, lecz jako skutek pełni duszy, która odbija w ciele nagrodę swych trudów, gdyż było ono towarzyszem jej w pełnieniu cnoty. Jak twarz człowieka odbija się w zwierciadle, tak w ciele prześwieca owoc trudów.

Patrząc na taką godność, której są pozbawieni, ci mieszkańcy ciemności czują, że rośnie ich męka i wstyd, gdyż na ciele ich udręczonym i umęczonym zjawia się piętno niegodziwości, które popełnili. Wtedy na głos straszliwy, który usłyszą: „Idźcie przeklęci w ogień wieczny” (Mt 25, 41), pójdzie ich dusza wraz z ciałem, otoczona całym zaduchem ziemi, żyć z diabłami, bez pociechy nadziei, każda na swój sposób, wedle miary i rozmaitości popełnionych grzechów. Skąpy, pogrążony w smrodzie chciwości, płonąc będzie w ogniu wraz z dobrami tego świata, które tak chciwie pokochał. Okrutnik płonąć w nim będzie ze swym okrucieństwem; rozpustnik ze swą rozpustą i niecnymi pożądaniami; niesprawiedliwy ze swymi niesprawiedliwościami, zawistny i zawzięty na bliźniego ze swą nienawiścią. Ta nieuporządkowana miłość własna, sprzęgnięta z dumą, z której wyszły wszystkie złości, będzie palić i zadawać mękę nieznośną; tak wszyscy będą ukarani, każdy na swój sposób, zarazem na duszy i ciele.

Oto nędzny koniec tych, którzy idą drogą dolną, przez rzekę, nie odwracając się, aby poznać swoje winy i prosić o miłosierdzie Boże. Tak dochodzą do bramy kłamstwa, bo idą za nauką diabła, który jest ojcem kłamstwa, i diabeł jest sam bramą, przez którą dochodzą do potępienia wiecznego.

Natomiast wybrani, idąc drogą górną, przez most, kroczą drogą prawdy, a prawda ta sama jest bramą. Przeto rzekła Prawda: „Nikt nie przychodzi do Ojca mego, jeno przez Mnie” (J 14, 6). On jest bramą i drogą, którą trzeba iść, aby przyjść do zbawiania, morza pokoju.

 

 

Św. Katarzyna ze Sieny, Dialog o Bożej Opatrzności czyli księga Boskiej nauki, Poznań 2012

 

Bizantynizm

…duch bizantynizmu, ażeby mieć tym większy wpływ, ażeby tym bardziej oszukiwać i zwodzić, a tym samym, ażeby tym bardziej odwracać uwagę od wewnętrznego udoskonalenia, przekształcił się w pewien system i przybrał koloryt doktrynerskich zasad. Głównie obrzędowe formalności postawił za cel całej działalności duchowej, zamiast życia z wiary nadprzyrodzonej i łaski, i dlatego pod tą zewnętrzną formalnością wytworzyło się zapuszczenie i zgniły rozkład w całym życiu cerkiewno-religijnym. I tutaj powtórzyło się to, co powiedział Chrystus do faryzeuszy: bizantynizm stał się grobem pobielonym, a wewnątrz pełnym martwych kości i zgnilizny.

Już wcześniej, zanim nastał całkowity podział z Kościołem Katolickim, Cerkiew Bizantyjska pokłoniła się władzy cesarskiej, bo pozwalała świeckim władcom mieszać się do czysto cerkiewnych spraw i o nich decydować, a kiedy nastało całkowite zerwanie, wtedy Cerkiew na Wschodzie stała się całkowitą niewolnicą władzy świeckiej, religijne życie wewnętrzne całkowicie zamarło, a obrzędowa formalność przybrała znaczenie niemal dogmatu, a to stało się tym łatwiej, że Cerkiew Wschodnia, poddawszy się w niewolę władzy świeckiego państwa, przyjęła u siebie także formę i sposób zarządzania świeckiego państwa, które rządzi, używając jedynie zewnętrznej siły fizycznej, a nie dba o wewnętrzne udoskonalenie podlegającym sobie świeckich. I w ten sposób Cerkiew Wschodnia, zamiast poddać się prawemu następcy św. Piotra jako Namiestnika Chrystusowego i zachować swoją siłę i dostojeństwo, wpadła w poniżającą niewolę świeckich władców. Jednym słowem, zwierzchnikiem Cerkwi na Wschodzie stał się świecki władca, wytworzył się cezaropapizm, który podobny jest do dziwadła, bo z ludzkim ciałem, a z głową zwierzęcia.

I ten bizantyjski system zniszczył człowieka wewnętrznego, wprowadził ducha świeckiego, na zewnątrz, niemal w twierdzy, obwarował się granitowym murem sztywnej i martwej obrzędowości, uniemożliwiając w ten sposób powrót i połączenie z macierzystym Kościołem Katolickim.

Z tej przyczyny wszelkie próby Kościoła Katolickiego, ażeby opamiętać i nawrócić Wschód, okazały się dotąd bez powodzenia. Były wprawdzie wypadki, gdzie Wschód szukał połączenia, ale to działo się tylko z zewnętrznych pobudek politycznych, i dlatego nawrócenie było jedynie przejściowe, znów kończyło się schizmą.

Jednym z tych wypadków, i to najznaczniejszym, był Sobór w Ferrarze i Florencji. Wtedy Grekom groziło niebezpieczeństwo do Turków i tym sposobem pokazali ochotę połączenia z Kościołem Katolickim. Jednak ich zachowanie dobitnie pokazało, że ten ich zamiar nie był szczery. Papież Eugeniusz IV dał znaczną sumę na utrzymanie Greków w czasie Soboru. Grecy przyszli prosić o pomoc przeciwko Turkom, a tymczasem ich zachowanie było pełne hardości i zarozumiałości. Chociaż wola ówczesnego cesarza greckiego była dobra, jednak i on chciał zaznaczyć swoją suwerenność, bo chciał wjechać na koniu do kaplicy na pierwsze posiedzenia Soboru i wziął bardzo za złe służbie, która mu w tym przeszkodziła. W końcu kazał zanieść się do kaplicy na tronie. Dopóki nie dano mu satysfakcji, nie chciał brać udziału w żadnym posiedzeniu. Co więcej, aby go udobruchać, musiał Papież nakazać wybić nową bramę w swoim pałacu. Tron cesarza greckiego musiał być dokładnie tak wielki i tak samo przystrojony, jak dla cesarza rzymskiego. Jeszcze większa okazała się hardość patriarchy konstantynopolitańskiego, który raczej chciał wyjechać, niż złożyć należne Papieżowi homagium, który później, ażeby uspokoić Greków, zostawił im do wyboru formę przywitania. Szesnaście posiedzeń zabrała dysputa nad „Filioqe”, a biskup Dozyteusz z Monemavasii krzyczał: „Raczej wolimy umrzeć, niż się zlatynizować”. I to działo się w czasie kiedy Grecy przyszli prosić o łaskę, kiedy państwo bizantyjskie równało się ruinie, kiedy miecz turecki uderzył prawie w bramy Konstantynopola. W końcu podpisano unię, ale na jak długo? Cesarza, który podpisał unię, przy jego powrocie tłum przyjął pokłonami, a mnisi byli tymi, którzy podjudzali publikę. Nienawiść do „Genotyków”(Złączonych) była tak wielka, że w wielu miejscowościach zabroniono im procesji chrześcijańskiej. I to wszystko musiało sprowadzić karę Bożą – i ona nadeszła. Na tronie tureckim zasiadł Mahomet II i za niego skończyła się dola Konstantynopola. Cesarz Konstantyn XII w największym niebezpieczeństwie znów zwrócił oczy do Rzymu, który pomimo wielu zawodów, wysłał swojego legata do Konstantynopola. Dnia 12 grudnia 1492 roku Legat papieski odprawił uroczystą Mszę Świętą na znak, że jedna wiara, jedna modlitwa i jedna święta ofiara łączy Wschód i Zachód. Jednak Grecy, nie widząc zachowanego swojego obrządku, jak na przykład wlewania ciepłej wody do kielicha, opuścili Sobór św. Sofii i udali się po radę do mnicha Genadiusza, który wprawdzie uchodził za świętego, ale zarazem był najbardziej zawziętym wrogiem Kościoła Katolickiego. A ten mnich zarzucił bezbożność Rzymianom i im złorzeczył. Nawet mnisi, „czyści jak aniołowie, a hardzi jak diabli”, zerwali wszelką łączność z łacinnikami, publika przeklinała „Genotyków”, marynarze pili na pohybel Papieża, i „jego niewolników”, a sam admirał Notaras oświadczył, że woli widzieć w Konstantynopolu turban Mahometa niż tiarę papieża albo kapelusz kardynalski. Całkiem podobnie, jak kiedyś krzyczeli faryzeusze, że woleli cesarza rzymskiego niż Chrystusa Króla. Przez całą zimę, ten ostatni czas do opamiętania, trwała szalona agitacja na ambonach przeciwko Genotykom, nie wolno było nawet w chwili śmierci przyjmować Wiatyku z rąk Genotyków. Sobór św. Sofii omijano jako dom bałwochwalstwa… I wyczerpało się miłosierdzie Boże. Turcy zdobyli Konstantynopol, w walce poległ ostatni cesarz grecki, a kiedy zawołanie „Allah” rozległo się na ulicach miasta, wtedy tysiące ludzi schroniło się do Soboru św. Sofii, jednak siekiery wroga wyrąbały drzwi i straszliwe wydarzenia zohydziły to miejsce święte. Tabernakulum połamano, krzyż zerwano, nakryto czapką janczarską i obnoszono z gromkim krzykiem: „Oto Bóg chrześcijan”. Przez osiem godzin trwało mordowanie i rabunek. Tak zakończyło się greckie państwo i Cerkiew na Wschodzie. Patriarcha musiał żebrać u Turków na utrzymanie, Sobór św. Sofii obrócono na turecki meczet, a jeden Grek, który przeżył ten straszliwy upadek Konstantynopola, pisał tak: „Widziałem żołnierzy ubranych w święte szaty, a inny prowadził psy na smyczy, która była zrobiona z pasa wysokiego kapłana; ten pił z kielicha, a drugi jadł z pateny; tam widziałem mniszki z wysokiego rodu, które wcześniej przeklinały Unię, a teraz znieważane stały się ofiarą dla boga Mahometa”.

Państwo Bizantyjskie upadło, a Cerkiew straciła całkiem swoje znaczenie. Pozostał tylko szumny tytuł Patriarchy Ekumenicznego, pozostała forma bez treści, Fanaron, rezydencja patriarchy w Konstantynopolu, bez żadnego wpływu. Duch Bizantyjski zdeprawował cały Wschód, sprowadziwszy rozkład życia duchowego.

Jednak on sam nie zaginął, przeniósł swoje panowanie gdzie indziej, a dokładnie do Rosji, gdzie jego panowanie doszło do pełnego rozkwitu. Tutaj cezaropapizm wykazał pełną swoją władzę. Car rosyjski przywłaszczył sobie pełną, nieograniczoną władzę nad Cerkwią, stał się jej zwierzchnikiem. Patriarchat w Moskwie zlikwidowano, natomiast ustanowiono jako najwyższą instytucję cerkiewną „Świątobliwy Synod”, którego zwierzchnikiem był świecki urzędnik, zwany „ober-prokuratorem”. Cerkiew w Rosji nie miała żadnej możności swobodnych ruchów, była uważana i używana jako polityczna ekspozytura i wypełniała jej funkcje. Mimo wielkich i kapiących złotem świątyń, życie duchowe było w staniu upadku. Państwo gnębiło sumienie poddanych, a cerkiew była bezradna, czy raczej stała na usługach państwa. Zamiast kultu religijnego, który przenikałby wnętrze duszy, było tylko przywiązanie do zewnętrznego obrzędu, które graniczyło z zabobonem. Pod zewnętrzną, powiedzieć można zabobonną religijnością, wzmagał się coraz bardziej rozkład duchowy. Fałszywy i błędny mistycyzm stworzył wiele sekt, które nie mając w państwowej cerkwi zaspokojenia duchowego, szukały go w swoich różnych wymysłach, nieraz rażących albo absurdalnych aż do dziwactwa. Również życie polityczne, społeczne stało się nieznośne. Za każdego mieszkańca miała myśleć policja państwowa i urząd państwowy, a kto by poważył się myślec inaczej, czekało go więzienie lub zesłanie na Syberię. Najwięcej więzień, i najbardziej różnorodnych, znajduje się w Rosji. Pod tym względem przewyższyła wszystkie państwa na całym świecie. Policja zaglądał w każdy zakątek domu, śledziła każdy krok mieszkańców, szpiedzy nawet w czasie pokoju pracowali bez ustanku. Stąd zrodziło się znane przekupstwo i łapownictwo, bo tylko w ten sposób można było uwolnić się od szykan policyjnych czy urzędowych. Jednym słowem, atmosfera była duszna i ciężka. I z tej przyczyny powstały dwie Rosje: jedna państwowa, a druga ukryta, podziemna. Tę ostatnią wychowywali Dostojewscy, Tołstoje, Gorkowie i inni. Tutaj, w podziemiu dojrzewały wszelkie nurty destrukcyjne, począwszy od socjalizmu, a skończywszy na anarchizmie i nihilizmie.

 

 

Błogosławiony Męczennik

Grzegorz Chomyszyn

Biskup Stanisławowski (obrządku greko-katolickiego)

„Dwa Królestwa” – Wydawnictwo AA; Kraków 2017; str 244-248

Nic dla siebie i o sobie

Twoje nic dla siebie i o sobie jest ujemne, a akt oddania się na miłość jest dodatni. Owo pierwsze może być najdoskonalsze w Tobie, a to drugie nie być wcale. Twoje ja może się wyrzec wszystkiego, może wszystko odtrącić, może nawet nie pragnąć już niczego (rzecz arcytrudna wszelako), a mimo to może pozostać samo w sobie, i nie oddać się! Pójdzie jak ów pustelnik na pustynię, który się tam wybierze ze wzgardy dla świata, z głębokiego przekonania o jego nicestwie, a nawet zgrozie; ale nie pójdzie tam z miłości dla ukrytego aż tak daleko Boga. Twoje ja jest tym pustelnikiem, tak mi wszystko mówi, który już nic nie ma i niczego nie pragnie, ale jest zawsze sobą i nie przestaje być sobą. A tu właśnie o co innego idzie, o całą stroną dodatnią, o czyn i życie; a tym czynem jest oddanie się na miłość, a tem życiem jest samaż miłość, to jest Jezus, żyjąca, osobista miłość, która aa miejscu Twojego ja ma w Tobie stanąć i żyć, być wszystkiem, być Twoim nowem, przemienionym ja, samym Jezusem powtórzonym w Tobie i w Tobie żyjącym. W tymże naszym Najmiłościwszym Panu, w tej naszej jedynej miłości, jakże pragnę, aby się ta zmiana, to przemienienie już stało w Tobie, abyś już zaczęła przestawać być sobą, a zaczęła stawać się i być Jezusem! Powiesz mi, i bardzo słusznie: Cóż pocznę? Tego sama uczynić nie mogę! Wiem, że trzeba prosić; ależ to czynię. Czym nie powiedziała przedtem jeszcze: „Proszę Boga o miłość Jezusa, to pewna; ale proszę, bo On chce, ale to też niezawodna”. Czyż to nie jest to, com czynić powinna? Czyż to nie jest owo oddanie się?

Nie! Wielka jest głębia owego oddania się, przepaść bez dna. Możesz prosić o miłość zostając sobą; możesz pragnąć miłości nie oddając się na zniszczenie siebie na jej ołtarzu całopalnym; może prosić o nią dlatego, że On chce, a jednak nie tak jak On chce; możesz nawet prosić o taką miłość jakiej On chce, a jednak nie z takiego gruntu, nie o to samo na dnie rzeczy. Na dnie powinny być dwie rzeczy: naprzód oddanie Twojego ja na takie zniszczenie, aby w Tobie nic nie pozostało Twego i zgoła Ciebie; pozostać mają tylko ramy, że tak powiem, Twojej osobistości, jestestwa zupełnie próżne; a w tych ramach, w tej próżni treść ma być Jego, ma być On sam; a druga rzecz, która ma być na dnie, to właśnie On, On jako Twój początek jedyny, wszystko w Tobie rozpoczynający; On, który już jest Twoim celem i końcem, ma być tedy początkiem; a tutaj początkiem samejże miłości, którą mieć będziesz dla Niego z Niegoż samego. Nie tylko o miłość, dlatego że On chce, bo wtedy mogłaby to być miłość Twoja własna, nie zapoczątkowana przez Niego; ale masz prosić, aby po owem oddaniu się na zniszczenie całego Twojego ja, choćby nawet, jeśli to być może, z miłością dla Niego, ale z miłością własną Twoją, aby po takim oddaniu się, On dał ci swoje serce, swój umysł, swoją duszę, które wtedy staną się Twoje, i tem samem dał Ci swoją miłość dla siebie samego (boć On, jako człowiek, kochał swoją własną Osobę Bożą), a ta miłość stanie się wtedy Twoją, prawdziwie Twoją, ale nie Twoją własną, tylko wspólną Twoją z Jezusem i Jezusa z Tobą. Wtenczas, wtenczas dopiero przestaniesz być sobą; ziszczą się owe dwie wielkie rzeczy: oddanie się, a za miłość. Pókiś tego nie zrobiła, niceś nie zrobiła, przynajmniej nic dodatniego; i choćby w Twojej modlitwie nic nie było dla siebie i nic o sobie, choćbyś nawet prosiła o miłość Jezusa dlatego, że On chce, mimo to nie przestaniesz być sobą, i twoje ja nie oddało się, a bez oddania się nie masz i możesz mieć miłości.

 

Ks. Piotr Semenenko Listy duchowne; Drukarnia „Czasu” Kraków 1924

 

Prostota s. Łucji

Co było dominującą cnotą s. Łucji? Jej przełożeni zgodnie stwierdzali: „Jej najbardziej uderzającą cnotą była prostota, z którą doprowadzała do doskonałości wszystkie pozostałe”. Była jakby odbiciem słów naszego Pana: „Jeśli oko twoje będzie szczere, całe ciało twoje będzie świetlane” (Łk  11, 34), co oznacza: żadnej obłudy, żadnej „polityki”, żadnego wyrachowania ani dyplomacji. Prostota Łucji była udziałem w prostocie samej Matki Bożej. W jej osobowości nie było nic skomplikowanego: jedynie, co się dla niej liczyło, to mówić to, co się podoba Bogu i mówić w taki sposób który się Jemu podoba. Jej myśli i pragnienia także były proste; nigdy nie komplikowała spraw ani też nie miało na nią wpływu to, co inni o niej myślą. Jedyną istotną sprawą była dla niej prawda, wyrażana w sposób delikatny, z prostotą i szacunkiem dla słuchacza.

Nasza miłość do niezmiennej prawdy i nasze pragnienie, by również i inni tę prawdę – czyli tradycyjną naukę Kościoła – poznali, miałoby znacznie lepszy skutek gdyby, za przykładem s. Łucji, nasze słowa i czyny były pełne prostoty. Jednakże nikt nie staje się prosty, nie będąc pokorny. Łucja zawsze była w pełni świadoma swej marności. W wielu listach i we wspomnieniach podkreślała swoje ograniczenie i prosiła o modlitwę w intencji tego, żeby żaden przejaw pychy ani subiektywizmu nie zakłócił misji, którą otrzymała. Nigdy nie użyła objawień w Fatimie jak ośrodka do wywyższenia samej siebie. Kiedy napotykała na czyjś sprzeciw, zawsze wiedziała, gdzie jest jej miejsce; nigdy nie liczyła na siebie, lecz opierała się wyłącznie na Matce Bożej. Ta pokora była szczególnie widoczna, kiedy doświadczała niechęci ze strony biskupów i księży, których prosiła o rozpowszechnianie nabożeństwa do Niepokalanego Serca; skarżyła się bardzo subtelnie, ale nigdy nie oskarżała i nie okazywała im zniecierpliwienia, oddając tę sprawę w ręce Matki Bożej.

 

„Gwiazda przewodnia czasów ostatecznych” – cz. II; ks. Karol Stehlin FSSPX

 

Ufność Bogu

Twoja ufność w Oblubieńcu Twoim Boskim powinna być bez granic. Najpierwszym przedmiotem tej ufności powinno być to, że On Cię strzeże; strzeże jak źrenicy oka swego, strzeże, byś na drodze żywota snać o kamień nie obraziła nogi, strzeże tem bardziej, byś nie upadła. Powinnaś ufać, że On odpędzi od Ciebie fałsz wszelki, On, który Ci dał tę już łaskę, że prawdę kochasz, a fałsz nienawidzisz. Tylko ci w fałsz wpadają, którzy nie mają miłości Prawdy. A gdybyś nawet przypadkiem i wpadła w coś podobnego, On Ci nie da ani chwili pokoju, póki nie wyciągnie. Ufności, ufności; a zarazem prosić Go o prawdę, prosić o tę surowość w nieznoszeniu fałszu, a zawsze ufności! Nieufność rani Go, rani serce Jego; pod pozorem pokory nie jest pokorą, a przedewszytkiem nie jest miłością. Jakto? Byłażby miłość mogąca przypuścić nieufność? Widzisz tedy, co popełniasz, kiedy Mu nie ufasz! I cóż dziwnego, że On Cię karci za to? Że czujesz i boleść, i obawę, i gorycz? Szukasz po wszystkich kątach duszy, jakie tego stanu przyczyny? – a to przyczyna siedzi w samym duszy środku, i jest ta nieszczęśliwa nieufność, ta małoduszność, to niedowierzanie. Tego Boskiego Oblubieńca dusz naszych trzeba podejmować jak Boga prawdziwego we wnętrzach naszych; mieć największe wyobrażenie o Jego dobroci, wierności, opiece, jednem słowem, miłości; a według wyobrażenia i pewność i ufność. Z innemi uczuciami już Go nie mamy za Boga, jakim jest, za Boga miłości, Boga Oblubieńca.

 

Ks. Piotr Semenenko Listy duchowne; Drukarnia „Czasu” Kraków 1924

 

Cierpliwość

Cierpliwość jest królową. Siedząc na skale męstwa jest zawsze zwycięska, nigdy nie jest zwyciężona. Nie jest sama, lecz ma za towarzyszkę wytrwałość. Jest rdzeniem miłości. Ona to rozstrzyga o szacie miłości, czy jest to szata godowa, czy nie. Jeśli na szacie jest rozdarcie, niedoskonałość, brak cierpliwości wyjawi to natychmiast.

Wszystkie inne cnoty mogą wprowadzać w błąd. Mogą okazywać się doskonałe, choć takie nie są, o ile nie przeszły próby cierpliwości. Lecz jeśli ta słodka cierpliwość jest rdzeniem miłości w duszy, dowodzi tym samym, że wszystkie cnoty są żywe i doskonałe. Jeśli nie dostarcza tego dowodu, świadczy to, że cnoty są jeszcze niedoskonałe, że nie doszły jeszcze do stołu najświętszego krzyża, gdzie cierpliwość została poczęta w poznaniu siebie i w poznaniu mej dobroci w sobie, i gdzie została urodzona przez świętą nienawiść i namaszczenie prawdziwą pokorą.

Cierpliwości tej nie jest odmówiony pokarm, którym jest chwała moja, i zbawienie dusz. Żywi się ona nim nieustannie. Oto prawda. Spójrz, najmilsza córko, na słodkich i chwalebnych męczenników, którzy przez cierpliwość spożywali ten pokarm duszy. Śmierć ich dawał życie. Wskrzeszali zmarłych i rozpraszali ciemności grzechów śmiertelnych. Świat z wszystkimi wielkościami swymi i książęta z całą swą potęgą nie mogli obronić się przed nimi. Tryumfowali nad nimi mocą tej królowej, słodkiej cierpliwości (por. Hbr 11, 33-38). Cnota ta jest jak światło na świeczniku.

Oto chwalebny owoc , który wdają łzy zjednoczone z miłością bliźniego. Dusza spożywa ten pokarm w towarzystwie nieskalanego Branka, Jednorodzonego Syna mego, w płomiennym i bolesnym pragnieniu, w nieznośnym smutku z powodu obrazy wyrządzonej Mi, Stwórcy. Smutek ten jednak nie przygnębia: dusz nie cierpi z powodu niego, gdyż miłość przez prawdziwą cierpliwość zabiła wszelką bojaźń i miłość własną, które czynią ją wrażliwą na cierpienie. Ten smutek jest pełen słodyczy; przedmiotem jego jest tylko wyrządzona Mi obraza i zguba bliźniego, i ma on swe źródło w miłości. Przeto smutek ten użyźnia duszę; jest on dla niej jednocześnie przyczyną radości, gdyż daje jej niewątpliwy dowód zjednoczenia ze Mną prze łaskę.

 

Św. Katarzyna ze Sieny, Dialog o Bożej Opatrzności czyli księga Boskiej nauki, Poznań 2012

 

Indywidualizm

W miejsce uniwersalizmu, gdzie dostateczne jest miejsce dla każdej indywidualności, rewolucja, znosząc Boży porządek, postawiła zasadę indywidualizmu. Stąd ta nowożytnego społeczeństwa, socjalizmu zwłaszcza, przesada w troszczeniu się o klasy najniższe i kładzenie ciężarów prawie że niemożliwych na klasy posiadające; stąd rozpętanie indywidualności aż do anarchii, w czym zanika cześć i uszanowanie dla wszelkiej powagi; stąd rozprężenie moralne, wskutek którego porządek społeczny musi być utrzymany przez policję i groźby armat, dlatego, że braknie więzi wewnętrznej.

W takim zrównaniu została zatracona wzajemna cześć jednych ludzi do drugich, ponieważ godność ludzka została zapoznana.

Jak więc jest w państwie, nie lepiej jest w rodzinie, bo i tu władza nie jest we czci, i słabym jest rząd. Odkąd w kobiecie rozbudzono pragnienie, aby się stała we wszystkim równą mężczyźnie, z pominięciem prawa harmonii, zasadniczych różnic w stosunkach społecznych, już ona jako żona nie uznaje władzy męża, już jest uważana jako czcza forma; mąż także abdykuje ze swojego prawa do rządu jako głowa rodziny, w moralnej swej niemocy pozwala żonie nad sobą brać górę, i tak wywraca się porządek w rodzinie. Zatem idzie, że dzieci także nienauczne czci dla rodziców, nic ich sobie nie ważą, tak samo swych nauczycieli; niewdrożone do posłuszeństwa, rządzą się samowolą, a niewyćwiczone w karności, nie umiejąc znosić najmniejszej przykrości ani przeciwności zwalczać, za lada co odbierają sobie życie, którego nie nauczono ich cenić, i stąd smutne zjawisko tak częstych samobójstw u dzieci. To samo trzeba powiedzieć o sługach względem swego państwa. Pracodawcy nie wzbudzając już w nich należnego szacunku i nie umiejąc ich do siebie przywiązać, muszą znosić sługi, z których nie mogą być zadowolonymi, i także sługi, skutkiem duch czasu, często objawiają pretensje wygórowane. Tak to społeczne życie wszędzie zakwaszone, bo zatrute, jest nieznośnym i nieszczęśliwym, i społeczeństwu dzisiejszemu zagraża ruina. Źródło tego wszystkiego złego leży więc w zasadzie indywidualizmu, w braku harmonii między zasadą indywidualizmu a zasadą uspołecznienia, gdy zgoła ludzie zatracili zmysł Boskiej i moralnej harmonii.

 

Ks. Jan Adamski; Pokora podstawą życia chrześcijańskiego; Wyd. św. bp J.S.Pelczara Rzeszów 2017

 

Intencje modlitwy

Kiedy tak Tobie i za modlitwy dziękuje i o modlitwę proszę, sam Ci teraz powiem, o co w tych czasach będę się za Ciebie modlił. Już to naprzód o pełność tej wiary i ufności w Jego miłość, którą Ci tak zalecałem i zalecam. W ostatnim jeszcze liście wróciło licho, tylko że On sam je natychmiast oddalił. Bo czyż mi nie mówisz na końcu, że „przepaść bezdenna rządy zdaje się mię ścigać z wrażeniem, że jakieś mnóstwo grzechów, których nie poznaje, ciąży na mnie”. Czyż być może> Jeszcze jesteś na tym punkcie troski o siebie? I to wymarzonej, bo w rzeczach, których nie znasz, nie poznajesz? Ta troska o siebie! A z drugiej strony ta mała ufność! Ani nawet tyle ufności, że przecie dałby Ci to poznać? Ale czemuż nie ufać, że choćby co i było, tedy przebaczył? Miłośnie przebaczył i przebacza? I nie chce, żeby się troskać o siebie; ale żeby Jemu zawierzyć, i Jemu na ślepo się oddać, i o Niego się troskać, i żyć Nim tylko? O, ta nieszczęśliwa troska o siebie! O to się tedy modlę aby już nigdy, nigdy to licho do Twej duszy się nie wciskało, i nawet chmurkami przelotnemi  nie kalało czystego nieba Twej miłości i ufności.

Drugie, o co się będę dla Ciebie modlił będzie sposób Twego obcowania z innymi ludźmi, i już się o to modlę. Niech Ci Pan Jezus da nie być obrażeniem dla innych, ale przeciwnie, pomocą i przyjemnością, i zbudowaniem, i pokrzepieniem. To zaś wszystko w tem jednem, abyś była miłością dla nich. Niech Cię Pan Jezus nauczy miłości w czynie, w słowie, w obejściu się, w samem spojrzeniu, uśmiechu, obróceniu się do bliźniego. I tu prawidło: Nie troskaj się o siebie. Nie myśl co powiesz, co zrobisz itd. ani też coś powiedziała, coś zrobiła itd. Nie myśl zgoła o sobie, ale o Twoim bliźnim: co jemu miłe, co pożyteczne, co dobre, a nawet co niewinnie przyjemne, albo też przykre, co szkodliwe, co twarde itd., ale to z Panem Jezusem, w Nim i z Nim bądź cała zajęta Twoim bliźnim, kiedy z nim masz do czynienia; i nic o sobie nie myśląc, ani nawet o tem, że niezdatną do tego jesteś, że źle wszystko robisz; owszem, o tem najmniej myśląc, z miłością i dobrocią wtedy całą bliźnim zajęta poczynaj i czyń swobodnie, zupełnie swobodnie, a tylko z Panem Jezusem. Znowu tedy z jednej strony żadnej troski o siebie, a z drugiej ufność i spólność z Panem Jezusem. Tak masz czynić. I o to modlę się i będę modlił. Do tego musisz przyjść koniecznie.

 

Ks. Piotr Semenenko Listy duchowne; Z listów do zakonnic – polskich; Drukarnia „Czasu” Kraków 1924

 

 

Wyobraźnia

Wyobraźnia jest tą z władz naszej duszy, w której najsilniej bodaj odbija się nieład wprowadzony przez grzech, i w której głos rozsądku najmniej bywa słuchany. Ta niespokojna, błąkająca się władza, ustawicznie nam się wymyka, niczym krnąbrna niewolnica, która bez pozwolenia pana wychodzi z domu i cały świat obleci, zanim się spostrzeżemy, że jej nie ma. Ciekawa, nienasycona wiedzy, chce zdać sobie sprawę ze wszystkiego, co widzi. Podobna jest do domowego zwierzęcia, które włóczy się wszędzie wietrząc, które bat odgania, a obżarstwo po chwili cięgnie z powrotem. Dumna, niecierpliwa względem wszelkiego przymusu. To dzika koza, która lubi się błąkać tylko po wysokich urwiskach i przepaściach, nie znosi natomiast ani jarzma, ani pęt, ani pana.

Wszystkie te wady są wrodzone; ale ile osób powiększa jej złośliwość nie starając się jej hamować, obchodząc się z nią jak z ubóstwianym dzieckiem, któremu pozwala się na wszystko, nigdy nie w niczym mu się nie sprzeciwiając. Toteż gdy chcieć ją zwrócić ku rzeczom Boskim, ona, nawykła do samowoli, w żaden sposób nie da się ująć w karby. Pracujmy więc bezustannie nad tym, by ograniczyć jej ruchy i trzymajmy ją w ciągłym poddaństwie. Uznaliśmy, że najlepszym sposobem przeciw wielomówstwu jest używać języka jedynie do tego, co prawdziwie dobre i potrzebne. Tak samo należy też postępować z wyobraźnią. Niech rozsądek stoi ciągle na warcie przed drzwiami umysłu, aby wpuszczać tam same dobre myśli, a mężnie odpierać, jak największych nieprzyjaciół, wszystkie te, które zdawać mu się będą próżne lub niebezpieczne. Ci, którzy zaniedbują tę zbawienną ostrożność, wpuszczają do duszy mnóstwo przedmiotów tłumiących żarliwość pobożności i miłości, a niekiedy i samą miłość. Furtianka Isbosetha zasnęła tylko na chwilę, a zaraz dwaj zabójcy zamordowali nieszczęsnego monarchę. Gdy rozsądek przestaje czuwać nad wyobraźnią, zaraz wkradają się do niej upiory niosące śmierć.

Taka ostrożność potrzebna jest nie tylko po to, by uchronić życie duszy od tysiącznych niebezpieczeństw, ale także po to, by zachować, niezbędne do modlitwy, milczenie i skupienie ducha. Wyobraźnia rozkiełznana miesza to święte ćwiczenie i czyni je prawie niemożliwy, gdy przeciwnie, nawykła do ciszy i pobożnych myśli, znajduje w nim największe upodobanie.

 

Św. Ludwik z Granady; Przewodnik grzeszników; Wydawnictwo AA

 

Pociechy i próby

Stan pociech duchowych budzi nasze zdolności, nadaje im giętkość i moc. Nic wówczas nie kosztuje. Ten, kto jest napełniony miłością – mówi autor „Naśladowania Chrystusa” – biega, lata, weseli się i nic go nie powstrzyma. Jest to stan, w którym uczucie działa samo, porywając za sobą wolę, której całe zadanie polega tylko na zezwalaniu. Stan ten jest darem nieba, podobnie jak ciepło słoneczne: roznieca on żar pragnień, mnoży pomysły, wzbogaca uczucia, wywołuje rozkwit duchowy.

Czas próby przyrównać można do skalistej, nawiedzanej wichrami krainy, do mroźnej zimy, do bezpłodnej pustyni. Trzeba tam żyć z nabytych zapasów, bronić się cudami niemalże wysiłku, pomysłowości, wytrwania. Serce musi być wytężone ile tylko można. I po co? Na pozór po to, żeby po prostu żyć jako tako. Jednak po cichu dokonuje się w głębi duszy praca: serce mężnieje, muskuły stają się odporniejsze, wzmaga się życie.

Pociech to okres, w którym otrzymujemy czarowne i piękne światła: korzystajmy z nich, aby wznieść nasz ideał jak najwyżej. To okres łatwych i licznych aktów, wyrabiajmy więc w sobie wówczas dobre nawyki. Nawyk przynosi największą pomoc woli.

Próba to okres działania woli. Niczego nie odczuwamy; wydaje się nam, że niczego nie kochamy… Nie pozostaje nam nic innego, jak tylko chcieć tych wszystkich pięknych rzeczy, które poznaliśmy, zebraż je – może zaschłe, ale zawsze jeszcze wonne – i ofiarować Bogu, który zna ich wartość; nie pozostaje nam nic innego, jak wyrażać uczucia, a przynajmniej pragnienia, które zawsze są prawdziwe, jak działać z czystych pobudek, wielkodusznie, wytrwale, z wielką korzyścią dla woli, która gdy działa tylko sama, bardziej się rozwija. O pstępie nie stanowi upodobanie, ale prawdziwa miłość, a tę mamy: miłość, która Boga stawia na pierwszym miejscu, miłość wierną, która dąży do tego, co Bogu milsze, która mówi: „Nie umiem Mu powiedzieć, że Go kocham, ale Mu tego dowiodę.”

U niektórych dusz wola bywa słaba, nie umie iść naprzód, jeśli nie jest wspierana pociechami. Dusz te powinny umieć na te pociechy zasłużyć, potem zaś utrzymywać je. „Naśladowanie Chrystusa” mówi, że brak pociech wynika często z naszej winy.

 

Wg „Spowiedź Przygotowanie do Sakramentu Pokuty”, Warszawa 2005

 

Sens i cel piekła

„Cierpienia i modlitwy wzbijają się ku mnie hołdem chwały dla imienia mego. Tak, chcąc czy nie chcąc, złośnik pracuje dla mojej sławy, choćby nie ją miał na celu, lecz znieważenie Mnie.

Jak w tym życiu grzesznicy przyczyniają się do wzrostu cnót sług moich, tak w piekle diabli są wykonawcami mej sprawiedliwości i pracują dla Mnie. Wykonują wyroki na potępieńcach. Wspomagają też stworzenia moje, które odbywają podróż tego żywota, dążąc do Mnie, który jestem celem ich pielgrzymki. Pomnażają ich cnoty, doświadczając ich licznymi napaściami i różnymi pokusami, przez pobudzanie innych do znieważania i okradania ich, nie w celu wyrządzenia im obelgi lub odebrania dobra, lecz aby pozbawić ich miłości. Lecz sądząc, że przyprawiają o stratę sługi moje, umacniają w nich cnotę cierpliwości, męstwa i wytrwałości.

W ten sposób oddają cześći chwałę imieniu mojemu i tak spełnia się w nich moja Prawda. Stworzyłem ich dla sławy i chwały mojej, Ja, Ojciec wieczny, aby uczestniczyli w mej dobroci. Powstawszy przeciwko Mnie, upadli przez pychę swoją zostali pozbawienie mego widoku. Nie oddali Mi chwały miłości. Lecz Ja, Prawda wieczna, uczyniłem z nich swoje narzędzie, aby ćwiczyli sługo moje w cnocie, i jednocześnie zrobiłem ich katami tych, którzy przez swoje błędy idą na potępienie wieczne, oraz tych, co przechodzą przez męki czyśćcowe. Tak to, jak widzisz, Prawda moja spełnia się w nich. Oddają mi chwałę, nie jako mieszkańcy życia wiecznego, którego pozbawieni zostali przez swoje błędy, lecz jako wykonawcy mej sprawiedliwości! Przez nich objawiam mą sprawiedliwość względem potępionych i względem tych z czyśćca.”

 

Św. Katarzyna ze Sieny, Dialog o Bożej Opatrzności czyli księga Boskiej nauki, Poznań 2012

 

Nawrócenie św. Augustyna

Augustyn rozmyśla nad zamiarem porzucenia świata, ale ileż trudności staje mu nagle przed oczyma! Z jednej strony stają mu w myśli obrazy dawnych rozkoszy i wydają się mówić: Cóż to? Ty miałbyś nas opuścić na zawsze? Miałbyś już od tej chwili nie mieć z nami żadnego kontaktu? A z drugiej strony widzi cnotę, jak uśmiecha się do niego, z pogodną i wesołą twarzą, otoczona tłumem swoich zwolenników wszelkiego wieku, płci i stanu, jaśniejąca całym blaskiem chrześcijańskiej czystości. Cóż to – mówi do niego z kolei ona, wskazując na swój liczny orszak – czy nie potrafiłbyś tego, co potrafią te dziewice i ci wszyscy wierni moim prawom? Myślisz, że oni sami z siebie mają tę moc, która ich ożywia? Czy to nie Bóg ich pokrzepia? Jeżeli upadasz, to dlatego, że opierasz się sam na sobie. Rzuć się bez obaw na łono Wszechmogącego. On się nie cofnie, On cię nie opuści. Powierz Mu się tylko z ufnością, a On cię przyjmie, On cię zbawi.

Utarczka rozpala się coraz bardziej; w końcu staje się nie do wytrzymania! Młody rozpustnik czuje, jak oczy napełniają mu się łzami. Idzie na stronę, wzdycha, jęczy; wreszcie zaczyna głośno szlochać. Potoki łez leją mu się z oczu; z głębi serca głośno woła: Dokąd, o Panie, gniew Twój zapalać się będzie przeciwko mnie? Dokąd będziesz cierpiał moje haniebne nierządy? Dokąd będę powtarzać: Jutro, jutro? Czemu nie dziś, czemu nie zaraz, czemu nie w tej chwili porzucić moje nieprawości?

Rzecz skończona, grzesznik się nawrócił. Augustyn zostaje świętym. Jego serce oswobodzone z wszelkiego ziemskiego przywiązania, doznaje już tylko obojętności i wstrętu do ciała i świata. Rozpoczyna pieśń wdzięczności.

 

Św. Ludwik z Granady; Przewodnik grzeszników; Wydawnictwo AA

 

Mistrzu, co nam czynić trzeba?

A rzesze pytały go, mówiąc:
Cóż więc począć mamy?..
Przychodzili też i celnicy…
i mówili doń:
Mistrzu, co nam czynić trzeba? (Łk 3,10, 12)

  1. Odpowiedź mogła być tylko taka: Czyńcie to, czego chce Bóg. Stoimy pod panowaniem wewnętrznych nakazów,, które żądają, byśmy czynili to, a tamto zaniechali. Ideały i cnoty przyświecają nam jako gwiazdy przewodnie; w ich moralnej piękności, w ich nakazach, które nam stawiają, ujawnia się nam wola B oża, a jej wcielenie staje przed nami w osobie Chrystusa. On to chce, bym działał tak a nie inaczej, a co nakazuje, czyni sam, by dać mi przykład. Tę wszechwładną wolę bożą czytam w swej duszy, w najgłębszych jej tajniach, stamtąd ją wydobywam wraz ze światem pojęć, a następnie ubraną w szczegóły pozytywne słyszę z ust Chrystusa i oglądam wyrażoną w jego życiu. Czuję, że stoję pod prawem, atoli prawo to nie ja dyktuje. Jak nie stanowię praw natury, tak też nie mogę dyktować przepisów woli Boga. Cóżbym mógł podyktować?… Nie dyktować, lecz wykonywać jest moim zadaniem. Tego się będę trzymał, bo tak sam Bóg rozporządził. Pod Jego prawem czuję, że stoję na swoim miejscu żem cząstką całości, dlatego wierzę i spodziewam się, że władcza i potężna wola Boga, która mną kieruje, uzupełni cząstkowość moją i moją niedostateczność. Pan będzie moją pomocą, on daje zarówno prawo, jak i łaskę. On zniża się do mnie jako ideał, On sam toruje mi drogę. To moje credo w dziedzinie moralności, Wierzę, iż powinnością moją słuchać woli najwyższej, wiem jednak i to, że wola ta pomaga mi być posłusznym.
  2. Wolę Bożą winienem spełniać w całym ciągu swego życia, we wszystkich jego stosunkach i okolicznościach. Człowiek nie jest kołem w maszynie, ani kamykiem w potoku, ani zżółkłym liściem na wichrze, lecz wszędzie winien czynić zadość wymaganiom świata moralnego i stwierdzać je własnym czynem wbrew oporowi, jaki mu stawiają jego lekkomyślność, przyzwyczajenia, popędy, skłonności i namiętności, choroby i niedostatki. Powinien idealny ten świat, odsłaniający się w mym wnętrzu, i postulaty jego przeszczepiać również w świat zewnętrzny, a kiedy się łamie i rwie, zapewniać mu na powrót bezwzględną powagę. Na to potrzeba mocy, potrzeba karności. Do tej karności powinienem się przymuszać, ile razy namiętności moje stawiają mi opór, a gdzie namiętności nie sprawiają kłopotu, tam niemniej należy szlachetnie usposobioną uległość i moralne pobudki wprowadzać do swego życia, by utrzymać je na wysokim poziomie moralnym. Nie wolno mi być komediantem, leniuchem lub niedołęgą. Uległość dla woli Bożej to wola płodna, szlachetna i silna, która objawia się w zamiłowaniu do pracy, w przestrzeganiu porządku, w czystości, panowaniu nad sobą, akuratności, wierności, sumienności, prostocie, litości, współczuciu, życzliwości, sprawiedliwości, szlachetności, wdzięczności, wielkoduszności, szacunku dla drugich, skromności, przystojności, łagodności, pokorze, umiarkowaniu, trzeźwości, cierpliwości, męstwie. Ilekroć wzbudzam uczucia odpowiednie tym cnotom, jestem pewny, iż obejmuję wolę Bożą.
  3. Na tych cnotach zasadzają się dobre uczynki. Stanowią je nie tylko modlitwa, post i jałmużna, lecz cała treść naszej świadomości wchodzi tutaj w grę. To, jak czuję i myślę, jakim okiem spoglądam na świat i ludzi, jak oceniam Boga i życie, jak jestem dobry, cierpliwy, wyrozumiały, łagodny, stanowczy, roztropny, z jakim zamiarem pracuje, mówię, obcuję z innymi, cierpię, słowem: całe moje życie może być dobrym uczynkiem.
    Moralnym jest owo piękne, szlachetne, wdzięczne życie, którym włada prawo i karność jako rytm i harmonia. – Moralność to świadoma siebie, skierowana do ideału wola. To nie tylko altruizm, nie tylko poświęcenie samego siebie, nie tylko poszanowanie dla człowieka i dla prawa cywilnego, nie tylko humanitaryzm i piecza o bezpieczeństwo osobiste, to nie tylko urządzenia dobroczynne i uczucia społeczne. To wszystko tylko podrzędne objawy życia moralnego, które w mniejszym lub większym stopniu mogą się znaleźć również w człowieku pospolitym lub nawet niemoralnym i nie rozstrzygają jeszcze o ogólnym poziomie etycznym. Moralność osobista to świadomie szlachetna wola, zacne usposobienie jednostki ludzkiej, czy ona pustelnikiem, czy żebrakiem. Moralność to wielkość duszy, jej piękność i żywotność, to atmosfera, promień słoneczny i żywiczny zapach leśny mej duszy, to moje strefa klimatyczna. Z domku nazaretańskiego, niby tchnienie niebios, płynie ku nam woń najwznioślejszej moralności. Tej woni tak mało na ziemi, a mogłoby jej wszędzie być wiele. Niech Duch Święty udzieli jej moim uczynkom!

 

Rozmyślania o Ewangelji; ks bp dr. Ottokar Prohaszka; Wydawnictwo Księży Jezuitów, Kraków 1931