Sosnowica

4 listopada 2016 roku Senat Rzeczypospolitej Polskiej ustanowił, między innymi, rok 2017 Rokiem Tadeusza Kościuszki (1746-1817), inżyniera wojskowego, fortyfikatora, polskiego i amerykańskiego generała, uczestnika wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych (1775–1783), Najwyższego Naczelnika Siły Zbrojnej Narodowej w czasie insurekcji kościuszkowskiej (1794).

Zapraszamy do galerii z Sosnowicy, gdzie można przeczytać jak zakwitła pierwsza i dozgonna miłość Andrzeja Tadeusza Bonawentury Kościuszko herbu Roch III i Ludwiki Sosnowskiej herbu Nałęcz.

Głotowo – Kalwaria Warmińska

Głotowo - Kalwaria WarmińskaGłotowo (Glotowo, niem. Glottau, prus. Glātawa) – wieś w Polsce położona w województwie warmińsko-mazurskim, w powiecie olsztyńskim, w gminie Dobre Miasto w dolinie rzeki Kwieli.

Znajduje się tu Sanktuarium Najświętszego Zbawiciela i Męki Pańskiej a kościół nosi tytuł bazyliki.

Barokowy budynek kościoła pochodzi z 1722 roku i został wybudowany w miejscu poprzednich, dużo starszych świątyń. Miejsce budowy kościoła wskazał kielich z Najświętszym Sakramentem wyorany na polu. Fresk na sklepieniu bazyliki obrazuje moment cudu eucharystycznego – pokłon zwierząt Hostii. Wystrój wnętrza „opowiada” we freskach i obrazach teologię Eucharystii.

Obok kościoła znajduje się Kalwaria Warmińska – zbudowana w malowniczym wąwozie w latach 1878-1894 na wzór Drogi Krzyżowej Pana Jezusa w Jerozolimie. W murowanych z kamienia i cegły kaplicach znajdują się artystycznie wykonane rzeźby, ukazujące naturalistycznie mękę Chrystusa. W każdej z nich jest też urna z kamyczkiem z danego miejsca przywiezionym przez bogatego mieszkańca Głotowa Jana Mertena z pielgrzymki do Ziemi Świętej. W budowie Kalwarii wykorzystano niewielki jar ze strumykiem. Szacuje się, że ręcznie budowało Kalwarię przez 16 lat około 70 tysięcy katolików diecezji warmińskiej.

Zapraszamy do Galerii zdjęć.

Refleksje po pielgrzymce

Piesza pielgrzymka jest wyzwaniem dla naszej woli. Ostatecznie to ona decyduje o podjęciu tego wyzwania. To nasza wola zmusza obolałe ciało do wysiłku w kolejnym dniu. Wstajemy rano, często z bólem mięśni nie tylko nóg (i plecak nasz codzienny jest ciężki, i noszona tuba czy sztandar), ale mimo to ruszamy w trasę. Mimo poobcieranych stóp i bolących stawów – ruszamy!
Wola jest tu poddawana próbie – czy ulegniemy ciału czy też podejmiemy wysiłek w kolejnym dniu pielgrzymki. Rozum nie poddaje się presji ciała i daje rozkaz woli do dalszego marszu.
Jest to również próba dla naszego rozumu, – który poznaje ciało, aby wiedzieć ile może wymagać od niego. Rozum poznaje możliwości jak i ograniczenia ciała. Jeśli nie damy ciału możliwości odpoczynku to nie pójdziemy dalej.
Mimo zmęczenia i znużenia wola mobilizuje nas do zachowania odpowiedniej postawy w czasie sprawowanej codziennie Mszy Św. To też jest sprawdzian naszej motywacji do odbycia pielgrzymki, niesionych intencji i ich wagi dla nas.
Doświadczenie trudu pielgrzymowania jest dla mnie ogromną wartością. Pokazuje mi, że mogę, że jestem w stanie z Bożą pomocą przekraczać samego siebie, swoją słabość i ból. Gdy jesteśmy wyspani, wypoczęci, najedzeni i jest nam ciepło i sucho to uczestnictwo we Mszy św. jest łatwe i może być z czasem monotonne. Zupełnie inaczej wygląda nasze uczestnictwo we Mszy św., gdy boli nas każdy mięsień w stopach (nie wiedziałem, że w stopie jest tyle mięśni!), gdy są one poobcierane w niejednym miejscu. Nie inaczej jest z modlitwą różańcową, gdy odmawiając ją w marszu, walczymy z każdym krokiem. Podobnie wygląda nasza modlitwa, gdy rozpoczynając codzienny marsz, pierwsze tysiąc kroków robimy jak kaleka, gdy musimy się rozruszać, aby zapomnieć o bólu, aby móc iść do celu.

Po co jeździmy na pielgrzymki?

Rok 2007 rozpoczął się niecodziennym pragnieniem czytania Psalmów. Wewnętrzne wezwanie było tak przekonywujące, że codziennie czytałam po 5 psalmów. W lutym usłyszałam w ogłoszeniach po Mszy św., że jesienią będzie pielgrzymka do Ziemi Świętej. Bez namysłu zapisałam się.
Postanowiłam też sprawdzić jak to jest na pielgrzymkach. W marcu wyruszyłam na jednodniową pielgrzymkę do Sanktuarium w Skępem i do Chełmna. Zaczęłam zapisywać swoje refleksje. Pojechałam na kolejne pielgrzymki aż do tej ostatniej – do Ziemi Świętej.
W kolejnych tekstach można przeczytać jak zmieniałam się ja, grupa, z którą jeździłam i moje postrzeganie świata.
Refleksje są uniwersalne i mam nadzieję, że wielu odnajdzie w nich i swoje spostrzeżenia. Zapraszam do czytania.

1. Refleksje nieuczesane

Wróciliśmy z pielgrzymki do Chełmna i Skępego.
Nie będę opisywała, co mi się podobało i co na mnie wywarło największe wrażenie.
W ciągu kilku dni dzielących wyprawę od spotkania w gronie pielgrzymujących wędrowały mi po głowie różne myśli i refleksje.
Podzielę się teraz nimi z Wami.
Są one następujące:
1. W skali mikro
2. W skali makro
3. Refleksje natury ogólnej

W skali mikro
Chełmno jest dla mnie skarbnicą, ogrodem detali. Detali architektonicznych, krajobrazowych, rzeźbiarskich, malarskich, wyposażenia świątyń, urbanistycznych.
Ich bogactwo na tle surowych gotyckich cegieł we wnętrzach świątyń, na murach budowli, murach miejskich, na tle nieba zachwyca i przyciąga wzrok. Daje wrażenie podróży odkrywającej kolejne skarby.

W skali makro
Bogactwo zabytkowych budowli, pagórkowate ukształtowanie terenu miasta, zamykające mury miejskie i otwierające wspaniałe perspektywy punkty widokowe sprawiają, że chce się być w tym mieście, chodzić jego ulicami, tropić nowe odkrycia. Przy okazji zdumiała mnie zachowana do dnia dzisiejszego funkcjonalność Rynku Wielkiego-za ratuszem targowisko z warzywami, owocami, ciuchami, przed Ratuszem dziedziniec paradny.

Refleksje natury ogólnej
Dopadły mnie aż trzy.
Pierwsza to taka, że potocznie uważa się, że człowiek współczesny i nowoczesny lubi, najlepiej się czuje, akceptuje i utożsamia się z prostotą linii, z geometrycznymi kształtami, z oszczędną kolorystyką. Mając w oczach bogactwo małego miasteczka Chełmna zdałam sobie sprawę, że nam się to wmawia. Człowiek wzrastał przez wieki w otoczeniu bogactwa i różnorodności, takie dzieła też tworzył. Jedyną formą geometryczną w przyrodzie, która przychodzi mi na myśl w tej chwili, to plaster miodu.
Druga to taka, że zwiedzanie nowych miejsc, odbywanie pielgrzymek jest jak poznawanie drugiego człowieka.
Wystarczy tylko chcieć, uwolnić się z pęt codzienności, zmienić na ten jeden dzień pielgrzymki swój harmonogram, zmienić perspektywę. Na ten jeden dzień zostawić zakupy, gotowanie obiadu, pranie i prasowanie, działkę. Tylko jeden dzień i aż jeden dzień.
Trzecia powstała dopiero po pytaniu, które mnie dopadło: Po co jeździmy na pielgrzymki, po co wędrujemy z Księdzem Stanisławem do nowych Sanktuariów?
Mamy w Ożarowie swoje Sanktuarium Miłosierdzia Bożego. Mamy Chrystusa Błogosławiącego, świętą Faustynę, Matkę Bożą-miejsca, gdzie możemy przynosić swoje modlitwy, dziękować za łaski i dobro, które nas spotyka. Zaraz sama sobie udzieliłam odpowiedzi, że nie chodzi nam o to, aby znaleźć „lepsze”, „skuteczniejsze” miejsca kultu, aby ustawić Sanktuaria według ważności. Przecież Matka Boża, Jezus Chrystus, Święci są jedyni i wciąż ci sami tu i teraz i zawsze i wszędzie.

Po co wiec?
Co nam to daje?

Każdy z nas obecnych na spotkaniu odpowie z pewnością inaczej, każdy może to zrobić w swoim wnętrzu i każdy może to zrobić po swojemu, każdy odpowie „swoimi słowami”.
Ja głośno wypowiem swoje refleksje.
Wędrowanie do Sanktuariów pomaga nam w naszej samotności, w zagubieniu wśród większych i mniejszych problemów życia codziennego, rodzinnego, zdrowia, cierpienia.
Włącza nas do ogromnej rodziny rodzaju ludzkiego i dobitnie pokazuje, że inni tez mają problemy, mają prośby, mają podziękowania, mają marzenia i dziękczynienia.
Nie jesteśmy sami. Przybywamy do miejsc, do których pielgrzymowano od 300, 500 czy 700 lat.
Pielgrzymowanie do Sanktuariów uczy nas dystansu do własnych problemów. Powoduje, że stają się one „oswojone” a przez to znajdujemy siłę do zmagania się z nimi. Zwraca na koniec nas samych w kierunku innych ludzi, chociażby tych współpielgrzymujących, czyni nas współczującymi i otwartymi, wyzwala nas z kręgu własnych problemów, zdejmuje z nas ciężar naszych problemów – a jeśli nawet nie do końca, to sprawia, że staje się on do zniesienia.
To wydało mi się najważniejsze.
19.07.2007 r.

Tworzenie wartości

Tworzenie wartości

2. Wyznania nieobecnej

Łatwiej jest mówić niż pisać. Spróbuję jednak.
Pielgrzymka do Lublina to dla mnie podróż sentymentalna.
Tu studiowałam matematykę i informatykę na Uniwersytecie, tu studiowała filologię polską moja siostra a teraz studiuje historię moja bratanica. Tu uczyłam się samodzielnego organizowania swojego życia, biegałam do filharmonii, ruszałam na piesze rajdy po Bieszczadach, chodziłam na praktyczne warsztaty z historii sztuki na polonistyce, działałam w Kole Historyków Sztuki, bawiłam się w Juwenalia na ulicach miasta i w miasteczku akademickim, zdawałam i nie egzaminy, umawiałam na randki, tu miałam swoją pierwszą wystawę gobelinów, spacerowałam po Starym Mieście i stąd ruszyłam do Warszawy do pracy.
I choć nie osiadłam ani w Lublinie ani w Zamościu, gdzie się urodziłam i zdałam maturę, to wracam wciąż w te miejsca.
A w sobotę „wróciłam” z Wami -z pielgrzymką z Ożarowa-miejsca mojego pobytu od kilku lat.
I znów zadałam sobie w myślach pytanie:

Po co jadę na pielgrzymkę do Lublina właśnie?
Dlaczego z pielgrzymką ożarowską?
Dlaczego właśnie z Wami – z panią Marią, Jadzią, Elą, panem Markiem i innymi?

Przecież to wszystko znam, już to widziałam (często odwiedzam Lublin).
Pierwsza odpowiedź udzielona samej sobie na powyższe pytania była następująca:
– chcę patrzeć na Lublin Waszymi oczami, chcę usłyszeć Wasze odpowiedzi na tradycyjne już pytanie Księdza Stanisława: „Co Wam się podobało, co wywarło największe wrażenie, co zapamiętaliście najlepiej?”
I znów natrętnie przychodziły myśli:
Dlaczego zależy mi na opiniach, wrażeniach ludzi, z którymi wiąże mnie tylko miejsce zamieszkania?
I tu musiałam głębiej się zastanowić (nie jest łatwo nazywać rzeczy po imieniu). Musiałam zajrzeć do wnętrza siebie samej, dłużej pomyśleć, aby precyzyjnie nazwać i sprecyzować odpowiedź. Oto ona:

– czuję się emocjonalnie związana z Grupą Pielgrzymujących Ożarowian (i nie tylko Ożarowian),
– narodziło się we mnie poczucie wspólnoty,
– sprawia mi przyjemność spotykanie się z Wami na pielgrzymkach, a potem na ulicach naszego miasteczka,
– ma dla mnie wartość wspólna modlitwa,
– nie wstydzę się przed Wami swoich intencji (choć nie podpisujemy ich swoimi nazwiskami ale publicznie je ogłaszamy ustami Księdza Stanisława),
– czekam na to, co Wy odkryjecie w nowym miejscu pielgrzymowania, w nowym Sanktuarium.

To z kolei stało się przyczynkiem do pewnych spostrzeżeń natury ogólnej.
My wszyscy biorący udział w pielgrzymkach wraz z Księdzem Stanisławem tworzymy nowe wartości oprócz tych, które są ważne w naszym codziennym życiu- jak miłość, przyjaźń, współczucie, troska, poczucie obowiązku, pracowitość, religijność, wierność, radość życia, wdzięczność czy przywiązanie.
Jakie wartości tworzymy pielgrzymując wspólnie?

– otwarcie na innych ludzi (niż członkowie naszych rodzin czy znajomi),
– nazywanie naszych odczuć, wrażeń i spostrzeżeń,
– wzbogacanie świata swoich przeżyć,
– życzliwość i troskę w stosunku do obcych,
– poczucie, że każdy z nas ma w sobie takie wartości, którymi może obdarować innych a ci inni z wdzięcznością je przyjmą,
– budujemy świadomość, że my jesteśmy potrzebni innym i inni nas potrzebują.
Lista jest otwarta i wszystko zależy od nas, co zrobimy z możliwościami, które otworzył nam Ksiądz Stanisław rozpoczynając Czas Pielgrzymowania w Ożarowie (tu się podlizuję, aby nigdy nie zabrakło dla mnie miejsca na pielgrzymkowych listach).
Nic materialnego nie wniosłam na spotkanie popielgrzymkowe; dzielę się z wami myślą i słowem. Przyjmijcie je tak samo, jak byście kosztowali mojego ciasta.
04.08.2007 r.

Budowanie wspólnoty

Budowanie wspólnoty

3. Nadchodzi krok po kroku….

Pisząc refleksje po pielgrzymce lubelskiej zauważyłam, że przestaliśmy być bezimienni. Szybciutko nadałam nam, naszej wspólnocie imię. Świadomie użyłam dużej litery dla nazwy własnej naszej grupy-Grupa Pielgrzymujących Ożarowian.
Mamy imię a więc mamy tożsamość. Mamy prawa i mamy też obowiązki.
Wobec kogo je mamy?
Wobec Boga, którego szukamy i w modlitwie, i w dziełach rąk ludzkich i w pięknie przyrody.
Wobec siebie samych. Wtedy, gdy rozejdziemy się do naszych domów, powrócimy do naszej codzienności i wtedy, gdy spotykamy się, obcujemy, przebywamy z członkami naszej grupy.
Zatrzymam się dłużej na tym malutkim akcie tworzenia. Ja cieszę się, że rodzi się wspólnota. Radością jest zauważać jak powstaje, ale jeszcze większą ją współtworzyć. Razem z wami wszystkimi.
Kroczek po kroczku, mozolnie ją budujemy.
Jak to robimy? Zwyczajnie.
Po pierwsze spotykamy się na pielgrzymce, a potem to już dłuuuuga lista:

– słuchamy głosów sąsiadów we wspólnej modlitwie,
– śpiewamy skocznie i nabożnie, jedni lepiej, drudzy gorzej (jak w słowach piosenki śpiewanej przez Jerzego Stuhra „śpiewać każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej..”),
– zabieramy do autokaru smakowite kąski na poczęstunek dla całej grupy,
– opowiadamy o naszych codziennych sprawach sąsiadom w autokarze, na postojach lub w wolnych chwilach,
– świadczymy sobie wzajemnie drobne uprzejmości, pomagamy sobie,
– uczymy się naszych imion (ja nie mam większych sukcesów na tym polu, choć twarze pamiętam doskonale),
– wypisujemy nasze intencje pielgrzymowania i dajemy do publicznego odczytania,
– przychodzimy na mszę w naszej intencji po pielgrzymce,
– chwalimy się naszymi wypiekami na herbatkach popielgrzymkowych,
– dzielimy się wrażeniami i doznaniami (przed nami jeszcze nauka mówienia o Bogu, o nas samych, o problemach- ale przecież nie od razu Kraków zbudowano),
– zachwycamy się zdjęciami zrobionymi przez księdza Stanisława,
– poznajemy się w kościele na niedzielnej mszy,
– rozpoznajemy się na ulicach naszego miasteczka, w trakcie zakupów, spacerów,
– uśmiechamy się do siebie zachęcająco,
– itd…

Jesteśmy na dobrej drodze by powstająca wspólnota rozwijała się pomyślnie i rosłą jak na drożdżach.
To wszystko robimy dla siebie, dla grupy, którą stanowimy.
Dla mnie to za mało.
To tylko część drogi. Jeśli na tym poprzestaniemy, to staniemy się jedną z wielu grup „wzajemnej adoracji”. Twór zamknięty.
Dla mnie ważne jest jak się otworzymy, jak przyjmiemy innych, nowych, obcych do naszej grupy, jak będziemy zamieniać nasze dobre samopoczucie w grupie na dzieło grupy dla innych. Może nawet dla takich, którzy nigdy nie powiększą naszej wspólnoty.
Zacznijmy to robić. Od dziś, od tej pielgrzymki, od pani Jadzi, od pani Marii, od pana Jacka i od pani Eli począwszy (oczywiście imiona są tylko przykładowe).
To szansa dla nas wszystkich: dla księdza – aby nie był tylko organizatorem pielgrzymek ale aby zbudował osobiste relacje z uczestnikami, dla nas samych- abyśmy siłę i radość ze spotkań z Bogiem i ludźmi zamienili na radość życia.
Na koniec dedykuję wam słowa wiersza poetki:

„Co treścią jest uśmiechu
i podania ręki?
Czy nigdy w powitaniach
nie jesteś daleka,
tak jak bywa daleki
człowiek od człowieka
gdy wyda sąd niechętny
pierwszego wejrzenia?”[1]

06.08.2007 r.

Oswajanie ludzi


[1] Wisława Szymborska „Pytania zadawane sobie”

Oswajanie ludzi

4. Oswajanie ludzi

Nie sadziłam, że tak dużo myśli i spostrzeżeń może pojawiać się w mojej głowie w związku z Grupą Pielgrzymujących Ożarowian.
Dziwnie się czuję. Tak jakby dwie części mojej osoby stały w różnych miejscach.
Jestem uczestnikiem pielgrzymek, czuję się trybikiem w dziejącym się planie Bożym i również potrzebnym członkiem tworzącej się wspólnoty Pielgrzymujących Ożarowian. A jednocześnie stoję obok. Najdziwniejsze dzieje się jednak w chwili, gdy po pielgrzymce przypływają, przylatują nie wiadomo skąd refleksje i myśli dotyczące tego, co się zdarzyło i co się dzieje w naszych wnętrzach. To uczucie dwoistości: jestem uczestnikiem i obserwatorem.
Dochodzę do wniosku, że kocham ludzi. Lubię zaglądać we własne wnętrze i analizować, co się dzieje i zmienia. Lubię spoglądać na nas jako grupę i na każdego z was oddzielnie.
Prawo do tego dała mi wspólnota, którą tworzymy. Jestem po prostu jednym z was- raczej jednym z nas.
Natarczywie podświadomość podsuwa mi w nawiązaniu do naszej wspólnoty słowa i obrazy z książki Antoine de Saint Exupery’ego „Mały Książe”.
Jeśli powiem wam:
Jedynie sercem można wszystko jasno poznać. To, co najważniejsze skrywa się przed wzrokiem. Odpowiecie: znamy to, znamy.
Ale ja chcę wam zacytować fragmenty o „oswajaniu”. Uważam, że doskonale opisują one proces tworzenia się naszej wspólnoty, proces wzajemnego „się oswajania”.
Mały Książę miał na swojej planecie Różę. Pielęgnował ją i dbał o nią mimo jej męczącego charakteru. Nie zdawał sobie sprawy, że ją kocha i aby się od niej uwolnić wyruszył w podróż w poszukiwaniu przyjaciela. Po odwiedzinach kolejnych istot na innych planetach trafił na Ziemię. Ponieważ wylądował na pustyni miał trudności ze spotkaniem ludzi. Samotny i smutny spotkał Lisa, z którym chciał się pobawić i zaprzyjaźnić. Spotkała go jednak odmowa. Powodem odmowy był brak   „oswojenia”.

…rzekł Mały Książę. – Szukam przyjaciół. Co znaczy „oswoić”?
– Jest to pojęcie zupełnie zapomniane – powiedział lis. – „Oswoić” znaczy „stworzyć więzy”.
– Stworzyć więzy?
– Oczywiście – powiedział lis. – Teraz jesteś dla mnie tylko małym chłopcem, podobnym do stu tysięcy małych chłopców. Nie potrzebuję ciebie. I ty mnie nie potrzebujesz. Jestem dla ciebie tylko lisem, podobnym do stu tysięcy innych lisów. Lecz jeżeli mnie oswoisz, będziemy się nawzajem potrzebować. Będziesz dla mnie jedyny na świecie. I ja będę dla ciebie jedyny na świecie.
Lecz jeślibyś mnie oswoił, moje życie nabrałoby blasku. Z daleka będę rozpoznawał twoje kroki – tak różne od innych. Twoje kroki wywabią mnie z jamy jak dźwięki muzyki. …Ty masz złociste włosy. Jeśli mnie oswoisz, to będzie cudownie. Zboże, które jest złociste, będzie mi przypominało ciebie. I będę kochać szum wiatru w zbożu…
Jeśli chcesz mieć przyjaciela, oswój mnie!
– A jak się to robi? – spytał Mały Książę.
– Trzeba być bardzo cierpliwym. Na początku siądziesz w pewnej odległości ode mnie, ot tak, na trawie. Będę spoglądać na ciebie kątem oka, a ty nic nie powiesz. Mowa jest źródłem nieporozumień. Lecz każdego dnia będziesz mógł siadać trochę bliżej…
Następnego dnia Mały Książę przyszedł na oznaczone miejsce.
– Lepiej jest przychodzić o tej samej godzinie. Gdy będziesz miał przyjść na przykład o czwartej
po południu, już od trzeciej zacznę odczuwać radość. Im bardziej czas będzie posuwać się naprzód, tym będę szczęśliwszy. O czwartej będę podniecony i zaniepokojony: poznam cenę szczęścia! A jeśli przyjdziesz nieoczekiwanie, nie będę mógł się przygotowywać… Potrzebny jest obrządek.
– Co znaczy „obrządek”? – spytał Mały Książę.
– To także coś całkiem zapomnianego – odpowiedział lis. – Dzięki obrządkowi pewien dzień odróżnia się od innych, pewna godzina od innych godzin.

Historia oswajania Lisa przez Małego Księcia to historia naszej Grupy Pielgrzymujących Ożarowian. Na początku każdy z nas uczestniczył w pielgrzymce osobno, potem zaczęliśmy się sobie przyglądać, potem rozmawiać, potem uśmiechać, potem pytać, potem prosić, potem szukać, potem czekać niecierpliwie na kolejną pielgrzymkę, potem się spotykać na mszy i herbatce popielgrzymkowej itd.

Czy więzy, które powstały są dla nas ciężarem?
Czy znaleźliśmy Przyjaciół?
Czy czujemy się mniej samotni?
Czy jesteśmy sobie potrzebni?
Czy niecierpliwie czekamy na kolejną pielgrzymkę?
Czy nasz kościół przyszedł do nas a my do niego w jeszcze innej formie niż msza święta?

Mały Książę zrozumiał, kim dla niego była Róża i pojął, że został przez nią oswojony.
Konfrontacja z całym ogrodem róż pozwoliła mu odkryć, dlaczego jego róża jest czymś wyjątkowym mimo istnienia tysięcy róż na świecie.
Książę poświęcił dużo czasu swojej Róży oswajając ją.
Lis nazwał to, co się zdarzyło w następujący sposób:

…dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu.
Stajesz się odpowiedzialny na zawsze za to, co oswoiłeś. Jesteś odpowiedzialny za twoją różę.

Jeśli choć trochę już się oswoiliśmy, to nasza odpowiedzialność za nas samych, za naszą wspólnotę, za nasze wspólne pielgrzymowanie, za nasze obrzędy rośnie z pielgrzymki na pielgrzymkę.

Jak to się przekłada na nasze codzienne życie?

Czasem tak, że mniej myślimy o sobie samych, o swojej wygodzie, że zauważamy ludzi obok siebie, że widzimy ich smutek czy zmęczenie, że chcemy dowiedzieć się czegoś o nich więcej, poznać ich bliżej.
Czasem tak, że zauważymy i mówimy, że komuś jest ładnie w jakimś stroju, że dzielnie się spisał mimo zmęczenia, że ładnie śpiewa, że dobrze piecze ciasto, że świetnie robi zdjęcia, że modli się za nas.
Znaków jest mnóstwo. Spróbujmy je odczytać.
Nie przegapmy czegoś ważnego.
Nie chcemy być jak ludzie, o których Mały Książę powiedział:

Tylko rzeczy oswojone nadają się do poznania. Ludzie nie dysponują już wystarczającą ilością czasu, żeby coś poznać. Kupują gotowe wyroby u sprzedawców, a ponieważ nie ma sklepów z przyjaciółmi, ludzie już ich utracili.

Mamy czas. Mamy bardzo dużo czasu. Potrzebna jest tylko chęć patrzenia szerzej i dalej w poszukiwaniu Przyjaciół.
19.08.2007 r.

 

http://www.odaha.com/littleprince.php?f=MalyKsiaze

Oswajanie z Bogiem

Oswajanie z Bogiem

5. Oswajanie z Bogiem

Rozpoczynamy kolejną pielgrzymkę spod Sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Ożarowie Mazowieckim.
Mija godzina jazdy autokarem. Dostaję kawałek białej kartki. Mam napisać intencję, z jaką pielgrzymuję.
Budzi mnie to skutecznie z drzemki pierwszej godziny pielgrzymowania.
Oswajam się z koniecznością wypisania intencji chowając kartkę do śpiewnika a śpiewnik do siatki na sąsiednim siedzeniu. Wyjmuję jednak długopis.
Co wtedy czuję?

– wpadam w popłoch, że muszę coś napisać,
– biję się z myślami czy ma być ładnie czy prawdziwie, świętoszkowato czy dramatycznie serio, uprzejmie czy prawdziwie,

Odpowiadam sobie w myślach, że prawdziwie.
– zadaję sobie pytanie, który problem zapisać na kartce,
– targuję się z samą sobą, czy pójść na łatwiznę i napisać banalną intencję, zwyczajną, codzienną, może nawet taką o święty spokój, czy tę, która mnie nurtuje, dręczy, leży mi ciężarem na sercu, wzbudza mój lęk, ale i nadzieję,
– wreszcie decyduję się, wyciągam kartkę i szybko zapisuję intencję odczuwając lekkie stremowanie i jednocześnie ulgę, że mam to już za sobą.

Coraz częściej przelatuje mi przez głowę myśl, co by było gdybym musiała głośno wypowiedzieć swoją intencję? A co by było gdybym musiała szerzej opisać okoliczności jej powstania?
Czy istnieje sposób, aby zrobić to tak prosto, jak prosto się mówi „dzień dobry”, „podaj mi rękę”, „zjedzmy coś” czy „uważaj na siebie”?
Wpadłam na pewien pomysł. Podzielę się nim z wami.
Najpierw spróbujmy dziękować za dobro, powodzenie, zdrowie, dzieci, wnuki, radości i szczęście, którego doznajemy na co dzień w naszym życiu.
Wspomnienie ważnych, dobrych, radosnych, szczęśliwych chwil otwiera nas, daje mocny fundament do podjęcia w rozmowie z Bogiem trudnych osobistych problemów.
Oswajamy się, czujemy, że tym razem uda nam się głośno powiedzieć czy napisać w intencjach o tym, co jest dla nas trudne, co skrywamy przed innymi a bardzo często przed samym sobą.
Jest nam łatwiej, gdy mówimy do Boga w ciszy własnego serca, w refleksji naszego umysłu, w przystankach naszych myśli. Okazuje się jednak, że gdy oswoimy się z Bogiem, uznamy go za swojego przyjaciela, możemy rozmawiać z nim w myślach czy głośno o wszystkim.
Spróbujmy sprawdzić (zastosować) tę metodę od następnej pielgrzymki na przykład.
A Ty, co o tym sądzisz? Masz może swój sposób?

12.08.2007 r.

Oswajanie ze śmiercią

Oswajanie ze śmiercią

6. Oswajanie ze śmiercią

21 sierpnia dotarły do mnie dwie smutne wiadomości.
Tego dnia był pogrzeb pani Haliny Peplak – jednej z pielgrzymowiczek i tego dnia odszedł tato innej pielgrzymowiczki –Agnieszki.
Pierwsza myśl, pierwsze skojarzenie to słowa wiersza księdza Jana Twardowskiego znane na pamięć w całej Polsce, powtarzane nieustannie w kolejnych kampaniach społecznych, bardzo często na ogromnych billboardach: „Spieszcie się kochać ludzi, tak prędko odchodzą”.
Sceptycznie jednak podeszłam do biegnących do tych słów myśli.
Tak naprawdę nie znałam tych osób.
Panią Halinę spotkałam na pielgrzymce do Chełmna i Skępego 14 lipca br.. Widziałam, że chodzenie o kuli męczy ją bardzo. Zamieniłam kilka słów w drodze z autokaru do domu. Potem widziałyśmy się na spotkaniu 19 lipca. Niewiele. Prawdziwie tylko okruchy kontaktu.
A jednak obeszło mnie to odejście, w jakiś sposób dotknęło i wywołało wiele myśli.
Trochę i z tego powodu, że inni Ożarowianie znali panią Halinę o wiele dłużej i przez wzgląd na nich i dla mnie stała się ona znana od dawna.
To też dowód na to, że wspólnota już powstała. Stała się faktem, nawet, jeśli jeszcze jest jak słabe dziecko dopiero raczkujące.
Zrobiło mi się szkoda, że moja osobista znajomość tej osoby tak krótko trwała.
Pomyślałam, co ta sytuacja może dla mnie oznaczać, czego mogę się nauczyć, co mogę stwierdzić.
W obliczu tych śmierci myślę o życiu.
Nawet nie o życiu jako całości, ale o życiu i byciu we wspólnocie Pielgrzymujących Ożarowian.
Jak ważne są chwile, które spędzamy ze sobą: w autokarze, na postojach, w Sanktuariach i w czasie wędrówek. Jak bardzo musimy pamiętać, że mogą one być ostatnimi chwilami naszych spotkań.
To staje się bodźcem dla mnie, aby okazywać innym jak największą życzliwość, uśmiech, zainteresowanie i pomoc. Aby cieszyć się spotkaniem dla samej radości poznania nowych ludzi. Chciałabym dowiedzieć się czegoś o innych, prowadzić błahe rozmowy o codzienności, wymieniać poglądy na toczące się wokół nas sprawy, ale też wymieniać się przepisami kulinarnymi.
Wydawać by się mogło, że niewiele zależy od mojego-naszego uśmiechu, chwili uwagi, poświęconego drugiej osobie czasu, a jednak lżej mi na sercu, że wciągnęłam w rozmowę w drodze panią Halinę, że snułyśmy plany o tym, co przygotujemy na herbatkę popielgrzymkową. Skorzystałam z okazji nawiązania kontaktu, wyszłam naprzeciw drugiej osobie. To nic, że ta osoba odeszła tak szybko.
Nie będą miały zastosowania do mnie słowa Jana Twardowskiego:

„Nie bądź pewny, że czas masz, bo pewność niepewna”.

Warto pamiętać o tym. Trzeba się spieszyć w wychodzeniu naprzeciw drugim ludziom.
Nie można pozwolić sobie na lenistwo, nie wolno odkładać niczego, co dotyczy ludzi na później, do lepszego nastroju, ładniejszego wyglądu, większej zasobności.
Spróbujmy „rozciągnąć” nasz osobisty czas tak, aby objąć nim innych ludzi pojawiających się na naszej drodze, w tym przypadku na drodze wspólnego pielgrzymowania.
Dawajmy sobie jak najwięcej szans, poznawajmy siebie na ulicach i w sklepach, rozmawiajmy ze sobą, czerpmy siłę z bycia we wspólnocie.
Niech harmonia bycia i życia z samym sobą, z rodziną, przyjaciółmi i znajomymi zamienia się na  harmonię w stosunkach z innymi ludźmi.
I tak wychodząc od śmierci doszłam do tego, jak żyć żeby nie zmarnować żadnego dnia podarowanego przez Pana.
25.08.2007 br.

Dodatek
Iwaszkiewicz Jarosław(1894-1980), Umrzeć trzeba – lecz lepiej i trudniej… 1977 rok (3 lata przed śmiercią)

Umrzeć trzeba – lecz lepiej i trudniej
Jest żyć, dla innych istnieć i dla siebie,
I patrzeć w górskie pogodne południe,
Jak wielkie białe kępy topnieją na niebie.

Patrzeć w siebie? A po co? Tam zrównoważone
Wszystkie noce i dzionki śpią jak owce w stajni.
Siąść przy drodze pod kopą świeżo ustawioną
I patrzeć, jak mijają mnie ludzie zwyczajni –

To wszystko. To jest życie, ni mniej ani więcej.
Nie trzeba gór ogarniać wzrokiem pożegnalnym.
Jeżeli można jeszcze – to kochać goręcej:
Czasami dzień pod wieczór staje się upalny.

Pielgrzymka w głąb siebie do Skały Wiary

Pielgrzymka w głąb siebie – do Skały Wiary

IMG_0298 Ziemia Swieta reka na skaleWyruszyłam na Pielgrzymkę do Ziemi Świętej. Z takim samym zaciekawieniem jak na pielgrzymkę do Częstochowy, Torunia czy Sandomierza. Od przylotu do Tel Avivu chłonęłam wszystko, co nowe. Uśmiechałam się do lazurowego nieba, do oślepiającego słońca, podziwiałam palmy daktylowe i plantacje bananów, zerkałam na kremowo-żółte wszechobecne pagórki. Żadnych przeżyć religijnych. Starałam się mentalnie wzbudzić w sobie zainteresowanie faktem, że stanęłam na Ziemi Chrystusa, ziemi początków wiary, mojej wiary.
Pierwszy przystanek to Betlejem, Bazylika z Grotą Urodzenia. Stanęłam w tej Grocie, patrzyłam na srebrną Gwiazdę oznaczającą miejsce Narodzenia Chrystusa, na ludzi klękających, dotykających tej skały, uświęcających swoje pamiątki z Pielgrzymki.
I pomyślałam, że ja nie muszę cisnąć się wszędzie (wtedy nie wiedziałam, że takie obrazy będą wszędzie), ja rzucę okiem, stanę obok, wyobrażę sobie ten dotyk. Pomyślałam nawet-nie będę jak niewierny Tomasz dotykała tych miejsc, jak Tomasz dotykał ran Chrystusa.
Stałam z tymi myślami chwilę w Grocie. Wreszcie się zdecydowałam, podeszłam do ołtarza, przyklęknęłam i położyłam rękę na Skale. Położyłam rękę na ciele Chrystusa.
Kładłam tę rękę na Skale do końca Pielgrzymki po Ziemi Świętej. Wszędzie była Skała, wszędzie był Chrystus, wszędzie jest Skała-Chrystus.

To Skała mojej wiary.
To Skała mojej miłości Boga.
To Skała mojej miłości do ludzi.
To Skała mojej miłości i akceptacji siebie.

To ja byłam tym Niewiernym Tomaszem, nie ci wszyscy ludzie, którzy cisnęli się do świętych miejsc. Ja nie chciałam uwierzyć w moc Skały, ja uważałam, że w myślach tylko będę wierzyła, będę wyobrażała sobie, że wierzę.
To przeżycie, ta przemiana były dla mnie wielkim wstrząsem. Były ogromną lekcją pokory.
Były też przełomem w moim przeżywaniu miejsc, po których stąpał Jezus Chrystus.
Z dnia na dzień powiększała się radość we mnie, w dowolnym miejscu i czasie mogłam wyłączać się całkowicie z dziejącej się teraźniejszości i rozważać prawdy wiary. Takie rekolekcje w milczeniu a raczej bez użycia mowy, ale z użyciem innych zmysłów.
Nie byłam sama w tych rekolekcjach. Chrystus wziął mnie za rękę w Grocie Narodzenia i prowadził poprzez Ziemie Świętą aż do Skały swojego Ukrzyżowania na Golgocie i Skały Grobu Chrystusa będącego jednocześnie Skałą Jego Zmartwychwstania. A ja słuchałam Jego, pytałam, odpowiadałam, rozmawiałam i przeżywałam.

Życzę wszystkim
aby odnajdywali Skałę wiary chrześcijańskiej,
aby szukali Skały Wiary
nie tylko w Ziemi Świętej, ale w Słowie Bożym, w sobie samych, w innych ludziach, w kolejach swojego losu, w przeżywaniu swojej codzienności.

Taka była i jest moja Pielgrzymka do Chrystusa.
17.11.2007 r.

sladyŚlady na piasku

We śnie
szedłem brzegiem morza
z Panem,
oglądając na ekranie nieba
całą przeszłość mojego życia.
Po każdym z minionych dni
zostawały na piasku dwa ślady-
mój i Pana.
Czasem jednak widziałem tylko jeden ślad
odciśnięty w najcięższych dniach
mojego życia.
I rzekłem:
„-Panie, postanowiłem iść zawsze z Tobą,
przyrzekłeś być zawsze ze mną.
Czemu zatem zostawiłeś mnie samego
wtedy, gdy mi było tak ciężko?”
Odrzekł Pan:
„-Wiesz synu, że cię kocham
i nigdy cię nie opuściłem.
W te dni, gdy widziałeś jeden tylko ślad
Ja niosłem ciebie na moich ramionach.”
Mary Stevenson (Zangare), 1936 r.

tekst opublikowany w miesięczniku „Misericordia” Sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Ożarowie Mazowieckim w czerwcu 2012 r.