O Komunii duchowej

Komunia duchowa, która sobór Trydencki pochwala i tak mocno chrześcijanom zaleca, daje im w pewien sposób korzystać z cudownych owoców, jakie Boska Eucharystia wydaje w sercach ludzkich. Jest ona obfitem źródłem łaski, błaganiem i najlepszem ze wszystkich przygotowań do sakramentalnej Komunii.

Najodpowiedniejszym czasem do komunikowania duchowo, jest ofiara Mszy św. lub odwiedziny Najświętszego Sakramentu, bo wtedy dusza bywa przenikniona uczuciem, jakiem natchnąć może tylko istotna Jezusa Chrystusa obecność. W każdym  jednak czasie i miejscu dusza wierna może się z Bogiem połączyć.  Jak Prorok Daniel, uwięziony w Babilonie i nazwany przez Anioła człowiekiem pragnień, pokilkakroć dziennie klękał przy swojem oknie, i zdala posyłając wejrzenie ku zniszczonej świątyni Syjonu, wylewał w obecności Bożej tęskne swe westchnienia, tak samo chrześcijanin w ścianach swego mieszkania, może zwracać swe serce ku przybytkom świętym dla uczczenia Jezusa Chrystusa, wyznać przed Nim swoja niegodność, błagać Go, aby przyszedł nawiedzić go przez swą łaskę, złączyć się z Nim przez żywą wiarę, gorąca miłość i przez żarliwe pragnienie. Komunia duchowa nie jest niczem innem. Gdyby nawet nie było czasu złożenia tych rozmaitych aktów, wystarczyć może jeden: akt doskonałej miłości, który wszystkie inne zawiera. Bo Bóg jest miłością  i ten, który mieszka w miłości, mieszka w Bogu, a Bóg w nim(J 4, 16).

MODLITWA
dla komunikujących duchowo.
(Św. Augustyna).

Uczyniłeś nas dla siebie, o mój Boże, i serce nasze trwożyć i niepokoić się będzie, dopokąd w Tobie nie spocznie. Cóż więc uczynię, ażeby znaleźć Ciebie, któryś jest życiem prawdziwem? Kiedyż znajdę zapomnienie mych cierpień w słodyczy Twej obecności? Kiedyż będziesz mi wszystkiem, o miłości moja i dobro moje jedyne? Wzywam Cię, o mój Boże, któryś pamiętał o mnie, kiedym ja uciekała od Ciebie! Wzywa Cię wiara moja  jakąś mnie sam napełnił  i wołam Cię do swej duszy, którąś przygotował na przyjęcie Ciebie przez gorące pragnienie posiadania Cię, o mój Panie! Oto ja przedstawiam Ci wszystkie dolegliwości i niedostatki moje;

O niebieski Lekarzu, uzdrów mnie!

O światło niewidzialne, oświeć mnie!

O siło Boska, podnieś mnie!

Jezu Syna Dawidowy, miej litość nad mą duszą!

Miotana tysiącem myśli burzliwych, zmęczona niespełnionemi pragnieniami, złamana próżnościami i cierpieniami tej ziemi pełnej boleści, dusza moja łaknie i pragnie, o Panie; nie odsyłaj jej głodną! nakarm ją chlebem żywota!

O Boski Pocieszycielu mój! Ty, który jednem wejrzeniem osuszasz łzy bolesne; Ty, który jednem słowem uśmierzasz wściekłość morza, pójdź i chodź po falach serca mojego!

Pójdź! Aby cichy spokój po burzach jego nastąpił! Pójdź, abym chroniąc się pod cieniem skrzydeł Twoich, mogła na sercu Twem utulić głowę zmęczona i spocząć  przy niem na chwilę!

O mój Boże! pozwól sercu mojemu przybliżyć się do Ciebie i usposób je do zrozumienia Ciebie! Otwórz ucho jego i powiedz mu tak, aby Cie dobrze pojęło: Jam jest zbawieniem twojem! I na te słowa niechaj ja biegnę do Ciebie! niechaj Cię znajdę, niech Cię ukocham! niech się na wieki przywiąże już do Ciebie! Pójdź a nie zwlekaj przyjścia swojego już dłużej.

 

 

Tekst z modlitewnika: Bądź wola Twoja – modlitwy i rozmyślania na wszystkie dni tygodnia i miesiąca; zebrała Józefa Kamocka; Nakład Gebethnera i Wolffa , Warszawa 23 maj 1895 rok.

 

Spoufalenie duchowe

Ze spoufaleniem między ludźmi mamy do czynienia wówczas, kiedy okazujemy komuś, lub ktoś nam okazuje, słowami bądź gestami, że jesteśmy w bliższej zażyłości, niż ma to miejsce faktycznie. Przykładem spoufalenia jest np. sytuacja, gdy jakiś mężczyzna, pozostając z daną kobietą w powierzchownej, koleżeńskiej relacji, nagle ją obejmuje, czy mówi do niej czule. Innym przykładem jest pracownik, który poklepuje swojego szefa po plecach i zwraca się do niego po imieniu. Do spoufalenia dochodzi, kiedy dany człowiek pozwala sobie okazać drugiemu człowiekowi, że są sobie kimś bliskim, choć ten drugi w żaden sposób go do tego nie upoważnił i tego mu nie okazał. Spoufalenie jest niepotrzebną i sztuczną, próbą ominięcia dystansu między ludźmi.

Kiedy ktoś próbuje się z nami spoufalać, odbieramy to, z reguły, wyjątkowo negatywnie. Dostrzegamy w tym bowiem pewien fałsz i nieszczerość, a poza tym, czujemy, że jest to dla nas lekceważące. Osoby, które nie pozostają ze sobą w bliskiej relacji są, w naszej kulturze, zobowiązane do okazywania sobie nawzajem szacunku, który łączy się z pewnymi formami grzecznościowymi i określonym dystansem.

Rozumiejąc czym jest spoufalenie możemy sobie zadać pytanie, czy grozi nam ono w naszej relacji z Bogiem. Niewątpliwie nie grozi nam ze strony Boga, który jest naszym Stwórcą i może nam okazywać na wszelki sposób, że na kocha. Aby odpowiedzieć na pytanie, czy my przypadkiem nie spoufalamy się z Bogiem, musimy pojąć kim my jesteśmy i kim jest Bóg.

Ktoś może w tym momencie powiedzieć, że Bóg zawsze nas kocha, a kiedy my kochamy również Jego nie może być mowy o spoufalaniu. Wtedy wszystkie słowa i gesty są uprawnione. Nie jest to jednak do końca prawda. Relacja pracownika z szefem pokazuje, że niezależnie od tego, kim dla siebie są te osoby, pozostaje między nimi pewna relacja podporządkowania, która sprawia, że pracownik, przynajmniej w godzinach pracy, wykonuje polecenia swojego przełożonego i często przynajmniej przy innych ludziach, zwraca się do swojego szefa w odpowiedni, przyjęty w firmie, sposób[1]. Analizując naszą relację z Bogiem, relację wiary, nadziei i miłości musimy także umieć dostrzegać pewne podporządkowanie. Wynika ono przede wszystkim z tego, że jesteśmy istotami stworzonymi, że Bóg jest naszym Stwórcą, jesteśmy grzesznikami, a On jest naszym odkupicielem, my jesteśmy ograniczeni, a On jest nieskończony.

Przykład świętych i mistyków pokazuje, że choć pozostawali oni w niezwykłej zażyłości z Panem Jezusem, przypominającej relację oblubieńca i oblubienicy, to jednak zawsze pamiętali też o należnym szacunku do Boga. Już Arystoteles nauczał, że w momencie, kiedy przyjaciele nie są sobie równi, jedna strona powinna oznaczać się większą czcią. Niezależnie więc od tego, że łączy nas z Bogiem miłość i przyjaźń zawsze musimy pamiętać także o należnej czci. Kiedy o tym zapominamy, zaczynamy popadać w spoufalenie duchowe, które daje nam poczucie fałszywej bliskości i jest dla Boga czymś lekceważącym, jak każde spoufalenie.

Spoufalenie duchowe, które jest obecnie bardzo rozpowszechnione, wydaje się być wynikiem pewnej katechezy, głoszonej przez niektórych kapłanów i katechetów, mającej na celu usunięcie fałszywego dystansu do Boga i nadmiernego strachu, jakie rodzi się w ludziach wierzących w kontaktach z Nim. Cel jest więc słuszny, ale często przy okazji eliminuje się naturalny, właściwy dystans i dobry lęk, który jest nie tylko lękiem przed piekłem, ale także jest lękiem synowskim, w którym dziecko nie chce obrazić swojego ukochanego ojca.

Wyrazem tego spoufalenia jest odnoszenie się do Boga w sposób, jakby był jedynie naszym bliskim przyjacielem, który jest nam równy. Może na to wskazywać coraz częstsze mówienie o „Jezusie” a nie o „Panu Jezusie”, rezygnowanie z łatwością z postawy klęczącej, zwłaszcza przy Komunii Świętej, czy przyjmowanie Komunii Świętej na rękę. Świadczy o tym także pewna postawa duchowa, w której już nie towarzyszy nam lęk o to, czy jesteśmy w stanie łaski uświęcającej, kiedy przystępujemy do Komunii Świętej. Wyrazem tego jest także brak poczucia grzechu, czy zapominanie o tym, że Bóg jest nie tylko naszym Zbawicielem, ale także Panem, Królem i Sędzią sprawiedliwym, który za dobre wynagradza, a za złe karze.

Wszystkie wyrazy jak największej czci wobec Najświętszego Sakramentu mają za zadanie ustrzec nas przed spoufaleniem duchowym okrywając nam prawdę o tym, kim my jesteśmy i kim jest Bóg. W żaden sposób nie pomniejszają one naszej miłości do Boga, ale wręcz przeciwnie, są jej skutkiem i służą jej powiększeniu. Pozwalają nam także trwać w pokorze, tzn. w prawdzie, co chroni naszą relację z Bogiem przed fałszem i nieszczerością.

Michał Krajski; Tradycja zanegowana; Centrum Kultury i Tradycji, Lublin 2016

 

Zacytowany fragment w jasny sposób przedstawia postawy jakie spotykam we wspólnotach powstałych w Kościele ostatnimi laty. Zjawisko to jest, można powiedzieć, na porządku dziennym.

 


[1] Przyjęty w firmie sposób odnoszenia się między przełożonym a podwładnym pokazuje hierarchię i dla osób postronnych jest oznaką solidności i wzbudza zaufanie.

Los grzesznika

granada_fray_luisGdyby ludzie nie byli pozbawieni rozumu, czy trzeba by im było czegoś więcej, by zrozumieć, jaka jest różnica między losem sprawiedliwych a losem grzeszników, między szczęściem jednych a szczęściem drugich – nawet rozpatrując rzeczy pod tym tylko względem , który nas tutaj interesuje? Czy jest los bardziej godny zazdrości niż los sprawiedliwego, którego dusza, jak drzewo zasadzone nad wodami bystrej rzeki, żywiona jest i chłodzona zdrojami łask o obficie wydaje owoce błogosławieństwa i zbawienia? I przeciwnie, jaki los jest bardziej opłakany od losu grzesznika, który, podobny do dzikiego, niepłodnego drzewa, leniwie porastającego na ustroniu i pozbawionego wszelkiej uprawy, odwrócił oczy i serce od Tego, który jest źródłem żywej wody, aby je zatrzymać dla znikomych i zwodniczych stworzeń, które są dla niego ziemią tylko pustą i wyschłą, nie nadającą się do zamieszkania? Jak bardzo godzien jest naszego politowania o łez ów nieszczęśliwy niewolnik świata, osadzony na ziemi przeklętej, w której złożył swoje nadzieje, a w której znajduje tylko hańbę i zawód! Czy jest jakakolwiek nędza od tej nędzy straszniejsza?

Niestety! Człowiek został przez grzech wtrącony w tak okropną nędzę, że niezbędnie potrzebuje miłosierdzia Boga!

 

Św. Ludwik z Granady; Przewodnik grzeszników; Wydawnictwo AA

Rozeznanie objawień

Po czym można poznać, że to widzenie pochodzi od diabła, a nie ode Mnie? Odpowiem ci: znakiem, że pochodzi ono od diabła, który ukazuje się duszy w postaci światła, jest to, że dusza za jego zjawieniem się odczuwa natychmiastową żywą wesołość; lecz w miarę trwania wesołość ta zmniejsza się coraz bardziej i pozostawia po sobie zniechęcenie, ciemność i zamroczenie wewnętrzne ducha. Lecz jeśli to Ja, Prawda wieczna, nawiedziłem tę duszę, odczuwa ona w pierwszej chwili święta bojaźń; ale z tą bojaźnią doznaje wesela, poczucia bezpieczeństwa i słodyczy roztropności, która sprawia, że dusza, wątpiąc, nie wątpi. Lecz w poznaniu siebie uzna się za niegodną tej łaski i powie: ”Nie jestem godna twych odwiedzin”. Skoro nie jest ich godna, jakże to może się stać? Lecz kiedy zwróci się do przepaści mej miłości, pozna i zobaczy, że dla Mnie możliwe jest dawać; że patrzę nie na jej niegodność, lecz na godność moją, która czyni ją godną przyjąć Mnie jako łaskę i czuć w sobie obecność moją, bo nie pogardzam pragnieniem, którym ona mię przyzywa. Stąd mówi pokornie: Oto służebnica Twoja; niech wola Twoja stanie się we mnie (Łk 1, 38). Wtedy wychodzi po modlitwie i odwiedzinach moich z weselem i radością ducha, uznając z pokorą swą niegodność, świadoma, że miłości mojej zawdzięcza wszystko, co otrzymała.

Oto znak, po którym można poznać, czy dusza nawiedzona została przez Mnie, czy przez diabła. Jeśli przeze Mnie, odczuwa z początku bojaźń, w pośrodku i na końcu radość i głód cnoty. Jeśli prze diabła, to zrazu opanowuje ją radość, która przechodzi w zamęt i ciemność duchową. Daję wam znak ostrzegawczy. Odtąd dusza, która chce kroczyć z pokorą i roztropnością nie może być oszukana. Lecz nie uniknie sideł, jeśli będzie kierować się niedoskonałą miłości pociech osobistych bardziej niż miłością dla Mnie.

 

Św. Katarzyna ze Sieny, Dialog o Bożej Opatrzności czyli księga Boskiej nauki, Poznań 2012

 

Łzy ogniste

Czy są łzy innego rodzaju niż te, co płyną z oczu? Tak. Jest płacz ognisty, to jest prawdziwe i święte pragnienie, które spala się w miłości. Niektórzy chcieliby roztopić swe życie w łzach z nienawiści do siebie i dla zbawienia dusz, i zda się, nie mogą tego osiągnąć.

Ci mają łzy ogniste, którymi płacze Duch Święty przede Mną, za nich i za bliźnich. Powiadam, że miłość moja płomieniem swym zapala serce, które ofiarowuje Mi gorące pragnienia, bez łzy w oku. Powiadam, że są to łzy ogniste i powtarza, że łzami tymi płacze Duch święty. Ci, nie mogąc płakać oczami, ofiarują Mi pragnienia płynące z woli płaczu dla miłości mojej. Jeśli otworzą oko intelektu, ujrzą, że ilekroć słudzy moi ślą ku Mnie woń świętego pragnienia w swych pokornych i ciągłych modlitwach, Duch Święty płacze przez nich. To właśnie chciał rzec chwalebny apostoł Paweł, mówiąc, że sam Duch Święty prosi Mnie, Ojca, za was, wzdychaniem niewymownym (Rz 8,26).

Widzisz więc, że owoc łez ognistych nie jest mniejszy niż owoc łez z wody; niekiedy nawet jest większy, zależnie od miary miłości. Dusza więc nie powinna ulegać zmąceniu ducha ani bać się, że będzie pozbawiona mej obecności dlatego, że łez, których pragnęła, nie może mieć w sposób pożądany. Powinna pragnąć ich tylko wolą zgodną z moją wolą, gotową przyjąć pokornie wszelkie „tak” lub „nie”, wedle tego, co podoba się mojej dobroci. Niekiedy nie życzę sobie udzielić jej łez cielesnych, aby trwałą bez przerwy przede Mną w pokornej i ciągłej modlitwie, i pragnieniu kosztowania Mnie. Otrzymanie tego, o co prosi, nie byłoby dla niej wielką korzyścią, jak mniema. Byłaby zadowolona posiadania tego, czego pragnęła, i opuściłaby się w upodobaniu i pragnieniu, które kazało jej o to prosić. Nie dla umniejszenia, lecz dla jej rozwoju odmawiam udzielenia jej łez zewnętrznych, które by chciały wylewać oczy. Użyczam jej tylko łez wewnętrznych, które płyną z serca, zapalonego ogniem mej Boskiej miłości. Zresztą w każdym miejscu i w każdym czasie łzy będą Mi miłe, byle oko intelektu, z światłem wiary i uczuciem miłości nie zamknęło się nigdy przed przedmiotem mej Prawdy wiecznej. Jam jest lekarz, wy jesteście chorzy: daję każdemu z was to, co jest mu konieczne i potrzebne do zbawienia i wzrostu doskonałości w duszach waszych.

 

Św. Katarzyna ze Sieny, Dialog o Bożej Opatrzności czyli księga Boskiej nauki, Poznań 2012

Ludność bez dyscypliny

Czym jest dyscyplina

Jedenasty stopień nadużycia, to ludność bez dyscypliny, która nie dając się ująć w ryzy dyscypliny[1] zaciska na swej szyi pętlę zagłady. Nie uniknie bowiem gniewu Bożego, kto nie ujął siebie w karby dyscypliny.

Dlatego do ludzi niezdyscyplinowanych woła głos psalmisty: „Chwyćcie się nauki (dyscypliny), by kiedyś nie rozgniewał się Pan” (Ps 2, 12).

Zaś dyscyplina to uporządkowana naprawa obyczajów i przestrzeganie odziedziczonych po przodkach zasad postępowania. O tej to dyscyplinie apostoł Paweł mówi tak: „Trwajcież w dyscyplinie (karności); Bóg odnosi się do was jako do synów. Lecz jeśli jesteście bez dyscypliny wszystkich obowiązującej, nie jesteście synami, ale dziećmi nieprawymi” (Hbr 12, 7.8). Zatem dzieci nieprawe są bez dyscypliny i nie są zdolne do dziedziczenia królestwa niebieskiego. Natomiast jeśli jako synowie znoszą ojcowską dyscyplinę poprawczą, niech mają nadzieję, że  stosownym czasie otrzymają dziedzictwo. Tę to dyscyplinę głosił Izajasz, zwracając się do niesfornego ludu: „Przestańcie czynić zło! Zaprawiajcie siew dobrem!” (Iż 1, 16-17), a wtórował mu psalmista „Odstąp od złego, czyń dobrze”(Ps 33, 15).

Nieszczęsnym jest więc człowiek odrzucający dyscyplinę, bo kto rozrywa dyscyplinę Kościoła Chrystusowego porywa się na coś, czego nie zrobili nawet żołnierze przybijający Pana do krzyża, którzy nie rozdarli Jego szaty. Albowiem jak szata okrywa całe ciało prócz głowy, tak dyscyplina okrywa i zdobi cały Kościół – oprócz Chrystusa, którzy jest głową Kościoła i tej dyscyplinie nie podlega. Owa szata była „całą tkana od góry do dołu” (J 19, 23), a ową dyscyplinę Kościołowi daje i ją scala Pan z nieba. O niej to, gdy po zmartwychwstaniu miał wstąpić do Ojca, powiedział Pan do swych apostołów: „Wy zaś zostańcie w mieście, aż będziecie obleczeni mocą z wysoka.” (Łk 24, 49). Zatem szata, która okrywa ciało Chrystusa, jest dyscypliną Kościoła; kto bowiem jest poza tą dyscypliną, jest poza ciałem Chrystusa; a więc „nie rozdzierajmy jej ale rzućmy o nią losy, do kogo należy ma należeć” (J 19, 24). To znaczy: nie zwalniajmy się z żadnego z przykazań Pańskich, lecz każdy niechaj się trzyma tego, do czego powołał Pan.

 

Krótkie moralia chrześcijańskie, redakcja naukowa Artur Andrzejuk, Warszawa-Londyn 2000


[1] Disciplina według Izydora pochodzi od łac. discendo – uczenie się. Wyraz ten, występuje wiele razy w Biblii, różnie bywa tłumaczony na język polski: nauka, karność, karanie, ćwiczenie, wychowanie, posłuszeństwo. Sine [bez] disciplina oznacza tu niesforność, zdziczenie, co prowadzi do anarchii i osłabienia państwa.

O nadprzyrodzonym posłuszeństwie

Wszyscy wiemy już z niejednokrotnych rozważań, że doskonałością jest pełnienie woli Bożej, woli Niepokalanej. Ale są dziedziny życia zwane wolne, swobodne, gdzie nie ma ściśle określonej woli Bożej, na przykład jest przechadzka po ogrodzie czy jaka inna czynność. Posłuszeństwo święte nie wnika w te najmniejsze szczegóły i szczególiki życia naszego , zostawiając woli naszej ich uzupełnienie. Czy ja pójdę tą ścieżką lub tamtą, czy będę chodził powoli czy prędzej, czy przez ten czas będę rozmawiał, czy się modlił, tu mam zupełną swobodę.

Czyż wobec tego mógłby być jaki powód do niepokoju, że tu nie pełnię ściśle woli Niepokalanej? Otóż nie, bo Niepokalana tak chce, bym w tych okolicznościach posługiwał się swoim rozumem i swoimi wewnętrznymi pobudkami. Wolą Niepokalanej jest, bym święte posłuszeństwo spełniał z całą sumiennością i pilnością, natomiast w chwilach wolnych, swobodnych, zachował się ze świętą swobodą zakonną jako dziecko Boże.

Zważać tylko należy i pilnie czuwać, by dusza zakonna spełniała wszystko w sposób nadprzyrodzony. Przez miłość własną, inaczej mówiąc pychę, człowiek tak często stacza się z poziomu nadprzyrodzonego do życia natury, czyli neutralnego. Wtedy życia nadprzyrodzonego w duszy nie ma; chociaż byśmy czynili jak najwięcej ze swej strony wysiłków, żadnej nagrody u Boga też mieć nie będziemy, gdyż człowiek wówczas nie wznosi się na skrzydłach wiary, ale tylko idzie za własnym rozumem i swymi skłonnościami zmysłowymi. Jeżeli spełnia tylko to, co miłe, i dogadza naturze, schodzi do rzędu zwierząt, które też to samo czynią. Gdy zaś czyni coś trudnego i przykrego dl natury z racji, że rozum uznaje, iż dana rzecz jest dobra i pożyteczna, czyni jako człowiek naturalny, który jest przecież wyższy od wszego stworzenia. O ile zaś wykonuje jakąś czynność jedynie z woli Bożej, wznosi się wówczas ponad siebie, czyli inaczej mówiąc ponad człowieka, gdyż rozum nieraz co innego myśli i określa, a wola Boża zupełnie co innego każe wykonywać. Czyny wówczas takiej duszy mają na sobie to piętno Boże. Bo chociaż z natury swej ludzkiej wykonuje czynności ludzkie, jednak przez intencję i zjednoczenie z Bogiem wszystko jest nacechowane bóstwem. Jak Pana Jezusa, którego pokarmem był pełnić ustawicznie wolę Ojca [J 8,29], nazywamy powszechnie Bogiem-Człowiekiem, tak samo tym mianem można nazwać duszę, która z pomocą łaski przez wiarę wzniosła się ponad poziom życia natury.

Oczywiście człowiek sam nie jest zdolny wznieść się tak wysoko, lecz tu spieszy z pomocą wówczas łaska Boża. Uczynki spełnione w świetle wiary przez pełnienie woli Bożej, całe nie przewyższają chociażby najświetniejsze czyny spełniane z pobudki nadprzyrodzonej. Bo jedne, chociażby wykonane genialnie, jednakowoż są skończone i, co więcej jeszcze, skażone wskutek zepsutej natury, to drugie, rzec można z całą ścisłością matematyczną, są nieskończone i święte przez łaskę, która wszystko przebóstwia, przemienia i łączy z Bogiem. Po ludzku więc patrząc zdawać by się mogło, że czyny tych dwu dusz przyniosą jednakowe owoce, a jednak w oczach Boga żywego jakże wprost nieskończona różnica dzieli jedne od drugich, stąd też i skutki różne. Całym więc wysiłkiem naszym i gorącym pragnieniem powinno być, by przez ciągłe pełnienie świętej woli Bożej, przez ustawiczne współpracowanie z łaską Bożą stawać się coraz więcej upodobnionymi do wzoru najwyższego – Chrystusa, Boga-Człowieka, by stać się jedno z Nim, jak wołał Jezus o sobie do swych uczniów: „Ja i Ojciec jedno jesteśmy” [J 10,30]. Kto to zjednoczenie z Bogiem przez usilną pracę nad sobą i korną a wierną modlitwę zdobędzie, ten naprawdę spełnił największa misję na ziemi i błogosławiony będzie na wieki. Już tu na ziemi taka dusza zażywać będzie w sercu niebiańskiego pokoju i wesela, a potem w wieczności zanurzać się będzie w nieskończonej miłości Bożej w tym stopniu, jaki sobie zdobyła za życia.

Uzupełnienie: Duch Przenajświętszy mówi w Piśmie Świętym: „Sprawiedliwy z wiary żyje” [Rz 1,17]. Nie mówi: żyje z rozumu, ale – z wiary, bo rozum ludzki, tak bardzo ograniczony w swym pojęciu, nie może zbadać wielu rzeczy w dziedzinie natury, a co dopiero mówić o zrozumieniu tajemnic Bożych w dziedzinie życia nadprzyrodzonego. Tu jedynie spieszy z pomocą wiara, która jako cnota boska rozjaśnia i wyświetla niedostępne dla rozumu prawdy Boże. Człowiek, kierujący się jedynie swoim rozumem, często w życiu pobłądzi, schodząc na bezdroża. Szatan, ten chytry wróg naszego zbawienia, jako duch ma rozum bystry i w daleko wyższym stopniu góruje nad rozumem człowieka zmysłowego. W rozumowaniu więc szatan szybko opanuje rozum człowieka  i zwiedzie go na manowce. Wszystkie te utracone powołania zakonne, jak również odstępstwa od wiary świętej i różne herezję są smutnym dowodem dociekania rozumem i kierowania się jedynie nim. Z początku człowiek idzie za wskazówkami rozumu, a później stacza się niżej, idąc za skłonnościami zmysłowymi. Dusza zaś żyjąc wiarą jest dla szatana niezdobytą i niezwyciężoną twierdzą, a on sam wobec niej jest zupełnie bezsilny.

 

Niepokalanów, sobota, 3 X 1936, w czasie rannego rozmyślania.

 

Z „Konferencje św. Maksymiliana Marii Kolbego”, WOF Niepokalanów 2009, wyd IV.

Schizmatyk i heretyk

Jakiś czas temu trafiła w moje ręce książka p. Marie-Anne Vanier „Bóg Ojciec Tajemnica Miłosierdzia; Ojcowie Kościoła o Bogu Ojcu”. Przekładu dokonali i przygotowali dla polskiego czytelnika księża: Marek Starowiejski oraz Józef Naumowicz. Przeglądam spis treści i autorów których teksty zostały zamieszczone, jest tu: Filon z Aleksandrii, św. Ireneusz, św. Atanazy, św. Bazyli Wielki, św. Cyryl, św. Ambroży, św. Augustyn, św. Grzegorz z Nazjanzu, Tertulian. I z pewnym zaskoczeniem czytam, raz i drugi – Marcin Luter z tekstem „Zrozumieć Boga, naszego Ojca”.

Parę dni temu kupiłem w księgarni dwie książki  z serii Klasyka Duchowości Wydawnictwa M, zacnego i którego pozycję wydawnicze są mi dobrze znane. Znalazłem w Internecie autorów zamieszczonych w tej serii: Tomasz a Kempis, dwie pozycje, św. Franciszek i św. Klara, św. Ludwik Grignon de Montfort oraz Jan z Kronsztadu(!).

Zaciekawiła mnie osoba tego ostatniego gdyż dotychczas o kimś takim nie słyszałem.

Z wikipedii: rosyjski duchowny prawosławny i działacz społeczny. W Kronsztadzie prowadził szeroko zakrojoną działalność charytatywną i duszpasterską, wspierając materialnie najuboższych mieszkańców miasta i głosząc wśród nich zasady prawosławnej moralności. Zorganizował dom pracy, w którym bezrobotni i bezdomni mieszkańcy Kronsztadu mogli znaleźć zatrudnienie i zakwaterowanie. Z czasem jego sława obrońcy najuboższych i charyzmatycznego kaznodziei rozprzestrzeniła się na cały kraj. Janowi Kronsztadzkiemu przypisywano dary leczenia siłą samej modlitwy i przepowiadania przyszłości. Na jego adres wpływały dary finansowe od osób prywatnych, które następnie przeznaczał na wsparcie dzieł dobroczynności, cerkwi i monasterów. Jego wystąpienia publiczne gromadziły tysiące wiernych. W 1894 został zaproszony do umierającego cara Aleksandra III.

Reprezentował skrajnie konserwatywne, nacjonalistyczne poglądy polityczne, w swoich kazaniach wielokrotnie poruszał tematy związane z bieżącą sytuacją Rosji. Sprzeciwiał się wszelkim reformom w państwie, twierdząc, że Rosja powinna pozostać monarchią absolutną, z prawosławiem jako jedyną panującą religią. Imperium Rosyjskie utożsamiał ze Świętą Rusią i królestwem Boga na ziemi, zapowiadając równocześnie jego upadek, o ile w kraju nadal będą szerzyły się idee liberalne, w tym równouprawnienie różnych wyznań. W ostatnich latach życia był związany z Czarną Sotnią.

Jest autorem wydanego pośmiertnie dziennika Moje życie w Chrystusie, w którym opisywał swoje dążenia do doskonalenia duchowego, pisał o walce z grzesznymi myślami i działaniami, notował modlitwy. Wiernych wzywał do konsekwentnego doskonalenia się w duchu ewangelicznym, oparcia swojego życia na miłości bliźniego, miłosierdziu i współczuciu, łagodności, posłuszeństwie, czystości i gotowości do wyrzeczeń.

Został kanonizowany w 1964 przez Rosyjski Kościół Prawosławny poza granicami Rosji, 14 czerwca 1990 również przez Rosyjski Kościół Prawosławny.

 

Wielce zastanawiające jest traktowanie przez księży katolickich Marcina Lutraherezjarchy na równi z Ojcami Kościoła. Autorzy przekładu w przedmowie narzekają, że wydawcy katoliccy bardzo zwlekali z wydanie jakiejś poprzedniej pozycji tej autorki. Jak widać sami wydawcy mają lepsze rozeznanie niż księża z profesorskimi tytułami.

Wydawnictwo M za to, ma problem z prymatem papieskim. Z jednej strony wydawane jest nauczanie Jana Pawła II, Biblia z komentarzem tego papieża, a z drugiej strony w klasyce duchowości jest autor kompletnie negujący prymat papieża w chrześcijaństwie. Promowany jest autor prawosławny, wyświecony przez Cerkiew rosyjską w czasach komunizmu, gdy Cerkiew była przybudówką rządzącej partii na odcinku „opium dla ludu”, a jej zwierzchnik był współpracownikiem i wykonawcą działań służb specjalnych państwa ateistycznego.

Stygmaty św. Franciszka

We wrześniu 1224 roku św. Franciszek otrzymuje dar stygmatów. Biedaczyna z Asyżu od dawna pałał szczególnym nabożeństwem do męki Chrystusa oraz Jego ofiary krzyżowej. W pokornej modlitwie prosił Chrystusa: „O Panie mój, Jezu Chryste, proszę Cię, byś mi uczynił dwie łaski, nim umrę. Pierwszą – bym za życia uczuł w duszy i ciele moim, o ile można, tę boleść, którą Ty, Panie słodki, wycierpiałeś w godzi nie gorzkiej swej męki. Drugą – bym uczuł w sercu moim, o ile można, tę miłość niezmierną, którą Ty, Synu Boży tak zapłonąłeś, że ochotnie zniosłeś taką mękę za nas grzeszników”.

StygmatyTomasz z Celano, franciszkanin żyjący w XIII wieku, historyk i pierwszy biograf Franciszka podaje jak na górze La Verna zatopiony w kontemplacji Męki Pańskiej Franciszek: „ujrzał w widzeniu rozciągniętego nad sobą Serafina, wiszącego na krzyżu, mającego sześć skrzydeł, za ręce i nogi przybitego do krzyża. Dwa skrzydła unosiły się mu nad głową, dwa wyciągały do lotu, a dwa okrywały całe ciało. Widząc to, Franciszek zdumiał się gwałtownie, a gdy nie umiał wytłumaczyć, co by znaczyło to widzenie, wtargnęła mu w serce radość pomieszana z żałością. Cieszył się z łaskawego wejrzenia, jakim Serafin patrzył na niego, ale przybicie do krzyża przeraziło go. Natężył umysł, by pojąć, co mogłaby znaczyć ta wróżba i duch jego silił się trwożnie nad jakimś jej zrozumieniem. Otóż, podczas gdy szukając wyjaśnienia na zewnątrz, poza sobą, nie znalazł rozwiązania, nagle objawiło mu je w nim samym odczucie bólu.

Natychmiast bowiem na jego rękach i nogach zaczęły jawić się znaki gwoździ, jak to na krótko przedtem widział u Męża ukrzyżowanego, ponad sobą w powietrzu. Jego ręce i nogi wyglądały przebite gwoździami w samym środku; główki gwoździ były widoczne na wewnętrznej stronie rąk i na wierzchniej stronie nóg, a ich ostre końce były na stronie odwrotnej… Zaś prawy bok, jakby przebity lancą, miał na sobie czerwoną bliznę, która często broczyła i spryskiwała tunikę oraz spodnie świętą krwią”.

Czym są stygmaty, co to jest?

Stygmaty są to widoczne uszkodzenia tkanki miękkiej ciała nie spowodowane żadną chorobą czy też mechaniczną przyczyną. Umiejscowienie ran odpowiada ranom zadanym Jezusowi podczas męki i ukrzyżowania (dłonie lub nadgarstki, stopy, prawy lub lewy bok klatki piersiowej). W szerszym sensie stygmatami określa się również rany umiejscowione na plecach, głowie i czole, jako ślady biczowania i cierniem koronowania. Stygmaty są to widzialne znaki łaski Bożej dane przez Chrystusa w odpowiedzi na miłość do Niego i do Jego odkupieńczego cierpienia i śmierci. Stygmatom towarzyszy ból i krwawienia nasilające się w piątki oraz w Wielkim Poście a zwłaszcza w Wielkim Tygodniu. Stygmatycy doświadczają ekstaz, wizji i objawień, prorokują, mają dar lewitacji i bilokacji, rozpoznawania złych duchów oraz dar czytania w sercach i uzdrawiania. Od stygmatyzacji św. Franciszka na przestrzeni dziejów było wielu stygmatyków, np. św. Jan od Krzyża, św. Teresa z Avili, św. Jan Boży czy zmarły w 1968 roku ojciec Pio oraz Polki – św. Faustyna i Wanda Boniszewska. Przyjmuje się, że również św. Paweł Apostoł był stygmatykiem.

Jest pięć kryteriów uznania krwawych znamion za autentyczne stygmaty:

– zmiana tkanki występuje w miejscach, w których odniósł rany Chrystus,

– pojawiają się one nagle i spontanicznie,

– nie ropieją, nie gniją a często unosi się z nich słodki zapach podobny do woni kwiatów,

– krwawią krwią tętniczą, nie goją się tygodniami, latami,

– nie można ich wyleczyć czy też zaleczyć.

Stygmaty-2Święty Bonawentura opisuje, że od momentu stygmatyzacji św. Franciszek wręcz płonął wewnętrznym ogniem miłości. Jego dłonie były tak gorące, że dotknięciem rozgrzał jednego z braci tak, iż mógł on spać pośród kamieni i śniegu nie czując zimna. Ogień miłości często poprzedza stygmatyzację i pogłębia się po tym wydarzeniu.

Święty Biedaczyna starał się ukrywać ten dar czując się niegodnym noszenia śladów męki Chrystusa na swoim ciele. Tomasz Celano podaje, że od tego momentu nosił skarpety a rękawy habitu zsuwał tak, że widoczne były jedynie końce palców. Brat Tomasz zaznacza, że ranę na boku za życia Franciszka widział tylko jeden z jego współbraci, kiedy pomagał mu zdjąć do wyprania habit. Biografowie zgodnie podają, że Franciszek niechętnie i bardzo ogólnie mówił towarzyszom o doznanej łasce na górze La Verna (spolszczone Alwernia) i pytał ich o radę, jak ma dalej postępować. Jeden z braci powiedział: „tajemnice Boże są ci niekiedy objawione nie tylko ze względu na ciebie, ale także ze względu na innych. Wydaje się więc, że dlatego słusznie należy się obawiać, abyś nie ukrył tego, co otrzymałeś dla pożytku innych i za ukrycie tego talentu nie był zganiony podczas sądu”. Święty przekazuje swoim zaufanym towarzyszom treść widzeń i swoje przeżycia. Franciszek z Asyżu żył jeszcze tylko dwa lata po tym wydarzeniu.

Święty Bonawentura z „Legendzie większej”, podaje ciekawą interpretację stygmatów św. Franciszka. Przez nawiązanie do Pisma świętego, ten Doktor Kościoła, przyrównuje górę La Verna do Góry Przemienienia oraz góry Horeb. Franciszek modlił się w samotności na górze La Verna przez 40 dni jak Mojżesz na Górze Horeb i powrócił do współbraci przemieniony łaską stygmatów na podobieństwo Jezusa Chrystusa na Górze Przemienienia. Mojżesz otrzymał kamienne tablice Dekalogu jako widzialny znak zawartego z Bogiem przymierza a św. Franciszek te znaki miał wyryte na swoim ciele.

Franciszek zmarł w dwa lata po tym wydarzeniu 3 października 1226 roku, w 1337 roku papież Benedykt XI zatwierdził święto Stygmatów dla zakonu franciszkanów. Papież Paweł V na prośbę kardynała św. Roberta Bellarmina zezwolił by to święto było obchodzone w całym Kościele dnia 17 września.

Boże, Ty dla rozpalenia naszych serc ogniem miłości cudownie odnowiłeś w ciele św. Ojca Franciszka znamiona męki Twojego Syna; spraw za jego wstawiennictwem, abyśmy upodobnieni do Chrystusa w Jego męce stali się również uczestnikami Jego Zmartwychwstania. Który z Tobą żyje i króluje na wieki wieków. Amen.

 

PIERWOTNIE TEKST BYŁ OPUBLIKOWANY W MIESIĘCZNIKU „MISERICORDIA” SANKTUARIUM MIŁOSIERDZIA BOŻEGO W OŻAROWIE MAZOWIECKIM WE WRZEŚNIU 2015 ROKU.

 

Szkoła Ziemi Mazowieckiej

Skutkiem rewolucji 1905 roku w Rosji i Królestwie Polskim było zelżenie ucisku aparatu carskiego. Powstała możliwość zakładania polskich instytucji oraz organizacji społecznych. Wśród wielu inicjatyw powstaje w Warszawie gimnazjum męskie pod nazwą „Szkoła Ziemi Mazowieckiej”. Organem prowadzącym było Towarzystwo Szkoły Mazowieckiej. Wśród założycieli byli m.in.: Mieczysław Marszewski, projektant i budowniczy mostu Poniatowskiego w Warszawie (zamieszkały w Pilaszkowie), Kazimierz Kujawski późniejszy poseł na Sejm w latach 1922-1927, dyrektor szkoły do 1925 roku.

SZM

Budynek Szkoły Ziemi Mazowieckiej przed 1915 r.

Szkoła została założona jako ośmioklasowe gimnazjum męskie o profilu filologicznym z dodatkowymi zajęciami praktycznymi. Przed wybuchem wojny Towarzystwo miało pod swoją opieką liceum i gimnazjum. Początkowo szkoła mieściła się przy ul Hożej 27, od roku 1908 przeniosła się do budynku przy ulicy Klonowej 16 w Warszawie należącym do Towarzystwa Szkoły Mazowieckiej. Towarzystwo było organem prowadzącym szkołę i odpowiadało za jej utrzymanie. Zachowały się sprawozdania Zarządu Towarzystwa za lata szkolne: 1916/17, 1927/28 oraz 1937/38. Sprawozdania obejmują działania w danym roku szkolnym, podana jest lista nauczycieli jak i nazwiska uczniów kończących szkołę. Ujęte są przeprowadzone remonty, zakupy pomocy dydaktycznych jak również rozliczenie prac z lat poprzednich. W sprawozdaniach podano wielkości wpływów finansowych oraz kosztów.

Wychowanie patriotyczne stało na wysokim poziomie, a absolwenci szkoły dali dowody patriotycznej postawy i ofiarności w czasie wojny, okupacji i powstania warszawskiego. Przy szkole założona została drużyna harcerska 21 WDH im. Gen. Prądzyńskiego. Do członków tej drużyny należeli m.in. Jan Rodowicz – Anoda, Andrzej Romocki – Moro, Stefan Mirowski – Bolek, Stanisław Jankowski –Agaton. To młodzi bohaterowie Powstania Warszawskiego. Wielu innych absolwentów szkoły zginęło w powstaniu w bardzo młodym wieku jak 19. letni poeta Jan Romocki – Bonawentura.

Czytając te sprawozdania daje się zauważyć, że najczęściej członkami Towarzystwa byli rodzice uczniów uczęszczających do szkoły.

Dnia 22 maja 1928 roku odbyła się uroczystość poświęcenia sztandaru szkolnego wg projektu prof. Dzierzbickiego. Poświęcenia dokonał nuncjusz apostolski ks. abp Francesco Marmaggi, a wśród obecnych był przedstawiciel ówczesnego ministerstwa oświaty oraz warszawskiego kuratorium oświaty.

Oprócz drużyny harcerskiej były również inne możliwości działania. Działało kółko klasyczne w dwóch sekcjach: języka greckiego i łaciny. Kółko historyczne pod kierunkiem prof. Aleksandra Jarzębskiego założone zostało w 1936 roku i w roku szkolnym 1937/38 liczyło 14 członków. Działało kółko matematyczne oraz koło sportowe i krajoznawcze. Prężnie działało również koło Sodalicji Mariańskiej, w roku szkolnym odbyło się 14 wspólnych nabożeństw oraz 10 zebrań, na których omawiano przygotowane referaty.

Wśród rodziców działała sekcja kapliczkowa pod przewodnictwem księdza Prefekta, której zadaniem było dbanie o należyty porządek w kaplicy szkolnej. Sekcja ta urządzała tradycyjny opłatek dla uczniów i rodziców.

Sekcja śniadaniowa prowadziła bufet w szkole gdzie wydawano przeciętnie 180 śniadań miesięcznie w tym 14 bezpłatnych dla niezamożnych uczniów. Dochód przeznaczony był na pomoc finansową dla potrzebującej młodzieży.

Sekcja kapliczkowa była częścią Koła Opieki Rodzicielskiej; sekcja samokształceniowa zorganizowała 2 odczyty dotyczące wychowania szkolnego. Sekcja dochodów niestałych zorganizowała dancing dla kadry nauczycielskiej oraz rodziców w hotelu Bristol skąd dochód przeznaczono na działanie Koła.

W roku 1928 Zarząd Towarzystwa mając upoważnienie Nadzwyczajnego Walnego Zgromadzenia Członków zakupił od właściciela majątku Walewice pod Górą Kalwarią przeszło 4 morgi ziemi. Planowano budowę letniska dla kolonii szkolnych oraz uzdrowiska dla rekonwalescentów.

Czytając sprawozdania widać w nich troskę oraz zaangażowanie nie tylko rodziców w wykształcenie dzieci oraz młodzieży. Przykładano do tego wielką wagę i poświęcano wiele wysiłku i środków. Prawie w każdej dziedzinie życia mogliśmy spotkać absolwentów tej szkoły. Po wojnie szkoła nie została reaktywowana, w jej budynku mieści się obecnie liceum i gimnazjum im. N. Żmichowskiej.

Wśród absolwentów Szkoły byli znani inżynierowie, ludzie sztuki i nauki. Stanisław Żaryn absolwent Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej, odbudowywał Warszawę z ruin powojennych; Kazimierz Rudzki, znany aktor grał jedną z głównych ról w serialu „Wojna domowa”; O. Marcin Chrostowski, dominikanin, doktor inżynier, kapelan w 1 Dywizji Pancernej Gen. Maczka; Jacek Karpiński w 1969 roku zaprojektował modularny minikomputer K-202; dr Tadeusz Faryna wybitny lekarz chirurgii dziecięcej; Bohdan Arct, – polski pilot myśliwski II wojny światowej w Anglii, pisarz, autor książek wspomnieniowych i o tematyce batalistycznej.

Szkoła Ziemi Mazowieckiej do dziś pozostaje przykładem właściwego podejścia do procesu edukacji dzieci i młodzieży. Zakłada autentyczne zaangażowanie w ten proces rodziców, nauczycieli i dyrekcji, władz oświatowych i organu założycielskiego szkoły. Realizowany proces edukacyjny polegał nie tylko na przekazywaniu wiedzy i informacji ale kształtowaniu postawy życiowej według nauczanych wartości.

 

PIERWOTNIE TEKST BYŁ OPUBLIKOWANY W MIESIĘCZNIKU „MISERICORDIA” SANKTUARIUM MIŁOSIERDZIA BOŻEGO W OŻAROWIE MAZOWIECKIM WE WRZEŚNIU 2015 ROKU.

 

Pełniejsza lista członków Towarzystwa Ziemi Mazowieckiej, nauczycieli i absolwentów Szkoły Ziemi Mazowieckiej.

Patron proboszczów

Święty Jan Maria Vianney urodził się tuż przed rewolucją we Francji w roku 1786, dnia 8 maja, w wiosce Dardilly, w chłopskiej rodzinie Mateusza i Marii Beluze. W wyniku prześladowania Kościoła i księży szkoły parafialne zostały zamknięte, dlatego też przyszły proboszcz z Ars naukę pisania opanował dopiero w wieku lat siedemnastu. W roku 1812 wstępuje najpierw do niższego a następnie wyższego seminarium duchownego. Zły stan zdrowia oraz opóźnienia w nauce w stosunku do innych, młodszych kolegów sprawiały mu spore trudności w nauce. Dzięki wstawiennictwu swojego przyjaciela – proboszcza z Ecully udaje się mu zdać egzaminy i w 1815 roku zostaje wyświęcony na kapłana.

J.M.VianneyPrzez pierwsze trzy lata był wikarym w Ecully do czasu śmierci proboszcza Karola Balleya. W roku 1818 zostaje wyznaczony na proboszcza w wiosce Ars.

W tamtym czasie w Ars mieszkało 260 osób i jak mówili złośliwie okoliczni mieszkańcy „tylko chrzest różnił ich od bydląt”. Nowomianowany proboszcz miał w myśli słowa swojego przyjaciela ks. Balleya: „Jest sposób, by najbardziej zatwardziałego grzesznika nakłonić do poprawy. Trzeba za niego pokutować”. Mimo, że na Mszę św. przychodziło tylko kilka osób, wytrwałą modlitwą, adoracją Najświętszego Sakramentu oraz pokutą udało się poruszyć serca mieszkańców wioski. Swoją uprzejmością, skromnością, częstymi i przyjacielskimi rozmowami z parafianami doprowadził do poprawy życia, do nawrócenia i częstszego przyjmowania sakramentów.

W roku 1824 w Ars otwarto szkołę, w której Proboszcz uczył katechizmu. Ksiądz Vianney brał udział w misjach parafialny urządzanych w okolicy i dał się poznać jako wspaniały spowiednik. Posiadał umiejętność przenikania ludzkich serc i sumień oraz przepowiadania przyszłych losów a co za tym idzie udzielania dobrych rad na dalsze życie.

W niedługim czasie zaczęły napływać do wioski tłumy pielgrzymów pragnących odbyć spowiedź u Proboszcza z Ars. W ciągu dnia przyjmował od 200 do 300 penitentów, w konfesjonale spędzał od 13 nawet do 17 godzin w ciągu dnia. Oblicza się, że w trakcie pełnienia 41-letniej posługi w Ars wysłuchał około miliona spowiedzi. Nauki jego dla penitentów często były bardzo krótkie, ale niezwykle skuteczne. Słuchając spowiedzi mężczyzny, który nie potrafił wzbudzić żalu za swe grzechy przy spowiedzi, proboszcz rozpłakał się i płakał tak długo, aż penitent zapytał go o przyczynę – Płaczę dlatego, że ty nie płaczesz – usłyszał w odpowiedzi.

Pewnej młodej dziewczynie powiedział jedynie – Gorąco kochaj Pana Boga!

Wśród penitentów czekających na spowiedź byli nie tylko prości wieśniacy, ale również osoby z elit Paryża.

Święty Proboszcz z Ars przyjął własne ograniczenia i cierpienia jako ofiarę w swojej drodze naśladowania Chrystusa. Cierpienia i pokuta proboszcza były nie tylko fizyczne, ale również duchowe. Obok oschłości, skrupułów, lęku o zbawienie, obawy przed odpowiedzialnością za powierzonych mu wiernych i poczucia osamotnienia często doznawał napaści diabelskich. Wielokrotnie był budzony w nocy, czasem zrzucany z łóżka. Często słyszano z ust proboszcza, że ataki i napaści nocne były znakiem, że będzie dużo pielgrzymów w ciągu dnia. Tak mówił o szatanie: „Dręczy mnie w rozmaity sposób. Czasami łapie mnie za stopę i ciągnie po pokoju. Robi tak, bo nawracam dusze dla dobrego Boga”.

Święty Jan Maria Vianney zwykł mówić: „Gdy w parafii jest święty proboszcz, to jest to dobra parafia, jeśli mamy do czynienia z dobrym proboszczem, to mamy średnią parafię. A gdzie jest zły proboszcz, tam jest żadna parafia”.

J.M.Vianney-1Nikomu nieznana wioska Ars, za życia księdza Jana stała się bardzo znanym miejscem. Pielgrzymi przyjeżdżali z najodleglejszych miast i wsi Francji jak i spoza jej granic. Przyciągał ich charyzmatyczny kapłan, leczący dusze jak również i ciała.

Wyniszczony postami i chorobą ks. Jan Maria Vianney zmarł dnia 4 sierpnia 1859 roku w swoim Ars w wieku 73 lat. W pogrzebie uczestniczyło ok. 300 kapłanów i ok. 6 tys. wiernych, nabożeństwu przewodniczył biskup ordynariusz. Został pochowany w kościółku w Ars, gdzie już 6 lat później zaczęto budować obecną bazylikę pw. św. Sykstusa. Udostępniony jest do zwiedzania skromny domek, w którym Proboszcz a Ars spędził 41 lat swojego życia.

W roku 1905 św. papież Pius X beatyfikował go a w roku 1925 Pius XI kanonizował Proboszcza z Ars, ogłaszając go cztery lata później patronem wszystkich proboszczów Kościoła Katolickiego.

W ikonografii Święty przedstawiany jest w stroju duchownym ze stułą na szyi, często w otoczeniu dzieci.

 

Boże wszechmogący, błagam Cię i proszę pokornie ze względu na zasługi, świątobliwe życie i gorliwość sługi Twego Jana, ażebyś po wieki wieków raczył darzyć Kościół święty kapłanami, którzy by żarliwie bronili Twej chwały i pod każdym względem służyli za przykład owieczkom powierzonym ich pieczy. Przez Pana naszego Jezusa Chrystusa, który króluje w niebie i na ziemi. Amen.

 

PIERWOTNIE TEKST BYŁ OPUBLIKOWANY W MIESIĘCZNIKU „MISERICORDIA” SANKTUARIUM MIŁOSIERDZIA BOŻEGO W OŻAROWIE MAZOWIECKIM W LIPCU-SIERPNIU 2015 ROKU.

Pyszałkowaty biedak

O ubóstwie w duchu. Pokora ubogiego. Biedak szlachetny

Ósmym stopniem nadużycia jest pyszny biedak, który nic nie mając unosi się pychą; a przecież apostoł Paweł nawet bogatym tego świata przykazał, „aby się nie pysznili” (1 Tm 6, 17). Bo cóż może być bardziej głupie niż człowiek wdeptany w ziemię ostateczną biedą. Zamiast iść na końcu z pokorą i zatroskaniem, on nadyma swój umysł przeciw Bogu. Jest to występek, których tych, co byli na samym szczycie niebios, powalił w otchłań. Czegóż więc zachciewa się temu, co się pyszni na ziemi jakby jakiś potentat, a który oczom ludzi powinien ukazywać się jako maluczki?

Aby ubóstwo nie zasmucało, niech ubodzy słuchają jaką nagrodę wyznaczył Bóg ubogim. Powiedział bowiem: „Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie” (Mt 5, 3). Słuszne bowiem jest zarządzenie miłościwego sędziego, że królestwo w niebie dał tym, którym nie dał udziału w ziemskim królestwie śmiertelników, by na stolicy niebieskiej był bogaczem człowiek, który na ziemi miał nic.

Niechże więc strzegą się biedni, aby będąc pozbawionymi królestwa na ziemi z biedy czy z konieczności, nie pozbawili się także królestwa niebieskiego na skutek nieroztropności umysłu. Gdy bowiem zrządzeniem Bożym przypadło im w udziale ubóstwo konieczne, od ich woli zależy czy są ubogimi w duchu. Bo królestwo niebieskie nie jest obiecane każdemu, lecz tylko tym, u których brakowi bogactwa towarzyszy pokora. Albowiem ubogi, ale pokorny, jest „ubogim w duchu”: na zewnątrz wygląda na ubogiego, ale nigdy nie nadyma się pychą, zaś w dążeniu do królestwa niebieskiego pokora umysłu bardziej pomaga, niż brak majątku materialnego. Za ubogich w duchu mogą być uważani ludzie pokorni, bogactwo doczesne posiadający we właściwy sposób; natomiast pyszałkowaci golcy bez wątpienia będą pozbawieni należnego ubogim błogosławieństwa. O obydwóch Pismo Święte tak się wyraża: „Jest jakoby bogaty, choć nic nie ma, i jest jakoby ubogi, choć ma wiele bogactw” (Prz 13, 7). A więc jakoby ubogim choć ma wiele bogactw – jest bogacza ubogi w duchu, a nic nie mający – jakoby bogaczem jest pyszny biedak – wewnętrzną żądzą ducha. Tak więc szlachetne ubóstwo – to pokora umysłu, a wyimaginowane bogactwo – to wypaczenie ducha.

Niechże więc ubodzy starają się uznać za takich, jakimi są: a nie mogąc faktycznie osiągnąć rzeczy których pragną, niechże zaprzestaną wynosić się w myśli chorobliwą dumą.

 

Krótkie moralia chrześcijańskie, redakcja naukowa Artur Andrzejuk, Warszawa-Londyn 2000

 

Wartość życia wewnętrznego

Życie zewnętrzne jest tylko skutkiem życia wewnętrznego i o tyle ma wartość, o ile pochodzi z życia wewnętrznego.

Chciałby ktoś jak najlepiej wszystko robić i tak, aby było najdokładniej. Jeżeli jednak nie będzie to wszystko pochodziło z życia wewnętrznego, nic nie pomoże. Cała wartość naszego życia i naszej działalności polega na życiu wewnętrznym. Ma to być życie miłości ku Panu Bogu w Niepokalanej – nie tylko w teorii i w uczuciu, lecz w praktycznej miłości, która polega na zjednoczeniu naszej woli z wolą Niepokalanej. Nie chcieć niczego, lub inaczej, jak tylko dlatego, że tak chce lub nie chce Niepokalana. To jest obraz duszy, w której żyje Niepokalana, a w niej Pan Bóg. To życie wewnętrzne jest istotą wszystkiego.

Przede wszystkim i ponad wszystko musimy pogłębiać to życie wewnętrzne.

Jeżeli chodzi o prawdziwą przyczynę życia nadprzyrodzonego, potrzebne są środki nadnaturalne. Modlitwa, modlitwa i tylko modlitwa jest potrzebna do utrzymania życia wewnętrznego i do jego rozwoju.

Co to jest modlitwa? Jest to podniesienie duszy do Boga. Może ktoś być zaabsorbowany pracą – jeśli ją spełnia dla Niepokalanej, on się modli. Przy czym jak najczęściej wzbudzać sobie krótkie akty strzeliste do Matki Bożej. Im kto więcej będzie w kontakcie z Niepokalaną przez modlitwę, tym bujniejsze będzie jego życie wewnętrzne. To bardzo a bardzo chciałbym podkreślić.

 

Niepokalanów, niedziela 18 VII 1937 r.

 

Z „Konferencje św. Maksymiliana Marii Kolbego”, WOF Niepokalanów 2009, wyd IV.

Szczęście i miłość naszym celem

sw._m.m.kolbe

  1. Ateiści przyszli w dniu świątecznym do furty i chcieli rozdać podarki dla dzieci. Gdy dzieci przyszły, to im opowiadali, że oni chcą dla ludzi szczęścia na tym świecie, bo i tak ze śmiercią wszystko się skończy.
    Głoszone przez nich hasło uszczęśliwiania ludzi zbudowane jest na głębokich podstawach psychologicznych, bowiem rzeczywiście każdy chce być szczęśliwy. Ale w całej tej teorii jest także duży błąd, bo wyłączają nieśmiertelność duszy.
    Szczęścia szuka każdy człowiek. I gdyby zbadać pobudki, którymi ludzie posługują się w tym życiu, to zawsze głównym celem jest szczęście. Ale gdyby ktoś w zakonie szukał szczęścia kosztem woli Bożej, to nawet ludzie świeccy to zauważą i tym się zgorszą.
    Opowiadał jeden misjonarz, że przyszedł do niego pewien inteligentny Hindus i wyraził pragnienie nawrócenia się na katolicyzm. Zdziwiony zapytuje, co go do tego skłoniło, a on mówi, że nie wierzył w życie bezżenne misjonarzy katolickich, lecz dłuższa obserwacja przekonała go o tym i dlatego religia katolicka musi być prawdziwa, jeśli daję taką siłę. I tak jest zawsze: ludzie chcą widzieć naukę chrześcijańską w czynie.
    We Włoszech jechałem raz pociągiem i dyskutowałem z Żydem na temat boskości Pana Jezusa. Przytoczyłem wszystkie dowody i wreszcie na końcu słyszę pytanie, czy ja sam w to wierzę. Odpowiedziałem: – Gdybym nie wierzył, to bym zrzucił ten habit i poszedłbym używać świata. – To wystarczyło. Nie potrzeba było więcej przekonywać.
  2. Człowiek szuka szczęścia i rzeczywiście nawet w tym poświęceniu się Bogu je znajduje. Celem ostatecznym człowieka jest ten cel, do którego zdąża, dla którego zużywa środki, by go osiągnąć. Naszym celem jest miłość Boża przez Niepokalaną i w niej, a środkiem życie, dlatego powinniśmy zużyć swe życie dla tego celu.
    Jeśli człowiek nie miłuje Boga, to miłuje siebie, a są to miłości sprzeczne. Św. Augustyn mówi, że są dwa krańce: „Miłość Boga aż do wzgardy siebie, albo miłość siebie aż do wzgardy Boga”. Trzeba więc pamiętać, by miłość w Bogu, a nie poza Bogiem. W życiu codziennym często się zdarza, że jeszcze kochamy siebie; starajmy się więc, aby miłość Boga w nas aż do wzgardy siebie.

Niepokalanów, 13 II 1938.

Z „Konferencje św. Maksymiliana Marii Kolbego”, WOF Niepokalanów 2009, wyd IV.

Pokuta – Sakramentem Miłosierdzia

Rozważanie niewyczerpanej wielkości Miłosierdzia Bożego najlepiej zacząć od uświadomienia sobie głębi i skutków grzechu. Grzech jest powszechny w codzienności każdego z nas. Jest jednak lekceważony, spychany na margines a nawet wyśmiewany i wyszydzany. Wstydzimy się przyznać do grzechu czy błędu nawet przed samym sobą, odkładamy poprawę naszego postępowania w nieskończoność. Sami decydujemy co jest grzechem a co nie, lekceważąc nauczanie Kościoła i wybierając z niego to co nam odpowiada lub jest wygodne.
Grzech w ogólności jest przekroczeniem prawa Bożego: przez złą myśl, złe pragnienie, złe słowo, zły czyn lub przez zaniedbanie uczynku dobrego, do którego jesteśmy zobowiązani. Grzech śmiertelny jest świadomym i dobrowolnym przekroczeniem prawa Bożego w rzeczy ważnej. Jest zdeptaniem woli Bożej, buntem przeciw Bożemu panowaniu. Grzech jest wzgardą okazaną Bogu, wzgardą dla mądrości Bożej, wzgardą miłości Bożej, wzgardą świętości Bożej. Nieskończona jest godność obrażanego Boga i dlatego grzech jest tak wielkim złem. Człowiek jednak w swojej ułomności i pysze wartościuje zło. Próbuje umniejszać grzech rozróżniając mniejsze i większe zło lub uzależnia wielkość grzechu od ilości złych uczynków. Zapominamy, że obrażamy Nieskończonego Boga i każdy pojedynczy grzech jest Jego obrazą. Jest tak wielką obrazą, że jeden grzech położony na szali wagi przeważy wszelkie dobro wszystkich stworzeń.
Wszystko – oprócz grzechu – zostało stworzone przez Boga. Jest więc dobre, bo od Niego pochodzi. Grzech jest największym złem, bo nie pochodzi od Stwórcy.
Grzech jest tak wielką obrazą Boga, że tylko Bóg może go zgładzić swoją przelaną krwią. Najwspanialszym przejawem Bożego Miłosierdzia jest Zmartwychwstanie Pana Jezusa, które odkupiło nasze grzechy. Miłosierdzie Boże jest dostępne człowiekowi w Sakramencie Pokuty w każdym momencie jego życia. Ten sakrament jest najwspanialszym dziełem Bożego Miłosierdzia.
To człowiek musi wyjść naprzeciw Bożemu Miłosierdziu przyjmując ten sakrament.

pokutaPrzypowieść o synu marnotrawnym (Łk, 15, 11-32), który wziął od ojca przypadającą mu część i poszedł w świat gdzie stracił wszystko doszczętnie, pokazuje działanie Miłosierdzia w naszym życiu codziennym. Widzimy nędzę życia grzesznego człowieka w brudzie, chłodzie, głodzie i poniżeniu. Ostatecznie syn decyduje się wrócić do domu ojca. Postanawia rzucić się do nóg i prosić o przebaczenie oraz o zaliczenie w poczet chociażby najniższych sług. Widzimy jak wygląda Boże Miłosierdzie na przykładzie ojca witającego marnotrawnego syna. Ojciec ucieszył się wielce i kazał sługom ubrać syna w najkosztowniejsze ubranie i przygotować ucztę aby się weselić z odzyskania syna.
Tak samo Miłosierdzie czeka na każdego, który zgrzeszył. Każdy nasz grzech, którego całą ohydę, spustoszenie i nędzę poznaliśmy, jest nam odpuszczony przez Boże Miłosierdzie. Spowiedź jest tym co leczy skutki grzechu. Za każdym razem sakrament ten czerpie z Bożego Miłosierdzia i do niego się odwołuje. Tak wielkie jest Miłosierdzie, że w jednej chwili możemy obmyć się z brudu grzechu w Krwi Chrystusa. Wracamy do przyjaźni z Bogiem, odzyskujemy życie duszy oraz jej piękno, siłę, pokój i dawne zasługi. Boże Miłosierdzie w sakramencie pokuty przebacza tyle razy, ile razy człowiek z żalem wyznaje swoje grzechy. Przebacza wszędzie, przebacza natychmiast, gdy widzi prawdziwą skruchę, nie żądając wiele od duszy. Wystarczy skrucha i chęć poprawy by otworzyć Miłosierdziu naszą duszę i dać możliwość działania gdyż nie działa ono automatycznie, potrzebna jest nasza współpraca.
Konsekwencje i całe zło grzechu poznać można w opisie grzechu pierwszych rodziców. Pierwsi rodzice posiadali pełną harmonię duszy i ciała. W duszy panował błogi ład i spokój, ciało zaś, obdarzone nadto przywilejem nieśmiertelności, słuchało doskonale duszy, która wszystkie żądze trzymała na wodzy. Grzech zepsuł tę harmonię, zniszczył pierwotną sprawiedliwość, dary nadprzyrodzone i przywileje. Zepsucie weszło do natury człowieka. Wola osłabła i stała się bardziej skłonna do grzechu. Namiętności i zmysłowa pożądliwość wyzwoliły się spod władzy rozumu. Te skutki wzmacniają się i nawarstwiają po każdym grzechu.
Według św. Augustyna Pan Bóg wykonuje trojaki sąd nad grzesznikiem: sąd miłosierdzia na chrzcie św., sąd miłosierdzia i sprawiedliwości w sakramencie pokuty oraz sąd sprawiedliwości po śmierci i na końcu świata. Widać tu, że Miłosierdzie Boże działa i odnosi się tylko do naszego życia doczesnego. Po śmierci będziemy zdani tylko na Bożą Sprawiedliwość.

 

 

PIERWOTNIE TEKST  ZOSTAŁ OPUBLIKOWANY W MIESIĘCZNIKU „MISERICORDIA” SANKTUARIUM MIŁOSIERDZIA BOŻEGO W OŻAROWIE MAZOWIECKIM W KWIETNIU 2014 ROKU.