Brak fundamentów

Najważniejszym współczesnym problemem jest brak odpowiednich fundamentów położonych w dzieciństwie i latach młodzieńczych. Niestety, jesteśmy w większości owocem dość przypadkowego szkolnego wychowania oraz bardzo wybrakowanego wychowania, jakie był nam w stanie zapewnić Kościół pogrążony w kryzysie. W efekcie władze naszej duszy nie zostały odpowiednio uformowane i nie nauczyły się zajmować należnego im miejsca. Nasz rozum przeważnie jest słaby – niezdolny do logicznego badania słyszanych zdań i do ich dokładnej analizy – a co za tym idzie tylko czasem i w sposób dosyć wadliwy jest w stanie pełnić swoją główną funkcję, czyli rozpoznawać prawdę. Nasza wola przeważnie nie została odpowiednio uformowana i wzmocniona – niećwiczona stale w okresie młodości poprzez umartwienia i panowanie nad instynktami, przeważnie ulega emocjom zamiast podążać za rozumem. Z kolei nieopanowane emocje buzują w nas i popychają do zupełnie nierozumnych działań. Tak przedstawia się obraz przeciętnego człowieka naszych czasów.

Tak rozregulowany człowiek, będzie oczywiście działał nierozumnie i nieskładnie, nawet jak mu się uda dotrzeć do prawdy w jakiejś dziedzinie, to przeważnie nie wykorzysta prawie wcale tej wiedzy, gdyż jego buzujące emocje, słaby rozum i wola nie pozwolą mu na celowe i wytrwałe działanie, a sprawią, że co rusz będzie się gubił w działaniach niepotrzebnych, niespokojnych i nierozumnych. Taki człowiek, nawet gdy pozna prawdę o Bogu i człowieku, nawet gdy zrozumie Boży majestat i nasze wobec niego zobowiązania, nie pójdzie prostą drogą do celu, a będzie błądził po mglistych manowcach pokrytych oparami różnorakich namiętności i emocji, będzie widział tam, gdzie go nie ma, a nie będzie dostrzegał faktycznego niebezpieczeństwa. Drodzy Czytelnicy – wszyscy właśnie tacy jesteśmy. (…)

Co możemy z tym zrobić? Możemy starać się pracować nad sobą. Jak to zrobić? Przede wszystkim poznając jak działa nasz ludzka natura, poznając czym są i jak działają władze naszej duszy. Gdy już poznamy jak powinna działać nasza natura, musimy oczywiście walczyć o to, aby ją ukształtować. Wielce zasłużył się w tej materii o. Jacek Woroniecki OP – ujął w systematyczny, prosty i zrozumiały sposób naukę o naszej naturze i pracy wychowawczej.

 

Współczesne zagrożenia na drodze do świętości; Ks. Szymon Bańka w Zawsze Wierni nr 4(209)

 

Przedstawiony przez autora brak fundamentów dotyczy nie tylko życia katolickiego, czy też osób pragnących kroczyć na drodze do świętości. Dotyczy to każdego z nas. Kościół, nauczając w ten sposób daje nam środki pomocne również do życia i poruszania się w  świeckiej rzeczywistości. Tu możemy zobaczyć dlaczego tak łatwo jest nami manipulować i dlaczego tak łatwo ulegamy manipulacji mediów. Jest to jedna z przyczyn dlaczego współczesny świat walczy z Kościołem, i dlaczego walczy się z tradycją.

 

Wolność nauczania?

Jedną z trzech nowoczesnych swobód potępionych przez papieży jest wolność nauczania. Oburzajcie się teraz, naiwne dusze, wyzwolone umysły, które nie znacie samych siebie, z mózgi macie wyprane przez dwa stulecia kultury liberalnej!

Tak! Przyznajcie, że nie jesteście w stanie wznieść się ponad to, że zupełnie tego nie rozumiecie: papieże potępiają wolność nauczania! Co za zaskoczenie! Co za skandal! Oto papież – i to jaki papież? Leon XIII, którego niektórzy nazywają liberałem – potępiał świętą i nietykalną wolność nauczania! Jak więc obronimy nasze katolickie szkoły, albo raczej nasze wolne szkoły, bo nazwa „szkoły katolickie” pachnie sekciarstwem, ma posmak wojny religijnej, ma zbyt wyznaniowy odcień, którego lepiej nie przypominać w czasach, gdy wszyscy w naszym szeregu trzymają swe sztandary schowane głęboko w kieszeni?

Zadziwię was, pomijając milczeniem delikatne i słodkie cnoty liberalizmu, które ścigają się ze sobą w hipokryzji. Głupota, tchórzostwo i zdrada podają sobie ręce, by zgodnym chórem zaśpiewać, jak w czerwcu 1984 r. na ulicach Paryża, Pieśń wolnej szkoły:

Wolności, wolności, tyś jedyną prawdą!

Oznacza to po prostu: „Chcemy od was jedynie wolności, choćby odrobinę wolności dla naszych szkół; wtedy nie będziemy krytykować wolności laickiego i obowiązkowego nauczania, ani wolności quasi-monopolu szkoły marksistowskiej i freudowskiej. Możecie spokojnie dalej wykorzeniać Jezusa Chrystusa, oczerniać naszą ojczyznę i brukać naszą historię w umysłach i sercach 80% dzieci. My zaś ze swej strony tym 20%, które nam pozostawiono, będziemy zachwalać dobrodziejstwo tolerancji i pluralizmu, będziemy krytykować błędy fanatyzmu i zabobonu, krótko mówiąc, damy im zakosztować uroków jedynej wolności”.

Pozostawiam papieżom wykazanie fałszu tej nowej wolności i pułpki, jaką stanowi ona dla prawdziwych obrońców katolickiej edukacji.

 

Fałszywy charakter nowej wolności

Najpierw pokażemy jej fałszywy charakter:

                Nie inaczej sądzić należy o tak zwanej wolności nauczania. Ponieważ nie ulega wątpliwości, że tylko sama prawda wnikać powinna w dusze, gdyż na niej opiera się dobro i cel, i doskonałość rozumnych istot, przeto nauka nie powinna niczego innego podawać, tylko prawdę: i to tak nieumiejętnym, jak wykształconym, a to dlatego, aby jednym przynosiła znajomość prawdy, a w drugich ją umacniała. Z tej przyczyny wszyscy nauczający mają ścisły obowiązek wyrywać z umysłów błąd, a złudnym opiniom pewnymi zaporami przegradzać drogę. Jasne jest więc, że ta wolność, o której mówimy, o ile przywłaszcza sobie swobodą nauczania czegokolwiek, bądź wedle swego zapatrywania, popada w jaskrawą sprzeczność z rozumem i zrodziła się dla wywołania zupełnego przewrotu w umysłach. Władza publiczna, szanując swój obowiązek, nie może dopuścić w społeczeństwie do takiej swawoli. Tym bardziej zaś, że powaga nauczycieli ma wielkie znaczenie dla słuchaczy; a czy to, co nauczający wykłada, jest prawdziwe, rzadko tylko osądzić może uczeń sam z siebie. Dlatego też i tę wolność, jeśli ma być godziwa, trzeba otoczyć pewnymi granicami, by sztuka i edukacja nie zamieniały się bezkarnie w narzędzia zepsucia. (Leon XIII, encyklika Libertas).

 

Zapamiętajmy dobrze słowa papieża: władze państwowe nie mogą w szkołach zwanych publicznymi przyznawać wolności nauczania Marksa i Freuda, albo co gorsza swobody nauczania, że wszystkie opinie i wszystkie doktryny są tak samo wartościowe, że żadna z nich nie może posiadać prawdy na wyłączność i że wszystkie muszą się wzajemnie tolerować. Jest to najgorsze zepsucie umysłu – relatywizm.

 

Pułapka nowej wolności

Przejdźmy teraz do pułapki zastawionej w tej wolności nauczania. Dla katolika polega na zwróceniu się do państwa ze słowami: „Prosimy tylko o wolność”. Innymi słowy: „Wolna szkoła w wolnym państwie”. Albo też: „W waszych laickich szkołach przyznajecie wolność Marksowi i Freudowi, więc przyznajcie również wolność Jezusowi Chrystusowi w naszych wolnych szkołach!” Takie pozostawianie samowoli państwa troski o określenie minimum waszego chrześcijańskiego programu edukacji, który byłby do zaakceptowania w zlaicyzowanym społeczeństwie, aby następnie posłusznie mu się podporządkować – to pułapka. Mógłby to być argument ad hominem, dopuszczalny w pewnych okolicznościach wobec władzy stosującej brutalne prześladowania. Ale w obliczu władzy liberalno-masońskiej, która rządzi obecnie w krajach Zachodu, a zwłaszcza we Francji, czy w kraju, w którym pokłady chrześcijaństwa nie zostały jeszcze unicestwione, to tchórzostwo i zdrada. Katolicy! Śmiało pokażcie waszą siłę! Manifestujcie poparcie dla praw publicznych Jezusa Chrystusa do panowania nad duszami, które odkupił swą własną krwią! Brońcie odważnie pełnej wolności nauczania, która przysługuje Kościołowi na mocy jego boskiego posłannictwa! Domagajcie się pełnej wolności rodziców do katolickiego wychowania i wykształcenia swych dzieci, na podstawie ich roli jako pierwszych, rodzonych wychowanków! Takie jest nauczanie Piusa XI w poświęconej edukacji encyklice Divini illius z 32 grudnia 1929 roku.:

                Zatem podwójna jest funkcja władzy państwowej: ochraniać i popierać rodzinę i jednostki, a nie pochłaniać je, lub zajmować ich miejsce. Stąd w zakresie wychowania państwo ma prawo, albo, żeby lepiej się wyrazić, ma obowiązek ochraniać swoimi ustawami wcześniejsze prawo rodziny do chrześcijańskiego wychowania dzieci, jak już je wyżej opisaliśmy; a wskutek tego, szanować nadprzyrodzone prawo Kościoła do chrześcijańskiego wychowania.

 

Z kolei w swej encyklice Non abbiamo bisogno z 29 czerwca 1931 r. przeciw faszyzmowi, który dławił katolickie stowarzyszenia młodzieży, ten sam Pius XI zawarł piękne słowa, które odnoszą się do pełnej wolności nauczania, do której mają prawo tak Kościół jak i same dusze:

                (…) święte i nienaruszalne prawa duszy i prawa Kościoła. Idzie o prawo dusz do pozyskiwania największego dobra duchowego pod przewodnictwem i pod kształcącą działalnością Kościoła, jedynego przez Boga ustanowionego mandatariusza tego nadprzyrodzonego porządku, gruntowego przez krew Boga Odkupiciela, który jest niezbędny i obowiązkowy dla wszystkich dla udziału w Bożym odkupieniu. Idzie o prawo tak ukształtowania dusz do uczynienia uczestnikami skarbów odkupienia innych dusz przez współpracę przy działalności apostolatu hierarchicznego [Pius XI ma tu na myśli Akcję Katolicką].

Otóż rozważając to podwójne prawo dusz, powiemy, iż czujemy się szczęśliwi i dumni, prowadząc słuszną walkę o wolność sumień, ale nie[jak niektórzy mogliby uznać przez nieuwagę] o wolność sumienia w znaczeniu zbyt często nadużywanego dwuznacznika na określenie absolutnej niezależności sumienia, co byłoby absurdem duszy przez Boga stworzonej i odkupionej […].

Idzie poza tym o równie nienaruszalne prawo Kościoła do wypełniania misji, powierzonej mu przez Boskiego Założyciela, niesienia duszom, wszystkim duszom, tych wszystkich skarbów prawdy i dobra, doktrynalnych i praktycznych, jakie On sam przyniósł światu: „Idąc tedy, nauczajcie wszystkie narody […] nauczając je zachowywać wszystko, cokolwiek wam przykazałem”(Mt 28, 19-20).

 

Jakie miejsce doktryna Kościoła przewiduje dla państwa w nauczaniu i edukacji? Odpowiedź jest prosta: pomijając pewne szkoły mające służyć przygotowaniu służby publicznej, takie jak szkoły wojskowe na przykład, państwo nie może być ani nauczycielem ani wychowawcą. Zgodnie z zasadą subsydiarności, na którą powołuje się Pius XI, rola państwa ma polegać na wspieraniu zakładania wolnych szkół przez rodziców i przez Kościół, a nie na ich zastępowaniu. Istnienie szkoły państwowej, zdobyczy „wielkiej narodowej służby oświatowej”, nawet jeśli nie jest laicka i nie domaga się monopolu edukacyjnego, jest z zasady sprzeczne z doktryną Kościoła.

 

oni Jego zdetronizowali, abp Marcel Lefebvre

 

Świadomość łaski Bożej

Miejmy zawsze żywą świadomość prawdy, że znajdujemy się w stanie nadprzyrodzonym.

 Gdyby trzeba było pokazać jedną tylko rzecz, która jest naszym szczególnym wstydem – na której wspomnienie powinniśmy rzucić się twarzą w proch – to byłoby nią z pewnością to, że po całych dniach żyjemy tak, jakby w ogóle nie było Ducha Świętego, jak gdybyśmy byli tymi Efezjanami, którzy zapytani przez Apostoła, czy otrzymali Ducha Świętego. Gdy uwierzyli, odpowiedzieli mu: Nawet nie słyszeliśmy, że jest jakiś Duch Święty (Dz 19,2). Żyjemy w świecie i jesteśmy światowi; żyjemy na ziemi i z powodu ziemi jesteśmy ziemscy; żyjemy dla przyjemności, dla handlu, dla pieniędzy, dla zabijania czasu, dla rozrywek, dla dogadzania naszym zachciankom. Są i tacy, którzy żyją dla jeszcze gorszych rzeczy, bo żyją w pysze, w łakomstwie, w zazdrości, w zawiściach, w zawziętości i w złości jeden przeciw drugiemu. Inni żyją w rzeczach jeszcze gorszych, jeśli to w ogóle możliwe. Marnują swoje lata, lubując się i tarzając w grubych grzechach zmysłowych, a przecież i oni zostali uczynieni świątynią Ducha Świętego. I oni kiedyś narodzili się na nowo, są odrodzeni, zostali uczynieni synami Boga i dziedzicami Jego królestwa – i przez całą wieczność będą na sobie nosili znamię swojego odrodzenia, nie dające się zatrzeć znamię, wyciśnięte na ich duszy u źródła chrzcielnego. I będą też nosić drugie jeszcze znamię: znamię swojego Bierzmowania. Będą to dwaj straszliwi, Boscy świadkowie, którzy zwrócą się przeciwko nim; jawne dowody ich nieposłuszeństwa przez zasmucanie Ducha Świętego aż po doszczętne zagaszenie w sobie Jego światła i śmierć w swoich grzechach.

Czy nie jest prawdą, że wystarczy rozejrzeć się po świecie, żeby z każdej strony zobaczyć ludzi żyjących tak, jak gdyby nigdy nie zostali odrodzeni w Duchu? Żyją jak urodzeni z ciała i tylko dla ciała. Żyją dla świata, innego celu życia nie znają. Straszne to słowa, jakie mówi o nich Apostoł: Człowiek cielesny – powiada – nie pojmuje tego, co jest Ducha Bożego, bo głupstwem jest dla niego i nie może rozumieć, bo to się rozsądza duchowo (1 Kor 2,14). Znaczy to, że sprawy Ducha Bożego mogą być rozeznane tylko duchowo, duchowo mogą być poznawane, duchowo smakowane.

A teraz pytam, czy kupcy  i handlarze; rozpustnicy i światowcy; ludzie goniący za stanowiskami i pyszałki; chciwcy, gwałtownicy i krzywdziciele – czy wszyscy oni nie spędzają całego swojego życia w tej ślepocie człowieka cielesnego? Słowo cielesny w tekście oryginalnym znaczy „zwierzęcy” – animalis; chodzi o człowieka z ciała i krwi, z cielesnym rozumem i cielesną, pozbawioną Ducha Bożego, wolą. Taki jest – dlatego, że odpadli od łaski Chrztu – stan całych rzesz chrześcijan, ludzi ochrzczonych.

Zbadajmy więc, proszę, samych siebie przez obliczem Bożym. Czy mamy na sobie któryś ze wspomnianych wyżej znaków? Jeśli mamy, to znaczy, że zasmucamy, jak mówi Apostoł, danego nam na Chrzcie Ducha. Kto wie, może już utraciliśmy Jego łaskę. Jeśli jesteśmy nieczuli na te prawdy, kto wie, może bierze się to stąd, że nie umiemy już nawet poznać, że otrzymana na Chrzcie nasza niewinność już nie istnieje, w wyryty na nas charakter Chrztu już teraz, w tej chwili, jest na nas jak znamię potępienia, i że łaska Ducha Bożego od nas odeszła. Duch bowiem Święty karności uciecze przed obłudnością i oddali się od myśli, które są bez rozumu, a odpędzony będzie przez nadchodzącą nieprawość (Mdr 1,5).

Człowiek duchowy, mówi Apostoł, rozsądza wszystko, a sam od nikogo nie bywa sądzony (1 Kor 2,15).

Któż to jest człowiek duchowy? To ten, który posłuszny jest Duchowi Chrztu i swojego odrodzenia; ten, który niewinność na Chrzcie otrzymaną albo zachował nienaruszoną, albo utraconą odzyskał przez pokutę i żyjąc w świętej bojaźni Bożej oczyszcza siebie, każdego dnia wzywając Ducha Świętego, żeby uświęcił go całego; w każdej myśli, uczuciu wzruszeniu; żeby oświecił jego pojmowanie znajomością prawdy; żeby uświęcił jego serce i oczyścił je z wszelkiej skazy grzechu; żeby natchnął jego wolę wielkodusznym posłuszeństwem. Kto żyje takim życiem; kto ma świadomość tej nadprzyrodzonej pomocy, która jest w nim; kto pozostaje wierny obowiązkom stanu, w jakim go Opatrzność postawiła na świecie i wypełnia je, jak może najlepiej, bo wypełnia je nie dla ludzi, ale dla Boga – kto konsekwentnie pamięta o tym, że jest przeznaczony do życia wiecznego, ale jeszcze może wypaść z łaski; o tym, że ten świat nie jest miejscem jego spoczynku, że jego dom i ojczyzna są w wieczności, że tu na ziemi jest tylko pielgrzymem i przechodniem; kto żyje sercem oderwanym od świata i nieskażonym przez świat – ten jest człowiekiem, który żyje życiem nadprzyrodzonym.

Zapytajmy każdy samego siebie: którym z tych dwóch rodzajów życia żyjemy?

Czy mamy świadomość tego, że jest w nas życie nadprzyrodzone?

 

Przewodnik życia w Duchu Świętym; Henry Kard. Manning.

 

 

Pobożność prawdziwa

Pobożność prawdziwa oświeca umysł, rozgrzewa serca, rozszerza pogląd – fałszywa zaś zacieśnia formułkami, zaciemnia zabobonem, oziębia samolubstwem.

Pobożność prawdziwa uspokaja, rozwesela, upraszcza – fałszywa jest źródłem niepokojów, smutków, skrupułów, udręczeń, komplikacji.

Pobożność prawdziwa sprawia, że „jarzmo Pańskie jest wdzięczne, a brzemię jego lekkie” – fałszywa zaś przeciąża i przygniata mnogością praktyk i nabożeństw.

Pobożność prawdziwa wypełnia służbę Bożą w duchu i w prawdzie – fałszywa trzyma się ciasno litery prawa.

Pobożność prawdziwa obdarza tych, którzy ją pełnią, wolnością prawdziwą dzieci Bożych – fałszywa kształci niewolników formułek i recept.

Pobożność prawdziwa uczy w duchu Bożym spełniać każdy obowiązek – fałszywa odrywa od obowiązku rzeczywistego, a tworzy fikcyjne powinności, według własnego upodobania.

Pobożność prawdziwa trzyma na drodze cnót cichych i ukrytych – fałszywa lubuje się w nadzwyczajnościach.

Pobożność prawdziwa buduje i pociąga bliźniego, jest najwymowniejszym kazaniem do Boga skłaniającym – fałszywa gorszy i od miłości Bożej odstręcza.

Pobożność prawdziwa jest najpiękniejszym kwiatem rozumu ludzkiego – fałszywa jest wielkim nierozumem, nielogicznością, karykaturą dobra.

Pobożność prawdziwa odrywa człowieka od siebie, a jednoczy go z Bogiem i bliźniemu poświęca – fałszywa zasłania człowiekowi Boga i bliźniego, a w sobie wyłącznie pogrąża.

 

O pobożności prawdziwej i fałszywej; Cecylia Plater-Zyberkówa; Wydawnictwo Monumen; Poznań 2016

Utrata wiary

Jest to przedostatni rozdział książki Michaela Davisa „Liturgiczne bomby zegarowe Vaticanum II – zniszczenie katolickiej wiary przez zmiany w katolickim kulcie”.

Najbardziej widocznym przykładem tego, że radykalna zmiana rytuałów prowadzi do radykalnej zmiany wierzeń, jest oczywiście reforma apostaty Thomasa Cranmera. W swej klasycznej historii reformacji w Anglii msgr Philip Huges wyjaśnia:

Niedostrzegalne, w miarę upływu lat, wierzenia – chronione starymi, obecnie nieużywanymi  obrzędami i ożywiane przez te obrzędy w ludzkich umysłach i uczuciach – znikły bez potrzeby jakiejkolwiek systematycznej pracy misyjnej i nauczania.

Tak więc podczas panowania Elżbiety I (1558-1603) większość angielskich katolików i niemal wszystkie ich dzieci utraciły wiarę w przeistoczenie, nie wskutek systematycznego kwestionowania tej prawdy, ale w wyniku uczestniczenia przez dziesięciolecia w liturgii, z której rytualne oznaki czci, ożywiające tę wiarę w umysłach i uczuciach, zostały usunięte. To, że radykalna i rozmyślna przeróbka Mszy po II Soborze Watykańskim musi doprowadzić w nieunikniony sposób do radykalnej zmiany wiary w przeistoczenie, wykazano jasno w „Homiletic and Pastoral Review” z lutego 1995 roku. W swym artykule Germain Griseza i Russel Shaw ubolewają nad faktem, że wiara w przeistoczenie w Stanach Zjednoczonych „nie jest jedynie coraz mniej wyraźna, ale w zasadzie wygasła”. Autorzy obwiniają o to pewne autoryzowane oficjalnie i obowiązkowe zmiany w liturgii po II Soborze Watykańskim, takie jak używanie języka angielskiego w modlitwie eucharystycznej, mnożenie form tej modlitwy, podkreślanie roli celebrującej wspólnoty, skrócenie postu eucharystycznego, i przekazywanie znaku pokoju przed Komunią. Jak skonkludowali: „Ogólnie rzecz biorąc, kryzys Kościoła w USA jest zjawiskiem poważniejszym i bardziej pilnym niż kryzys poszczególnych wiernych”. Badania, na których oparli oni swe opinie, wykazały, że większość dzisiejszych amerykańskich katolików uważa chleb i wino konsekrowane podczas Mszy raczej za „symboliczne wspomnienie” Chrystusa niż za postacie, pod którymi znajduje się Jego Ciało i Krew. Jedynie wśród katolików starszych niż 65-letni niewielka większość (51%) powiedziała, że podczas Mszy świętej chleb i wino zmieniają się w Ciało i Krew Chrystusa, a nie służą jedynie Jego wspominaniu. Wśród katolików w przedziale wiekowym 18-29 oraz 30-44 lat 70% uważało konsekrowaną Hostię i Krew Pana Jezusa jedynie za „symboliczne wspomnienie”.

Podczas 45 lat panowania Elżbiety I wiara angielskich katolików w rzeczywistą obecność Chrystusa w Eucharystii przerodziła się w wiarę w Jego rzeczywistą nieobecność. Od czterdziestu lat w świeci anglojęzycznym dokonuje się proces, który pewien prałat nazywa klęską II Soboru Watykańskiego.

 

Polskie wydanie książki to jest rok 2004.

 

19 września 2019 roku na portalu pch24.pl ukazała się informacja pt „Bp Jenky: prawdziwa Obecność Pana Jezusa w Eucharystii to nie kwestia opinii, lecz fundament Wiary”.

Uznając dowody, że „przez kilka pokoleń” Kościół katolicki nie nauczał w wystarczającym stopniu swoich podstawowych prawd, biskup Daniel R. Jenky wezwał, by wszystkie parafie w jego diecezji (Illinois, USA) „celowo skoncentrowały się” na rzeczywistej obecności Pana Jezusa w Świętej Eucharystii.

Dokument biskupa zatytułowany „Prawdziwa Obecność” wydano 16 września – sześć tygodni po publikacji ankiety Pew Research Center, z której wynika, że ​​większość katolików w Stanach Zjednoczonych nie wierzy, iż chleb i wino używane podczas Mszy św. stają się Ciałem i Krwią Chrystusa.

„Ta porażka wiary i przekonań zdarzyła się pomimo faktu, iż otrzymane nauczanie sięga czasów apostolskich i zawsze było uważane za fundament naszej katolickiej tożsamości” – napisał duchowny. „Więc jako wasz biskup uważam, że jest to dla mnie poważny osobisty obowiązek, aby starać się mówić tak jasno, jak tylko potrafię, o kilku podstawowych prawdach dotyczących Najświętszego Sakramentu” – czytamy w liście.

Całość – https://www.pch24.pl/bp-jenky–prawdziwa-obecnosc-pana-jezusa-w-eucharystii-to-nie-kwestia-opinii–lecz-fundament-wiary,70960,i.html

 

Czasami zdarza mi się uczestniczyć we Mszy odprawianej wg NOM(Zwyczajna forma rytu rzymskiego, nowy porządek mszy) w kościele parafialnym, na ślubie, czy też na pogrzebie. Przyglądam się zachowaniu ministrantów. Jak się poruszają, gdzie i kiedy oddają pokłon. Jest to w zdecydowanej większości pokłon oddany stołowi przy którym sprawowana jest liturgia. Dosłownie, tylko parę razy widziałem aby pokłon był oddany przed tabernakulum. Jeśli wystawiony jest na stole ofiarnym Przenajświętszy Sakrament, to wtedy oddawany jest pokłon(no właśnie, w dalszym ciągu stołowi, czy też Chrystusowi obecnemu w Najświętszym Sakramencie?). Po schowaniu Hostii w tabernakulum pokłon oddawany jest stołowi.

Pokłon, cześć oddawana jest stołowi na którym dokonało się Przeistoczenie a nie samemu Chrystusowi obecnemu w tabernakulum.

Refren pieśni śpiewanej w czasie rozdawania Komunii świętej: „Chleb niebiański dał nam Pan, na życie wieczne” nie umacnia, nie podkreśla wiary w rzeczywistą obecność Chrystusa w Przenajświętszym Sakramencie

Najświętsza Maryja Panna i współczesne grzechy

Maryja pozwala nam zrozumieć, że wiara nie jest jakimś subiektywnym doświadczeniem, uczuciem, stanem emocjonalnym, jakimś głosem wydobywającym się na powierzchnię z głębin samoświadomości czy podświadomości człowieka. Niepokalana wzywa nas do wiary będącej świadomym i dobrowolnym aktem rozumu, który przyjmuje prawdę objawioną nie dlatego, że sam coś zrozumiał, tylko dlatego, że tę prawdę objawił Bóg.

Szczególnie pomocna jest mądrość Maryi w kwestii rozpoznania błędów godzących w czystość wiary. Niektóre błędy noszą jaskrawe znamiona i przez to łatwo je rozpoznać. Inne mają barwy maskujące, co sprawia, że nie tylko trudno je rozpoznać, ale i zapobiec ich wnikaniu do oficjalnych dokumentów Kościoła (jak to miało miejsce podczas ostatniego soboru). Wobec takich uchybień ubranych w szaty prawdy człowiek wydaje się, bez pomocy mądrości Maryi, niemal zupełnie bezbronny.

Przede wszystkim chodzi tu o następujące błędy: ekumenizm z „dialogiem międzyreligijnym”, wolność religijna zrównująca prawdę z fałszem i kolegializm zmieniający ustrój Kościoła. Bez mądrości Maryi trudno też dostrzec istotę różnicy między tradycyjną i posoborową liturgią Mszy świętej. Maryja jest na wskroś antyekumeniczna. Należy w Niej widzieć przeciwniczkę wszystkich herezji, które detronizują Jej Syna. Niemożliwym jest wyobrazić Ją sobie w „dialogu” z wyznawcami pogańskich religii. Ona cała jest afirmacją wyłącznej chrześcijańskiej prawdy. Zapatrzona w Chrystusa, żyjąca tajemnicami Trójcy Przenajświętszej, niejako oddychając prawdą, wobec niechrześcijańskiego świata może tylko pragnąć jego nawrócenia. Każdemu człowiekowi przykładem swego życia chrystocentrycznego mówi, że Chrystus jest jedynym i prawdziwym Synem Bożym, drugą osobą Trójcy Przenajświętszej, wcielonym Bogiem, a nie jedną z wielu wybitnych, równorzędnych postaci w panteonie bohaterów. Przypomina nam, że nikt nie ma prawa do swobodnego wyboru religii bez uwzględnienia tego, czy jest ona prawdziwa czy fałszywa. Wszyscy zaś mają obowiązek wybrać i przyjąć religię prawdziwą. Nie wolno zrównywać religii prawdziwej z fałszywymi wierzeniami, bo Chrystus nie jest równy Mahometowi, Buddzie, Mojżeszowi, Wisznu, Zoroasterowi czy Konfucjuszowi. Mądrość Maryi prowadzi do Chrystusa jako do tego, który jest ponad wszystkimi i który jest prawdą!

Cały wszechświat został stworzony jako jedna wielka hierarchia, na czele której stoi sam Chrystus. Hierarchicznym musi więc też być Kościół. Chrystus uczynił św. Piotra widzialną głową Kościoła. Władza papieska nie może być zależna od takich czy innych „gremiów”, „kolegiów” lub „rad”. Kościół jest organizmem monarchicznym, a nie demokratycznym. Kościół ma w osobie Chrystusa – swego króla, a jeśli tak, to nie może być zarządzany przez reprezentantów większości obywateli republiką.

Maryja pokazuje nam też, że grzech niszczący wiarę powinien nas przerażać nie z powodu kary, ale przede wszystkim jako obraza Chrystusa. Modlitwa dziękczynna jest wznioślejsza od błagalnej, a prośby o dobra duchowe (nawrócenie i uświęcenie) są szlachetniejsze od próśb o pomyślność doczesną. Widzimy, że do poznanej prawdy nie można przylgnąć w jakimś stopniu, częściowo. Prawda wymaga przylgnięcia całkowitego. W jej świetle należy postrzegać całą rzeczywistość, zarówno tę stworzoną (wszechświat), jak i stwarzającą, a więc samego Boga. Postrzegać w prawdzie Boga znaczy wierzyć w Niego. Ta wiara jest obowiązkiem człowieka i źródłem duchowego życia.

Życie Maryi stanowi piękne potwierdzenie słów proroka Habakuka: „Sprawiedliwy przez wiarę swą żyć będzie”(Ha 2,4b). Życie społeczne nie może osiągnąć swej pełni, jeśli jego uczestnicy nie są ludźmi prawdziwie wierzącymi. Wiara jest cnotą wlaną, nadprzyrodzoną; o nią powinniśmy przede wszystkim prosić Maryję.

 

ks. Karol Stehlin FSSPX, Immaculata – Sapientia, Misericordia, Caritas, Te Deum 2014

 

 

Doskonalenie posłuszeństwa

Doskonalenie posłuszeństwa jest doskonaleniem miłości ku Niepokalanej

Obecnie przygotowuje się cięższy atak masonerii na nas. Jest to stara historia, która obecnie się ciągle powtarza. Wąż wciąż czyha i Niepokalana wciąż mu głowę miażdży(por. Rdz. 3,15). Polecajmy sprawę Niepokalanej, żeby wszystko było według Jej Woli. Trudności też są potrzebne, żebyśmy czuwali. Jak żołnierz czuwa na warcie, tak samo trzeba, żeby każdy z nas czuwał. […]

Im oddanie się nasze Niepokalanej będzie gruntowniejsze, tym miłość nasza ku Niej będzie głębsza i sprawy zewnętrzne lepiej się będą układały.

Jeden z braci pisze do mnie, żeby mu odpisać, jak ja kocham Niepokalaną, gdyż on tak samo chce kochać. Na akademii niedzielnej (w niedzielę MI) poruszyłem sprawę doskonalenia posłuszeństwa, które jest istotą miłości. Na czym więc ono polega? Czy może na uczuciu? – Uczucie nie jest rzeczą istotną. Uczucie jest przemijające. A nawet może być i może go nie być. Miłość nie polega na uczuciu. Nie trzeba się trapić, jeśli go brak, i nie radować się zbytnio, jeśli się w nie obfituje. Uczucie wprawdzie wzmacnia miłość, lecz nigdy nie jest istotą miłości. – Nieraz bierze się uczucie za miłość. – Jeśli chodzi o miłość ku Niepokalanej – to można sobie pofolgować. Więc owszem i uczucie jest dobre. Przede wszystkim jednak doskonalenie posłuszeństwa, zlanie się naszej woli z Jej wolą.

To posłuszeństwo nadnaturalne wciąż trzeba pogłębiać. Łatwo nam się miesza posłuszeństwo nadnaturalne z posłuszeństwem naturalnym. Nieraz dusz jest przekonana, że jest posłuszna nadnaturalnie, gdy tymczasem okazuje się, że jest posłuszna naturalnie.

Jak poznać kiedy posłuszeństwo jest nadnaturalne? Weźmy pod uwagę takie przykłady: Żyd będzie słuchał, gdy powiedzenie jest mądre i korzystne dla niego; niewierzący – gdy powiedzenie jest zgodne z jego zapatrywaniami; inny znowu będzie słuchał, bo go za to spotka pochwała. – Tak słuchać potrafi i poganin.

Żeby było posłuszeństwo nadnaturalne, to musi pochodzić nie z rozumu, ale z wiary. Pismo Święte mówi: „Sprawiedliwy mój z wiary żyje”(por. Rz. 1,17). – Odległość między wiarą a rozumem jest nieskończona. Porządek nadnaturalny opiera się na wierze. Dusza zatem opierająca się na nieskończenie więcej działa, niż dusza opierająca się na rozumie. Stąd też, jeśli chcemy, by praca nasza w zdobywaniu dusz była owocniejsza, musimy więcej do Woli Bożej się dostosować, w naszym języku – do woli Niepokalanej.

Kiedy możemy się upewnić, że posłuszeństwo nasze jest nadnaturalne? Kiedy w naszym posłuszeństwie mniej jest motywów naturalnych. Kiedy przełożony nie jest doskonały, a nawet może gburowaty i jeśli wtedy z takim samym zadowoleniem spełniamy polecenia, jak gdyby ono pochodziło od człowieka cnotliwego i mądrego, to wtedy posłuszeństwo w nas jest nadnaturalne. Jeśli natomiast jest przeciwnie, wtedy jest jeszcze wiele do doskonalenia. – Komu się zdawało, że u niego jest posłuszeństwo doskonałe, niech je jednak jeszcze doskonali, bo „kto jest święty – mówi Pismo Święte – niech będzie jeszcze świętszy”(por. Ap 22,11).

Więc doskonalenie posłuszeństwa jest doskonaleniem miłości ku Niepokalanej. Kiedy mimo przykrości dla zmysłów, gdy braknie nawet uczucia – polecenie przyjmuje się z równym zadowoleniem, wtedy jest posłuszeństwo doskonałe i wtenczas można powiedzieć, że jest posłuszeństwo nadnaturalne. Jeśli się myśli inaczej, jeśli się jest innego zdania – a idzie się wbrew temu, wtedy jest się posłusznym nadnaturalnie. – Nie znaczy to, żeby nie poddawać racji, gdy zajdzie potrzeba. Gdyby kto zaniechał podania racji, nie byłoby to doskonałością. Więc i owszem i racje podać można, i trzeba. Chodzi tylko o to, żeby tak ze strony podwładnego, jak i przełożonego było swobodne wypowiedzenie się. To, że ze swej strony poda się racje, nie jest uszczerbkiem dla doskonałego posłuszeństwa. Jeśli jednak przełożony rozpatruje racje i mimo wszystko poleci rozkaz spełnić, wtedy już racje trzeba zostawić na boku i robić tak, jak każe posłuszeństwo.

I więcej pójdziemy drogą nadnaturalnego posłuszeństwa, tym bardziej Niepokalana będzie mogła nami kierować. Pogłębiajmy więc doskonalenie nadnaturalnego posłuszeństwa. U nas w Niepokalanowie niech każdy będzie Jej narzędziem. Tu niech nie będzie żadnego „ale”. Wtedy Ona będzie wszystkim kierowała. Wtedy te zewnętrzne rzeczy nie będą przeszkodą.

Niepokalanów, sobota 7 wrzesień 1938.

 

 

Z „Konferencje św. Maksymiliana Marii Kolbego”, WOF Niepokalanów 2009, wyd IV.

Przez Belzebuba wyrzuca czarty

Niektórzy jednak z nich rzekli: Mocą Belzebuba, księcia czartowskiego, wypędza szatanów… Ale on, znając ich myśli rzekł do nich: Każde królestwo, szarpane w sobie niezgodą, pustoszeje, a dom na dom się zwali. (Łuk. 11, 15-17).

  1. I oni także byli ludźmi, którzy sądzili, że pragną tego co dobre, z przecież tak krzywo myśleli o Panu. Oto na jakie zaćmienie i spaczenie narażone jest podmiotowa pojmowanie rzeczy. Może ono być całkowicie przesiąknięte pierwiastkami uczuciowymi i dlatego wszystko rozumieć opacznie, nawet Chrystusa. O takich mówi Pan: „Plemię jaszczurcze, pełni jesteście jadu, który wyrzucacie z siebie słowem i czynem. Jesteście jak te zwierciadła wklęsłe, wszystko się w waszym umyśle wykrzywia”. – Bo też do poznania prawdy potrzeba duszy oczyszczonej, kornej, uporządkowanej, podniosłej. Upodobanie i nieupodobanie, niechęć i sympatia silnie na sąd wpływają. Potrzeba badać gruntownie i wyzwalać swój umysł, by osiągnąć cnotę. Tu szerokie pole do pracy.
  2. Ale jeśli palcem bożym czarty wypędzam, zaiste przyszło już do was królestwo boże. O posłannictwie Jezusa wątpić niepodobna. Jego wpływ czyni każdego lepszym i szlachetniejszym i wszystkich zbliża do Boga. To jest właśnie palec boże, ujawniający się w jego dziele. Gdyby był zły, byłoby się to raz po raz okazało. Sam powiada trafnie przy innej sposobności: „Dobry człowiek z dobrego skarbca wydobywa rzeczy dobre, a człowiek zły ze złego skarbca złe rzeczy wydaje”. „Dobry skarbiec” – to zapas dobra, nagromadzonego w duszy. Ja w ulu miód się zbiera z mnóstwa kwiatów, jak w zbiornikach wód górskich mieszczą się kryształowe głębię, tak „dobry skarbiec” powinien się gromadzić w naszych duszach. A nie jest to nic innego, jeno dobra wola, czyli wola odpowiadająca celowi, położeniu i zadaniu. „Zły skarbiec” – to usposobienie ducha zaćmione, zatrute, wypaczone. Smutny to skarbiec, zaiste! Jak wzniosłe wobec tego ono słowo, które zapowiada pokój na ziemi ludziom dobrej woli.
  3. Ale powiadam wam: z każdego słowa próżnego, jakie wymówią ludzie, zdadzą rachunek w dzień sądu (Mat 12,36). We wszystkim należy postępować według prawideł moralnych. Każde słowo, każdy dowcip, dobry humor, konwersacja, gawęda, wszystko powinno być odbiciem pięknej, dobrej duszy. Mowa lekkomyślna, krytykująca, uszczypliwa, nieszanująca, zmrażająca, podobna do słoty jesiennej, która tworzy jedynie błoto i zgniliznę. Zwłaszcza obmową będę się brzydził, wiedząc, że będę musiał z niej zdać rachunek w dzień sądu. Będę się także brzydził owemi niedokładnymi, niesumiennymi sposobami wyrażania się, które osobę drugich stawiają w fałszywym świetle, powiększając lub umniejszając prawdę. Będę się brzydził w konwersacji tym cieniowanie, które jak strzały godzą w bliźniego, ową paplaniną, która obrabia tylko błędy i słabostki drugich i nieświadomie podnieca w nas złośliwość i samolubstwo. Świadomie dobrotliwa i „wykwintna” dusza unika tego wszystkiego, czuwa nad sobą, pobudza się do życzliwości dla drugich, tak przestaje i rozmawia z bliźnim, by w niczym nie przypominać much targowych, os lub żuków.

 

 

Rozmyślania o Ewangelji; ks bp dr. Ottokar Prohaszka; Wydawnictwo Księży Jezuitów, Kraków 1931

Indywidualizm

W miejsce uniwersalizmu, gdzie dostateczne jest miejsce dla każdej indywidualności, rewolucja, znosząc Boży porządek, postawiła zasadę indywidualizmu. Stąd ta nowożytnego społeczeństwa, socjalizmu zwłaszcza, przesada w troszczeniu się o klasy najniższe i kładzenie ciężarów prawie że niemożliwych na klasy posiadające; stąd rozpętanie indywidualności aż do anarchii, w czym zanika cześć i uszanowanie dla wszelkiej powagi; stąd rozprężenie moralne, wskutek którego porządek społeczny musi być utrzymany przez policję i groźby armat, dlatego, że braknie więzi wewnętrznej.

W takim zrównaniu została zatracona wzajemna cześć jednych ludzi do drugich, ponieważ godność ludzka została zapoznana.

Jak więc jest w państwie, nie lepiej jest w rodzinie, bo i tu władza nie jest we czci, i słabym jest rząd. Odkąd w kobiecie rozbudzono pragnienie, aby się stała we wszystkim równą mężczyźnie, z pominięciem prawa harmonii, zasadniczych różnic w stosunkach społecznych, już ona jako żona nie uznaje władzy męża, już jest uważana jako czcza forma; mąż także abdykuje ze swojego prawa do rządu jako głowa rodziny, w moralnej swej niemocy pozwala żonie nad sobą brać górę, i tak wywraca się porządek w rodzinie. Zatem idzie, że dzieci także nienauczne czci dla rodziców, nic ich sobie nie ważą, tak samo swych nauczycieli; niewdrożone do posłuszeństwa, rządzą się samowolą, a niewyćwiczone w karności, nie umiejąc znosić najmniejszej przykrości ani przeciwności zwalczać, za lada co odbierają sobie życie, którego nie nauczono ich cenić, i stąd smutne zjawisko tak częstych samobójstw u dzieci. To samo trzeba powiedzieć o sługach względem swego państwa. Pracodawcy nie wzbudzając już w nich należnego szacunku i nie umiejąc ich do siebie przywiązać, muszą znosić sługi, z których nie mogą być zadowolonymi, i także sługi, skutkiem duch czasu, często objawiają pretensje wygórowane. Tak to społeczne życie wszędzie zakwaszone, bo zatrute, jest nieznośnym i nieszczęśliwym, i społeczeństwu dzisiejszemu zagraża ruina. Źródło tego wszystkiego złego leży więc w zasadzie indywidualizmu, w braku harmonii między zasadą indywidualizmu a zasadą uspołecznienia, gdy zgoła ludzie zatracili zmysł Boskiej i moralnej harmonii.

 

Ks. Jan Adamski; Pokora podstawą życia chrześcijańskiego; Wyd. św. bp J.S.Pelczara Rzeszów 2017

 

Spostrzeżenie młodego seminarzysty

bł. Rolando Rivi – seminarzysta

W drugiej połowie lat 60 XXI wieku pewna kuria wydała list zakazujący propagowania na terenie diecezji przesłania z pewnego miejsca objawień. Właściwie nie napisano tego wprost – kiedy się jednak czytało ów list, takie właśnie odnosiło się wrażenie, przynajmniej przy pierwszej jego lekturze. Dopiero czytając go po raz drugi, młody seminarzysta zauważył, że w istocie zakaz taki w nim nie został sformułowany. Było całkowicie jasne, że kanclerz lub też inna osoba, będąca autorem tego listu pragnęła by odbiorcy uwierzyli, że zakaz taki został wydany, jednak po dokładnym przeczytaniu całego listu nigdzie nic takiego nie było.

Młody seminarzysta miał możliwość i zapytał wicekanclerza: „Gdy po raz pierwszy przeczytałem ten list, zrozumiałem, iż zakazuje on pewnych rzeczy, jednak po powtórnej jego lekturze dostrzegłem, że żaden zakaz tego rodzaju nie został sformułowany. Czy coś przeoczyłem?”

Z uzyskanej odpowiedzi, jak sam podaje, dowiedział się więcej o teologii i prawie kanonicznym, niż podczas wielu godzin wykładów. Była to bardzo smutna lekcja, ale każdy katolik powinien z tym się zapoznać. Seminarzysta usłyszał w odpowiedzi: „Zrozumiałeś list właściwie. Celowo napisaliśmy go w taki sposób”.

Tak więc celowo zostało stworzone wrażenie, wydania formalnego zakazu, wiążącego sumienie, a w istocie taki zakaz nie został ogłoszony!

W wielu kwestiach tak właśnie postępowano przez ostatnich 50 lat i niestety nadal takie podejście jest obecne.

 

Spoufalenie duchowe

Ze spoufaleniem między ludźmi mamy do czynienia wówczas, kiedy okazujemy komuś, lub ktoś nam okazuje, słowami bądź gestami, że jesteśmy w bliższej zażyłości, niż ma to miejsce faktycznie. Przykładem spoufalenia jest np. sytuacja, gdy jakiś mężczyzna, pozostając z daną kobietą w powierzchownej, koleżeńskiej relacji, nagle ją obejmuje, czy mówi do niej czule. Innym przykładem jest pracownik, który poklepuje swojego szefa po plecach i zwraca się do niego po imieniu. Do spoufalenia dochodzi, kiedy dany człowiek pozwala sobie okazać drugiemu człowiekowi, że są sobie kimś bliskim, choć ten drugi w żaden sposób go do tego nie upoważnił i tego mu nie okazał. Spoufalenie jest niepotrzebną i sztuczną, próbą ominięcia dystansu między ludźmi.

Kiedy ktoś próbuje się z nami spoufalać, odbieramy to, z reguły, wyjątkowo negatywnie. Dostrzegamy w tym bowiem pewien fałsz i nieszczerość, a poza tym, czujemy, że jest to dla nas lekceważące. Osoby, które nie pozostają ze sobą w bliskiej relacji są, w naszej kulturze, zobowiązane do okazywania sobie nawzajem szacunku, który łączy się z pewnymi formami grzecznościowymi i określonym dystansem.

Rozumiejąc czym jest spoufalenie możemy sobie zadać pytanie, czy grozi nam ono w naszej relacji z Bogiem. Niewątpliwie nie grozi nam ze strony Boga, który jest naszym Stwórcą i może nam okazywać na wszelki sposób, że na kocha. Aby odpowiedzieć na pytanie, czy my przypadkiem nie spoufalamy się z Bogiem, musimy pojąć kim my jesteśmy i kim jest Bóg.

Ktoś może w tym momencie powiedzieć, że Bóg zawsze nas kocha, a kiedy my kochamy również Jego nie może być mowy o spoufalaniu. Wtedy wszystkie słowa i gesty są uprawnione. Nie jest to jednak do końca prawda. Relacja pracownika z szefem pokazuje, że niezależnie od tego, kim dla siebie są te osoby, pozostaje między nimi pewna relacja podporządkowania, która sprawia, że pracownik, przynajmniej w godzinach pracy, wykonuje polecenia swojego przełożonego i często przynajmniej przy innych ludziach, zwraca się do swojego szefa w odpowiedni, przyjęty w firmie, sposób[1]. Analizując naszą relację z Bogiem, relację wiary, nadziei i miłości musimy także umieć dostrzegać pewne podporządkowanie. Wynika ono przede wszystkim z tego, że jesteśmy istotami stworzonymi, że Bóg jest naszym Stwórcą, jesteśmy grzesznikami, a On jest naszym odkupicielem, my jesteśmy ograniczeni, a On jest nieskończony.

Przykład świętych i mistyków pokazuje, że choć pozostawali oni w niezwykłej zażyłości z Panem Jezusem, przypominającej relację oblubieńca i oblubienicy, to jednak zawsze pamiętali też o należnym szacunku do Boga. Już Arystoteles nauczał, że w momencie, kiedy przyjaciele nie są sobie równi, jedna strona powinna oznaczać się większą czcią. Niezależnie więc od tego, że łączy nas z Bogiem miłość i przyjaźń zawsze musimy pamiętać także o należnej czci. Kiedy o tym zapominamy, zaczynamy popadać w spoufalenie duchowe, które daje nam poczucie fałszywej bliskości i jest dla Boga czymś lekceważącym, jak każde spoufalenie.

Spoufalenie duchowe, które jest obecnie bardzo rozpowszechnione, wydaje się być wynikiem pewnej katechezy, głoszonej przez niektórych kapłanów i katechetów, mającej na celu usunięcie fałszywego dystansu do Boga i nadmiernego strachu, jakie rodzi się w ludziach wierzących w kontaktach z Nim. Cel jest więc słuszny, ale często przy okazji eliminuje się naturalny, właściwy dystans i dobry lęk, który jest nie tylko lękiem przed piekłem, ale także jest lękiem synowskim, w którym dziecko nie chce obrazić swojego ukochanego ojca.

Wyrazem tego spoufalenia jest odnoszenie się do Boga w sposób, jakby był jedynie naszym bliskim przyjacielem, który jest nam równy. Może na to wskazywać coraz częstsze mówienie o „Jezusie” a nie o „Panu Jezusie”, rezygnowanie z łatwością z postawy klęczącej, zwłaszcza przy Komunii Świętej, czy przyjmowanie Komunii Świętej na rękę. Świadczy o tym także pewna postawa duchowa, w której już nie towarzyszy nam lęk o to, czy jesteśmy w stanie łaski uświęcającej, kiedy przystępujemy do Komunii Świętej. Wyrazem tego jest także brak poczucia grzechu, czy zapominanie o tym, że Bóg jest nie tylko naszym Zbawicielem, ale także Panem, Królem i Sędzią sprawiedliwym, który za dobre wynagradza, a za złe karze.

Wszystkie wyrazy jak największej czci wobec Najświętszego Sakramentu mają za zadanie ustrzec nas przed spoufaleniem duchowym okrywając nam prawdę o tym, kim my jesteśmy i kim jest Bóg. W żaden sposób nie pomniejszają one naszej miłości do Boga, ale wręcz przeciwnie, są jej skutkiem i służą jej powiększeniu. Pozwalają nam także trwać w pokorze, tzn. w prawdzie, co chroni naszą relację z Bogiem przed fałszem i nieszczerością.

Michał Krajski; Tradycja zanegowana; Centrum Kultury i Tradycji, Lublin 2016

 

Zacytowany fragment w jasny sposób przedstawia postawy jakie spotykam we wspólnotach powstałych w Kościele ostatnimi laty. Zjawisko to jest, można powiedzieć, na porządku dziennym.

 


[1] Przyjęty w firmie sposób odnoszenia się między przełożonym a podwładnym pokazuje hierarchię i dla osób postronnych jest oznaką solidności i wzbudza zaufanie.

Społeczeństwo bez praw

Dwunasty stopień nadużycia, to społeczeństwo bez prawa, które gardząc słowem Bożym i przepisami prawa – różnorakimi błędnymi drogami wplątuje się w sidła przeniewierstwa. Owe to drogi przeniewierczego społeczeństwa tak w rodzaju ludzkim pokazuje prorok: „Wszyscyśmy zbłądzili jak owce, każdy z nas obrócił się ku własnej drodze”(Iż 53,6). O tych drogach mówi też Mądrość ustami Salomona: „Jest droga, która zdaje się człowiekowi sprawiedliwa, ale w końcu prowadzi do śmierci” (Prz 14, 12). Na te zaś drogi zguby wchodzi się wtedy, gdy prze niedbałość porzuca się jedyną drogę królewską, która nie skręca ani na lewo, ani na prawo, a rą jest prawo Boże. Pan nasz, Jezus Chrystus, cel „prawa dla usprawiedliwienia każdego wierzącego” (Rz 10, 4), tak o tej drodze mówi: „Ja jestem drogą, i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze mnie” (J 14, 6), a do wejścia na nią zaprasza słowami: „Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a ja was pokrzepię” (Mt 11, 28); wszystkich bez wyjątku, „albowiem u Boga nie ma względu na osobę” (Rz 2, 11), bez względu na to, czy to Żyd, czy Grek, mężczyzna czy kobieta, sługa czy wolny, barbarzyńca, czy Scyta; lecz wszystkim we wszystkich – Chrystus; wszyscy bowiem są jednym w Jezusie Chrystusie (Gal 3, 28).

Skoro zaś Chrystus jest „celem prawa” (Rz 10, 4), kto jest bez prawa – staje się bez Chrystusa; dlatego też społeczeństwo bez prawa, jest społeczeństwem bez Chrystusa.

Jest więc nadużyciem społeczeństwo bez prawa w epoce Ewangelii, kiedy to Apostołowie otrzymali misję jej głoszenia wszystkim narodom (Mt 28, 19); kiedy grzmot ewangeliczny rozbrzmiewa we wszystkich częściach świata; kiedy narody nie szukające sprawiedliwości, dostąpiły sprawiedliwości (Rz 9, 30); kiedy ci, co niegdyś byli dalekimi, stali się bliskimi w krwi Chrystusa (Ef 2, 13); którzy kiedyś nie byli, a teraz są – ludem Bożym w Chrystusie (Rz 9, 25; Oz 2, 22); kiedy nastał „czas pomyślny i dzień zbawienia” (2 Kor 6, 2) oraz czas ochłody w obliczu Najwyższego; kiedy w każdym narodzie jest obecny świadek zmartwychwstania i kiedy sam Pan zapewnia: „A oto ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata” (Mt 28, 20).

Nie bądźmy więc w obecnym czasie przejściowym – bez Chrystusa, aby w przyszłości Chrystus – nie był bez nas!

Krótkie moralia chrześcijańskie, redakcja naukowa Artur Andrzejuk, Warszawa-Londyn 2000

Okrągły Stół i Magdalenka

Uczestnicy obrad Okrągłego Stołu byli zapraszani przez gen. Cz. Kiszczaka. To on decydował kto będzie zasiadał po stronie opozycyjnej. Szef służb PRL decydował z kim będzie rozmawiał. Jasnym jest, że wybrał takich „przedstawicieli” opozycji którzy godzili się z nim co do celów jaki przyświecał tej inicjatywie. Co prawda znaleźli się tacy, którzy widzieli i nie bali się o tym głośno powiedzieć. Mec Siła-Nowicki powiedział na zakończenie obrad, aby strona opozycyjna nie zapominała, że nie jest jedyną siłą opozycyjną w tamtym czasie. Przypomniał, że jest opozycja pominięta w tych obradach. Jakie decyzje i ustalenia zapadły na spotkaniach w Magdalence, uczestnicy ich nie wypowiadają się, lub też bagatelizują te dodatkowego spotkania.

Jednym z efektów ustaleń Okrągłego Stołu były wybory 4 czerwca 1989 roku. Wybory, w których społeczeństwo pokazało swoją wolę „wycinając” listę krajową, będącą częścią ustaleń gen Kiszczaka i jego wybrańców.

Na ile obrady samego Okrągłego Stołu były fasadą do spotkań w Magdalence jest pytaniem które dziś coraz głośniej słychać. Co, tak naprawdę, ustalono w Magdalence jest kolejnym pytaniem bez odpowiedzi.

Kolejna rocznica wyborów z 89 roku skłania do refleksji, czym były i do czego doprowadziły obrady Okrągłego Stołu. Czy ustalenia z Magdalenki są nadal obowiązujące („Wasz prezydent, nasz premier” – zmieniał przyjęte ustalenia gdy sytuacja uległa zmianie), czy utajnienie ich przebiegu jest aktualne?

Czym była i gdzie jest dziś tzw demokratyczna opozycja? Czy opozycja, która nie posiadała „koncesji” gen. Kiszczaka ma rację bytu, jest obecna w III RP?

Chrystianizm i materializm

Z czasopisma „Przegląd Katolicki” nr 27, 6 lipca 1871, Warszawa

Bp Michał Nowodworski

Wszystkie wrogie chrystianizmowi doktryny: idealne, realne i realno-idealne, ustąpiły ostatecznie przed materializmem. Materializm stał się za dni naszych potęgą wielką, i ufny w tę potęgę, do otwartego już wystąpił z chrystianizmem boju, do walki na śmierć i życie. Widział jednak, że walki tej zwycięsko prowadzić nie zdoła w sferze prawdziwej nauki i ścisłej myśli, przeto wydrwił wszelką naukę, której skrzywić nie mógł do swojej służby, ścisłość logiczną rozumowania wyśmiał jak scholastyczną staroświecczyznę, odezwał się do niskich chuci człowieczych, i przywłaszczywszy sobie prawo dalszego prowadzenia ludzkości po drodze postępu, wypowiedział chrystianizmowi w imię światła, nauki, rozumu, swobody i powszechnego szczęścia, nieubłagany bój na polu życia społecznego. I wmówił w swoich wiernych, że wszystko , czym się szczyci cywilizacja nowożytna, jego jest dziełem, że chrystianizm przeszkadza ziemskiemu szczęściu człowieka, stawiając mu marę pozaziemskiego żywota, że Kościół, jak tamujące dalszy pochód rumowisko przeszłości, powinien być z drogi uprzątnięty i precz odrzucony. Sofiści tak skrzętnie chodzili wokół swego dzieła, tylu tajnych i jawnych, świadomych rzeczy i nieświadomych jej mieli popleczników, że obóz antychrystusowy wzmagał się ustawicznie. Całą wiedzę o stworzeniu, jaką zdobyły długie wieki pracy naukowej, obrócono przeciwko Stwórcy; dzieje przy pomocy sofistyki stały się spiskiem przeciwko Bogu. Sprofanowana nauka, sfałszowane dzieje zostały podstawami procesu, jaki zbuntowany rozum człowieczy wytoczył Panu swemu. W umysłach wielu osłabionych fałszem, proces ten został wygrany na rzecz zbuntowanego rozumu; tłum też ten mnogi, na pół oświecony, nieustannie propagandą materialistyczną nurtowany, zobojętniały w wierze, oglądający się wprawdzie jeszcze na tradycje przeszłości, obawiający się ostatecznych następstw doktryn, przyjętych przez siebie w zasadzie, ale nie mający ani ochoty, ani odwagi poddania się pod wymagania prawa chrześcijańskiego, skłaniał coraz przychylniejsze ucho ku tym mistrzom nowej mądrości, którzy ponętne dla pożądliwości ciała głosili zasady.

Kaznodzieje i pisarze chrześcijańscy walczyli niezmordowanie przeciwko coraz dalej posuwającemu swe zdobycze materializmowi; wołali do wielkich i małych, do uczonych i nieuczonych; przestrzegali ludzi dobrej woli, aby się mieli na baczności, aby opierali się odrywającemu społeczeństwa od Boga prądowi, którego końcem musi być ostateczny upadek moralny i ruina społeczeństwa.

Żarliwe kazania, uczone rozprawy przebrzmiewały bez skutku.

Z wysokości Kościoła od czasu do czasu dał się słyszeć głos surowej przestrogi, już to karcący towarzystwa tajne, spiskujące na wywrócenie chrześcijańskiego porządku społecznego, już to wytykające zgubne błędy czasu.

Na przestrogi te i upomnienia podniósł się z obozu antychrystusowego wielki krzyk oburzenia i naigrywania. Oburzano się i naigrywano z głosu Zastępcy Chrystusowego, jako głosu ciemności bezsilnej, pragnącej daremnie swymi zaklęciami powstrzymać postęp światła.

Ale niedługo rozległ się po wszystkich zakątkach cywilizowanego świata potężny głos faktów, usprawiedliwiający najzupełniej wyszydzane przestrogi i obawy. W stolicy świata cywilizowanego, tak gdzie postęp materialny objawiał się w najwyższej swej sile i potędze, gdzie niedawno wspaniałe stawiano mu świątynie i wielkie jego dni święcono, zapanowali ludzie, którzy w imię tych haseł, jakie im podały doktryny nowożytne, z rozbestwieniem, do jakiego tylko człowiek upaść może, rzucili się na najświętsze prawa społeczne i na najświetniejsze pomniki cywilizacji.

Nie naszą jest rzeczą rozpatrywanie wszystkich przyczyn tego strasznego ustępu dziejów; przyczyny polityczne pozostawiamy na boku, ale też w rzeczy samej podrzędną tylko grają one rolę w tym krwawym dramacie. Wytykamy tu tylko przyczynę jedną, ale najgłębszą, główną: odchrystianizowanie społeczeństwa przez materializm.

Wiemy, że bardzo wielu nauczycieli i wyznawców materializmu potępiało energicznie dzikie zbrodnie Komuny Paryskiej; przyznajemy im w tym zupełną słuszność, ale nie możemy przyznać konsekwencji logicznej.

Od dawna mistrzowie ci łudzili tłumy obietnicami dobrobytu powszechnego, od dawna pobudzali ubogich przeciwko bogatym, niższych przeciwko wyższym. Literatura popularna w dziennikach, dzienniczkach i broszurach, szydziła z rzeczy najświętszych, a wraz z wiarą podkopywała znaczenie wszelkiej powagi społecznej: bunt przeciwko chrześcijańskiemu porządkowi społeczeństwa był już w umysłach wielu; nic więc dziwnego, że przy nadarzającej mu się sposobności wystąpił w czynie straszliwym, ohydnym.

Wzdryga się już nie chrześcijańskie tylko, ale człowiecze nawet uczucie na wspomnienie tych zbrodni, jakimi ostatnia rewolucja paryska na­znaczyła swe krótkie panowanie; ale w oburzeniu tym oczy nasze od uczniów zwracają się ku mistrzom, którzy niczego nie zaniedbali, aby takich ludzi przygotować społeczeństwu.

Niedawne to czasy, świeże jeszcze w pamięci, jak owi maleńcy mistrzowie, przybierając postawę wielkich mężów nauki, pisanym i żywym słowem, silili się w młodzież i klasy robocze wlać przekonanie, że umiejętność nowożytna zrobiła to wielkie odkrycie i dowiodła jasno jak na dłoni, że nie ma ani Boga, ani duszy, że jest tylko materia, że człowiek jest jednym z rozlicznych przejawów materii, że myśl jest wytworem mózgu, jak żółć wytworem wątroby, że nie ma wolnej woli, że uczynki wszystkie, dobre czy złe, są koniecznym następstwem ślepych niezależnych od człowieka przyczyn, że sumienie jest tak dobrze wyrobem materii, jak myśl, żółć i ślina.

Doktryny te nie są nowe; rozsiewano je już przed wielką rewolucją francuską, zebrano z nich też żniwo piękne; ale propaganda zeszłowieczna nie może wytrzymać porównania z potęgą propagandy współczesnej.

Propaganda minionego wieku szerzyła się przede wszystkim w wyższych warstwach społecznych; współczesna sięgała we Francji do najniższych warstw ludu; w warsztatach, restauracjach, kawiarniach, karczmach, za pośrednictwem swoich dzienników i broszur, ustawicznie napastowała ona religię, bluźniła Bogu, szydziła ze wszystkiego co święte, i budziła najbrudniejsze namiętności człowiecze. Raport urzędowy komisji drobnego handlu księgarskiego podaje, że na 9 milionów książek sprzedanych w miastach, miasteczkach i wsiach francuskich za pomocą roznoszenia, książek niemoralnych przed 1862 r. było osiem milionów! Od tego czasu propaganda wzmogła się jeszcze silniej. Powstały specjalne pisma periodyczne dla szerzenia ateizmu jak: „Morale independante”, „Libre Conscience”, „Libre pensée”, „Revue du progrès”, „Revue positive”, „Rive gauche” itd.

Niektórzy z redaktorów tych dzienników zostali najbardziej czynnymi członkami Komuny.

Założyciele dziennika „Libre Pensée” w swoim prospekcie z 1864 roku otwarcie zapowiadali, że zakładają dziennik dla szerzenia ateizmu i materializmu, a zarazem prosili ks. biskupa Orleanu „o klątwę na ten prospekt i na redaktorów”.

Ateizm poczynał być już środkiem reklamy.

Prasa wykwintniejsza, dzienniki i przeglądy przeznaczone dla klas bardziej wykształconych, nie tylko nie hamowały tej niebezpiecznej propagandy, ale same dla niej swoje otwierały kolumny.

Trucizna fałszu tysiącami strumieni wnikała w umysły.

Jak dalece materializm przyjął się wśród młodzieży francuskiej i robotników, pokazały dwa głośne swego czasu zjazdy: studentów w Liège, i robotników w Genewie; ówczesne mowy były wstępnym słowem do przyszłej Komuny. Do tego przyszło, że robotnicy paryscy pytani o religię, z pychą odpowiadali, iż są pozytywistami.

Doktryny walczące tak zawzięcie przeciwko prawdzie, będącej najistotniejszą podstawą życia społecznego i postępu cywilizacji, musiały objawić się odpowiednimi skutkami i właściwe sobie przynieść owoce: krwawe rozdarcie życia społecznego, negację wszelkiej cywilizacji, i cofnięcie człowieka do najniższego stopnia zezwierzęcenia.

Komunardzi zamknęli i zrabowali kościoły, zamordowali spokojnych kapłanów, bo ich od dawna uczyła starszyzna literacka, że Kościół przeszkadza do szczęścia człowieka, do rozkosznego życia na ziemi, że świat dany człowiekowi do użycia, zamienia na ponurą dolinę łez i pokuty. Zresztą, jak Komuna cierpieć mogła istnienie Kościoła, skoro jej ojcowie nauczali, że „sama idea Boga jest niepostępową”, że „Boga jakiegokolwiek uważać należy za nieprzyjaciela publicznego”, że „idee zwane religijnymi, pod jakąkolwiek pokazujące się postacią, są przyczyną rozprzężenia w rodzinie i nieporządku w Państwie”. Wszakże już przed Komuną byli „ludzie czynu, solidarni, wolni myśliciele”, którzy wiązali się w towarzystwa obowiązujące do niewyznawania żadnej religii. Gdy ci „ludzie czynu” przyszli do władzy, literackie ich bluźnierstwa stały się aktami urzędowymi. Dekret Komuny na zamkniętych drzwiach parafialnego kościoła w Monmartre wywieszony, przypomina od dawna znane w literaturze tamtejszej frazesy: kościoły nazywają się tam „jatkami duchowego mordu” a księża „oszustami i ludźmi ciemności”. Nie szanowała Komuna własności publicznej ani prywatnej, bo najdziksze od dawna podawano ludowi pojęcia o własności. Ubożsi łatwo dawali się przekonać, że są okradani przez bogatszych. Wszakże już na zjeździe bazylejskim przed kilku laty oświadczyli zgodnie robotnicy francuscy i niemieccy, iż nie dbają o Boga, o Kościół i wiarę, że służyć będą każdemu, kto tylko zapewni im zniesienie własności.

Setki kobiet stanęły wespół z mężczyznami do zbrodniczych szeregów; powiadają nam nawet, że dzikością i okrucieństwem przewyższały one męskich swoich kolegów; wierzymy temu zupełnie, ale czyż od dawna nauczyciele „moralności niezależnej” nie uczyli, że niewiasta powinna wyzwolić się ze wszystkich uprzedzeń religijnych to jest, że wyzuć się powinna z wiary, ażeby być godną towarzyszką mężczyzny; czyż propaganda niemoralna nie zdzierała z niewiasty wszelkiego niewieściego wstydu, wywabiając ją z zacisza rodzinnego życia, i wpychając w wir wszystkich namiętności, wstrząsających nowożytnym społeczeństwem?

Pożogą i mordem kończyli burzyciele swoje panowanie, bo ramienia ich zbrodniczego nie powstrzymywał żaden głos sumienia, żadna zasada moralna. I jak mogło być inaczej, skoro propagatorzy francuscy niczego nie zaniedbali na zagłuszanie sumienia w ludzie i podkopywanie wszelkich zasad moralnych. Można łatwo wyobrazić sobie, jakim językiem przemawiali ludowi apostołowie materializmu, skoro filozof używający wielkiej powagi pomiędzy literatami francuskimi, w poważnym organie prasy paryskiej na dziewięć lat przed Komuną pisze: „Człowiek jest produktem jak wszystko, i dlatego ma prawo być takim, jakim jest. Wrodzona jego niedoskonałość jest równie naturalną, jak przejście zarodka w roślinę. A gdy tak jest, występek jest produktem. A to co się nam zdaje pogwałceniem prawa, jest wykonaniem prawa”. A dalej mówiąc o tych siłach nieprzepartych, koniecznych, „produkujących” przez człowieka cnotę lub występek, staje w obronie tego drugiego, i nie pozwala się nań oburzać, bo „któż by to śmiał oburzać się na geometrię żyjącą?”. Ohydne więc zbrodnie Komuny podług tej teorii, a jest to teoria nie jednego człowieka, ale całej szkoły pozytywnej, wszelakiej doktryny materialistycznej, były już wpierw usprawiedliwione; mordy i pożoga, jaką zionęła naokoło siebie, były „produktem” materii organicznej w człowieka-komunardę zorganizowanej, produktem takim dobrym jak każdy inny produkt, jak bohaterstwo żołnierza, jak poświęcenie świętego; były nie zgwałceniem, ale wykonaniem prawa. Filozofia pozytywna zawczasu osłoniła te zbrodnie i nie pozwala się na nie oburzać – bo któż by chciał być tak nierozsądnym, aby się oburzał na „żyjącą geometrię”!

Rozpatrując się w literaturze materialistycznej naszych czasów, jeden z katolickich pisarzy naszych pyta w goryczy ducha, „czy to jeszcze są ludzie, co piszą podobne rzeczy. I nie dla żartu to mówimy,  – dodaje tenże pisarz – że gdyby można sobie wyobrazić wilka lub małpę zdolne do pisania, nie wyższy ich byłby poziom umysłowy, a przede wszystkim nie inny cel ich pragnień. W którekolwiek czasy cofniemy się myślą, w jakąkolwiek epokę najgłębszego ludzkości upadku, nie napotkamy nigdy podobnych bezeceństw. Żaden pogański Grek ni Rzymianin w czasie zupełnego rozbestwienia się owych ludów, nie odważył się na coś podobnego”. Dlatego też doktryny te, wprowadzone w życie, tak ohydnymi wydały się całemu światu, który nie stracił jeszcze chrześcijańskich uczuć.

Paryski dziennik „Revue du progrès” pisał przed kilku laty: „Nie ulega wątpliwości, że zwierzęta można porównać z człowiekiem pod względem umysłowym. Niektóre małpy posiadają nawet więcej rozumu; orangutan np. ma rozsądek bardziej rozwinięty niż człowiek żyjący w stanie natury z Van-Diemenu”. Zwolennicy doktryny tego dziennika pokazali niedługo czynem, że człowiek w pośrodku Paryża żyjący dzikością swoją najdziksze zwierzęta przewyższać może.

Społeczeństwo europejskie wielką i opatrzną otrzymało przestrogę; szatański wybuch odkrył na chwilę przepaść, jaką gotuje społeczeństwu całemu nurtująca w nim propaganda materialistyczna. Materialiści-literaci będą się z oburzeniem wypierać solidarności wszelkiej z materialistami Komuny, szczególnie wówczas, gdy ta została zwyciężoną; ale wypieranie się takie w interesie własnym czynione, nie zaćmi oczywistego związku skutku z przyczyną. Nie przeczymy, że wielu z nich mogło uważać wybuch paryski za przedwczesny; wielu znów szczerze nie pragnęło wstrząsów, naruszających ich błogi pokój, bo byli materialistami dobrze się mającymi, a nie materialistami ubogimi, ale my też tu nie mówimy o osobistym usposobieniu tego lub owego materialisty, lecz o samej doktrynie, jako o prologu czerwonych dni Paryża.

Na zbrodnicze panowanie Komuny składały się lata antychrześcijańskiej propagandy.

Ex-karmelita bosy, głośny niegdyś kaznodzieja paryski innego jest zdania. Nie byłby pysznym apostatą, ażeby nie miał skorzystać z okoliczności, i wobec dymiącego pożarem i krwią Paryża nie rzucić swego słowa na Kościół. Dziwne zaprawdę zjawisko: ludzie nader krańcowych przekonań, ale dobrej woli, w wybuchu paryskim uznali skutki ateizmu, pozbawiającego człowieka wszelkiej podstawy moralnej w życiu, i dlatego wołają o poprawę, o zwrot do wiary; człowiek zaś, który dziś jeszcze chce uchodzić za religijnego, odkrywa światu drugie jeszcze źródło a mianowicie Kościół! „Co do Kościoła, powiada ex-zakonnik, i ten nie zrobił tego co powinien był zrobić dla praktycznego rozwiązania tych zadań”. Jakich zadań? Wpierw mówił o samorządzie gmin oraz o moralnym odrodzeniu klas robotniczych; więc dla tych to zdaniem jego zadań Kościół nic nie zrobił. Ale zapomniał ex-kaznodzieja karmelicki, że do Kościoła nie należy urządzanie administracyjne gmin, ani regulowanie materialnych stosunków klasy roboczej; a co do odradzania moralnego tej klasy, toż właśnie w tej pracy ustawiczną a ciężką ponosić musiał walkę z liczną falangą żarliwych propagatorów ateizmu. „Zamiast obietnic i nauk Ewangelii dla wydziedziczonych tej ziemi – pisze dalej ex-kaznodzieja – zapuszczano się w hałaśliwe echa prasy, zapuszczano się w gwałtowne rozprawy”. Dziennikarstwo katolickie we Francji musiało być mało znaczące wobec potężnej prasy antychrześcijańskiej; dla ex-kaznodziei jednak i tego było za wiele, choć sam skwapliwie słowa swoje puszcza na wszystkie echa prasy; dziennikarska obrona chrystianizmu przeciwko codziennym napaściom pisarzy bezbożnych tak go drażni, że nie widział już poza nią ogromnej, żarliwej pracy pasterskiej duchowieństwa francuskiego. Ex-karmelita poszedł drogą wręcz przeciwną pierwotnemu jego powołaniu, bo drogą pychy, i dlatego zaszedł tak daleko w swym zaślepieniu; koniec jego listu daje do zrozumienia światu, że Kościół jest odpowiedzialny za ostatnie zbrodnie paryskie, że on winien, iż lud paryski nie ma Boga, że on sprawił, iż lud ten „w Boga nie mógł uwierzyć a przede wszystkim Go ukochać”.

Gdyby ex-karmelita był powiedział, że pewna część kapłanów niespełnieniem swoich obowiązków, brakiem gorliwości i grzechami swojego życia zaszkodziła sprawie Chrystusowej, i tym sposobem pośrednio ułatwiła wrogom prawdy i porządku ich dzieło fałszu i zniszczenia, zdanie jego mogłoby być bolesne dla duszy katolickiej, lecz nie byłoby przeciwne prawdzie, znanej zresztą dobrze. Ale w piersi dumnego ex-zakonnika zanadto gorące wrą namiętności, ażeby mógł utrzymać się na drodze sprawiedliwego sądu; dla tego, który zakrwawił boleśnie pierś matki swojej Kościoła, potrzeba było na tę matkę, na ten Kościół, rzucić słowo krwawej zniewagi, i ohydną plamę dopatrzeć na tej przeczystej Oblubienicy Chrystusowej, o której Duch Święty mówi, iż cała jest piękną, i plamy w niej nie ma.

Gdy pod ciosami barbarzyńców północy waliło się stare imperium rzymskie, sofiści ówcześni nie chcieli przyczyny niemocy państwa i klęsk na nie spadających widzieć w moralnym upadku społeczeństwa rzymskiego, lecz upatrywali je w chrystianizmie. Gdy nowi, gorsi od dawnych barbarzyńcy, ze szkoły materialistów się wynurzający, grożą zupełną zagładą cywilizacji chrześcijańskiej, głos sofisty wskazuje znowu na Kościół jako na winowajcę. Różnica tylko ta, że wówczas poganie szkalowali obcą sobie nieznaną religię, której siła cywilizacyjna i ożywcza w społeczeństwie nie była jeszcze stwierdzona długą próbą wieków; dziś słowo oskarżenia i zniewagi wyszło od apostaty, który niedawno był apologetą Kościoła. Potwarz więc dzisiejsza nierównie cięższej złości i większego zaślepienia nosi znamię niż ówczesna.

Choćby więc do słowa ex-zakonnika przyłączył się cały chór materialistów, pozytywistów i ateistów, słowo to przebrzmi jak dźwięk marny. Komuna przestrzegła społeczeństwo, z jakiej szkoły jego wróg pochodzi, i gdzie szukać przeciwko niemu ratunku.

 

Socjalizm i komunizm potępiony przez papieży – Wydawnictwo Diecezjalne i Drukarnia w Sandomierzu, Sandomierz 2009

Klękanie a kucanie

Klękanie i kucanie są to dwie postawy które widujemy często w kościele. Jaka jest ich symbolika, każda z postaw coś symbolizuje, coś przekazuje otoczeniu.

Klęcząc pokazujemy swoją uległość wobec tego, przed czym klęczymy. Jest to uległość jak również szacunek oraz prośba. Postawa klęcząca jest okazaniem posłuszeństwa Bogu oraz uznaniem Jego wielkości i majestatu.

Ze strony http://caddicus.blogspot.com/

A czym jest kucanie? Postawa ta symbolizuje chowanie się. Gdy chcemy być niezauważeni to chcemy kucnąć. Kucanie w kościele to chowanie się przed Bogiem (wydaje się nam, że przed Nim można się schować), a z drugiej strony, jest to chowanie się przed spojrzeniem innych wiernych. Nie stoimy gdy inni klęczą, przyjmujemy postawę podobną, nie zauważając, że w swojej symbolice zupełnie odmienną niż postawa klęcząca. Chowamy się przed wzrokiem innych a jednocześnie oszukujemy samych siebie. Kucając nie oddajemy czci w żaden sposób. Jeśli możemy kucnąć, to również możemy klęknąć. Jeśli nie możemy klęknąć, to cześć Bogu możemy okazać poprzez schylenie głowy. Dbanie o wygląd swojego ubrania wyżej cenimy niż cześć należną Bogu. Nie zdziwmy się zatem, że w ostatecznym rozrachunku będziemy odrzuceni przez Boga, gdy w życiu doczesnym nie potrafimy okazać mu szacunku. To, jak postępowaliśmy za życia będzie nam owocowało w wieczności. Gdy chowaliśmy się za życia przed Bogiem, to po śmierci Bóg będzie dla nas schowany.