Mistrzu, co nam czynić trzeba?

A rzesze pytały go, mówiąc:
Cóż więc począć mamy?..
Przychodzili też i celnicy…
i mówili doń:
Mistrzu, co nam czynić trzeba? (Łk 3,10, 12)

  1. Odpowiedź mogła być tylko taka: Czyńcie to, czego chce Bóg. Stoimy pod panowaniem wewnętrznych nakazów,, które żądają, byśmy czynili to, a tamto zaniechali. Ideały i cnoty przyświecają nam jako gwiazdy przewodnie; w ich moralnej piękności, w ich nakazach, które nam stawiają, ujawnia się nam wola B oża, a jej wcielenie staje przed nami w osobie Chrystusa. On to chce, bym działał tak a nie inaczej, a co nakazuje, czyni sam, by dać mi przykład. Tę wszechwładną wolę bożą czytam w swej duszy, w najgłębszych jej tajniach, stamtąd ją wydobywam wraz ze światem pojęć, a następnie ubraną w szczegóły pozytywne słyszę z ust Chrystusa i oglądam wyrażoną w jego życiu. Czuję, że stoję pod prawem, atoli prawo to nie ja dyktuje. Jak nie stanowię praw natury, tak też nie mogę dyktować przepisów woli Boga. Cóżbym mógł podyktować?… Nie dyktować, lecz wykonywać jest moim zadaniem. Tego się będę trzymał, bo tak sam Bóg rozporządził. Pod Jego prawem czuję, że stoję na swoim miejscu żem cząstką całości, dlatego wierzę i spodziewam się, że władcza i potężna wola Boga, która mną kieruje, uzupełni cząstkowość moją i moją niedostateczność. Pan będzie moją pomocą, on daje zarówno prawo, jak i łaskę. On zniża się do mnie jako ideał, On sam toruje mi drogę. To moje credo w dziedzinie moralności, Wierzę, iż powinnością moją słuchać woli najwyższej, wiem jednak i to, że wola ta pomaga mi być posłusznym.
  2. Wolę Bożą winienem spełniać w całym ciągu swego życia, we wszystkich jego stosunkach i okolicznościach. Człowiek nie jest kołem w maszynie, ani kamykiem w potoku, ani zżółkłym liściem na wichrze, lecz wszędzie winien czynić zadość wymaganiom świata moralnego i stwierdzać je własnym czynem wbrew oporowi, jaki mu stawiają jego lekkomyślność, przyzwyczajenia, popędy, skłonności i namiętności, choroby i niedostatki. Powinien idealny ten świat, odsłaniający się w mym wnętrzu, i postulaty jego przeszczepiać również w świat zewnętrzny, a kiedy się łamie i rwie, zapewniać mu na powrót bezwzględną powagę. Na to potrzeba mocy, potrzeba karności. Do tej karności powinienem się przymuszać, ile razy namiętności moje stawiają mi opór, a gdzie namiętności nie sprawiają kłopotu, tam niemniej należy szlachetnie usposobioną uległość i moralne pobudki wprowadzać do swego życia, by utrzymać je na wysokim poziomie moralnym. Nie wolno mi być komediantem, leniuchem lub niedołęgą. Uległość dla woli Bożej to wola płodna, szlachetna i silna, która objawia się w zamiłowaniu do pracy, w przestrzeganiu porządku, w czystości, panowaniu nad sobą, akuratności, wierności, sumienności, prostocie, litości, współczuciu, życzliwości, sprawiedliwości, szlachetności, wdzięczności, wielkoduszności, szacunku dla drugich, skromności, przystojności, łagodności, pokorze, umiarkowaniu, trzeźwości, cierpliwości, męstwie. Ilekroć wzbudzam uczucia odpowiednie tym cnotom, jestem pewny, iż obejmuję wolę Bożą.
  3. Na tych cnotach zasadzają się dobre uczynki. Stanowią je nie tylko modlitwa, post i jałmużna, lecz cała treść naszej świadomości wchodzi tutaj w grę. To, jak czuję i myślę, jakim okiem spoglądam na świat i ludzi, jak oceniam Boga i życie, jak jestem dobry, cierpliwy, wyrozumiały, łagodny, stanowczy, roztropny, z jakim zamiarem pracuje, mówię, obcuję z innymi, cierpię, słowem: całe moje życie może być dobrym uczynkiem.
    Moralnym jest owo piękne, szlachetne, wdzięczne życie, którym włada prawo i karność jako rytm i harmonia. – Moralność to świadoma siebie, skierowana do ideału wola. To nie tylko altruizm, nie tylko poświęcenie samego siebie, nie tylko poszanowanie dla człowieka i dla prawa cywilnego, nie tylko humanitaryzm i piecza o bezpieczeństwo osobiste, to nie tylko urządzenia dobroczynne i uczucia społeczne. To wszystko tylko podrzędne objawy życia moralnego, które w mniejszym lub większym stopniu mogą się znaleźć również w człowieku pospolitym lub nawet niemoralnym i nie rozstrzygają jeszcze o ogólnym poziomie etycznym. Moralność osobista to świadomie szlachetna wola, zacne usposobienie jednostki ludzkiej, czy ona pustelnikiem, czy żebrakiem. Moralność to wielkość duszy, jej piękność i żywotność, to atmosfera, promień słoneczny i żywiczny zapach leśny mej duszy, to moje strefa klimatyczna. Z domku nazaretańskiego, niby tchnienie niebios, płynie ku nam woń najwznioślejszej moralności. Tej woni tak mało na ziemi, a mogłoby jej wszędzie być wiele. Niech Duch Święty udzieli jej moim uczynkom!

 

Rozmyślania o Ewangelji; ks bp dr. Ottokar Prohaszka; Wydawnictwo Księży Jezuitów, Kraków 1931

 

Pośredniczka wszelkich łask

Życie w Trójcy Przenajświętszej jest od wieków i będzie na wieki i ono się nie zmienia. Bóg Ojciec rodzi Syna od wieków, Duch Święty pochodzi od Ojca i Syna od wieków. Bóg Ojciec  działa przez Syna, Syn przez Ducha Świętego. Tego dokładnie rozumem swym nie pojmiemy, bo nasz rozum jest skończony. Oto życie wewnętrzne Trójcy Przenajświętszej: Bóg Ojciec działa przez Syna, Syn przez Ducha Świętego. Odbija się ono w mniejszym lub większym stopniu w stworzeniach i rozchodzi we wszechświecie w dalekich echach… echach…

Najszczytniejszym stworzeniem wśród stworzeń jest człowiek, a znowu spośród ludzi Niepokalana. Ona jest najdoskonalszym stworzeniem bez najmniejszego grzechu – Niepokalana.

Wszędzie w przyrodzie i w prawach natury spotyka się akcję i reakcję. To wszystko jest odbiciem działania Trójcy Przenajświętszej. Akcję wywarza Pan Bóg, stwarzając z niczego stworzenie, reakcję wytwarza stworzenie, dążąc i powracając w mniej lub więcej dokonały sposób do Stwórcy – do Pana Boga.

Są trzy Osoby Boskie: Bóg Ojciec, Syn Boży i Duch Święty. Bóg Ojciec działa prze Syna, a Syn działa przez Ducha Świętego, a między Duchem Świętym a stworzeniem pomost stanowi najdoskonalsze ze stworzeń – Niepokalana. Między Bogiem Ojcem, Synem Bożym i Duchem Świętym działanie wzajemne Trzech Osób jest najściślejsze i do tego nie możemy mieć najmniejszych zastrzeżeń. Natomiast jeśli weźmiemy nasz stosunek do Boga, do Duch Przenajświętszego, to nie będzie on bez zastrzeżeń. I tu właśnie potrzeba pomostu, którym jest Niepokalana. Duch Święty to, co otrzymuje od Syna Bożego, a Syn od Boga Ojca, oddaje Niepokalanej i przez Nią działa na inne stworzenia. I dlatego Niepokalaną nazywa swoją Oblubienicą. Tego rozumem naszym nie pojmujemy, ani pojąć nie możemy, bo to przechodzi pojęcie rozum ludzkiego.

Jezus Chrystus posiada dwie natury: Boską i ludzką, złączone w jednej Osobie Boskiej. Niepokalana jest tak ściśle zjednoczona z Duchem Świętym, że tego pojąć nie możemy. Możemy niejako pod pewnym względem powiedzieć, że Duch Święty i Niepokalana to są dwie osoby o jednej „naturze” przez ścisłe zjednoczenie. Wszystkie zatem łaski, jakie spływają od Boga Ojca prze Syna i Duch Świętego, idą przez Matkę Bożą i dlatego Ona jest Pośredniczką.

Choćbyśmy więc o tym nie myśleli i modlili się do Pana Jezusa czy świętych – łaski zawsze otrzymamy przez Nią. Gdybyśmy zaprzeczyli, że nie chcemy, aby Niepokalana nam ich udzielała, nie otrzymamy nic, a nawet ubliżać będziemy Panu Bogu, nie uznając porządku, który On sam ustanowił. I dlatego szatan wysila się i używa wszelkich sposobów, aby zerwać nić łączącą nas z Niepokalaną. Zadowoli się wszystkim – odmawianiem „Ojcze nasz” i innymi modlitwami, lecz nie pozwoli na odmawianie „Zdrowaś Maryjo”. Potknął się już na tym i dlatego i innych pragnie doprowadzić w ten sposób do upadku. Teologowie przypuszczają, iż Pan Bo, wystawiając aniołów na próbę, odsłonił im człowieczeństwo Jezusa Chrystusa i zapowiedział, że będą się musieli kłaniać Bogu-Człowiekowi. Jeżeli On objawił aniołom człowieczeństwo Pana Jezusa, musiał też odsłonić postać Matki Bożej jako zwykłego stworzenia, które będzie ich Królową. Szatani unieśli się pychą i strąceni zostali w przepaść piekielną. To zdaje się Pan Bóg potwierdzać, przemawiając do węża kusiciela w raju: „Ona zetrze głowę twoją, a ty czyhać będziesz na piętę Jej”(Rdz 3,15). Od tej chwili szatan stał się odwiecznym wrogiem Niepokalanej, czyhającym na piętę Jej, lecz Ona zawsze ściera jego pyszną głowę. Szatan jest utwierdzony w swej złości i dlatego i innych pragnie pozbawić tego szczęścia, które sam utracił.

 

Z „Konferencje św. Maksymiliana Marii Kolbego”, WOF Niepokalanów 2009, wyd IV.

Cel nabożeństwa do Najświętszego Serca Jezusowego

  1. Weszło na naszym niebie jak gwiazda lśniąca, by promieniować w duszę naszą wielką postać Jezusa i godny uwielbienia majestat jego osobistości. Ukochał was, głosi to nabożeństwo, i pragnie od was wdzięcznej wzajemności. Cześć Najświętszego Serca wprowadza nas w świat wewnętrzny Jezusa, z którego wykwitło życie najpiękniejsze i wytrysła ewangelia, i chce dla tego świata cudnego wzniecić zapał. Chce, byśmy kochali to serce, czcili, hołd mu składali, przejednywali je i o łaskę prosili. A zarazem chce, byśmy je naśladowali, jak gdyby mówiło: Kro chce być szczęśliwy, niech stworzy w sobie serce. „Sursum corda”.
  2. Cześć Najświętszego Serca pomaga nam szczególniej przyswajać sobie ducha wiary. Do każdego poznania Boga potrzeba serca. Wiara bez uczuć natchnionych nie może się ostać. Oczy, pragnące ujrzeć Jezusa, muszą być oświecone ogniem serca. W każdej naszej wielkiej myśli tętni zapał serca. Dlatego też życzy apostoł wiernym „oświeconych oczu serca”. Dlatego też Jezus „dał nam zmysł”, jak gdyby ewangelia chciała powiedzieć: dał nam serce. – Tych, co szukają łaski bożej, Jezus zwraca na drogi szlachetnych, czystych uczuć, na ścieżki dobrego serca. Wiara nasza zawładnąwszy sercem, będzie „wiarą serca”.
  3. Nabożeństwo to dopomaga do życia na modłę życia Jezusowego. Najświętsze Serce było organem tego życia. Serce dostarcza wielkich i subtelnych motywów, woli silnej, kochającej, namiętnej. Tylko serce wydaje męczenników. Wielkie wysiłki, boje i zwycięstwa biorą początek z natchnień serca. „Schätze schafft die Liebe”. Czego nie kochamy, to nie ma dla nas wartości. Jeśli boga nie kocham, nie mam Boga. Jeśli Jezusa nie miłuje, jestem bez Zbawcy. Jeśli zatem nie ma we mnie miłości, noszę piekło w sobie tutaj na ziemi, a zapadnę też w piekło na tamtym świecie. – Kochaj gorąco, służ sercem i duszą, walcz, pracuj. Najlepsza to miłość samego siebie.

 

Rozmyślania o Ewangelji; ks bp dr. Ottokar Prohaszka; Wydawnictwo Księży Jezuitów, Kraków 1931

Służba Bogu

Miłość chce upodabniać nas do Jezusa, a jedną z części Jego wizerunku jest prostota. Jeśli kierując się pełną miłości wiarą, wychodzimy poza samych siebie, nasze życie wewnętrzne zadziwiająco się upraszcza, a prostota dodaje nam szczególnej szlachetności. Ostatecznie najbezpieczniejsi będziemy, gdy nasze życie duchowe zostanie sprowadzone wyłącznie do działania łaski Bożej w nas. Samozakłamanie najbardziej zagraża nam natomiast w tedy, gdy nasze wnętrze wypełnione jest mnóstwem naszych własnych spraw i działań, które uniemożliwiają wzrost łaski. Musimy więc wypatrywać Boga, oddawać się mu, na Nim polegać. Musimy uczyć się jedności z Nim i pozwolić, aby Jego miłość wypalała w nas naszą miłość własną, bo tylko wtedy nasza jedność z Nim może się realizować. Wszystko poza Bogiem samym  jest nierzeczywiste. Nic prócz Niego nie jest prawdziwe. Fałsz stanowi przyrodzoną kondycję stworzenia. Jakże bolesne jest zdać sobie sprawę, że nawet w najlepszych naszych chwilach, nawet w najlepszych tych, uznajemy za lepszych od siebie, jesteśmy wszyscy beznadziejnie pretensjonalni, nieświadomie sztuczni i zakłamani. Otuchy dodaje nam jedynie trzeźwa myśl, że dla każdego nas nadejdzie czas, gdy nie będziemy już niczego odgrywać – ani przed innymi, ani przed sobą, ani przed Bogiem.

 

O samozakłamaniu; Frederick Wiliam Faber; Warszawa 2016

Zadowolenie z siebie

Kiedy mamy do czynienie z zadowoleniem z siebie, wydaje się, że jest po prostu cechą wrodzoną. Ale nie ma co nad tym rozpaczać, choć to, z czym przyszliśmy na świat, jest oczywiście trudniejsze do naprawienia niż spaczenia nabyte wskutek zewnętrznych okoliczności, a nawet będące skutkiem nałogowego grzechu. Niektórzy ludzie mają tak silną wiarę w siebie, że nie zachwieje jej nawet wiele niepowodzeń i popełnionych błędów. Dal takich osób nawet własne doświadczenie nie jest przekonujące. W praktyce stałym punktem orientacyjnym ich wewnętrznego kompasu jest ich własna nieomylność. Gdyby wszystko inne miało się zmienić, ten punkt pozostaje nietknięty. Gdyby wszystko inne zakwestionowano, tego punktu poddać w wątpliwość nie wolno. Jest w nich coś ze spokojnego optymizmu, którego spokój bierze się stąd, że nawet cień zwątpienia w siebie nie jest dla nich możliwy. Każde ich niepowodzenie usprawiedliwione jest jakąś zewnętrzną przyczyną, której oczywiście w żaden sposób nie dało się przewidzieć ani zapobiec. Jeśli nawet to, co zrobili, nie było najlepszym posunięciem, to z pewnością było najlepszym możliwym w danym czasie i w danych okolicznościach. W takim przypadku osoby te poczytują sobie swe poczynania tym bardziej za zasługę, bo zgodziły się przecież odstąpić od rozwiązania najlepszego i łaskawie zniżyły się do wymogów okoliczności. Są to ludzie, którym wszystkie znaki wydają się opatrznościowe, a wszystkie zdarzenia cudowne. Upadają, nie wiedzą o swym upadku, ponieważ wszystko, co ich dotyczy, zdaje się im zesłane przez Opatrzność. Rzeczy świata tego rozciągają się przed nimi niczym panorama, której oni sami są środkiem. Ich własne sprawy mają zawsze ostateczną Boską sankcję. Ich pobożność przybiera formę natchnień, a ich naturalne cechy mają niebezpieczną skłonność do przeradzania się w przymioty nadprzyrodzone. Ich pobożność nigdy nie pozostaje na dłuższy czas na utartym szalu, czy raczej nie jest na żadnym szalu w ogóle. Motywami ich postępowania bywają nawet sny, są więc samowolni i zmienni. Nie dość, że w każdej niemal chwili doświadczają natchnień, to miewają jeszcze kontr natchnienia. Wcale im to jednak nie przeszkadza, przeciwnie – to co bowiem u innych byłoby zmiennością, w ich przypadku nią nie jest. W gruncie rzeczy są tak niezmiennie zmienni, że – wbrew opinii zdrowego rozsądku – nietrudno im uwierzyć w swoją własną stałość, systematyczność i umiłowanie zasad. Ludzie ci słuchają rad innych ze spokojną pewnością siebie, z irytującą cierpliwością, jak gdyby sami dźwigali ciężki krzyż lub znosili umartwienia właściwe świętym. Ach, jakżeż niestosowną jest rzeczą dawać im rady! Ich pozycja, nazwisko, ich szlachetni poprzednicy – wszystko to powinno zachować ich przed prostackimi radami impertynentów. Ale przecież znoszą je z podziwu godną pokorą, wspomniawszy na to, jak zazwyczaj ukryta i niepoznana jest wszelka dobroć na tym paskudnym świecie. Moglibyśmy pewnie i całkiem bez obrazy rzec, iż ludzie tacy nie są kandydatami na ołtarze. Wielu z nich jednak, owszem, spodziewa się dzieł hagiograficznych na swój temat.

 

O samozakłamaniu; Frederick Wiliam Faber; Warszawa 2016

 

Prośmy dziś Świętego Ducha

Prośmy dziś Świętego Ducha,
Byśmy byli prawej wiary,
Jako na to przysłuszna,
Aby był Pan Bóg przy tej chwili,
Gdy się dusza z ciałem rozdzieli,
Tak, o Boże daj!
O Maryja, cna Dziewica,
Porodziłaś Królewicza,
Niebieskiego dziedzica,
Porodziłaś Go bez boleści,
Zbaw nas z smutku i żałości,
Smutku i żałości,
Amen.

 

Ze Zbioru pieśni nabożnych katolickich – Pieśni na Zielone Świątki

Znaczenie Wniebowstąpienia Pańskiego

  1. Jest to tryumfalny wjazd Chrystusa do krainy, w której Chrystus jest Królem, do królestwa cnoty, piękności i siły, do królestwa dusz. Na ziemi znajdujemy tylko drogę do tej krainy, pewną, ale osypaną kurze. Miasto boże jeszcze nie gotowe, dopiero na placu budowlanym wre praca. Zamiast muzeum widzimy warsztat, na którym robota wymaga wiele znoju i mozołu. Tu na ziemi widzimy korzenie żywota wiecznego; kwiat jego wonny rozchyla się dopiero w światłości bożej. – Tutaj zakłada się dopiero panowanie Chrystusa. Tutaj toczy się walka, w niebie dopiero cieszą się zwycięstwem. „Obyś tylko zwyciężył”, woła pobojowisko, wołają ruiny. Z pobojowiska tworzy się skiby i bruzdy pola chwały, z gruzów buduje się nowa dzielnica „Miasta Bożego”. Tu na ziemi pracujemy, budujemy, walczymy, wtedy też i zwyciężymy.
  2. Pan dochodzi do wiecznych bram, a one otwierają się przed nim. „Chrystus stawszy się najwyższym Kapłanem dóbr przyszłych… przez własną krew wszedł do raz do Świątyni, nalazłszy wieczne odkupienie”(Żyd. 9, 11). Tam przedstawił na wieczne czasy Ojcu swe dzieło, zapewnił temu dziełu powodzenie i błogosławieństwo, i wziął w posiadanie swe dziedzictwo. W tem nasza ufność! „Takiego mamy najwyższego Kapłana, który usiadł na prawicy stolicy wielmożności na niebiesiech” (Żyd. 8.1). Niech nas to zapali do przywiązania i wierności. Jego jesteśmy własnością, jego moc, zstępująca z najwyższego nieba, wlewa w nas siłę i podnosi nas. Wnet krople jego krwi uderzą w nas ognistymi językami, a jego tchnienie urośnie w szumiący wicher.
  3. Świat zagrobowy to świat całkiem nowy. Tak niepodobny do naszego, jak las do morza, albo jak pieśń skowronka do skrawka papieru. „Oko nie widziało, ucho nie słyszało”. Z tego, co tu na ziemi oko widzi, a ucho słyszy, „tamtego” świata skonstruować niepodobna. To świat nadzmysłowy. By stanąć na jego poziomie, należy nam wznieść swe myśli ponad kategorie barw, dźwięków i wszystkiego, co cielesne, a cele swe ponad sferę dóbr zmysłowych. Jakie przebudzenie przyniesie nam śmierć, jaki będzie nasze spotkanie z Chrystusem! Kiedy zmieni się forma bytu, a dusza napełni się Nowem życiem, nowemi myślami, wizjami, uczuciami, kiedy w niej się otworzą boskie głębie na przyjęcie oceanu siły i radości, wówczas zrozumiemy słowa Pisma św. „Jak wielki jest dom boży i niezmierne miejsce osiadłości jego” (Bar 3, 24).

 

Rozmyślania o Ewangelji; ks bp dr. Ottokar Prohaszka; Wydawnictwo Księży Jezuitów, Kraków 1931

Zwycięstwo Boga-człowieka nad śmiercią

Atoli idźcie, powiedzcie uczniom jego i Piotrowi… One więc wyszły, u uciekły od grobowca, bo zdjął je strach i zdumienie (Mar 16, 7-8)

Na wywróconym kamieniu grobowym jakby na piedestale króluje tajemnicza potęga Chrystusa, zwyciężająca grzech i śmierć. Nas również ogarnia pewien rodzaj świętej grozy, gdy zastanawiamy się nad zwycięstwem, które Chrystus odniósł nad niewiarą.

  1. Triumf Chrystusa to jasne światło, rozpraszające noc zwątpienia, to pokój niewzruszony, który gładzi wzburzone fale, to pewność, którą przeciwstawiamy wszystkim swym niepokojom, to rękojmia prawdy, przez nas wyznawanej: On jest Synem Bożym. Już w wieczór Wielkiego Piątku błyska promień tego światła, kiedy setnik mówi: Zaiste, ten był Synem Bożym. Co na Golgocie było brzaskiem, zamieniło się tutaj w promienisty wschód słońca. Nie na krzyżu, ale w chwalebnym zmartwychwstaniu objawił nam Bóg, że Chrystus jest jego Synem. Niewiara, świętokradzka zbrodnia ukrzyżowania, wreszcie zwycięski obłęd wyparcia się Boga domagał się tego najwyższego objawienia. Powstał z martwych, zatem jest Bogiem.
  2. Istota Chrystusa była tajemnicza. Dokoła niego odzywają się wątpliwości. Podwójna ciemność śmiertelności i śmierci pochłonęła go. Prawda, że trzymał w rękach pochodnię wiary apostoł, który powiedział: Tyś jest Chrystus, Syn Boga żywego. Wszelako w dniu Wielkiego Piątku i ta pochodnia zgasła. Mesjasz umarł, wszystko przepadło! Gałązka palmowa ufności również uschła w rękach apostołów. Należało więc na nowo zapalić pochodnię, ale nie od ziemskiego ognia, lecz od blasku wiecznego, od światłości wiekuistej. U grobu Chrystusowego sam Bóg zapala lampę i ukazuje ją nam: Lumen Christi. Deo gratias.
  3. Wszystko musiało dziać się w ten sposób, tak a nie inaczej. Chrystus musiał nad bramą śmierci zatknąć swój sztandar zwycięski, musiał okazać się panem życia w objęciach śmierci. A w tych ramach chwalebny jego obraz staje przed oczyma świata tysiąc razy jaśniejszy niż w cichej nocy betlejemskiej. „Szalejcie, mówi Jezus, gniew wasz bezsilny, posiadam tron królewski i podnóżek. Diadem swój perłowy przyniosłem sobie z głębokości, w której wy wszyscy doznaliście rozbicia, wszyscy, wszyscy, Faraony i Cezary, satrapy i mędrcy, prorocy i poeci. Wieniec swój wawrzynowy zerwałem na niwach wiekuistego żywota. Patrzcie, jaką śpiewam pieśń zwycięstwa”. Nie rozumieją jej ci, co nie kochają. Lecz ci, co miłością zjednoczeni z Chrystusem, patrzą nań z zachwytem i tęsknotą i wołają: „Jezu, Jezu, drogi twoje samotne są drogami chwały. Ty jeden możesz niemi chodzić. Szczęśliwiśmy, żeś przyszedł do nas w takiej mocy i chwale”.

 

Rozmyślania o Ewangelji; ks bp dr. Ottokar Prohaszka; Wydawnictwo Księży Jezuitów, Kraków 1931

Śmierć a samozakłamanie

Czy śmierć wyzwoli nas z samozakłamania? Tak, pośród wszystkich innych rzeczy śmierć jest temu najbliższa. Owszem, bycie martwym wyzwoli nas z samozakłamania, lecz samo umieranie – niekoniecznie. Ale czyż można poddawać się iluzjom w chwili śmierci? Niestety tak, a potwierdza to wiele przykładów, które mamy wprost na wyciągnięcie ręki. Inną kwestią stanowi przy tym pytanie, czy owo uleganie iluzjom na łożu śmierci to nasz świadomy czy nieświadomy wybór, czy ma więc ono wartość aktu moralnego. Niewątpliwie jednak nawet dobrzy ludzie w chwili śmierci bywają cokolwiek melodramatyczni. Dal niektórych łoże śmierci staje się sceną teatralną i nawet tam odgrywają swe role. Pragnienie podobania się jest tak głęboko zakorzenione w naszej naturze, że objawia się nawet w ostatniej chwili – na przykład chęcią pozostawienia bliźnim moralnego pouczenia, zbudowania ich własną postawą. Nie tylko starożytni Rzymianie mieli zwyczaj umierać, drapując wdzięcznie swe togi, aktorstwo na łożu śmierci nierzadkie jest i dzisiaj. Może w jakiejś mierze wiąże się to z chęcią, by ze swej śmierci uczynić sceniczny dramat, co zresztą zalecają czasem rozmaite pobożne dzieła i co oczywiście może się niektórym podobać. Jeśli ktoś od lat obmyśla swe ostatnie słowa, ćwiczy sposób przyjmowania Wiatyku i wyobraża sobie scenerię swego chwalebnego końca, to z pewnością coś z tych teatralnych zapędów ostatecznie zrealizuje, choćby nawet twarda rzeczywistość próbowała zburzyć te urojenia. W istocie doskonała prostota nieczęsto zdarza się na łożu śmierci, chyba że śmierć dosięga nas nagle. Wtedy w chwili końca wydaje się, że szata łaski się przetarła i na wierzch przeziera nasza mało szlachetne „ja”. Tak czy inaczej, ostatnia chwila kiedyś przyjdzie, I jeśli w ciągu życia próbowaliśmy już stawać w prawdzie, śmierć uświadomi nam, z jak marnym czyniliśmy to skutkiem. Jeśli zaś takich prób nie podejmowaliśmy, czeka nas tuż przez śmiercią wstrząsające oprzytomnienie i umrzemy zanim się z tego wstrząsu pozbieramy. Niestety!

 

O samozakłamaniu; Frederick Wiliam Faber; Warszawa 2016

Św. Józef wzorem pracy

Św. Józef żyje w niezrównanej bliskości z Chrystusem. Z zakasanymi rękawy, w szorstkim fartuchu skórzanym, z rękoma stwardniałymi stoi przed nami jako przedstawiciel pracy, a nie pozostaje w żadnym przeciwieństwie do Mistrza, który się modli, rozmyśla i naucza. Te dwa rodzaje pracy, praca rąk i praca ducha, zlewają się właściwie w jedno i stanowią w swem zespoleniu zadania człowieka na ziemi.

  1. Fizyka zna różnorodne prace wykonywane przez wiatr, wodę, elektryczność lub parę. Wydmy piaszczyste i góry są tworami wielkich sił przyrody. Pracę wykonuje również ptak latający, pszczoła, mrówka, wół. Człowiek już pracuję, gdy zbiera orzechy kokosowe na brzegach rzeki Kongo; większą wykona pracę, kiedy orze, sieje, zbiera plon; a jeszcze większą, kiedy swymi huczącymi i stukającymi maszynami chce zdobyć panowanie nad siłami przyrody. Praca to potęga człowieka, który chce przekształcić przyrodę podług własnych pomysłów i własnej woli. Stwarza sobie owy świat, gdy tworzy. Póki nie tworzy, nie jest człowiekiem w całej pełni. W tej pracy ujawnia się jego duch samodzielny, kształtujący, świadomy siebie. „Sztuka jest taką pracą, która świadomie życie kształtuje. Natura uczyniła tylko stworzenie a sztuka ludzi”, powiada Schiller. Mocą tego świadomego kształtowania człowiek stał się mniej zależny od przyrody. Taki też był zamiar Boga co do pracy. Będę ją szanował i cenił, będę rozwijał wszystkie swe zdolności, wiedząc, że przez to stanę się i szlachetniejszy i wolniejszy. O Panie, pragnę życia i bytu, pełnego treści!
  2. Któraż praca jest najdonioślejsza? Kształtowanie samego siebie, zmierzające do tego, by człowiek nie był rzeczą, ale osobą, by nie ciążyła na nim przyroda ciężarem przygniatającym, by nie ścierało go w proch cierpienie. I w tej pracy, urabiającej świadomość i osobowość, stoi przed nami jako wzniosły ideał Pan Jezus. Człowiek czuje, że jest przeciwstawiony materii, światu, złemu, że powinnością jego jest być jako potęga nad tym wszystkim górująca. To nasze wielkie zadanie. Kto się go nie ima, nie jest istotą duchową. Bierność duszy jest przyczyną bezowocności licznych wysiłków i małego postępu duchowego. Nie pracujemy około duszy dość świadomie i odpowiednio do naszej psychiki.
  3. Jakie siły mamy do rozporządzenie naszego w tej pracy? 1) Łaska. Bóg poddaje myśl, która budzi zapał i zagrzewa do wysiłków, byśmy się stali podobni do Chrystusa. 2) Nasza indywidualność, w której tkwi wiele dobrych przymiotów i darów w zawiązku. Trzeba je rozbudzić i wyzbyć się surowizny swych popędów, swej jednostronności. 3) Przyroda, na której łonie się orzeźwiamy i odzyskujemy giętkość ducha i dobry humor. 4) Dobre otoczenie, które udziela nam własnego ducha, własnego usposobienia. Bezduszne środowisko może nas zwarzyć; trudno śród takiego otoczenia rozwijać się pomyślnie i w kierunku idealnym. Złe otoczenie psuje duszę, jego powietrze wywołuje rodzaj motylicy duchowej. Jeśli zmuszeni jesteśmy przebywać w takim środowisku, nie dajmy się mu przygnieść. Śpiewajmy sercem pieśni pobożne, by rozbudzić w sobie radosny zapał, by nie popaść w małoduszność. Unikajmy zwady i usuwajmy się od takich towarzystw, o ile tylko można. Postanówmy zajęcia około domu lub w ogrodzie. Postanówmy sobie silnie: Nie weźmiesz góry nade mną, szara, bezduszna tępoto!

Mało na ziemi ludzi, pnących się w górę, ku ideałom, a strasznie dużo wałkoniów. Ideałów, idei i życia duchowego serdecznie mało. – O święty Józefie, naucz nas życia bożego nawet pod strzechą słomianą. Wszak i ty mieszkałeś wygodniej.

 

Rozmyślania o Ewangelji; ks bp dr. Ottokar Prohaszka; Wydawnictwo Księży Jezuitów, Kraków 1931

Smutek a samozakłamanie

Pomyślmy o smutku i o tym, z jak wielu szat ogałaca on duszę. Tak, to prawda. Smutek to jeden z najbardziej krzepkich robotników pracujących dla Boga. Dokonuje wielkich rzeczy i pracuje z niezwykłą sumiennością. Jednak smutek nie potrafi poradzić sobie z samozakłamaniem. To nie jego specjalność, a wręcz przeciwnie – często zdarza się, że smutek wzmaga siłę naszego samozakłamania. W wielu wypadkach smutek zagraża nam wielkim oderwaniem od rzeczywistości i przytłumia nasze sumienie. W jednej chwili ustawia on naszą duszę w wystudiowanej pozie, a zaraz potem wtrąca ją w chaos. Smutek stawia przed nami krzywe zwierciadło, w którym widzimy się dziwaczni i zdeformowani. Pocieszenie nagle zamienia się w pochlebstwo, wkradają się pokusy ziemskich wygód, modlitwa zaczyna przypominać zrzędzenie. W domu wypełnionym smutkiem panuje atmosfera przyzwolenia i rozluźnienia, może za wyjątkiem żałobnych domów biedaków. I tym sposobem w smutku bardzo często tracimy z oczu Boga, a bezwiednie koncentrujemy się na sobie. Zbyt wielu jest takich, którzy okresy swego smutku widzą raczej jako przerwy w życiu duchowym, niż jako czas bujnego wzrostu. Nawet wówczas, gdy smutek nas uświęca, nie wyzwala nas z samozakłamania. Po prostu nie ma po temu zdolności. Chwalebny smutek! Niestety, jakże podle się z nim obchodzimy! Jakże często wbrew jego intencjom postawienia nas w prawdzie czynimy z niego tajnego współpracownika naszego samozakłamania! To jednak nie smutku wina, lecz nasza.

 

O samozakłamaniu; Frederick Wiliam Faber; Warszawa 2016

Napomnienie do pokuty

A byli niektórzy na ten czas, oznajmując mu o Galilejczykach, których krew zmięszał Piłat z ofiarami ich. A odpowiedziawszy Jezus, rzekł im: Mniemacie, że ci Galilejczycy nad wszystkie inne Galilejczyki grzeszniejszymi byli, iż takowe rzeczy ucierpieli? Nie, powiadam wam; lecz, jeśli pokutować nie będziecie, wszyscy także zginiecie. (Łk 13, 1-3 )

Moja grzeszność.

  1. Wielka to łaska, gdy kto odczuwa swą grzeszność. Taki patrzy sercem. – Rzućmy okiem na całe swe życie. Czy nie wypada nam przejąć się uczuciami św. Pawła, który poczytywał się za największego grzesznika, lub uczuciami św. Magdaleny, św. Małgorzaty z Kortony i tych wszystkich, których głęboka skrucha odpowiadała ciężarowi popełnionych grzechów. I ja również zgrzeszyłem przeciw Bogu(niewiarą, brakiem czci i ufności, szemraniem, przeklinaniem…), przeciw sobie (nieumiarkowaniem, brakiem panowania nad sobą, zmysłowością, nieczystością, lenistwem, tchórzostwem, samolubstwem…), przeciw bliźniemu(obmową, szkalowaniem, wyjawianiem powierzonych sekretów, zazdrością, nienawiścią, niesprawiedliwością, udawaniem, gwałtownością…). Jakie wyrzuty czyni mi dekalog i pięcioro przykazań kościelnych? Ile to grzechów, popełnionych myślą i uczuciem, ile uchybień w przyjmowaniu sakramentów św.! Ilu duszom dałem zgorszenie! Doprawdy, potop grzechu, morze błota! „Nie będzie trwał duch mój w człowieku, gdyż jest ciałem”(Rodz. 6,3).
  2. Odczuwajmy gorycz grzechu przejmijmy się wstrętem do niego. Grzech wyzuwa nas z charakteru istoty rozumnej i wyciska na nas piętno zwierzęcości. Niewiara gasi światło duszy, brak nadziei wtrąca ją w wieczną, zimną noc, zamiast ewangelii bodźcami życia stają się ciało, ślepe popędy, namiętności. – Dziczeje człowiek w swym życiu uczuciowym wbrew lakierkom, pachnidłom i frakowi. Kultura jest tylko blichtrem, jeśli się nie opiera na moralności. – Bez Boga człowiek-sługa staje się buntownikiem przeciw Bogu, ale też jednocześnie niewolnikiem innej potęgi, której kajdany odtąd dźwiga. – Grzech jest trucizną, która zamienia krew w ropę, wykrzywia oblicze, przytępia zmysły. A krew to łaska, oblicze to podobieństwo boże, zmysły to cnoty. – W dużej mierze grzech już tutaj na ziemi czyni z ludzi potwory. Ciało pada ofiarą zgnilizny, dusza staje się podobna do cuchnącego bagna. Wieniec spadł z jej głowy, zaprzepaściła swe zasługi. I płacze też anioł stróż, zakrywszy sobie dłonią oblicze. Smutek ogarnia serce Jezusa, łaski zbawienia poszły na marne.
  3. Jakim bezprawiem jest grzech wobec Boga, jaką krzywdzącą wyrządzam zniewagę! Staje w najostrzejszym przeciwieństwie do jego suwerenności, przeczy jego panowaniu, władzy, prawom i świętości. Sprzeciwia się boskiej jego istności, jest w gruncie zaprzeczeniem Boga. – Dusza, która nosi w sobie obraz Boga, zaciera znamię swego szlachectwa, spada do poziomu bydła, wala się w błocie i potwornieje. Nie istnieje już dla niej nieskończona doskonałość i świętość i ideał absolutny, który dyktuje prawa i hojnie wspiera łaską swe stworzenia, by mogły należną oddawać mu cześć i winną okazywać miłość. Bóg pragnie wychować dusze królewskie, a one siedzą na gnojowisku i gardzą nim. Jaki będzie tego koniec? „I obnażą cię z szat twoich i pobiorą naczynie ozdoby twojej i zostawią cię nagą i zelżywości pełną.” (Ez 16, 39)

 

 

Rozmyślania o Ewangelji; ks bp dr. Ottokar Prohaszka; Wydawnictwo Księży Jezuitów, Kraków 1931

 

Granice posłuszeństwa

Ks. Piotr Teilhard de Chardin SI (1881-1955)

Bóg objawił nam tajemnicę Trójcy Świętej – Jedynego Boga w Trzech Osobach, zdefiniowany dogmat wiary katolickiej. Nie będąc w stanie zrozumieć tej tajemnicy w pełni, wiemy jednak że doktryna ta jest prawdziwa – ponieważ objawił ją sam Bóg. Kościół zaś podaje nam ją do wierzenie na mocy swego najwyższego autorytetu nauczycielskiego.

Mogłoby się zdarzyć – aby Bóg do tego nie dopuścił – że pewnego dnia wasz proboszcz (lub biskup a nawet sam papież lub III Sobór Watykański) stwierdzi: „Myliliśmy się przez te wszystkie lata. W rzeczywistości w Bogu są Cztery Osoby”.

Nawet gdyby taka absurdalna sytuacja rzeczywiście miała miejsce, nie musielibyście czekać aż kolejny papież czy też IV Sobór Watykański wypowiedź tę skoryguje. Odnosząc się do tej kwestii definicja doktrynalna już istnieje.

Bóg nie mógłby objawić minionym pokoleniom czegoś, co nie byłoby prawdziwe, i co mogłoby zostać uzupełnione lub skorygowane w czasach późniejszych. Jak to określił I Sobór Watykański, definicje doktrynalne są niezmienne z samej swej natury, prawdziwość ich nie zależy od późniejszych opinii papieży, kardynałów, biskupów i księży. To co prawdziwe było wczoraj, nie może przestać być prawdziwe dziś ani jutro. To niemożliwe.

Obecnie jednak wielu katolików mówi: „Cóż, tak nauczano przed II Soborem Watykańskim. Obecnie Kościół już tego nie uczy. Słuchamy głosu zwyczajnego i żywego Magisterium. Obecnie papież i biskupi uznali za oficjalną doktrynę Kościoła Nową Teologię Henriego de Lubaca i Hansa Urs von Balthasara”.

Prawdą jest, że papieże i biskupi w trakcie minionego półwiecza w wielkim stopniu przyczynili się do obecnego zamieszania w kwestiach doktrynalnych. Nie ma jednak znaczenia, kto nowinki takie propaguje. Jeśli papież ani obradujący pod jego przewodnictwem sobór nie bronią dogmatu wiary, wówczas słowa ich muszą być oceniane wedle nieomylnych probierzy prawdziwego Magisterium Kościoła. Jeśli to, co jakiś człowiek mówi, sprzeczne jest ze stałym i powszechnym nauczaniem Kościoła, albo jakąkolwiek z jego uroczystych definicji, wówczas człowiek taki rozpowszechnia nauczanie fałszywe.

Błąd jest błędem. Żadna ludzka władza nie jest w stanie tego zmienić – nawet sam papież.

Dlatego właśnie każda doktryna musi być osądzana w oparciu o niezmienne definicje.  Przypadkach wątpliwych możemy przyjąć podejrzane nauczanie jedynie z zastrzeżeniem, natomiast w sytuacji gdy w oczywisty sposób sprzeczne jest ono ze zdefiniowanymi dogmatami katolickimi, musimy trzymać się artykułów wiary w takim dokładnie rozumieniu, w jakim zostały one zdefiniowane – a równocześnie unikać nauk głoszących coś przeciwnego.

Vaticanum II nie może być uważany za „Supersobór”, wymazujący nauczanie wszystkich soborów poprzednich, żaden sobór nie jest bowiem władny tworzyć doktryny wedle swego widzimisie.

Jako, że II Sobór Watykański nie chciał definiować dogmatów ani potępić błędów, wszystkie elementy jego nauczania, które nie były wcześniej głoszone przez nieomylne Magisterium (czy to nadzwyczajne czy też powszechnie i zwyczajne) muszą być oceniane  świetle uprzedniego nauczania, a zwłaszcza uroczystych definicji doktrynalnych. To nieomylne Magisterium jest probierzem użyteczności i ortodoksji Vaticanum II – a nie odwrotnie.

Obecnie jednak ludzie starają się redefiniować dogmaty katolickie w świetle Vaticanum II, nawet wbrew uroczystym definicjom. Niezdrowość tej sytuacji uznał sam kard. Ratzinger (który później został papieżem Benedyktem XVI):

„Drugi Sobór Watykański nie został potraktowany jako część całej, żywej Tradycji Kościoła, ale jako koniec Tradycji, nowy start od zera. Prawda jest taka, że sobór ten w ogóle nie zdefiniował żadnego dogmatu i świadomie wybrał skromną rangę soboru zaledwie pastoralnego. A jednak wielu traktuje go tak, jakby uczynił on z siebie superdogmat odbierający ważność wszystkim pozostałym”.

Św. Feliksowi III, papieżowi z V wieku, przypisywana jest następująca maksyma odnosząca się do obrony prawdy:

„Brak sprzeciwu wobec błędu jest jego zatwierdzeniem, a nie bronienie prawdy oznacza jej tłumienie”.

Słowa te są prawdziwe zwłaszcza w odniesieniu do sprzeciwiania się błędom doktrynalnym oraz obrony prawdziwej wiary – niezależnie od tego, kto te błędy głosi. Nawet papieżowi wolno się opierać, gdyby postępował w sposób sprzeczny z wiarą lub wyrządzał szkodę Kościołowi.

 

Fatima – życie lub śmierć; ks. Mikołaj Gruner; Wydawnictwo Antyk Marcin Dybowski

 

Samozakłamanie

Istnieją pewne sposoby – zarazem niezawodne i niezbędne – by stać się prawdomównym wobec samego siebie. To, czy osiągnęliśmy już tę cnotę, poznamy po tym, czy podjęliśmy środki do jej pozyskania. Całe wewnętrzne zepsucie naszej natury jest ni mniej ni więcej jak tylko surowcem naszego samozakłamania. Przewrotność tego zepsucia leży w jego zafałszowaniu, a osoba, którą najbardziej chcemy w ten sposób oszukać, jesteśmy my sami. Cały świat świadkiem, z jakim powodzeniem to czynimy. Toteż, jeśli rzeczywiście chcemy siebie odkłamać, musimy włożyć ogromny trud w poznanie samych siebie i – jeśli to tylko możliwe – wszystkich plusów i minusów naszej złożonej i wewnętrznie sprzecznej natury, nie mamy po prostu szans działać w prawdzie. Nie jest jednakże rzeczą łatwą poznać siebie. Wprost przeciwnie – to najtrudniejsza rzecz na świecie. Czy więc rzeczywiście podejmiemy trud poznania siebie samych? Czy rzeczywiście uczciwie badamy nasze sumienie? Czy jesteśmy w tym dokładni? Doprawdy możemy swobodnie przypuszczać, że niewiele jest osób troszczących się o zbawienie swojej duszy, dla których codzienne i regularne obowiązki duchowe składają się z czegoś więcej niż tylko rachunku sumienia. Tak więc, jaka jest nasza obowiązkowość w tej sprawie? A nasza dokładność? A wytrwałość? A nasz prawdziwy wgląd na to, jak ważny jest rachunek sumienia? Jeżeli nie staramy się usilnie poznać samych siebie, możemy być w zasadzie pewni, że nie jesteśmy wobec siebie prawdomówni. A że niestety podobne wysiłki są wielce nieprzyjemne, nie można ich podejmować, nic o tym samemu nie wiedząc. Tylko ciężko ranny na polu bitwy może czasem nie być świadom bólu, jakiego doznaje.

 

O samozakłamaniu; Frederick Wiliam Faber; Warszawa 2016

Siedem grzechów głównych

Kiedy korzeń drzewa jest podcięty, wszystkie gałęzie, które z niego ciągnęły soki i Zycie, natychmiast usychają. Wyrwijmy z naszych dusz te zatrute korzenie, a wszystkie złe skłonności, z nich biorące początek, przez samo to zostaną zniszczone. Taki przykład pozostawili nam wszyscy mistrzowie życia duchowego. Wszyscy oni te właśnie grzechy gromili z całą mocą swojego pióra, w silnym przekonaniu, że gdy raz pokonają tych nieprzyjaciół, żaden inny już głowy nie podniesie.

Wszystkie grzechy, mówi św. Tomasz, pochodzą źródłowo z miłości własnej, wszystkie są skutkiem żądzy jakiegoś dobra pożądanego przez tę miłość własną. To jest początek owych trzech pożądliwości  wskazanych przez św. Jana: pożądliwość ciała, pożądliwość oczy i pychy żywota; czyli miłości rozkoszy, miłości bogactw i miłości zaszczytów. Miłość rozkoszy rodzi trzy grzechy główne: nieczystość, obżarstwo i lenistwo; z ukochania godności bierze początek pycha, a z miłości bogactw – chciwość. Pozostałe dwa grzechy główne, to jest gniew i zazdrość służą za pomocników tym rozmaitym występnym skłonnościom. Gniew powstaje przeciw przeszkodom, które sprzeciwiają się spełnieniu naszych życzeń; zazdrość – przeciw tym, którzy nas podchodzą i uprzedzają w uzyskaniu jakiegoś dobra poszukiwanego przez naszą miłość własną, Takie zatem jest pochodzenie grzechu: potrójna pożądliwość, pierwszy zarodek grzechów głównych, skąd wynika wszelka nieprawość. Przeciw tym właśnie grzechom powinniśmy skierować wszystkie nasze wysiłki i całą uwagę. Są to olbrzymy, których najpierw trzeba pokonać, jeżeli chcemy podbić resztę nieprzyjaciół, którzy z naszą szkodą przywłaszczyli sobie ziemię obiecaną.

Na samym czele postawię pychę, będącą nieuporządkowaną miłością własnej godności. Święci uważają ten grzech za ojca, za króla wszystkich grzechów. Pysze nigdy w myśli twojej, ani w słowie twoim panować nie dopuszczaj. Bo od niej początek wzięło wszystkie zatracenie (Tb 4,14).

Św. Ludwik z Granady; Przewodnik grzeszników; Wydawnictwo AA