Św. Ambroży – Doktor i Ojciec Kościoła

Ambroży z Mediolanu urodził w roku 339 w Trewirze. W tamtym czasie była to stolica Cesarstwa Rzymskiego i siedziba cesarza Konstantyna II. Pochodził z arystokratycznej, zamożnej rodziny. Ojciec jego był namiestnikiem cesarskim, prefektem Galii. Ambroży miał dwoje starszego rodzeństwa: siostrę Marcelinę (świętą, konsekrowaną dziewicę) oraz brata Uraniusza Satyra również świętego Kościoła katolickiego. Podanie głosi, że rój pszczół usiadł na ustach jego jako niemowlęcia, matka chciała go odegnać, ale ojciec jego nakazał poczekać, aż rój sam odleci. Poczytano to za znak, iż będzie kimś wielkim.

s.ambrozyMając zaledwie rok zostaje osierocony przez ojca i matka razem z dziećmi przenosi się do Rzymu. W tym mieście chodził do szkoły i uczył się gramatyki oraz wymowy równocześnie poznając prawo. Już jako uczeń dał się poznać jako wspaniały mówca oraz bystry i energiczny człowiek. Około roku 370 zostaje mianowany gubernatorem prowincji Liguria i Emilia z siedzibą w Mediolanie. Miasto to do 402 roku pełniło rolę stolicy cesarstwa zachodniorzymskiego. W czasie swoich rządów uporządkował prowincję oraz jej finanse.

W roku 373 zmarł ariański biskup miasta i wybór jego następcy zrodził gwałtowny spór. Katolicy chcieli swojego kandydata a arianie swojego.

Arianizm odrzucał naukę o Trójcy Świętej jak również bóstwo Jezusa Chrystusa. Nauczanie to zostało potępione przez sobór nicejski w 325 roku oraz pierwszy sobór konstantynopolitański w 381 roku.

Ambroży z uwagi na pełniony urząd, by zapobiec ewentualnym rozruchom, udał się do kościoła gdzie miano wybrać następcę zmarłego biskupa Auksencjusza. Gdy obie strony nie mogły osiągnąć porozumienia jakieś dziecię zawołało głośno: „Ambroży biskupem!”. Zgromadzeni uznali to za głos Boży i chórem powtórzyli okrzyk: „Ambroży biskupem”. Prosząc o czas do namysłu skorzystał z okazji by uciec z miasta. Nocna ucieczka zakończyła się u bram Mediolanu – co Ambroży odczytał jako wolę Bożą i postanowił poddać się temu wyborowi. Do objęcia urzędu potrzebny był jeszcze chrzest oraz święcenia. W IV wieku z chrztem czekano do czasu osiągnięcia wieku dorosłego. Ambroży był tylko katechumenem (osoba przygotowująca się do chrztu, które mogło trwać parę lat). Dnia 7 grudnia 373 roku Ambroży został biskupem Mediolanu.

Św. Ambroży starał się by wiara katolicka była elementem łączącym w imperium, by Kościół i władza świecka współpracowały ze sobą. Współpraca ta miała mieć jasne i określone zasady. Jak to sam określił w kazaniu: „Bo cesarz jest w Kościele, a nie ponad Kościołem. Dobry bowiem cesarz stara się nieść pomoc Kościołowi, a nie zwalczać go”. Dzięki niemu cesarz Gracjan w roku 380 wydał dekret uznający religię katolicką za jedyną religię państwową. W 382 roku ten sam cesarz usunął z budynku senatu rzymskiego posąg bogini Wiktorii. Ambroży był nieubłaganym wrogiem arian i nie zawahał się wejść w konflikt z matką cesarza Walentyniana II, Justyną popierającą tę herezję. Płomienne kazania głoszone przez Ambrożego były słuchane przez Augustyna (święty, Doktor i Ojciec Kościoła, biskup, filozof i teolog), który pod wpływem nauczania biskupa Mediolanu nawrócił się i przyjął chrzest w 387 roku z jego rąk.

Biskup Ambroży zwracał wielką uwagę na liturgię w Kościele. Od jego imienia pochodzi nazwa rytu ambrozjańskiego w Kościele katolickim, który funkcjonuje do dziś w diecezji mediolańskiej oraz we włoskojęzycznej części Szwajcarii. s.ambrozy-2Był rozważnym i wrażliwym na krzywdę ludzką, odznaczał się silną wolą, poczuciem ładu i zmysłem praktycznym. Był nazywany: „kolumną Kościoła” oraz „perłą, która błyszczy na palcu Boga”. Głosił porywające kazania dla wiernych, uważając nauczanie ludu za swój podstawowy pasterski obowiązek. Aby mieć odpowiednio przygotowanych współpracowników w diecezji założył seminarium-klasztor dla przyszłych kapłanów. Sam nadał im regułę i często wśród nich przebywał.

Ambroży z Mediolanu był również twórcą śpiewu liturgicznego nazywanego chorałem ambrozjańskim lub śpiewem mediolańskim. Śpiewy te są źródłem i podstawą do powstania chorału gregoriańskiego – najpiękniejszej rzeczy po tej stronie nieba.

Święty Ambroży w imię wartości chrześcijańskich napomniał cesarza Teodozjusza i zażądał odprawienia pokuty za okrutne wymordowanie 7 tysięcy mieszkańców Tessalonik. Pokuta odprawiana była publicznie i trwała osiem miesięcy. Gdy cesarz chciał zająć miejsce w prezbiterium, jak to czynił w Konstantynopolu, Ambroży nie zgodził się mówiąc: „Purpura jest oznaką cesarza, nie kapłana”. Później, gdy poproszono cesarza by zasiadł w prezbiterium odrzekł: „Za późno poznałem, jaka zachodzi różnica między biskupem a cesarzem. Zawsze otoczony pochlebcami, teraz dopiero poznałem męża, który śmiał mi otwarcie powiedzieć prawdę. Jednego tylko znam, co godzien być biskupem, a jest nim Ambroży”. Cesarz Teodozjusz cenił Ambrożego, z jego rąk przyjął ostatnie namaszczenie i zmarł w jego ramionach.

Św. Ambroży, biskup Mediolanu zmarł 4 kwietnia 397 roku w Wielki Piątek w drodze na antyariański synod w Capui. Wspomnienie liturgiczne zaczęto obchodzić nie w dniu narodzin dla nieba ale w dniu przyjęcia święceń biskupich – 7 grudnia.

Św. Ambroży jest patronem Bolonii, Mediolanu i pszczelarzy.

 

PIERWOTNIE TEKST BYŁ OPUBLIKOWANY W MIESIĘCZNIKU „MISERICORDIA” SANKTUARIUM MIŁOSIERDZIA BOŻEGO W OŻAROWIE MAZOWIECKIM W GRUDNIU 2014 ROKU.

Doświadczanie cnót

Człowiek doświadcza pokory przez pysznego, wiary przez niewiernego, nadziei przez zrozpaczonego, sprawiedliwości przez niesprawiedliwego, litości przez okrutnika, łagodności i dobrotliwości przez gniewnego.

Wszystkich cnót doświadcza się i spełnia je przez bliźniego, podobnie jak niegodziwi spełniają przez niego wszelkie swe złości. Wiedz, że pokory doświadcza się pychą, bo pokora tryumfuje nad pychą. Pyszny nie może wyrządzić szkody pokornemu, jak niewierność złego człowieka, który Mnie nie kocha i nie ufa Mi, nie udziela się temu, który jest Mi wierny; nie umniejsza wiary ani nadziei w tym, który ją począł w sobie przez miłość do Mnie; owszem, umacnia ją i wypróbowuje ją w miłości bliźniego. Kiedy widzi, że ktoś jest niewierny i nie pokłada nadziei we Mnie i w bliźnim (bo kto nie kocha Mnie, nie może mieć wiary i ufności we Mnie, lecz wierzy i ufa własnej zmysłowości, która zabiera całą jego miłość), wierny mój sługa nie przestaje jednak kochać go wiernie i z ufnością szukać we Mnie jego zbawienia. Widzisz więc, że niewierność i brak ufności doświadczają wiarę wierzącego. W tych i innych okolicznościach, w których wiara potrzebuje potwierdzenia, wierzący potwierdza ją dla siebie i względem bliźniego swego.

Nie tylko sprawiedliwość nie umniejsza się przez niesprawiedliwość innych, lecz także doznane niesprawiedliwości wykazują, że sprawiedliwy trwa w sprawiedliwości przez cnotę cierpliwości, tak samo jak dobrotliwość i łagodność w obliczu gniewu świadczą o słodkiej cierpliwości, a zazdrość, odraza i nienawiść dobywają na jaw życzliwość miłości oraz głód i pragnienie zbawienia dusz.

Nie tylko cnota umacnia się w tych, którzy odpłacają dobrym za złe, lecz powiadam ci, że często próba czyni z nich węgle płonące ogniem miłości, który niszczy nienawiść i urazę w sercu i ducha gniewnego złośnika i zmienia nienawiść w życzliwość. Taka jest siła miłości i doskonałej cierpliwości w tym, który, narażony na gniew złośnika, znosi bez skargi jego ułomności (zob. Rz 12, 17-20).

 

Św. Katarzyna ze Sieny, Dialog o Bożej Opatrzności czyli księga Boskiej nauki, Poznań 2012

Psychologia zamiast religii

Początki i korzenie współczesnej psychologii sięgają idei oświeceniowych. Wtedy zaczęto odrzucać Boga i zaczęto kierować się wskazaniami ludzkiego umysłu. Pod wpływem panujących prądów umysłowych zaczęło się prześladowanie Kościoła jak również katolików co było bardzo widoczne w rewolucji we Francji. Wiek XIX powodował coraz większe odrzucanie Bożego prawa i przykazań. Inaczej wyjaśniano dotychczasową naukę o grzechu, winie, zadośćuczynieniu i pokucie. Próbowano znaleźć inne usprawiedliwienia dla człowieka. To było inaczej sformułowane kłamstwo szatana, że człowiek może być samowystarczalny i może obyć się bez Boga. Nauczanie Kościoła zostało odrzucone jako nienaukowa, wsteczne, z ciemnogrodu.

W takim klimacie żyli i tworzyli prekursorzy psychologii. Za ojca psychologii, twórcę psychoanalizy uważany jest Zygmunt Freud. O sposobach prowadzenia badań, fabrykowaniu badań jak i fałszowaniu wyników można poczytać między innymi w pracy „Zakazana psychologia” Tomasza Witkowskiego, czy też „Freud i pseudonauka” Franka Cioffi. System Freuda uwalniał człowieka od odpowiedzialności za swoje czyny. Działania ludzkie były usprawiedliwiane podświadomością i nie poddające się kontroli. Zachowanie człowieka ma być zdeterminowane przez różne czynniki wewnętrzne jak i zewnętrzne. Jest to swojego rodzaju odrzucenie wolnej woli jak i działania łaski Bożej. Podświadomość zdejmuje z człowieka odpowiedzialność za jego czyny. Freud krytykował religię uznając ją za rodzaj nerwicy, miało to być rodzajem złudzenia potrzebnego do radzenia sobie we wrogim świecie.

okladka_wasiukiewicz.inddKolejną osobą bardzo popularną we współczesnej psychologii jest Carl Gustaw Jung. Człowiek o bardzo barwnym życiorysie. Pradziad był Mistrzem Loży Szwajcarskiej, dziadek ze strony matki, pastorem i okultystą, ojciec zaś pastorem Kościoła Reformowanego. Rodzina ze strony matki była bardzo zainteresowana praktykami okultystycznymi a on sam w dzieciństwie spędził dłuższy czas w szpitalu psychiatrycznym. Jung promował astrologię, alchemię, I Ching, nekromancję, wizualizację. Fascynowali go myśliciele i naukowcy zaciekle walczący z chrześcijańskim porządkiem świata. Jung twierdził, że świadomym celem życia człowieka jest samorealizacja. Wielu autorów widzi w nim prekursora ruchu New Age. Jung kreuje własną psychodeliczną religię o gnostyckim podłożu, gdzie Chrystus i Antychryst są jako swoiście widziana jedność. Bóg jest osobistym doświadczeniem psychicznym, jest tylko wytworem umysłu człowieka.

Młodszym od nich był Abraham Maslow twórca hierarchii potrzeb, która bazowała również na samorealizacji jako najważniejszym celu w życiu człowieka. Według jego koncepcji, aby człowiek mógł się prawidłowo rozwijać, musi najpierw zaspokoić potrzeby podstawowe tzn. fizjologiczne i bezpieczeństwa, następnie przynależności i miłości, własnej wartości i uznania aż do potrzeby najwyższej – samorealizacji. Kłóci się to z nauczaniem Jezusa, że najważniejsze jest szukanie Królestwa Bożego i pełnienie woli Bożej a reszta będzie nam dana. Gdy celem jest samorealizacja i możemy go osiągnąć sami to Bóg przestaje nam być potrzebny.

Jesteśmy przekonani, że psychologia ma poparcie naukowe i mocne dowody na potwierdzenie swoich tez. Mało kto zdaje sobie sprawę, że psychologia nie jest tym za co się podaje, i że jesteśmy uczestnikami wielkiego oszustwa i manipulacji. Nie chodzi o same badania, gdyż wiele z nich jest rzetelnie wykonane i dobrze opisują zachowania, reakcję i zależności. Do momentu gdy opisujemy rzeczywistość to nie ma problemu. Trudności zaczynają się gdy pojawia się interpretacja wyników i pogłębiają się one gdy zaczynamy stosować je w praktyce. Opis rzeczywistości przez psychologię można uznać za dziedzinę naukową. Wyciąganie wniosków i budowanie teorii związane jest z projekcją własnych poglądów, zapatrywań, ideologii osoby interpretującej. Formułując wnioski nie jesteśmy obiektywni, zawsze robimy to przez pryzmat własnych doświadczeń, poglądów, systemu wartości i nie ma możliwości by tego uniknąć. Freud i Jung przenieśli wprost swoje antychrześcijańskie poglądy na tworzone koncepcje. Nadmierne zainteresowanie Freuda seksem spowodowało iż swoje problemy i fantazję uogólnił, przypisując wszystkim to co sam przeżywał.

WykresPsychoterapia nie jest tak skuteczna jak się przedstawia. Hans Eysenck przeprowadził badania, które jednoznacznie pokazują, że psychoterapia nie ma żadnych podstaw naukowych. Wnioski z badań widać na podanym wykresie. Wyniki badań nad młodzieżą w Anglii wykazały, że młodociani przestępcy nie korzystający z poradnictwa wchodzą w konflikt z prawem rzadziej niż ci, którzy taką pomoc otrzymują. Terapie często trwają latami i powodują uzależnienie od terapeuty lub terapii. Wygląda jakby psychoterapia tworzyła problemy, z którymi później walczy mało skutecznie.

Świecka psychologia przypisując sobie naukowe podstawy odrzucała religię jako nienowoczesny zabobon. Badania przeprowadzone pod koniec XX wieku pokazały, że osoby religijne żyją dłużej i znacznie rzadziej mają zawał serca. U osób wierzących stwierdzono większą przeżywalność po zawale. Religijność ma wpływ również na mniejsze ryzyko depresji oraz szybszy powrót do zdrowia osób na nią cierpiących.

W pierwszej połowie XX wieku powstała szkoła filozoficzna nazwana pozytywizmem logicznym. Jej twórcy zajęli się krytyką wielu teorii i koncepcji psychologicznych jako nieweryfikowalnych naukowo. Uznali za absurdalne pojęcie podświadomości, gdyż nie ma możliwości udowodnienia istnienia czegoś takiego. Istnienie podświadomości wymaga takiej samej wiary jak to, że naszym życiem kieruje Opatrzność Boża. Św. Paweł pisząc: „Nie czynię dobrego, które chcę, tylko złe, którego nie chcę”, nie zwalał odpowiedzialności na podświadomość, wiedział, że to grzech powoduje ten stan rzeczy. Od samego początku człowiek ma nieodpartą chęć do usprawiedliwiania siebie i zrzucania odpowiedzialności na innych. W dniu dzisiejszym psychologia ułatwia takie podejście, możemy powiedzieć, że nasze wybory wynikają z podświadomości, uwarunkowań genetycznych, choroby. Również wpływ społeczeństwa, urazów z dzieciństwa, traumy z przeżyć szkolnych itd., dają nam podstawę do usprawiedliwiania grzechów. Według obecnych standardów nie ma zła, są tylko choroby, zaburzenia, uzależnienia. Nie ma złodziei są tylko kleptomani, nie ma podpalaczy są tylko piromani, ani pijaków tylko uzależnieni, chorzy z powodu słabej woli. Pojawia się twierdzenie, że psychologia to religia udająca naukę, która jednocześnie ma na celu zniszczenie prawdziwej religii. W imię nauki psychologia wyrugowała religię a kierownictwo duszy zastąpiono leczeniem umysłu, zwanym psychologią. Psychologia jest religią, bo przedmiotem jej zainteresowania jest sens i cel życia, wartości i zachowania, narzuca pewien system wierzeń, tworzy nowy system wartości i nie ma żadnych podstaw naukowych.

Mit pozytywnego myślenia

Co jest złego w pozytywnym myśleniu? Współczesna koncepcja pozytywnego myślenie nie polega na tym by dobrze myśleć o sobie i o innych. Dzisiaj chodzi o myślenie „możliwościowe”. Chodzi tu o wpływanie na rzeczywistość za pomocą naszych myśli, czego nie można naukowo udowodnić, a po drugie chodzi o odwadzanie nas od prawdy, że bez Chrystusa nic nie możemy. Jest to tylko umacnianie pychy, która jest źródłem wszystkich innych grzechów. Pozytywne myślenie naucza, że nasze wewnętrzne nastawienie da nam szybko sukces w postaci bogactwa, zdrowia, satysfakcji nie tylko w pracy. W księgarniach możemy znaleźć całe stosy poradników jak dzięki pozytywnemu myśleniu możemy osiągnąć sukces oraz że możemy dzięki niemu wpływać na innych ludzi. Z podejściem naukowym ma to niewiele wspólnego, przypomina to bardziej praktyki okultystyczne. Ideologia pozytywnego myślenia (PM) opiera się w pewnej części na przekonaniu, że człowiek wykorzystuje jedynie kilka procent możliwości mózgu (spotkałem się z informacją, że profesor wykorzystuje jedynie ok. 10% co miało być wysokim wskaźnikiem). Przekonanie to nie zostało potwierdzone żadnymi badaniami klinicznymi i jak na razie nie ma faktycznego potwierdzenia tych rewelacji. Część psychologów, mimo to, chcąc wykorzystać pełne możliwości ludzkiego umysłu wykorzystuje w swojej terapii techniki zaczerpnięte z religii wschodu jak joga, autohipnoza, autosugestia, trening relaksacyjny, medytacje wschodnie, wizualizację.

Nie potrzebujemy już opieki Opatrzności Bożej, łaska Boża również nie jest już potrzebna, Bóg zaś nie jest sędzią sprawiedliwym. O tym, na co otwieramy się kierując się w życiu ideologią pozytywnego myślenia sporo mogą powiedzieć egzorcyści, którzy mają styczność na co dzień z ludźmi stosującymi te metody. Pozytywne myślenie nie wymaga pracy nad sobą i ciągłej walki duchowej, nie uwzględnia krzyża i cierpienia jako drogi do doskonałości, przez co jest łatwiejsze i przyjemniejsze do realizowania i dlatego wielu ludzi wpada w tę pułapkę. Pozytywne myślenie powoduje tłumienie prawdziwych uczuć. Mamy coraz więcej osób nierealistycznie myślących, których wyobrażenia i oczekiwania są nieadekwatne do rzeczywistego otoczenia. Rzeczywistość, często brutalnie weryfikuje ich nastawienie, co kończy się dla nich często depresjami i wizytami w gabinetach psychoterapeutów.

 

Nie wprzęgajcie się z niewierzącymi w jedno jarzmo. Cóż bowiem ma wspólnego sprawiedliwość z niesprawiedliwością? Albo cóż ma wspólnego światło z ciemnością?(2 Kor 6, 14).

U podstaw współczesnej psychologii leży przekonanie o konieczności samorealizacji i samoaktualizacji. Odrzucono antropologię chrześcijańską a postawiono na pierwszym miejscu człowieka z jego potrzebami.

Chrześcijaństwo Psychologia
Bóg w centrum Człowiek w centrum
Bóg osobowy w Trójcy jedyny Kult podświadomości
Łaska Boża niezbędna Nieograniczone możliwości umysłu
Współpraca z łaską przez modlitwę Techniki samorozwoju
Grzeszna natura człowieka Człowiek z natury dobry
Grzech Choroba, zaburzenie
Wolna wola Wpływ czynników niezależnych
Celem życie wieczne Celem samorealizacja
Dążenie do świętości Dążenie do sukcesu
Kierownictwo duchowe Psychoterapia
Prawo dane przez Boga Tworzenie własnych zasad moralnych
Zaufanie Bogu Wiara we własne siły

 

Człowiek, pozostający pod wpływem myślenia psychologicznego, nastawiony jest na zaspokajanie własnych potrzeb – nie może być naprawdę szczęśliwy, nie może czuć się bezpiecznie, taki człowiek nie umie porządkować własnego życia.

Człowiek powodowany pychą, odwrócił się od Bożych przykazań i ustanowił własne prawa. Za tę pychę przychodzi płacić wysoką cenę, nie tylko w życiu doczesnym.

 

Według „Psychologia jak religia, religia jak psychologia”, Anna Wasiukiewicz, Warszawa 2015

 


Anna Wasiukiewicz – mężatka, matka trójki dzieci, psycholog i publicysta; udziela porad psychologicznych w ramach Fundacji Promień Bożego Miłosierdzia.

 

Religia Kanta

W zeszłym wieku (tj. w XVIII), kiedy ilość zarozumiałych głów przekładała się na wielość różnych tłumaczeń Pisma Świętego, pojawił się osobliwy człowiek i zaprezentował swój wykład nauki moralnej, która obok siebie nie dopuszcza wiary. Był to Emmanuel Kant (zm. W 1804r.), profesor filozofii na Uniwersytecie Królewieckim w Prusach. Będąc wychowanym wśród wolności sumienia nakierowanej na wszystko, wydał nieodrodne owoce od swojego szczepu, z którego wyszedł. Pobudzony rządzą zdobycia sławy, umyślił szukać jej w nowości, dosyć szczęśliwy, według swojego zdania, że trafił na błąd, którego nikt przed nim przynajmniej jawnie nie odważył się nauczać i popierać. Dumny ze swoich pierwszych sukcesów, ogłosił w swych pismach, że pokaże dokąd rozum ludzki zdoła sięgnąć swoim objęciem. Uwielbiany i naśladowany przez wielu, usiłował postawić na gruzach starej prawdy nowy błąd i kłamstwo. Swoje rozumienie Pisma Świętego nazwał moralnym i oparł je na tych niby niewzruszonych zasadach:

  1. Zmysły są jedynym sposobem, przez który rozum może przekonać się o istnieniu i własnościach rzeczy; do czego zmysły nie dojdą, tego rozum nie może twierdzić z pewnością.
  2. Rozum w religii nie może mieć ani udziału, ani zasługi; wszystkie zatem rzeczy, które należą tylko do rozumu, i w zgłębianiu których na próżno się on wysila, nie mają żadnej wartości.
  3. Wszelka religia polega tylko na przyzwoitych i uczciwych obyczajach, tę zaś uczciwość nabywa się przez cnoty towarzyskie, którymi kojarzą się i utrzymują związki społeczeństwa.

Położywszy te zasady wnosił:

– Iż tylko nauki przyrodzone, oparte na doświadczeniu zmysłowym, mają niezawodną pewność. Reszta, gzie rozum musi badać albo upokarzać się przed powagą Objawienia, jest zajęciem niegodnym człowieka i wprost przeciwnym jego szlachetnemu przeznaczeniu.

– Prawdy podane w Piśmie Świętym do wierzenia rozumowi, jeżeli nie dają naciągnąć jakimś sposobem do ukształtowania woli i poprawy obyczajów, można je odrzucić chociażby były najściślej przykazane.

Takie są jego zasady, dążące wprost do usunięcia wszelkich tajemnic z religii, tak dalece, że nawet sam Syn Boży, u tego bezbożnika, nie był czymś innym, jak tylko pięknym pomysłem i zebraniem towarzyskich cnót, wystawionym w myśli na kształt osoby miłej Bogu. Gdy zaś do tłumaczenia Pisma Świętego tylko sam rozum wyznacza, i jeszcze tak go ogranicza, aby zgoła nic nie stanowił, nic nie wnioskował, o czym by się wpierw przez zmysły nie przekonał, któż tu nie widzi, że tym jednym zamachem dąży do zniweczenia prawd odwiecznie utrzymywanych między wszystkimi narodami? Bo któż chwyciwszy się tej zasady, będzie jeszcze chciał wierzyć, tak jak zawsze wierzono, w nieśmiertelność duszy, w wieczne nagrody i kary, w Boga albo wprost przez siebie, albo przez posługę aniołów, objawiającego ludziom swoją wolę, gdyż o tym rozum jego ani oko, ani ucho, ani żaden inny zmysł przekonać nie jest w stanie.

Zatem Kant, Emmanuel z imienia, co znaczy „Bóg z nami”, jest czystym bezbożnikiem, i zdaje się nosić to piękne imię tylko dlatego, żeby ciągle sprzeciwiać się Bogu swoimi szkaradnymi błędami. Wszakże pomimo to, że wytyczył prostą drogę do zagłady Bóstwa, do zniszczenia religii i do zhańbienia rozumu, wzbudził jednak w wielu podziw. Poszły za jego nauką szkoły, akademie, towarzystwa uczone, uważno go za wielkiego mędrca, chwalono jego przenikliwość i głębokość rozumu, i jeszcze dziś o jego zasługi w świecie uczonym spór wiodą. Jakby było trudno ocenić stopień nagrody dla tego, który zamienił Boską cześć w towarzyską korzyść, wymyślił religię bez wiary, uwięził rozum w ciemnych granicach zmysłów i wskazał drogę do życia rozpustnego.

To są smutne obłąkania, które Bóg dopuszcza na odszczepieńców od Kościoła rzymskokatolickiego, że nigdy nie mogą utrzymać jednomyślności między sobą. Przed trzema wiekami w Wittenberdze i w Genewie wiara zastępowała wszystko, a dobre uczynki zgoła nie były potrzebne do zbawienia, zaś za czasów Kanta uczynki i cnoty towarzyskie w Królewcu stanowiły całą religię, a wiara na nic się nie zdała.

Wzdryga się zdrowy rozum na bredzenie, których nawet pogańscy filozofowie dopuścić nie śmieli, jak widać z ich wyroczni i tajemnic. Ale (powie ktoś) za mędrcem naszym stoją wyroki Pisma Świętego, gdzie tyle przekazów jest o dobroczynności, o wspólnej zgodzie, o darowaniu uraz. Tak jest, te wykonać trzeba, lecz i czego wiara nas uczy – nie zaniedbywać. Inaczej byłoby to podobnie jak z tych słów Chrystusa: „Nie sądźcie a nie będziecie sądzeni”(Mt 7,1) wnosić, że do wiecznego uszczęśliwienia się dosyć jest unikać płochego posądzenia, a zabójcom, cudzołożnikom, niedowiarkom niebo obiecywać, dokąd ich jednak sam Chrystus nie dopuszcza (Ap 22,15). Wyroki Pisma Świętego nie są więc wszystkie zamknięte w jednym punkcie, ale są podzielone na te, w które potrzeba wierzyć i te które wypełniać koniecznie potrzeba. Bo jeżeli nam zalecono „abyśmy przez dobre uczynki pewne czynili wybranie nasze” (2 P 1,10) tedy również przykazano, „żebyśmy podbijali wszelki rozum pod posłuszeństwo Chrystusowe”(2 Kor 10, 5).

Skoro więc chcemy trzymać się takiej religii, jaką Chrystus ustanowił i podał przez Ewangelię, tedy powinniśmy niezbędnie wierzyć w to, co Ewangelia ta podaje nam do wierzenia. Wyraźnie bowiem Chrystus rzekł: „Przepowiadajcie Ewangelię wszelkiemu stworzeniu, Kto uwierzy i ochrzci się, zbawiony będzie, a kto nie wierzy, będzie potępiony”(Mk 16, 15). I św. Paweł też naucza: że „bez wiary niepodobna jest podobać się Bogu”(Hbr 11, 6). Cały człowiek jest obowiązany czcić Boga, bo cały przez Niego jest stworzony; a zatem i rozum swój powinien uniżyć przez Jego Boskim Majestatem. To zaś dzieje się dopiero wtedy, gdy się wierzy w to, czego się nie widzi się i rozumem nie pojmuje. „Bo wiara jest gruntem tych rzeczy, których się spodziewamy, wywodem rzeczy niewidzialnych”, mówi św. Paweł (Hbr 11, 1). Religia Kanta niby to bez wiary wyciągnięta z Ewangelii, nie jest religią Chrystusa, ale Kanta. A że pozwala każdemu żyć według własnych upodobań, doszło do tego, że znalazła wielu stronników, wśród tych, którym smakuje bydlęce życia.

 

Ks. Franciszek Pouget

 

„Protestantyzm potępiony przez papieży”; Wydawnictwo Diecezjalne i Drukarnia w Sandomierzu; Sandomierz 2012

 

Wiara i nadzieja Chrystusa

Wiara, jak podaje katechizm Kościoła Katolickiego, jest to cnota nadprzyrodzona, która pod natchnieniem i z pomocą łaski sprawia, że przyjmujemy za prawdę to, co Bóg objawił, a przez Kościół do wierzenia podaje; przyjmujemy zaś to za prawdę nie dlatego, żebyśmy przyrodzonym światłem rozumu przejrzeli wewnętrzną prawdziwość tych prawd, lecz przez wzgląd na powagę samego Boga, który to objawił, a który się ani mylić nie może ani w błąd wprowadzać.

596px-Schnorr_von_Carolsfeld_-_Glaube,_Liebe,_Hoffnung

Wiara, nadzieja i miłość (alegoria)

Przyjmujemy za prawdę, poprzez wiarę to, czego nie jesteśmy w stanie dowieść ludzkim rozumem, a co zostało objawione przez Boga. Według tej definicji Jezus Chrystus nie posiadał wiary, był niewierzący. Chrystus wiedział, był Słowem w które należy wierzyć. Wynika z tego również, że wraz ze śmiercią umiera wiara. Będziemy wtedy oświeceni i wiedza zastąpi wiarę.

Podobna sytuacja jest z cnotą nadziei – jest to cnota nadprzyrodzona, która sprawia, że dla zasług Jezusa Chrystusa, oparci na dobroci, wszechmocy i wierności Boga, z ufnością oczekujemy żywota wiecznego i łask potrzebnych do jego osiągnięcia, bo Bóg obiecał żywot wieczny tym, którzy będą wykonywać uczynki dobre.
Jeśli będziemy chcieli zastosować tę cnotę do samego Jezusa to wyjdzie nam nieporozumienie. Z tego wynika, że również nadziei Jezus nie miał.

Natomiast miłość bliźniego w przypadku Jezusa była nieograniczona i doskonała gdyż występowała pojedynczo w triadzie cnót boskich.

Miłość bliźniego polega zasadniczo na obdarowywaniu drugiego w taki sposób, że przyczyniamy się do jego autentycznego i wszechstronnego rozwoju. Swoją pełnię osiągnie człowiek dopiero w niebie, dlatego przez autentyczną miłość powinniśmy przede wszystkim pomagać mu w osiągnięciu wiecznego zbawienie. Mamy dawać człowiekowi to, czego potrzebuje do wzrostu i do pełni szczęścia, szczególnie wiecznego. Druga osoba potrzebuje naszej życzliwości, prawdy, obecności, rady, czasami pomocy materialnej, naszego serca. Potrzebuje jednak przede wszystkim prawdy Bożej, Ewangelii, która pomaga osiągnąć życie wieczne.

Tu widzimy dlaczego miłość jest największą [por. 1 Kor 13,12-13] gdyż dotyczy nie tylko samego człowieka jak wiara i nadzieja, ale podlega jej Bóg stąd też jest wieczna, jak On sam.

 

Bóg szczęściem dla duszy

J-h-newman

Bł. J.H. Newman

Posiadanie Ciebie, Miłośniku dusz jest szczęściem, i to jedynym szczęściem nieśmiertelnej duszy! Radowanie się widokiem Twoim jest jedynym szczęściem wieczności. Obecnie mogę zabawiać się i podtrzymywać marnościami podległymi zmysłom i czasowi, ale one nie będą trwały zawsze. Będziemy z nich odarci, kiedy odejdziemy z tego świata. Pewnego dnia wszystkie cienie się rozproszą. I cóż ja wtedy uczynię? Nic mi nie pozostanie oprócz wszechmogącego Boga. Jeśli nie potrafię czerpać radości z myśli o Nim, to później nie będzie nikogo, kim mógłbym się radować; o ile o mnie chodzi, Bóg i moja dusza będą jedynymi dwiema istotami, jakie pozostaną w całym świecie. Czy tego chcę, czy nie chcę, będzie On wszystkim we wszystkim. W jakiejż więc będę niedoli, jeśli Jego nie będę kochał, a nie pozostanie nic innego do kochania, jeśli będę czuł niechęć do Niego, a On będzie wtedy patrzył na mnie!

 

Rozmyślania i modlitw; John Henry Newman; IW PAX 1967.

Duch czasów w Kościele

Wielu świętych swoje nauki i cele zawarło w ułożonych modlitwach. Tymi modlitwami zwracali się do Boga i dzięki nim otrzymywali łaski. Kościół Katolicki przeprowadzając proces beatyfikacyjny uznał, że są one zgodne z Objawieniem i doktryną katolicką. Jako takie mogą być używane. Wiadomym jest, że św. Maksymilian Maria Kolbe przebywając w Rzymie był widzem odbywający się w roku 1917 pochodów czczących 200-lecie powstania masonerii. Przerażony tym co zobaczył postanawia założyć Rycerstwo Niepokalanej. Dla tego Rycerstwa ułożył akt strzelisty do codziennego odmawiania.

O Maryjo bez grzechu poczęta, módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy
i za wszystkimi, którzy się do Ciebie nie uciekają, a zwłaszcza za masonami i poleconymi Tobie.

W późniejszych latach stosunek o. Kolbego do masonerii wzbudzał w niektórych środowiskach wiele kontrowersji. Tymczasem ta modlitwa ukazuje, że był on pozbawiony wszelkiej nienawiści do masonów, a motywowała go jedynie ewangeliczna troska o ich zbawienie.

Jednak, ze względu właśnie na owe kontrowersje, modlitwę „ocenzurowano”, zastępując masonów bardziej ogólnikowym, choć niewątpliwie szerszym zwrotem: „nieprzyjaciele Kościoła Świętego”. W czasach, kiedy często nawet w Kościele wielu nie chce nazywać w sposób zdecydowany zła po imieniu, trudno oczekiwać powrotu do pierwotnej wersji modlitwy.

 

Zmiany w modlitwach były podyktowane dostosowaniem do życia bieżącego. Dostosowano się do wymagań osób będących poza Kościołem. Metoda i sposób zostały pokazane a teraz tą samą droga idą próby dalszych zmian.

 

W opinii katolickiego publicysty Mathiasa von Gersdorffa niemiecki Episkopat podjął fatalną decyzję, reformując kościelne prawo pracy tak, aby wyjść naprzeciw publicznym cudzołożnikom. (…)

Kościół poluzował prawo pracy – i zrobił to „z własnej woli, o czym można przeczytać w prasowym oświadczeniu niemieckiego Episkopatu” – pisze von Gersdorff. „Wstąpienie, przykładowo, w homoseksualny związek partnerski nie będzie już więcej prowadzić do wypowiedzenia” – dodaje.

„Katolickie stowarzyszenia zapłacą za to nawet ceną swojej katolickiej tożsamości. W wielu krajach Kościół walczy, by nie zostać przez prawo zmuszonym do podobnych rozwiązań – w Niemczech chętnie ugina się przed duchem czasu” – czytamy dalej.

http://www.pch24.pl/von-gersdorff–kosciol-w-niemczech-ugial-sie-przed-duchem-czasu,35612,i.html

Ugięcie się przed duchem czasów Kościoła Katolickiego nastąpiło już jakiś czas temu. A tak naprawdę to było hasło i cel II Soboru Watykańskiego – adżiornamento czyli uwspółcześnienie, aktualizacja, dostosowanie do dzisiejszego dnia; dosł. udzisiejszenie. Silne i liczne głosy domagające się komunii św. dla rozwodników będą podstawą do kolejnego kroku adżiornameto w Kościele oraz wdrażania postanowień Soboru Watykańskiego II. Jak podaje sam Paweł VI w encyklice Ecclesiam suam poświęconej relacji Kościoła i współczesnego świata: [Kościół ma] czujnie śledzić znaki naszych czasów, i dzięki młodzieńczej gorliwości, zawsze i wszędzie doświadczać wszystkich rzeczy, a co szlachetne – zachować.

Jak widać Kościół najpierw ma doświadczyć wszystkiego by następnie zachować to co jest szlachetne.

Posłuszeństwo Kościołowi

Przyjmując naukę Kościoła, przyjmujmy również i prawo, które on ogłasza jako prawo Boże lub mocą Chrystusową ustanawia jako swoje prawo. Duch samowoli i buntu, objawiający się, jeżeli nie w otwartym buncie, to przynajmniej w sądzeniu i potępianiu władzy duchownej, niech będzie obcy nam, jako duch świata i szatana. Wystarczy wiedzieć, że Kościół tak lub inaczej nakazywał, chociażby życie tych, co te prawa głoszą, nie było tak czyste i święte jak by powinno. Nie odważaj się nigdy choćby na jedno słowo uwłaczające czci i majestatowi Matki Kościoła, bo „przeklęty”, kto znieważa swoją matkę. I nie przekraczaj jej przepisów co do postów, świąt, spowiedzi wielkanocnej itd., ale owszem bądź zawsze dzieckiem posłusznym i kochającym. To chętne posłuszeństwo, szczególnie w rzeczach przykrych, jest znamieniem duszy prawdziwe katolickiej.

Hos1

Stanisław Hozjusz (1504 – 1579)

Pobożny i uczony kardynał Stanisław Hozjusz, jeden z najznakomitszych mężów XVI wieku, miał zwyczaj, mimo wątłego zdrowia, ściśle zachowywać przepisane posty. Gdy mu niektórzy radzili, aby nie był tak surowy dla siebie, odrzekł: ”Czynię to dla własnego dobra,; pragnę bowiem długo żyć, dlatego wypełniam przykazania Boże: Czcij ojca twego i matkę twoją, abyś długo żył. Ojcem moim jest Pan Bóg w niebie, Matką Kościół na ziemi. Otóż Bóg, mój Ojciec, rozkazuje mi pościć, a Matka Kościół przepisuje dni, w które mam pościć. Chętnie słucham tych rodziców, a za to spodziewam się wiecznego i szczęśliwego życia”. Wzór takiego posłuszeństwa zostawił nam również cesarz Teodozjusz I. W uniesieniu gniewu rozkazał stracić wielką liczbę obywateli miasta Tesaloniki, a między nimi wielu niewinnych. Gdy wkrótce potem, otoczony dworskim orszakiem, chciał wejść do kościoła w Mediolanie, zastąpił mu drogę święty biskup Ambroży i odezwał się z apostolską odwagą: „Cesarzu, jak śmiesz wchodzić do kościoła, mając ręce zbroczone niewinną krwią?” Kiedy cesarz przytoczył na swoją obronę, że i król Dawid zgrzeszył cudzołóstwem i mężobójstwem, odrzekł święty biskup: „Skoro naśladowałeś grzeszącego, naśladuj teraz pokutującego”. Pobożny cesarz przyjął wyrok z pokorą i podjął wyznaczoną mu pokutę.

 

Życie duchowe; Św. J.S. Pelczar, t2

Bóg i kamień

Jadąc w autobusie słyszałem rozmowę młodych ludzi. Jeden z nich zadał pytanie: czy Bóg może stworzyć kamień, którego nie będzie w stanie podnieść?
bog_ojciecKlasyczne pytanie agnostyków mające na celu pokazać paradoks przymiotów Boga, a co za tym idzie, Jego nieistnienie.

Jak można na to pytanie odpowiedzieć? Patrząc literalnie nie ma takiej możliwości. Bóg stwarzając rzecz materialną gdzieś ją umieszcza. Wszystkie rzeczy materialne podtrzymywane są Bożą Opatrznością dlatego też taki kamień też byłby podtrzymywany przez Boga.
Pytanie to ma również inny sens – czy Bóg może ograniczyć się w swojej wszechmocy? Na takie pytanie odpowiedź jest twierdząca. Bóg ustanowił wiele zasad, reguł, praw, których sam przestrzega.
Jedną z takich zasad, które Bóg ustanowił i sam przestrzega jest wolna wola człowieka. Człowiek dostał wolną wolę i Bóg nie działa wbrew tejże woli. Bóg jest niezmienny, co raz postanowił to jest zawsze i na wieki wieków.

Według św. Tomasza z Akwinu Bogu, który jest Bytem jako takim, podlega wszystko, co nie sprzeciwia się bytowi, czyli wszystko co istnieje, dlatego nazywamy Go wszechmogącym.

 

Bezstresowy ekumenizm

Dostałem pytanie co jest niewłaściwego w cytacie z Nostra aetate:

Kościół katolicki nic nie odrzuca z tego, co w religiach owych prawdziwe jest i święte. Ze szczerym szacunkiem odnosi się do owych sposobów działania i życia, do owych nakazów i doktryn, które chociaż w wielu wypadkach różnią się od zasad przez niego wyznawanych i głoszonych, nierzadko odbijają promień owej Prawdy, która oświeca wszystkich ludzi”.

 

Z nauczania Kościoła wiemy, że Prawdą i Drogą jest Jezus Chrystus. Co do tego nie ma wątpliwości.

 

Podejście prezentowane w tej deklaracji jest przeciwne logice zdań. Nie należy już odrzucać całości błędnego, fałszywego nauczania ale powinno się chronić i wspierać dobra duchowe i moralne które mogą się w nich znajdować. Z podanego cytatu wynika, że błąd należy najpierw szczegółowo poznać zwracając baczną uwagę na to co jest w nim prawdziwe i święte. Błąd i fałsz należy odcedzić zostawiając rzeczy wartościowe którym należy się szacunek.

Spróbujmy zastosować takie podejście do życia materialnego, do sytuacji z naszego życia materialnego. Porównanie takie przybliży nauczanie zawarte w tej deklaracji czyniąc ją łatwiejszą do zrozumienia.

Kucharz przygotowujący potrawę i podając ją na stół wie o tym, że jeden błąd w przygotowaniu czyni całą potrawę niejadalną. Co z tego, że potrawa jest świetnie podana, pięknie wygląda, pachnie oszałamiająco gdy jest przesolona. Nic jej nie pomoże, jest przesolona i zachwycanie się pozostałymi walorami nie zmieni tego w żaden sposób. Spożycie takiej potrawy narazi nas na konieczność spożywania dużej ilości płynów, co i tak nie ugasi naszego pragnienia.

Zgodnie z podanym na początku cytatem nie należy zwracać uwagi na negatywy, ale skupić się na wyglądzie, zapachu, kolorze, kształcie podanej potrawy.

Zastosowanie podejścia z deklaracji w życiu codziennym zobaczyć można patrząc uważniej na kwestię wychowania, dzieci i młodzieży. Złego, nagannego zachowania nie piętnujemy i nie karzemy, nie dążymy do wyeliminowania takich postaw  ale staramy się znaleźć dobre strony takiej sytuacji. Jest to podejście wspierające tzw bezstresowe wychowanie. Rodzice, wychowawcy starają się znaleźć pozytywy, ziarna dobra. W konsekwencji mamy dzieci i młodzież wychowaną bezstresowo, nie znającą swojego charakteru, a co za tym idzie nie umiejącą radzić sobie z niedogodnościami, trudnościami problemami życia codziennego.

Stosując takie podejście następuje bagatelizacja zła, które nie jest odrzucane ale zaczyna być analizowane a przez to następuje powolna jego akceptacja. Zło chętnie dobiera sobie jakieś elementy dobra, by łatwiej trafić do odbiorcy. Zło chętnie traktuje dobro jak listek figowy by za nim ukryć swoje prawdziwe oblicze.

 

Ze skutków do przyczyny

Piękny jest świat!…
Każdy dobrze myślący człowiek przyzna, że to wszystko, co nas otacza, musiał stworzyć ktoś bardzo mądry.
Ze skutków tedy poznajemy potęgę i dobroć Bożą.
Są jednak tacy mędrkowie, co twierdzą, że wszystko, co się stało, stało się przypadkiem, że to wszystko natura ułożyła.
A więc przypuśćmy, że przypadkiem się stało, iż mamy metal na skonstruowanie zegarka, przypadkiem ten metal obrobiono, przypadkiem umieszczono trybiki, wskazówki itp. To wszystko działo się przypadkiem.
Są inni, dla których Pan Bóg jest niewygodny. Uwierzyliby ostatecznie we wszystko, nawet i w cztery Osoby Boskie, jak kto chce, byle… wykreślić dziesięć przykazań Bożych.
Skąd się poznaje istnienie Boga?
Z tego, co nas otacza – ze skutków przychodzimy do poznania przyczyny. Mam na przykład zegarek i wiem. Że zrobił go gdzieś jakiś zegarmistrz, chociaż go nie znam. Wiem jednak, że taki jest. Tak samo i Pan Bóg istnieje; poznajemy Go po skutkach.
Jeżeli ktoś czegoś nie widział, to jeszcze nie dowód , że danej rzeczy nie ma.
Ktoś przypuśćmy powie, że północnego bieguna nie ma, bo go nikt nie widział.
Odpowiemy mu, że to głupstwo.

Niepokalanów 27.08.1933

Z „Konferencje św. Maksymiliana Marii Kolbego”, WOF Niepokalanów 2009, wyd IV.

Teoria i praktyka

Jasna, z życia wysnuta, dobrze uzasadniona i przemyślana teoria jest rzeczą najpraktyczniejszą, jaką człowiek mieć może. Oto daje ona zrozumienie tych głębokich, niedostępnych dla powierzchownej obserwacji wiązadeł życia moralnego i pozwala mocno oprzeć na nich działalność praktyczną. Dzięki niej umysł nabiera pewnej sprężystości, elastyczności, czyli innymi słowy, zdolności przystosowania sztywnych ram oderwanych zasad moralnych do różnorodnych potrzeb życia, i rozstrzygania w świetle jakiejś jednej ogólnej zasady całego szeregu zagadnień, należących do jego zakresu.

Zdrowa, obiektywna teoria, wysnuta z życia, rozjaśnia w głowie, a mieć jasno w głowie, to najpraktyczniejsza rzecz na świecie.

Człowiek z taką dobrze przemyślaną żywą teorią w głowie jest w swej dziedzinie jak ten, co ma klucz passe-partout, otwierający wszystkie drzwi, choćby były różnymi zamkami zaopatrzone. Natomiast tak zwany praktyk bez teorii jest jak ten, co nosi pęk kluczy i dobiera je przy każdych drzwiach, natrafiając, jak zwykle, dopiero na końcu na ten właściwy, który otwiera.

(…)

Kto pozna analitycznie jakąś zasadę moralną, ten w jej świetle rozwiąże wszystkie zagadnienia praktyczne, należące do jej zakresu, choćby w najodrębniejszych się przejawiały okolicznościach. Kto natomiast zasady nie pojmie, choćby przerobił sto kazusów, nie rozwiąże sto pierwszego, gdy ten pojawi się w nieco innej formie. Raz jeszcze: ogólne wykształcenie spekulatywne jest życiowo praktyczniejsze od tzw. praktycznego, nie dającego głębszego poznania wewnętrznych więzadeł naszego życia moralnego.

O.Jacek Woroniecki OP – „Tyle ma każdy cnoty, ile ma inteligencji”; artykuł zamieszony w „Przeglądzie Teologicznym”, t.8 (1928) – fragment

Tauler i żebrak

Uczony i pobożny Jan Tauler przez długi czas, bo przez osiem lat, gorąco modlił się, aby mu Bóg zesłał mistrza biegłego w życiu duchowym. Pewnego poranka słyszy głos wewnętrzny: Idź do kościoła, a znajdziesz tego, kogo szukasz. Tauler pospieszył natychmiast do kościoła i spostrzegł u bramy żebraka w łachmanach. „Dzień dobry, przyjacielu” – rzecze do niego. „Nie przypominam sobie, mój mistrzu – odrzekł żebrak – abym miał kiedy dzień zły”. „A więc szczęść ci Boże”. „Dziękuję za dobre życzenie, lecz ja nie byłem nigdy nieszczęśliwy”. „Niech cię Bóg błogosławi, mój drogi, lecz mów, proszę, nieco jaśniej, bo ja cię nie rozumiem”. „Bardzo chętnie – odrzekł żebrak – Powiedziałeś mi najpierw: dzień dobry, a ja odrzekłam, iż nie miałem nigdy złego dnia. I słusznie, bo gdy głód cierpię, chwalę Boga; gdy mi zimno, chwalę Boga; gdy słońce świeci lub burza wyje, chwalę Boga; gdy mi dadzą jałmużnę lub za drzwi mnie wyrzucą, zawsze chwalę Boga. Życzyłeś mi dalej szczęścia, a ja powiedziałem, że nie byłem nigdy nieszczęśliwy. I znowu słusznie, bo przyzwyczaiłem się pragnąć tego tylko, czego Bóg pragnie. Dlatego cokolwiek mi się zdarza, czy miłe, czy przykre, przyjmuję z radością, jako dar najlepszy, który mi ręka Boża podaje”. „Dobrze mój przyjacielu – odrzekł Tauler – a cóż by się stało z twoim pokojem, gdyby Bóg chciał cię potępić?” „Gdyby mnie Pan chciał potępić, mam dwa ramiona, aby się Go uchwycić. Ramieniem lewym, a tym jest pokora, objąłbym Jego człowieczeństwo; ramieniem prawym, a tym jest miłość, objąłbym Jego Bóstwo, i trzymałbym się tak silnie, że gdyby mnie chciał do piekła wtrącić, musiałby razem ze mną tam zstąpić. Wtenczas zaś byłoby dla mnie stokroć większym szczęściem być w piekle z Panem aniżeli w niebie bez Niego”. „Skąd ty idziesz?” – pyta teolog zdziwiony. „Idę od Boga”. „Gdzie Go znalazłeś?” „Tam, gdzie zgubiłem siebie i stworzenie”.” Gdzie jest Bóg?” „W sercach czystych i ludziach dobrej woli”.”Kto ty jesteś?” – pyta dalej Tauler.”Ja jestem królem”.”Gdzie jest twoje królestwo?” „W mojej duszy, w której nad żądzami panuje rozum, nad rozumem Bóg”. „Skąd nabyłeś takiej mądrości?” „Z milczenia – milczałem wobec ludzi, ale za to rozmawiałem często z Bogiem”. „Skąd nabyłeś takiego szczęścia i pokoju?” „Stąd, iż nie mogąc znaleźć szczęścia w stworzeniach, szukałem go w Bogu i znalazłem”.

Za św. J. S. Pelczar „Życie duchowe”, t.2

Przepis na Nowy Rok

aomegaPierwszego stycznia przybywa nam lat, ale też z ciekawością otwieramy pustą kartę Nowego Roku naszego życia. To, co było już się nie powtórzy. Planujemy czas nowego roku od nowa. Marzymy o podróżach, o modnych ubraniach, o remoncie domu, o nowej pracy, o podwyżce. Szukamy miejsc, gdzie jeszcze nie byliśmy, wrażeń i przeżyć, które nie były jeszcze naszym udziałem. Nowy Rok jest okazją do postanowień i życzeń. Staramy się patrzeć z optymizmem w przyszłość, wierząc, że wszystko, co postanowiliśmy spełni się.
To emocjonalne podejście odnawia, odświeża nasze myślenie i zmysły. Gotowi nawet jesteśmy na podjęcie pewnych wyrzeczeń.
Nasze ludzkie doświadczenie, lata naszego życia, które minęły i ten rok, który się zakończył, podpowiadają nam jednak, że łatwo wypalamy się, że codzienne obowiązki temperują nasze zapędy, że życiowa zmienność zaskakuje nas nieprzewidywalnymi zwrotami. Wielu z nas będzie towarzyszyło poczucie zagrożenia, brak pewności, co do materialnych środków na życie. Choroby trwają, problemy nie znikają z końcem minionego roku, kredyty trzeba spłacać, obowiązków przybywa. Dla wielu z nas Nowy Rok jest dalszym ciągiem trudnej egzystencji. Wyobraźnia karmiona jest codziennie informacjami o nieszczęściach i globalnych zagrożeniach, które i w nas wywołują lęk i niepewność jutra.
W cichości jednak wszyscy marzymy, aby nasze życie było jak słynna maszyna perpetuum mobile-napędzane samoodtwarzającą się energią, napełniane niezniszczalną siłą witalną, zawsze w doskonałej kondycji fizycznej i psychicznej, pełne urody, zawsze młode i barwne.
Nauka w chwili obecnej mówi nam, że nie jest możliwa konstrukcja perpetuum mobile. Współczesny świat zaprzecza nieśmiertelności. Wciąż ogłaszane złudne recepty obiecujące wieczną młodość i zdrowie, nie zapewniają ich.
Wiara katolicka mówi nam natomiast, że jest życie wieczne, że dusza jest nieśmiertelna, że nadprzyrodzona rzeczywistość może być naszym udziałem.
Trzeba spróbować w zalewie tanich informacji dostrzec, że Miłość Boga proponuje nam życie pełne szczęścia pomimo codziennych trudności i cierpień. W świetle Bożej Miłości odkrywamy, że życie ma swoją niezwykłą wartość i godność, że człowiek nosi w sobie zdolność do rozwoju i przekraczania siebie, że może być darem dla drugiego człowieka. Jezus, Syn Boży, stał się człowiekiem, uniżył samego siebie, aby nas odkupić i otworzyć nam drogę do zbawienia.
Dostaliśmy drogowskaz, nie tylko na Nowy Rok, ale na całe nasze życie.JChrystus
Jam jest Drogą, Prawdą i Życiem” powiedział do uczniów Pan Jezus (J14,6). Oznacza to dla każdego przyjmującego tę propozycję, że Bóg jest dla nas źródłem siły tak potrzebnej nam w życiu „tu i teraz”.
Ufność i pokora są niezbędnymi postawami w naszej ziemskiej drodze z Jezusem ku pełni naszego życia w wieczności.

 

 

Pierwotnie tekst był opublikowany w miesięczniku „Misericordia” Sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Ożarowie Mazowieckim w styczniu 2011 roku.

Przesłanki wewnętrzne liberalnego katolika

Jak dziwna by się nie wydawała owa anomalia zwana liberalnym katolicyzmem, nie trzeba daleko szukać jej przesłanek. Jest ona zakorzeniona w fałszywym ujęciu natury aktu wiary. Liberalny katolik zakłada, że formalnym motywem aktu wiary jest nie nieomylny autorytet Boży, objawiający nadnaturalną prawdę, lecz jego własny rozum, raczący uznać za prawdziwe to co wydaje mu się rozumne, zgodne z oceną i miarą jego własnego, indywidualnego osądu. Poddaje on autorytet Boży krytycznemu badaniu ze strony swojego rozumu, a nie – swój rozum autorytetowi Bożemu. Uznaje Objawienie nie ze względu na nieomylność Objawiającego, lecz z racji „nieomylności” odbiorcy. Indywidualny osąd jest dla niego prawidłem wiary. Wierzy on w niezależność rozumu. Uznaje wprawdzie magisterium Kościoła, nie uznaje go jednak za jedyną uprawnioną wykładnię boskiej prawdy. Zastrzega sobie swój własny, prywatny osąd jako czynnik współdziałający przy określaniu owej prawdy. Prawdziwy sens objawionego nauczania nie zawsze jest dla niego pewny i dlatego rozum ludzki ma w tej kwestii coś do powiedzenia – na przykład nauka ludzka mogłaby określać granice nieomylności Kościoła. W tak określonych granicach deklaracje Kościoła są dla niego nieomylne, lecz granice te nie podlegają określeniu przez sam Kościół – czyni to za niego nauka. Jest on oczywiście nieomylny, powiadają, lecz to my będziemy określać, kiedy i w jakich sprawach będzie on wypowiadać się w sposób nieomylny. W taką niedorzeczność popada liberalny katolik, lokując formalny motyw wiary w rozumie ludzkim.

Liberalny katolik nazywa siebie katolikiem, ponieważ wierzy mocno, że katolickość jest prawdziwym objawieniem Syna Bożego, nazywa siebie liberalnym katolikiem, ponieważ uważa, że nikt nie może narzucać mu żadnej opinii, której jego indywidualny osąd nie oceniłby jak doskonale rozumnej. Odrzuca to, co nie jest rozumne, mając intelektualną wolność przyjmowania lub odrzucania. Zgadza się z tym co wydaje mu się dobre, lecz nie jest do niczego intelektualnie zobowiązany. W ten sposób, nieświadomie, staje się łatwą ofiarą sideł zastawionych przez diabła na ludzi owładniętych pychą intelektualną. Podstawił on naturalistyczną zasadę wolnego badania w miejsce nadprzyrodzonej zasady wiary. W konsekwencji nie jest w rzeczywistości chrześcijaninem, lecz poganinem. Nie ma on prawdziwej, nadprzyrodzonej wiary, lecz tylko zwykła ludzkie przekonanie. Przyjmując zasadę, że indywidualny rozum posiada wolność wierzenia lub niewierzenia, liberalni katolicy ulegają złudzeniu, że niewiara jest raczej cnotą niż wadą. Nie potrafią oni dostrzec w niej słabości umysłu, dobrowolnej ślepoty serca, i wynikających stąd słabości woli. Z drugiej strony patrzą oni na postawę sceptyczną jako na uprawnioną sytuację, w której zachowana jest wolność intelektualna, ponieważ sceptyk pozostaje sam dla siebie panem decydującym o wierzeniu lub negacji. Zgrozą napawa ich wszelki element przymusowości w kwestiach wiary; wszelka nagana dla błędu wstrząsa ich wrażliwością i brzydzą się oni wszelkim katolickim prawodawstwem zmierzającym w kierunku, który lubią nazywać nietolerancją. „Syllabus błędów” Piusa IX to dla nich zmora – najbardziej kłopotliwy, władczy, surowy i apodyktyczny dokument, obliczony na ranienie wrażliwości protestantów i nowoczesnego świata; nie należy uznawać go za wypowiedź nieomylną, lecz, o ile w ogóle ma on być uznawany, musi się go przyjmować w sensie bardzo zmodyfikowanym. Jego interpretacja ultramontańska [tradycyjna] jest brutalna i skrajna; przynosi ona więcej szkody niż dobra, odstręczając życzliwych takim pokazem nieliberalności.

Z tym przeczuleniem w kwestii nauczania chrześcijańskiego łączy się ściśle odraza do wchodzenia w konflikt z cudzymi przekonaniami, niezależnie od tego, jak bardzo sprzeciwiają się one prawdzie objawionej, ponieważ dla liberalnych katolików to co najbardziej błędne jest równie święte jak najprawdziwsze przekonanie, w równej mierze korzystając z zasady wolności intelektualnej. W ten sposób podnoszą oni do rangi dogmatu tak zwaną zasadę tolerancji. Różnice w wierzeniach wynikają, jak przekonują oni z lubością, przede wszystkim z różnic temperamentu, wychowania itd. – nie będziemy ich aprobować w ścisłym tego słowa znaczeniu, lecz powinniśmy przynajmniej je wybaczać.

Już w swoim pierwszym ujęciu ta koncepcja wiary ma charakter naturalistyczny, a przy rozwijaniu i stosowaniu tej koncepcji, czy to do jednostki, czy to do społeczeństwa, rozwija się również tenże element naturalistyczny. Wynika stąd, że akceptacja Kościoła przez liberalnych katolików nie ma oparcia w jego nadprzyrodzonym charakterze. Kościół nie wzbudza w nich sympatii jako nadprzyrodzona społeczność, której pierwszym i nadprzyrodzonym celem jest chwała Boża i zbawienie dusz. Patrzy zaś nań z sympatią od strony ludzkiej i społecznej. Zyskuje ona poklask i aprobatę jako wielka siła cywilizująca i harmonizująca, która podniosła wielu ludzi ze stanu barbarzyństwa, jako strażnik starożytnej literatury i sztuki, jako krzewiciel wiedzy. Ma on pierwszeństwo nie z racji pierwszeństwa jakie posiada sam w sobie, zgodnie z prawem boskim, lecz pierwszeństwo na mocy aprobaty ze strony naszego wielkiego intelektu. Zgodnie z tą fałszywą koncepcją, pisano w naszych czasach apologie i z dziwną niekonsekwencją Kościół bywa często chwalony jako wielki patron i protektor cywilizacji w przeszłości, podczas gdy ubolewa się nad jego wstecznymi tendencjami w teraźniejszości (jak gdyby instytucja, która sama jedna, na mocy boskiego ustanowienia, ma wiecznotrwałą siłę postępu, mogła kiedykolwiek osłabnąć lub zawieść w swojej misji odrodzenia człowieka). Zauroczeni postępem ku mirażowi szczęścia na pustyni tego życia, nasi liberalni katolicy sławią cień, odrzucając istotę rzeczy. Prawdziwy postęp, który można osiągnąć tylko poprzez posuwanie się ku Bogu, nie może być realizowany inaczej niż poprzez owego pośrednika w boski sposób wyznaczonego do tego, by prowadził nas ku Bogu. Może to czynić jedynie Kościół Jezusa Chrystusa, albowiem, z Jego ustanowienia, tak jak On sam, jest on drogą, prawdą i życiem.

Zapominając o boskim i nadprzyrodzonym charakterze Kościoła ( a jest on tylko boski i nadprzyrodzony), liberalni katolicy mówią i piszą o nim jak o zwykłym tworze ludzkim, przyjmując, w zaślepieniu tym fałszywym ujęciem naturalistyczną definicję wiary. Patroszą oni w ten sposób wizerunek Kościoła, pozostawiając tylko łupinę z tego czym jest on naprawdę.

Sama pobożność nie umknie działaniu tej niszczycielskiej zasady naturalistycznej; zmienia się ona w pietyzm – to jest w parodię prawdziwej pobożności, jak widzi się to z przykrością w nabożnych praktykach wielu ludzi, szukających w aktach pobożności tylko sentymentalnych wzruszeń, których źródłem zdolni są być oni sami dla siebie. Są oni nabożni wobec samych siebie, czcząc swoje własne, małe sentymenty i ofiarując kadzidło bałwanom wyrzeźbionym na ich własne podobieństwo. Jest to po prostu duchowa zmysłowość i nic więcej. Na tej zasadzie widzimy w naszych czasach w tak wielu duszach zwyrodnienie chrześcijańskiego ascetyzmu (będącego oczyszczaniem duszy przez tłumienie pożądliwości) i zafałszowanie chrześcijańskiego mistycyzmu, nie będącego ani emocją, ani niskiego rzędu pocieszeniem, ani żadną inną epikurejską słabością ludzkiego odczuwania, lecz związkiem z Bogiem poprzez nadprzyrodzoną miłość do Niego i poprzez absolutne poddanie się Jego świętej woli.

To dlatego katolicyzm wielkiej liczby ludzi w naszych czasach jest katolickością liberalną, a raczej – katolickością fałszywą. Nie jest to w rzeczywistości katolickość, lecz tylko naturalizm, czysty racjonalizm; jest to jednym słowem pogaństwo przebrane w katolickie szaty i używające katolickiego języka.

 

Liberalizm jest grzechem; Ks. Dr Felix Sarda y Solvany; wyd. WERS, Poznań 2010; rozdz. VII