Litania pokory

Rafael Merry del Val y Zulueta (ur. 10 października 1865 w Londynie, zm. 26 lutego 1930 w Watykanie) – hiszpański duchowny katolicki, dyplomata watykański, sekretarz stanu, kardynał, Sługa Boży.

Był synem ambasadora hiszpańskiego w Anglii. Studiował w szkole jezuickiej w Namur (Belgia), w Kolegium św. Michała w Brukseli, Ushaw College w Durham oraz Papieskiej Akademii Szlacheckiej w Rzymie (watykańska szkoła dyplomacji). Przyjął święcenia kapłańskie 30 grudnia 1888 w Rzymie. Otrzymał honorowe tytuły tajnego szambelana papieskiego i prałata domowego. W 1897 pełnił funkcję delegata apostolskiego w Kanadzie. W październiku 1899 został mianowany prezydentem Papieskiej Akademii Duchownej w Rzymie. 19 kwietnia 1900 mianowany arcybiskupem tytularnym Nicei, otrzymał sakrę biskupią 6 maja 1900 w Rzymie z rąk kardynała Mariano Rampolli del Tindaro, sekretarza stanu. W 1901 reprezentował papieża na koronacji króla Anglii Edwarda VII. Był sekretarzem konklawe zwołanego w 1903 po śmierci papieża Leona XIII. Nowy papież, Pius X, mianował go w sierpniu 1903 podsekretarzem stanu, a następnie w listopadzie wyniósł do godności kardynalskiej i promował na pełnoprawnego sekretarza stanu. Merry del Val objął także funkcje prezydenta Papieskiej Komisji Administracji Dóbr Stolicy Świętej, prefekta Kongregacji Loreto oraz prefekta Pałacu Apostolskiego.

Sługa Boży Rafael kard. Merry del Val był wybitną postacią Kościoła z początku XX wieku i najbliższym współpracownikiem św. Piusa X. Po śmierci Świętego Papieża został sekretarzem Świętego Oficjum. Zmarł w 1930 roku. Po wycofaniu się z publicznych spraw Kościoła, napisał Litanię Pokory.

26 lutego 1953 roku rozpoczął się Jego proces beatyfikacyjny.

 

Litania pokory

O Jezu cichy i pokornego serca, uczyń serce me według Serca Twego.

Od mojej własnej woli – wybaw mnie, Panie.
Od pragnienia bycia szanowanym
Od pragnienia bycia kochanym
Od pragnienia bycia wychwalanym
Od pragnienia zaszczytów
Od pragnienia podziwu i uwielbień
Od pragnienia bycia wyróżnianym
Od pragnienia bycia proszonym o radę
Od pragnienia bycia akceptowanym
Od pragnienia bycia zrozumianym
Od pragnienia bycia odwiedzanym

Od lęku przed upokorzeniem – wybaw mnie, Panie.
Od lęku przed wzgardą
Od lęku przed odtrącaniem
Od lęku przed oszczerstwami
Od lęku przed popadnięciem w zapomnienie
Od lęku przed wyśmianiem
Od lęku przed podejrzeniami
Od lęku przed obelgami
Od lęku przed opuszczeniem
Od lęku przed odrzuceniem

Aby inni byli kochani bardziej niż ja – Panie, udziel mi łaski, bym tego pragnął.
Aby inni byli cenieni bardziej niż ja
Aby w opinii świata inni rośli, a ja się umniejszał
Aby inni byli chwaleni, a ja bym był zapomniany
Aby inni z pożytkiem służyli, a ja bym był odsuwany na bok
Aby inni byli wyróżniani we wszystkim
Aby inni byli bardziej święci ode mnie, bylebym został święty na miarę moich możliwości

Gdy będę nieznany i ubogi – Panie, pragnę się tym cieszyć.
Gdy będę pozbawiony naturalnych doskonałości ciała i umysłu
Jeśliby o mnie nie myślano
Jeśliby zlecano mi najniższe posługi
Jeśliby nawet nie raczono się mną posługiwać
Jeśliby nigdy nie pytano mnie o zdanie
Jeśliby zostawiono mnie na ostatnim miejscu
Jeśliby nigdy nie prawiono mi komplementów
Jeśliby mnie ganiono w porę i nie w porę

O Jezu cichy i pokornego serca, uczyń serce me według Serca Twego.

 

Apoftegmaty – abba Arseniusz

Abba Arseniusz, kiedy żył jeszcze w pałacu cesarskim, modlił się do Boga: „Panie, zaprowadź mnie na drogę zbawienia”. I usłyszał głos mówiący: „Arseniuszu, uciekaj od ludzi, a będziesz zbawiony”.

 

Pewien brat prosił abba Arseniusza o słowo. Starzec mu odpowiedział: „Walcz, ile tylko ci sił wystarczy, by twoja praca wewnętrzna była po myśli Bożej, a tak pokonasz wewnętrzne namiętności”.

 

Abba Daniel opowiadał o abba Arseniuszu, że kiedyś przyszedł urzędnik i przyniósł mu testament jakiegoś krewnego senatora, który zostawił mu ogromny spadek. Starzec wziął ten testament i chciał go podrzeć. Wtedy urzędnik padł mu do nóg i mówił: „Błagam cię nie drzyj go, bo głowę utną!” Odrzekła abba Arseniusz: „Ja umarłem wcześniej, a on dopiero teraz”. Odesłał więc testament i nic nie przyjął.

 

Abba Arseniusz, siedząc w celi usłyszał głos mówiący: „Chodź, pokażę ci dzieła rąk ludzkich”. Wstał więc i wyszedł, i zaprowadzano go w jakieś miejsce, gdzie zobaczył Murzyna, który rąbał drzewo i układał je w wielką wiązkę. Próbował tę wiązkę unieść, ale nie mógł: i wtedy zamiast coś z niej odjąć, znowu rąbał drzewo i jeszcze więcej do niej dokładał. Trwało to długo. Nieco dalej pokazano starcowi człowieka, który stał nad jeziorem i czerpał z niego wodę i lał ją do dziurawego naczynia, tak że woda z powrotem spływał do jeziora. A głos dalej mówił do starca: „Chodź pokażę ci jeszcze coś więcej”. I zobaczył starzec świątynię, a przed nią dwóch ludzi na koniach trzymało w poprzek belkę, stojąc jeden obok drugiego. I chcieli z nią wjechać przez bramę, ale nie mogli, ponieważ belka była ustawiona w poprzek. Żaden jednak z nich nie poniżył się do tego, żeby stanąć za towarzyszem i ustawić belkę wprost: toteż stali przed bramą. A głos mówił: „Ci tutaj to są ludzie, którzy jarzmo sprawiedliwości niosą z pychą, i nie chcą się upokorzyć, aby się poprawić i pójść pokorną drogą Chrystusową”: toteż i pozostają na zewnątrz Królestwa Bożego. Ten zaś, co rąbał drzewa, to człowiek mający wiele grzechów na sumieniu: i zamiast się nawrócić, dodaje do tych grzechów jeszcze dalsze. A ten co czerpał wodę, to człowiek, który wprawdzie spełnia dobre czyny, ale ponieważ jest w nich domieszka zła, przepada także i dobro. Toteż każdy człowiek powinien czuwać nad swymi czynami, aby się nie trudzić na próżno.

 

Kiedy abba Arseniusz miał już umierać, jego uczniowie bardzo się martwili. A on im mówił: „Jeszcze nie czas; kiedy czas przyjdzie to wam powiem. Ale pozwę was przed sąd Boga Straszliwego, jeżeli moje szczątki dacie komukolwiek”. Oni na to: „Cóż więc mamy zrobić? Pochować cię nie umiemy”. Odrzekł im starzec: „Nie umiecie nóg mi związać liną i zaciągnąć mnie w góry?” – Te zaś były ulubione powiedzenia starca: „Arseniuszu, po co tu przyszedłeś?” i „Często żałowałem mowy, ale nigdy milczenia”. A kiedy już umierał, zobaczyli uczniowie, że płacze. I zapytali: „To naprawdę i ty się boisz, ojcze?” On odrzekł: „Naprawdę, ten strach, który teraz czuję w tej tej godzinie, czułem odkąd zostałem mnichem”. I tak umarł.

 

 

Za: Apoftegmaty Ojców Pustyni – tom 1; Gerontikon.

Życie w Bogu

Ci którzy płoną miłością ku Bogu i łakną zbawienia dusz, biegną do stołu najświętszego krzyża. Chcą jedynie cierpieć i znosić tysiące udręczeń, służyć bliźniemu, zdobywać i zachowywać cnoty, nosząc na ciele swym stygmaty Chrystusa. Gdyż udręczona miłość, która ich pali, przepala ciało, objawia się pogardą samych siebie, radością z hańb, znoszeniem mąk i udręczeń, skądkolwiek przyjdą i w jakikolwiek sposób są im zsyłane.

Dla tych najmilszych synów męka jest rozkoszą. Prawdziwą męką są radości i pociechy, które świat niekiedy zechce im dać. Smucą się nie tylko względami, które świat okazuje im z Bożego zrządzenia, kiedy słudzy świata są zmuszeni przez dobroć Bożą, okazywać im cześć i pomoc w potrzebach i koniecznościach doczesnych, lecz gardzą nawet, przez pokorę i nienawiść do siebie samych, pociechą duchową, którą otrzymują od Ojca wiecznego. Nie gardzą w pociesze łaski Bożej, lecz zadowoleniem, które znajduje w pociesze pragnienie duszy.

Jest to skutek prawdziwej pokory, która wynika ze świętej nienawiści i jest strażniczką i żywicielką miłości zdobytej przez prawdziwe poznanie siebie i Boga. Toteż widzisz, że pokora i stygmaty Chrystusa ukrzyżowanego lśnią w ich ciałach i duszach.

Ci czują, że Bóg nigdy nie rozłącza się z nimi, jak z innymi, od których odchodzi i do których wraca, nie odbierając im swej łaski, tylko poczucie swej obecności. Nie postępuje On tak z tymi najdoskonalszymi, którzy doszli do wielkiej doskonałości i umarli całkowicie dla wszelkiej swej woli. Spoczywa w nich ustawicznie swoją łaską i przez poczucie obecności. Ilekroć chcą zjednoczyć ducha swego z Bogiem w miłości, mogą to czynić, gdyż pragnienie ich doszło do takiego zjednoczenia z Nim, że nic na świecie nie może go oddzielić. Każde miejsce, każdy czas są im dobre dla modlitwy, bo życie ich wzniosło się ponad ziemię i przebywa w niebie. Zniszczyli w sobie wszelkie przywiązanie ziemskie, wszelką miłość samolubną lub zmysłową i wznieśli się nad siebie w wysokości niebie, po drabinie cnót, przeszedłszy trzy stopnie, które były przedstawione w ciele Jednorodzonego Syna Bożego.

Na pierwszym stopniu zzuwają ze stóp uczucia przywiązania do grzechu, Na drugim kosztują tajemnicy kochającego serca, przez co poczynają miłość cnoty. Na trzecim, który jest stopniem pokoju spoczynku duszy, doświadczają w sobie cnoty i wznosząc się nad miłość niedoskonałą, dochodzą do wielkiej doskonałości. Tam znajdują wreszcie spoczynek w nauce Bożej Prawdy. Tam znajdują stół, pokarm i służebnika i kosztują tego pokarmu za pośrednictwem nauki Chrystusa ukrzyżowanego, Jednorodzonego Syna Bożego.

Bóg jest im łożem i stołem; pokarmem jest Jego Słowo miłości. W tym chwalebnym Słowie kosztują dusz, które są im pokarmem, i On sam jest pokarmem, który dostaliśmy: Ciało i Krew Jego, prawdziwego Boga i prawdziwego Człowieka. Pokarm ten otrzymujemy w sakramencie ołtarza, ustanowionym przez Boga i danym nam przez Jego dobroć na czas, póki jesteśmy pielgrzymami i podróżnymi, abyśmy nie padli w drodze z wyczerpania i nie zapomnieli o dobrodziejstwie krwi przelanej za nas z tak płomienną miłością oraz aby nas pokrzepić i pocieszać w drodze. Duch Święty, który jest miłością Bożą, użycza nam Jego darów i łask.

 

Św. Katarzyna ze Sieny, Dialog o Bożej Opatrzności czyli księga Boskiej nauki, Poznań 2012

Pożytki odpustów

Pożytki odpustów dla życia duchowego można zgrupować w osiem niejako błogosławieństw. I tak, po pierwsze przez przypominanie nam grzechu, sprawiedliwości Bożej i kar doczesnych za winy ożywiają w nas nieustannie myśli, odpowiednie dla drogi oczyszczającej, która jest dla nas najbezpieczniejsza, jakkolwiek wciąż z taką niecierpliwością oczekujemy jej zakończenia. Po wtóre, myśl o odpustach czyni nas szczególnie obcymi temu światu, gdyż wiedzie w świat niewidzialny, otaczając nas obrazami życia nadprzyrodzonego i wypełniając nasz umysł tego rodzaju myślami, które odrywają nas od rzeczy ziemskich i od doczesnych przyjemności. Po trzecie, uprzytamniają nam ciągle naukę o czyśćcu, wciąż umacniając naszą wiarę i przypominając pobudki do świętej bojaźni. Po czwarte, dostarczają nam sposobności do czynów miłosierdzia względem dusz wiernych zmarłych, które w swym poświęceniu zdobywa się nieraz na akt heroiczny, jest dostępne dla tych, którzy nie mogą się zdobyć na inną jałmużnę, a dla nas samych miewa te same skutki co inne dzieła miłości. Po piąte, dużo się przyczyniają do chwały Bożej, gdyż z jednej strony, uwalniając duszę z kaźni czyśćcowej, wcześniej pomnażają nimi Chóry niebieskie, z drugiej zaś uwidaczniają Boskie doskonałości, jak ową czystość nieskończoną, brzydzącą się wszelkim grzechem, choćby najlżejszym i nieugięta sprawiedliwość, złączoną z tak przemyślnym miłosierdziem. Po szóste, składają odpusty hołd zasługom Chrystusa, na mocy których odpuszczają kary za grzechy, dając świadectwo nauce, iż wszelkie odpuszczenie grzechów dzieje się wskutek zasług Zbawicielowych. Można powiedzieć, że obrazują całe bogactwo dzieła Odkupienia, niczego w nim nie pomijając. Podobny hołd, choć w mniejszym stopniu oddają także zasługom Maryi i Świętych. Po siódme, pogłębiają nasza wiedzę o grzechu i budzą doń odrazę, gdyż nieustannie unaoczniają nam prawdę, że kara należy się również za grzechy odpuszczone, że kara jest nieznośnie dotkliwa, i że jakkolwiek jest tylko doczesna, przecież jedynie dzięki zasługom Jezusowym może być darowana. Po ósme, korzystanie z odpustów utrzymuje nas w harmonii z duchem Kościoła, która jest tak ważna dla tych, co się starają wieść życie wewnętrzne, a kroczą drogą najeżoną trudnościami ascezy i wewnętrznej świętości. Niedocenianie bowiem doniosłości odpustów jest znakiem herezji; nienawiść zaś, jaką heretycy im okazują świadczy, jak bardzo szatan nienawidzi odpustów, co znowu jest miarą ich potęgi i skuteczności u Boga. Przyjmowanie odpustów tyloma nićmi wiąże się z nauką Kościoła, począwszy od władzy Stolicy Apostolskiej, a kończąc na wierze w czyściec, w moc dobrych uczynków, w obcowanie Świętych, w zadość uczynienie, że słusznie może być uważane za niemal pewną oznakę prawowierności. Istotnie, dzieje wszystkich nieszczęsnych błędów w sprawie życia duchowego, które odrywały tysiące dusz od Kościoła, najlepiej dowodzą, że aby być na wskroś świętym, trzeba być na wskroś katolikiem, na wskroś rzymskim katolikiem. Gdyż poza rzymskością nie masz ani katolicyzmu ani w ogóle świętości.

Jeżeli chodzi o samo nabożeństwo, ubogacone odpustami, to posiada ono szereg korzyści za sobą. Możemy być pewni, iż jest polecone przez Kościół, gdyż ma za sobą więcej niż potwierdzenie kościelne. Wiemy, że jest ono w użyciu codziennym u wielu świętych dusz, że więc przez nie głębiej wchodzimy w obcowanie Świętych i w życie Kościoła, które ich łączy. Z tych względów, o których już wyżej była mowa, pozyskiwanie odpustów uduchowia nasze myśli i orzeźwia naszą wiarę. Uczy nas modlić się w ten sposób i o takie rzeczy, jakich pragnie Kościół, za jednym przeto zachodem pozwala nam osiągnąć cały szereg celów. Jednym bowiem aktem nie tylko się modlimy, lecz także wyrażamy uznanie klucznictwa Kościoła, czcimy Jezusa, Maryję i Świętych, uwalniamy się od kar doczesnych lub, co jeszcze większą ma wagę, przyczyniamy się do chwały Bożej przez wyzwolenie dusz w czyśćcu cierpiących, a wreszcie, jak może nas o tym pouczyć  przegląd nabożeństw, obdarzonych przez Kościół odpustami, wzbogacamy nasz umysł mnóstwem głębokich myśli, którymi się karmić będzie nasza modlitwa myślna i pełna uszanowania miłość Boża.

 

Postęp duszy czyli wzrost w świętości, O. Fryderyk William Faber

 

Apostołowie czasów ostatecznych

Bóg chce, aby Jego święta Matka była znana, miłowana, czczona bardziej niż kiedykolwiek, co bez wątpienia nastąpi, jeśli wybrani z łaską i światłem Ducha Świętego podejmą wewnętrzną i doskonałą praktykę tego co naucza św. Ludwig Maria Grignion de Montfort. Zobaczą wtedy wyraźnie, na ile pozwala wiara, tę piękną Gwiazdę Morza i zdając się na Jej prowadzenie, przybiją do szczęśliwego portu, pomimo burz i piratów; poznają wielkość tej władczyni i poświęcą się całkowicie Jej służbie, jako Jej poddani i niewolnicy z miłości; doświadczą Jej macierzyńskiej łagodności i dobroci i czule Ją pokochają, Jako jej umiłowane dzieci; poznają miłosierdzie, które Ją przepełnia, i potrzeby, którym zaradza Jej pomoc, i we wszystkim będą uciekać się do Niej jako do swojej najdroższej obrończyni i pośredniczki u Jezusa Chrystusa; zrozumieją, że Ona najpewniejszym, najłatwiejszym, najkrótszym i najdoskonalszym sposobem dojścia do Jezusa Chrystusa, i oddadzą się Jej ciałem i duszą, niepodzielnie, aby należeć do Jezusa Chrystusa.

 

Kim będą owi słudzy, niewolnicy i dzieci Maryi?

Będą ogniem gorejącym, sługami Pańskimi (Ps 103,4), którzy wszędzie rozniecać będą ogień Bożej miłości.

Będą sicut sagittare in manu potentis (Ps 126, 4), ostrymi strzałami w ręku potężnej Maryi, przeszywającymi Jej nieprzyjaciół.

Będą dziećmi Lewiego, które, oczyszczone ogniem wielkich udręk, przylgną do Boga (Ml 3, 3; 1 Kor 6. 17), w sercu nieść będą złoto miłości, w umyśle – kadzidło modlitwy, a w ciele mirrę umartwienia, i wszędzie będą miłą wonią Jezusa Chrystusa (2 Kor 2, 15-16) dla ubogich i maluczkich, a wonią śmierci dla wielkich, bogatych i pysznych tego świata.

Będą obłokami grzmiącymi i pędzącymi (Iz 60, 8)po niebie pod najmniejszym tchnieniem Ducha Świętego, które do niczego się nie przywiązując, niczemu się nie dziwiąc, niczym nie kłopocząc, będą rozlewały deszcz słowa Bożego i życia wiecznego; będą ciskać gromy na grzech, grzmieć na świat, uderzać w diabła i w jego popleczników, i będą przebijać na wylot, na życie lub na śmierć, obosiecznym mieczem słowa Bożego (Hbr 4, 12; Ef 6, 17) tych wszystkich, do których zostaną posłani przez Najwyższego.

Będą to prawdziwi apostołowie czasów ostatecznych, którym Pan Zastępów da słowo i moc, aby czynili cuda i odnosili wspaniałe zwycięstwa nad Jego nieprzyjaciółmi; spoczywać będą bez złota i srebra, i co więcej, bez opieki, pośród innych kapłanów, duchownych i uczonych, inter medios cleros (Ps 67, 14); a jednak będą mieli posrebrzane skrzydła gołębicy, aby z czystą intencją chwały Bożej i zbawienia dusz iść tam, gdzie ich wezwie Duch Święty, a w miejscu głoszenia słowa zostawią po sobie tylko złoto miłości będącej wypełnieniem całego prawa (Rz 13, 10).

Wiemy wreszcie, że będą to prawdziwi uczniowie Jezusa Chrystusa, postępujący śladami Jego ubóstwa, pokory, pogardy dla świata, ucząc wąskiej drogi Bożej w czystej prawdzie, według świętej Ewangelii, a nie według zasad świata, nie kłopocząc się ani nie licząc z nikim (Mt 22, 16), nie oszczędzając, nie słuchając i nie lękając się żadnego śmiertelnika choćby był najpotężniejszy. W ustach będą mieli miecz obosieczny słowa Bożego; na ramionach będą nieść zakrwawiony sztandar Krzyża, w prawej ręce krucyfiks, w lewej różaniec, na sercu święte imiona Jezusa i Maryi, a w całym swoim postępowaniu – skromność i umartwienie Jezusa Chrystusa.

Oto wielcy ludzie, którzy przyjdą, lecz których uczyni Maryja na rozkaz Najwyższego, by rozciągnęli Jego panowanie na władztwo bezbożników, bałwochwalców i muzułmanów. Ale kiedy to nastąpi? Jeden Bóg to wie; naszą rzeczą jest milczeć, modlić się, wzdychać i czekać: Exspectans exspectavi (Ps 39, 2).

 

 

Św. Ludwik Maria Grignion de Montfort, Traktat o Prawdziwym Nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny (TPN 55-59)

Ratunek w rozpaczy

Panie Boże, Ojcze najwyższy, bądź błogosławiony teraz i na wieki, ponieważ chcesz tego, co się stało, a to, co się stało z Twojej woli, jest dobre. Niech się raduje w Tobie Twój sługa, nie w sobie ani w czymkolwiek innym, bo Ty jesteś radość prawdziwa. Ty nadzieja, Ty nagroda, Ty wesele i godność moja, o Panie.

Co posiada człowiek, Twój sługa, czego by nie otrzymał od Ciebie nawet bez zasługi? Twoje jest wszystko, co dałeś i co uczyniłeś. Biedak ja, trudzący się od dziecka, i jakże często smutno mi w duszy aż do łez, a jeszcze kiedy szarpią ją groźne namiętności.

Pragnę radości, pokoju, proszę Cię o pokój dzieci Twoich, które pasiesz na łąkach wiekuistych w blasku szczęśliwości. Jeśli zsyłasz pokój, jeśli zlewasz na mnie swoją radość, moje serce napełnia się ukojeniem i zachwytem dla Twojej chwały.

Ale jeżeli, jak to często bywa, odbierasz swoją łaskę, nie potrafię iść drogą Twoich nakazów, ale tym bardziej Będę się rzucał na kolana i bił w piersi, bo dziś nie jest takie jak wczoraj i przedwczoraj, gdy świeciło mi Twoje światło nad głową, a ja w cieniu Twych skrzydeł byłem bezpieczny, nawet choćby runęły na mnie hurmy pokus.

Ojcze sprawiedliwy i czcigodny, przyszła na mnie pora próby. Ojcze ukochany, trzeba aby Twój sługa zniósł ten moment dla Ciebie. Ojcze uwielbiony na wieki, przyszła pora, którą Ty przewidziałeś od wieków, abym na pewien czas upadł pozornie, ale przecież żył w głębi Twej miłości.

Wzgardzony będę przez pewien czas i upokorzony i upadnę w oczach ludzi, zmiażdżą mnie namiętności i rozpacz przygniecie, a wszystko po to, abym podniósł się znowu w blasku nowej światłości i zajaśniał w niebie. Ojcze najświętszy, Twoje to zrządzenie i Twoja wola i stało się tylko to, co sam przewidziałeś.

To także bowiem jest łaska Twojej przyjaźni: cierpieć udręki życia z miłości do Ciebie wtedy, kiedy zechcesz i od kogo zechcesz. Bez Twojego pomyślenia, bez Twojej wiedzy i przyczyny nic się nie dzieje na ziemi. Poniżyłeś mnie, Panie, dla mojego dobra, abym poznał dogłębnie Twoją sprawiedliwość, a odrzucił z serca pychę i zadufanie. Wstyd okrył moje policzki, ale z pożytkiem dla mnie, abym u Ciebie jedynie, nie u ludzi szukał pocieszenia. Nauczyłem się też dzięki temu bojaźni niepojętych Twoich wyroków, bo zsyłasz smutek i na sprawiedliwego, i na bezbożnego, ale zawsze słusznie i sprawiedliwie.

Dziękuje ci, że nie oszczędziłeś moich grzechów, ale wychłostałeś mnie gorzko rózgami, raniąc cierpieniem, trapiąc mnie i z zewnątrz, i z głębi mojej własnej duszy.

Nikt nie może mnie pocieszyć tu na ziemi, tylko Ty, Panie, Boże mój, niebiański lekarzu dusz, który ranisz i leczysz, strącasz do piekieł i z nich wydobywasz. Twoja nauka jest nade mną, a rózga Twoja mnie nauczy.

Oto jestem cały w Twoich rękach, Ojcze umiłowany, pochylam, się, aby rózga Twoja mnie poprawiła. Ćwicz mój grzbiet, aby mój twardy kark ugiął się przed Twoją wolą. Spraw, jak to zwykle czynisz, abym stał się uczniem pełnym pobożności i pokory, czujnym na Twoje skinienie.

Nikt nie może mnie pocieszyć tu na ziemi, lecz lepiej, abym tu został ukarany niż w życiu przyszłym. Ty wiesz wszystko i każdą rzecz z osobna, i nic w sumieniu ludzkim nie ukryje się przed Tobą. Znałeś to, co będzie, zanim się stało, i nie ma potrzeby, aby ktoś Cię pouczał albo donosił Ci o tym, co się dzieje na ziemi.

Ty wiesz, co jest dobre dla mojego rozwoju, i wiesz, że trzeba cierpień do oczyszczenia rdzy moich wad. Czyń ze mną wszystko wedle Twojej woli, nie odwracaj się od mojego grzesznego życia, które znasz i przenikasz najgłębiej.

Daj mi, Panie, wiedzieć to, co godne wiedzy, kochać to, co godne kochania, chwalić to, co Tobie się podoba, szanować to, co Tobie bliskie, ganić to, co w Twoich oczach nikczemne.

Nie pozwól, abym kierował się pozorami, jakie widzą oczy zewnętrzne, abym sądził według tego, co zasłyszały uszy głupców, ale spraw, abym umiał rozróżniać zawsze duchowe od widzialnego, a ponad wszystko umiał szukać we wszystkim i zawsze Twojej woli.

Zmysły ludzkie często się mylą, mylą się ci, co, zakochani w samym życiu, miłują to, co widzialne. Czy człowiek staje się lepszy od tego, że drugi człowiek nazwie go wielkim?

Omylny omylnego, próżny próżnego, ślepy ślepego, słaby słabego zwodzi, gdy go wywyższa, a im bardziej wychwala, tym więcej go pogrąża. Bo każdy jest taki, jaki jest w Twoich oczach, nie większy – jak powiedział z pokorą święty Franciszek.

 

O naśladowaniu Chrystusa; Tomasz a Kempis – Cz. III; rozdział L

Miłość Najświętszego Serca Jezusowego w Sakramencie ołtarza

 

Pan Jezus, odchodząc do Ojca Niebieskiego, zostawił nam nie tylko wszystko swoje, to jest naukę, swą łaskę, swe prawo, swój Kościół, swoją Matkę, ale także Siebie samego, bo Jego miłość wynalazła przedziwny i cudowny sposób przebywania z nami w Najświętszej Tajemnicy Ołtarza. Tu miłość Serca Jezusowego doszła do swego szczytu, tak, że święty Augustyn słusznie powiedział: „Pan Bóg, choć Najmądrzejszy, więcej dać nie umie, choć Najpotężniejszy, więcej dać nie może, choć Najbogatszy, nie ma, żeby więcej dał”.

Św. bp Józef Sebastian Pelczar

Zaprawdę, gdybyś miał rozumy wszystkich Aniołów i serca wszystkich Świętych, nie zdołałbyś doskonale pojąc tej miłości, ani za nią dostatecznie podziękować.

Rozważ bowiem, że Pan Jezus z miłości ku nam zstępuje na najniższy szczebel upokorzenia się, ukrywając pod Postaciami sakramentalnymi nie tylko swoje Bóstwo, ale także swe Człowieczeństwo, i narażając się na niewysłowione zniewagi.

Rozważ, że aby ostać z nami, dokonywa Pan cięgle wielkich cudów, tak że Przenajświętszy Sakrament jest iście cudem cudów.

Rozważ, że Pan Jezus ustanowił ten Sakrament w przededniu swej śmierci, bez względu na straszną niewdzięczność ludzką, a ustanowił w tym celu, by po pierwsze na naszych ołtarzach ponawiać w sposób bezkrwawy Ofiarę krzyżową i dać nam Ofiarę jedyną, najwyższą, najświętszą, najkorzystniejszą, prze którą możemy godnie składać Bogu nasze uwielbienia, hołdy, dziękczynienia, przebłagania i prośby, po drugie, aby przebywając w naszych świątyniach we dnie i w nocy i tylko odbierać od nas hołdy, ale obsypywać nas darami, wreszcie aby wchodzić do naszych dusz jako pokarm niebieski, a przez to te dusze umacniać, uświęcać, jednoczyć je ze Sobą i przemieniać w Siebie.

W Przenajświętszym Sakramencie jest zatem obecne i bije niewypowiedzianą miłością Serce naszego Kapłana, naszego Przyjaciela i naszego Ojca; któżby więc nie rwał się do tego Serca?

Tymczasem jakże haniebnie odpłacają się ludzie za tę miłość!

Patrz, jak straszne zniewagi ponosiło, i ponosi. Boskie Serce w tej Tajemnicy, i to nie tylko od pogan, Żydów i heretyków, ale także od złych katolików. Nie mówimy o niedowiarkach, bluźnierczych i złorzeczących, al. iluż to pośród nas samych wierzących zaniedbuje Mszę świętą w niedzielę i święta albo jej słucha bez uwagi i uszanowania. Iluż to całymi tygodniami lub miesiącami zapomina o Panu utajonym; a gdy czasem przyjdą przed Jego przybytek, stoją tam bez myśli, bez czucia albo nawet z myślami i uczuciami ziemskimi, niskimi, niegodnymi. Iluż to, zwłaszcza w miastach, opuszcza Komunię świętą wielkanocną, albo przyjmuje Pana ozięble, czasem nawet świętokradzko.

Toteż nie dziw, że z głębi Przybytków sakramentalnych słychać nieraz tę skargę:

„Dokądże będę z wami?

Dokąd cierpieć za was będę?”.

O, nie dozwól, aby Pan skarżył się i na ciebie; toteż módl się i staraj się o to, aby codziennie słuchać Mszy świętej, codzienne nawiedzania Przenajświętszego Sakramentu, częste i godne przyjmowanie Komunii święte, pobożne uczestnictwo w publicznych procesjach i w odprowadzaniu Wiatyku świętego; słowem, każdy taki akt, będący w związku z ta Tajemnicą, był przedmiotem Twego gorącego pragnienia.

Chcąc zadośćuczynić miłości Najświętszego Serca Jezusowego za liczne, niestety zniewagi niewdzięczności, ofiaruj Mu nierzadko czy to Mszę świętą wynagradzającą, czy Komunię świętą wynagradzającą, czy też Adorację wynagradzającą.

 

Nabożeństwo do Najświętszego Serca Jezusowego według objawień danych św. Małgorzacie Marii i żywot tejże świętej; Św. bp Józef Sebastian Pelczar; Wydawnictwo Świętego Biskupa Józefa Sebastiana Pelczara, Rzeszów 2017.

Tradycja

Często nie zdajemy sobie sprawy, że jesteśmy wielkimi beneficjentami tradycji, bo to tradycja nas identyfikuje jako ludzi, jako społeczeństwo i naród.

Wielu z nas zapytanych czy zna jakąś tradycję odpowiedziałoby twierdząco. I chociaż niekoniecznie wszyscy pytani znaliby definicję tradycji, to każdy potrafiłby jakąś wymienić.  Dla jednych byłyby to tradycje narodowe, dla innych religijne, a jeszcze innych rodzinne. Każdy jednak mówiąc o tradycji przywoływałby w pamięci przeszłość, bo powszechne rozumienie tradycji wiąże ją z historią.

Procesja Bożego Ciała w małym miasteczku. Michał Elwiro Andriolli.

Można zadać pytanie, co zasługuje na to by stać się tradycją? Nie ma jednak na to prostej i jednoznacznej odpowiedzi. Może to być coś ważnego, albo coś, co wydobywane z zakamarków pamięci wywołuje uśmiech na naszej twarzy. Może to być zdarzenie, spotkanie a może to być smak czy zapach jakiejś potrawy, która przygotowywana przez kogoś nam bliskiego i podawana w określonych okolicznościach zapada w naszą pamięć. Jest to coś,  co przenosi nas w przeszłość . Jeśli nasze uczucia  towarzyszące temu zdarzeniu są silne, to pragniemy wracać do tych wrażeń starając się je odtwarzać w nowej rzeczywistości, aby przez powtarzalność nadawać im sens istnienia w naszym życiu.

Tak często sami zaczynamy tworzyć nasze własne, małe tradycje: organizujemy spotkania bliskich nam osób w konkretnym czasie, przygotowujemy specjalne potrawy tylko na te okazje, wykonujemy ozdoby mieszkania lub stołu, albo przygotowujemy niespodzianki. Okazuje się, że w tym zabieganiu, pośpiesznym życiu, nieustannym potwierdzaniu własnej wartości, w życiu pełnym zadań i rywalizacji potrzebujemy punktów odniesienia dla naszych działań, potrzebujemy wiedzy kim jesteśmy. Bez tej wiedzy wkrada się do naszego życia chaos. Potrzebujemy pielęgnowania pamięci o naszych bliskich, niejednokrotnie wielkich bohaterach, o których dowiadujemy się często bardzo późno. Potrzebujemy rodzinnych spotkań, bo to rodzinne tradycje pokazują siłę naszych rodzin. Czasem trudne koleje ich losów dają nam przykład męstwa, honoru i patriotyzmu, kształtują naszą wrażliwość i uczą mądrości.

Zwyczaje przekazywane z pokolenia na pokolenie umieszczają nas w historii zdarzeń. Podobnie też, kultywowane tradycje szkół, do których uczęszczamy wpisują się w naszą kulturę osobistą. To tradycje inicjowane przez naszych przodków uczą nas historii naszego narodu i kraju, uczą nas patriotyzmu. Często nawet nie zdajemy sobie sprawy, że jesteśmy wielkimi beneficjentami tradycji, bo to tradycja nas identyfikuje jako ludzi, jako społeczeństwo i naród. Obowiązkiem więc jest pamięć o naszych przodkach, ale też obowiązkiem jest tworzenie nowych tradycji, aby wracając do wydarzeń minionych, bliskich naszym czasom, zachowywać je dla przyszłych pokoleń. Wychowywani w różnych rodzinach czy wspólnotach przejmujemy ich sposób przeżywania świąt narodowych, regionalnych, religijnych czy rodzinnych, często te rodzinne ubogacając czymś nowym. Każde z tych świąt ma swoją tradycję, każde wprowadza do naszego życia inną atmosferę. Różnorodność  tradycji ubogaca nasze życie pod każdym względem, jest też naszą wizytówką w świecie. Niektóre też tradycje przenosimy na grunt innych krajów.  Ozdabianie choinki i budowa żłóbka dla Małego Jezusa zawędrowały za przyczyną Papieża Jana Pawła II do Rzymu i stały się we Włoszech tradycją. I chociaż Jan Paweł II odszedł wiele lat temu – tradycja jest nadal kultywowana. Mamy też przykład tradycji Orszaku Trzech Króli, który z roku na rok jest coraz bardziej popularny i z zaangażowaniem wielu ludzi i całych rodzin kultywowany. Wiele też tradycji związanych z przeżywaniem świąt religijnych wyróżnia nas jako naród na tle Europy i świata. Celebracja Wigilii w Polsce ma wyjątkowy charakter. Nigdzie w świecie nie ma takiej atmosfery Świąt Bożego Narodzenia jak w Polsce, mówią o tym nie tylko osoby wierzące, ale też obojętni religijnie. To nas wyróżnia we współczesnym świecie i jednocześnie identyfikuje w pozytywnym znaczeniu. Pamiętamy też jak trudno było nam przeżyć ostatnie Święta Zmartwychwstania Pańskiego, bez święcenia palm w Niedzielę Palmową, bez osobistego uczestnictwa w Triduum Paschalnym, bez święcenia pokarmów i rodzinnych spotkań.  Alienacja fizyczna i duchowa. Każdy kto wcześniej przeżywał duchowo  te Święta – teraz czuł pustkę i smutek. Wystarczy przywołać tamtą atmosferę, aby pojąć znaczenie i wartość tradycji, tak w życiu osobistym, religijnym jak i społecznym. Chociaż nowe technologie cyfrowe przyszły nam z pomocą transmitując w TV Msze Św. i nabożeństwa, funkcjonujące bez zarzutu media społeczne dawały możliwość kontaktów z bliskimi – to były to tylko spotkania wirtualne, bez wyczuwalnej ciepłej atmosfery, bez uścisku rąk czy pocałunku. Niby wszystko było podobnie a jednak inaczej, bo sposób kultywowania tradycji został  zmieniony – na czas pandemii. Dbajmy więc o tradycje, nie żałujmy własnego czasu i zaangażowania w jej kultywowanie, bo to jest też wyrazem naszego człowieczeństwa.

Elżbieta K.

O wytrwałości

Gdyby ktoś, budując dom, położył fundamenty i postawił ściany, lecz nie pokrył ich dachem, na co by mu się przydała cała budowa, jeżeli nie po to, aby ponieść szkodę na majątku, i stałby się powodem ludzkiego śmiechu. Na co się również przyda, gdy ktoś zaczął żyć po Bożemu, ale potem przestał, jeżeli nie na to, że wielką szkodę ponosi na duszy i staje się pośmiewiskiem aniołów i ludzi. Jak więc w każdej sprawie, tak również w tej, potrzebna jest wytrwałość. U chrześcijan – mówi św. Hieronim – nie patrzy się na początek, ale na koniec. Wszak św. Paweł źle zaczął, ale dobrze skończył; Judasz natomiast dobrze zaczął, ale źle skończył, a ten fakt, że był apostołem, obciążył go dodatkowo.

Św. bp J.S.Pelczar

Bez wytrwałość nie można się zbawić, bo sam Zbawiciel zapewnia, że tylko ten, kto wytrwa do końca, będzie zbawiony (por. Mt 10,22), i przez swego ucznia przyrzeka: Bądź wierny aż do śmierci, a dam ci wieniec życia (Ap 2, 10). Chociaż inne cnoty wysługują koronę, tylko sama wytrwałość bywa koronowana. Bez niej nie można nabyć żadnej cnoty, tym bardziej doskonałości. Kto bowiem chce nabyć cnoty, powinien bezustannie walczyć i pracować, jeżeli zaś ustaje, wnet przeciwna namiętność podnosi głowę i pociąga na drogę występku. Nie wystarczą tutaj przelotne chęci ani chwilowe wysiłki, nie wystarczy praca kilku lub kilkunastu lat, ale konieczna jest praca całego życia, aż do ostatniego tchnienia. Jak bowiem w wyścigach nie ten zdobywa wieniec, który do biegu przystąpił, lecz ten, kto dobiegł do mety, tak w życiu duchowym nie ten otrzymuje wieniec świętości i chwały wiecznej, kto dobrze zaczął, ale ten, dobrze skończył.

Niestety, taka wytrwałość jest trudna i rzadka. Jest ona trudna, bo ciągła walka osłabia, praca męczy, jednostajność, nuży, zawody zrażają. Wytrwałość jest rzadka, bo mało jest dusz, które by się nie zachwiały lub zniechęciły. Niektóre wychodzą wprawdzie z Egiptu świata, by się udać do Kanaan doskonałości, lecz zrażone trudami podróży wracają znowu do kraju niewoli. Inne wyruszają w tę drogę i z początku biegną żwawo, lecz potem stają się leniwe, a w końcu ustają, bo wzięły nad nimi górę małoduszność i niestałość woli. Ich życie da się porównać do owego posągu Nabuchodonozora, którego głowa ramiona i piersi są ze srebra, biodra z miedzi, golenie z żelaza, a nogi z gliny (por. Dn 2. 32-33). Ich uczyni są początkowo doskonałe jak złoto, a potem tracą coraz więcej na wartości, aż wreszcie stają się gliną i błotem. Ja smutne są następstwa podobnej niewierności, trudno wyrazić. Zaiste lepiej by było owym duszom, gdyby nawet drogo Bożej nie znały, bo przynajmniej nie ponosiłyby przez Bogiem odpowiedzialności, że zmarnowały Jego łaski. Zwykle też spotyka je dotkliwa kara, czasem nawet zupełna zguba. Czyż mam przypomnieć smutny koniec jednego z czterdziestu męczenników? Czterdziestu wrzucono do zamarzniętego jeziora i każdego czekała korona. Wszyscy wytrwali, jeden tylko wyskoczył z wody, aby uratować kilka chwil marnego życia. Lecz nieszczęsny nie uratował życia i utracił koronę. Podobnie dwaj kapłani, towarzysze męczennika japońskiego, bł. Karola Spinoli SJ, wytrzymawszy trzyletnie bardzo ciężkie więzienie i przez wiele godzin palenie na wolnym ogniu, wyrzekli się na koniec zwycięstwa i Boga, a wzgardzeni przez samych katów i wrzuceni w ogień umarli jako zdrajcy, zamiast umrzeć jak męczennicy. O, któż nie zadrży, widząc, że jeden tylko krok dzieli go od przepaści!

Jeśli chcesz uniknąć podobnego losu, staraj się wytrwać na drodze Bożej. A jak nabyć wytrwałości?

Wytrwałości nie można wysłużyć, bo ona jest darem, a nie zapłatą. Można jednak wybłagać u Boga, który pewnych darów użycza bez prośby, jak początek wiary, inne zaś tylko proszącym, jak dar wytrwania aż do końca. A więc proś o nią gorąco i ustawicznie, proś przez zasługi Pana Jezusa, proś z wielką pokorą i ufnością. Wytrwałość, według orzeczenia Sobory Trydenckiego, jest łaską „łaską osobliwą”, to jest nie tylko łaską pojedynczą i chwilowo działającą, ale całym łańcuchem łask, bądź zewnętrznych, które duszę oświecają, poruszają i umacniają. Otóż do tego łańcucha łask staraj się dołączyć łańcuch modlitw i nie puszczaj się tego łańcucha, inaczej przerwiesz łańcuch łask i nie dostaniesz się do nieba. Szczególnie módl się do Najświętszej Panny, by cię trzymała w objęciach swej macierzyńskiej opieki, bo jak dziecko nie może żyć bez mleka matki, tak dusza nie może wytrwać w łasce bez miłosierdzia Maryi. Ona jest furtą, przez którą wchodzimy do świątyni doskonałości i do górnego Syjonu.

Z modlitwą łącz nieustanną pracę, bez której wytrwałość jest niemożliwa. Najwięcej dusz ginie, bo chciałyby, aby cnota nie wymagała żadnej ofiary. Pragną być pokorne bez upokarzania się, cierpliwe bez cierpienia, posłuszne bez poddania swej woli, umartwione bez zaparcia się; lecz tak być nie może. Jeżeli bowiem dobra ziemskie tyle wymagają od nas trudu, czyż niesłusznie, aby dla osiągnięcia dóbr duchowych nierównie większe ponosić ofiary? A więc pracuj, ile starczy sił. Pracuj gorliwie, bo niebo nie jest dla leniwych. Pracuj niezmordowanie, mimo słabości lub późnego wieku, bo tak pracowali święci. Wszak czytamy, że wielu z owych starych pustelników, mając lat dziewięćdziesiąt i więcej, nie szukało ulgi w umartwieniu i pracy. Pracuj roztropnie, a więc z jednej strony staraj się wykorzenić swe wady, z drugiej utwierdzaj swe cnoty, bo cnoty nieutwierdzone, to jest nabyte pracą, niewypróbowane walką, łatwo – jak niedojrzałe owoce – ulegają zniszczeniu.

W pracy korzystaj wiernie ze wszystkich łask Bożych, jakie odbierasz, ze wszystkich środków duchowych, nie porzucaj ani nie lekceważ żadnego z nich, zwłaszcza częstej spowiedzi i Komunii świętej, wieczornego rachunku sumienia i codziennego rozmyślania. Bowiem zaniedbywanie albo byle jakie wypełnianie praktyk pobożnych wiedzie prostą drogą do oziębłości, a nieraz do porzucenia życia duchownego, jak to, niestety, dosyć często widzimy.

Bądź przy tym pokorny, a więc nie dowierzaj sobie i lękaj się siebie, jak cię upomina Apostoł: Niech przeto ten, komu się zdaje, że stoi, baczy, aby nie upadł (1 Kor 10, 12). Z choćbyś już jedną stopą był w niebie, jeszcze nie ustawaj w czuwaniu, aby zły duch nie uchwycił cię za drugą i nie wtrącił do piekła. Niech ci nie ujdzie z pamięci smutny upadek Salomona, Judasza, Tertuliana, Lutra i Tylku innych. Gdy będziesz pokorny, będziesz także mężny, bo męstwo płynie z pokory i ufności – małoduszność zaś z pychy i przeceniania siebie.

 

Józef Sebastian Pelczar; Życie Duchowe; t2, Wyd. Św. Stanisława BM; Kraków 2012

 

 

 

Światowa pobożność

Istnieje pewien rodzaj pobożności, zwłaszcza wśród osób światowych, który aczkolwiek nie tylko razi smutną karykaturą, ale daleki jest od zrozumienia ducha Chrystusowego. Osoby duchem tej pobożności przejęte, odznaczają się osobliwą nielogicznością. Zdaje się im, jakoby ich pobożność była jakimś cennym przedmiotem do starannego przechowania pod zamkiem… klejnotem do rzadkiego użycia w nadzwyczajnych tylko wypadkach. Tyle jest ich pobożności, ile chwil spędzonym w kościele – z wyjściem zaś z domu Bożego, z powrotem do zajęć, do życia codziennego, stosunek ich z Bogiem się kończy. Modlitwa była dla Boga… a życie, praca – jakoby dla bytu doczesnego, dla rodziny, dla świata, albo też dla siebie!

Pobożność murami kościoła ograniczyły – a za progiem kościoła – światowość! Zaiste, dziwny to rozdział tego, co najistotniej złączone być powinno, co się powinno przenikać nawzajem, jak dusza ciało przenika – rozdział pożyczony zapewne ze zbioru mrzonek naszych liberałów, wiecznie marzących o takim ustroju społecznym, w którym by Kościół i państwo dwie zupełnie odrębne, a od siebie zupełnie niezawisłe organizacje stanowiły.

Osobliwe to niepojmowanie rzeczy, zdradzające brak zastanowienia, a w praktyce najsmutniejsze owoce rodzące! Te same bowiem osoby, które dopiero co  kościele rozrzewniały się nad pokorą Chrystusową, ledwo opuściły próg domu Bożego, wnet bliźnich z góry traktują – słowem i czynem – lekceważą nawet, za lada przeciwnością w gniew wpadają, obrażają się za cień jakiego ich pominięcia itp. A nawet w kościele, wobec wizerunku ukrzyżowanego Zbawiciela, dziwnie okazują się nieumartwione: upału, zaduchu, tłoku, a nawet nie dosyć wygodnego siedzenia podczas nabożeństwa nie zniosą, albowiem tylko rozparte modlić się mogą, albo na wpół leżące, w postawie, której wstydziłoby się w zwykłym towarzyskim stosunku.

Osoby tego pokroju, aczkolwiek często do świętych sakramentów przystępują – dlaczegóż stąd żadnej nie odnoszą korzyści? Niewątpliwie dlatego, że w sakramentach nie szuja one, czego szukać powinny: oczyszczenia z brudu grzechowego, poprawy życia i coraz ściślejszego zjednoczenia z Bogiem, ale szukają wrażeń, pociechy, rozrzewnienia. Według nich spowiedź wtedy tylko jest dobra, gdy bardzo długo trwa, gdy spowiednik długą im mówi naukę i do łez pobudzi – spowiedź zaś krótka nie zadowala ich nigdy. Zdawałoby się, jakoby dla nich w Sakramencie pokuty absolucja najmniejsze ma znaczenie – pewno też o skruchę mało się troszczą – rozmowa zaś duchowa ze spowiednikiem, wynurzenie się przed nim, rozwlekłe mówienie o sobie – oto co faktycznie dla nich istotę sakramentu stanowi.

A jakież to bywa ich wyznawanie grzechów?… Jest to raczej skarga na drugich, na okoliczności, aniżeli na siebie, a jeśli siebie kiedy obwinią, to dziwnie umieją swe wyznanie na własną chlubę obrócić. Bywa to często wyliczeniem nie spełnionych przez nie czynów doskonałych, heroicznych. I czyż poprawa życia może być owocem podobnych spowiedzi?

Komunię święte, z tej samej przyczyny co spowiedzi, bywają bezowocne (jeśli nie grzeszne), bo wbijają w pychę i dobre o sobie rozumienie.

O Boże, co za odpowiedzialność!

Rozmyślanie nawet – ta dźwignia życia duchowego – nie prowadzi osób spaczonej duchowości do opamiętania, owszem, jeszcze bardziej je zaślepia, a to dlatego, że w rozmyślaniach, jakie odprawiają, znów tylko siebie, a nie Boga, biorą za przedmiot zastanowienia. Bo czymże się one zajmują w swej wewnętrznej rozmowie z Bogiem? Najczęściej rozbieraniem własnych zasług i cierpień, przypominaniem rozmów ze spowiednikiem, wreszcie, porównywaniem siebie z bliźnim, na własną korzyść oczywiście; jednym słowem – marzycielstwem. Modlitwą faryzeusza „Dziękuj ci o mój Boże, że nie jestem jako ci” – kończą zwykle, jeśli nie słowem, to uczuciem, swe ćwiczenia duchowe, a przyznanie sobie racji bywa najczęściej konkluzją tych rozmyślań.

Z tym wszystkim wyżej wzmiankowane osoby, w zaślepieniu swoim dziwnie czują się bezpieczne wobec Boga i wieczności, bynajmniej nie z pobudki pokornego zaufania Bogu, ale dla mnogich praktyk, jakie pełnią, dla licznych bractw, do których się powpisywały, wreszcie dla przeróżnych szkaplerzy, jakie noszą. Sądzą przeto, że są w zupełnym porządku i że szybkim krokiem zdążają po stromych ścieżkach wyższej ascezy, a gdy jeszcze podczas ich modlitwy huczenie organów lub też śpiew, silniej ich nerwy poruszy i do płaczu pobudzi, utwierdzają się w przekonaniu o wysokim stopniu swego zjednoczenia z Bogiem.

A jakie ich żucie? Jakie spełnianie obowiązków?… jaka pobudka czynów?… jakie zaparcie, cierpliwość, miłość bliźniego, darowanie uraz?… Ach! Strach o tym pomyśleć!… Pobożność tych osób skoncentrowała się w praktykach, w uczuciu, a czyny objął świat! I czy nie tak bywa, niestety?

Dobrzy gorszą się ich postępowaniem, nie bez słusznego powodu, widząc w nim ducha faryzejskiej obłudy; a źli urągają mówiąc: „Otóż to dewocja i pobożność!… ci, lub te pobożnisie tak gorliwie godzinami całymi przesiadują w kościele, modlą się i do spowiedzi i do komunii chodzą, a ani na włos jeden nie są lepsi od nas”. Taki jest – i słuszny niestety – sąd ludzki o tej pobożności. A sąd Boży brzmi jeszcze surowiej. Tak mówi Zbawiciel: „Nie każdy kto mówi: Panie, Panie, wejdzie do królestwa niebieskiego, ale który czyni wolę Ojca mego, który jest w niebiesiech, ten wejdzie do królestwa niebieskiego”(Mt 7,21).

Drzewo dobre poznaje się po tym, że dobry owoc rodzi. „Z owoców ich poznacie”(Mt 7 20).

O pobożności prawdziwej i fałszywej; Cecylia Plater-Zyberkówa; Wydawnictwo Monumen; Poznań 2016

Cierpliwość wobec siebie

Trudno jest wytrwać w cierpliwości wobec innych ale znacznie trudniej przychodzi cierpliwość względem samego siebie! Istotnie, ta odmiana cnoty jest tak zaniedbana, że skłonniśmy raczej uważać za zasługę coś wręcz przeciwnego, jakoby niecierpliwość wobec siebie była jakimś bohaterstwem czy zasługującym umartwieniem. Zachodzi wielka różnica pomiędzy nienawiścią samego siebie a niecierpliwością wobec siebie. Im więcej mamy z pierwszej, tym dla nas lepiej; im więcej z drugiej, tym gorzej. Spróbujemy się zdobyć na tę cierpliwość wobec siebie, a droga doskonałości uścieli się przed nami jasno, bez przeszkód.

Lecz cóż rozumiemy przez tę niecierpliwość dla siebie samych! Niecierpliwy jest ten, kto dąsa się na pokusy, prześlepiając ich rzeczywista naturę i prawdziwą wartość, – kto gryzie się grzechem raczej ze względu na własne poniżenie, niźli na Bożą zniewagę, – kogo wytrącają z równowagi i drażnią własne niedopatrzenia i uleganie nędznym nałogom, – kto upada na duchu, gdy mu się przydarzy wybuchnąć gniewem, lub poddać się przygnębieniu, choćby nawet ani w jednym ni w drugim wypadku grzechu nie było, – komu się przykrzy brak uczuciowego nabożeństwa, jak gdyby w ogóle było ono w naszej mocy, a cierpliwość w opuszczeniu nie był najlepszym środkiem do uzyskania słodyczy i pociech duchowych., – kto wreszcie niepokoi się na widok, iż zabiegi stosowane przeciw naszym wadom, zawodzą nasze oczekiwania, a zapomina o tym, że nieskuteczność zabiegów może pochodzić z braku odpowiedniego czasu lub z przeszkód, które może nieświadomie kładliśmy ich działaniu. Do tych objawów niecierpliwości należy dodać narzekania na brak duchowego postępu, jak gdyby zostać świętym można było w przeciągu jednego miesiąca.

Wszystkie te objawy niecierpliwości wobec nas samych mogą pochodzić z czterech przyczyn, dlatego musimy je pilnie wypatrzyć i uśmiercić je zaraz w gnieździe, zanim zdążą rozwinąć swe skrzydła do lotu. To istotnie ptaki drapieżne naszego życia duchowego. Prym wśród nich dzierży miłość własna, która nie może strawić tego, że w chwili doświadczenia nie okazaliśmy się bohaterami. Za nią idzie brak pokory, który przeszkadza nam pojąć naszą nikczemność oraz kalectwo, będące skutkiem grzechów. Trzecie miejsce zajmuje niezrozumienie ogromnych trudności życia duchowego oraz potrzeby zerwania ze światem i odwrócenia się od jego zasad, nim poświęcimy się Bogu. Czwartą jest uporczywy wstręt do poprzestawania na świetle wiary. Po prostu mierzi nas ono. Nasz umysł, nasza natura, miłość własna, słowem wszystko w nas, wyjąwszy samą tylko wiarę, pożąda widzieć, poznać, przekonać się, utwierdzić i nabrać pewności, że nasz postęp jest niewątpliwy.

Cierpliwość wobec siebie to łaska wprost nieoszacowana, to najkrótsza droga do poprawy, a zarazem najszybszy środek do ukształtowania w nas ducha wewnętrznego, wyjąwszy może tylko owo bezpośrednie dotknięcie Boga, uwewnętrzniające duszę w jednym okamgnieniu. Ono to przepaja nasze stosunki z drugimi rozwagą i łagodnością. Pod jej tchnieniem gaśnie żagiew krytyki, stłumiona ciągłą świadomością własnej nieprawości. Jej światło uwydatnia zupełną naszą zależność od Boga i Jego łaski, wlewając nam pogodę usposobienia i równowagę ducha, choć bowiem stanowi ona wysiłek, to przecież wysiłek ten jest spokojny, oparty na Bogu. Cierpliwość ta staje się nam nieustannym źródłem aktów najczystszej pokory. Słowem, przez nią działamy tak, jak gdybyśmy nie byli sobą, lecz panem siebie, swoim aniołem stróżem. Jeśli zaś to usposobienie duszą owładnie w jej życiu wewnętrznym i zewnętrznym, czegóż jeszcze jej brak do doskonałości?

Istnieją różne sposoby rozwijania tej cierpliwości względem samego siebie. Dużo pomaga częste rozmyślanie o własnej nicości, szczególnie rozpamiętywanie różnych upadków, niewierności i występków ubiegłego życia. Nie nastręcza ono żądnego niebezpieczeństwa ze względu na ten wewnętrzny niesmak i to uczucie palącego wstydu, które zwykły towarzyszyć podobnym wspomnieniom.

Ilekroć słyszymy o wielkiej jakiejś zbrodni, myślmy, że sami popełnilibyśmy występek może jeszcze haniebniejszy, gdyby nie pomoc łaski. Spowiedź nasza i nasze do niej przygotowanie winny być staranne, przy czym nie należy mieszać skruchy prawdziwej z uczuciową przykrością; trzeba też modlić się wytrwale o łaskę cierpliwości, zwłaszcza po Komunii św. Musimy się starać – choć jest to rzecz trudna i dopiero z czasem przychodzi – radować się z tych sposobności, które nam odsłaniają naszą potrzebę łaski i naszą skłonność do popadnięcia w najbrzydsze występki. W swoim dążeniu na szczyty nie zapominajmy zbyt prędko o dawnych swych grzechach. Dlatego jeśli nam Bóg udzieli łaski odczuwania żywej przykrości na samą myśl o grzechu, przyjmujmy ją chętnie i z dziękczynieniem bierzmy ją na swoje barki. Błogosławiony niech będzie on ciężar przy całe swej dokuczliwości, skoro sam Bóg włożył go na nasze ramiona. Słowem, cierpliwość wobec siebie samego jest niemal warunkiem postępu duszy; jej patronką jest św. Katarzyna Genueńska.

 

Postęp duszy czyli wzrost w świętości, O. Fryderyk William Faber

 

 

Duch wolności

Nie może posiadać prawdziwego ducha wolności ten, kto Bogu nie służy w duchu wspaniałomyślności. To zaś nie jest tak trudne do rozpoznania; jeśli więc spostrzeżemy, że tej wspaniałomyślności oraz starania się o nią nam brak, możemy być nieomylnie pewni, że to coś które się ubiera w maskę wolności ducha jest w rzeczywistości czymś innym, bardzo niepożądanym. Naszym sprawdzianem więc będzie zasada, że gdzie nie ma wspaniałomyślności, tam nie ma wolności ducha. Jedno z drugim chadza w parze. A choć niekiedy na skutek wyjątkowych doświadczeń wewnętrznych może nam nasza wspaniałomyślność względem Boga nie przynieść pożądanej wolności ducha, to przecież nigdy się nie zdarzy by ta wolność zaistniała bez wspaniałomyślności.

Duch Jezusa jest duchem wolności. Niemal w przysłowie u chrześcijan weszło powiedzenie Pisma św., że gdzie duch Boży tam wolność. Gdy po raz pierwszy powiał ten duch po świecie, stał się hasłem do wyzwolenia z więzów trwogi i ciemnego zabobonu, które zaciążyły nad pogaństwem, z ucisku, zwątpień i upodlenia zmysłowego greckich i rzymskich niedowiarków, z niewoli formalizmu i pozytywnych przepisów, które przygotowały Żydów na przyjście Zbawiciela. Jest to duch wolności dlatego także, iż głosi prawo miłości. Wolność ta jest wypływem nieskończonych zasług Najświętszej Ofiary przez wzgląd na Bóstwo Chrystusowe.

Słusznie możemy stąd wnosić, że ta sama wolność winna ożywiać nasze najzażylsze stosunki z Bogiem i wyciskać swe piętno na wszystkich przejawach życia duchowego: tak też istotnie rzecz się przedstawia. Albowiem wolność chrześcijanina polega na pozbyciu się grzechu, upadlającego naszą naturę i burzącego szacunek dla własnej osoby. Grzech bowiem jest pełen przewrotności i strasznego tyraństwa nad swymi niewolnikami, nade wszystko zaś obraża Boga, nieskończenie dobrego. Wolność ta głosi wyzwolenie od plag grzechowych, jak gniew Boży, piekło i śmierć nieszczęśliwa. Przy tym jest ona oswobodzeniem od światowości, to znaczy, od kajdan przykuwających serce do rzeczy światowych, od natłoku światowych myśli, od niskich dążności i od łańcucha gorzkich rozczarowań, czekających miłośników świata. Ona kładzie kres niewoli u innych ludzi, gdyż każde prześladowanie zamienia w nową zasługę, każde oszczerstwo w słodki rys podobieństwa z Jezusem, słowem, rozpoczyna w nas dzieło, które się dokona wraz z ostatnim naszym tchnieniem, dzieło oswobodzenia od względów ludzkich. Lecz nade wszystko, oznacza ona uwolnienie od samego siebie; bo jakże mógłby wyzwoleniec Chrystusa popadać w niewolę u samego siebie? Być wolnym od małostkowości, od samolubstwa, od tajonej nikczemności, od zmory wstydu przed samym sobą – znaczy być wolnym naprawdę, tak jak nie jest wolnym nikt inny.

Jednym słowem, wolność ducha nie polega więc bynajmniej na wyzbyciu się względu na Boga ani lekkomyślności w spełnianiu obowiązków duchowych, ale jedynie na oderwaniu się od stworzeń. Wolność i to oderwanie – to jedno. Ten jest wolny, kto oderwany od stworzeń i nikt inny. Rzeczą zaś jasną jest, że do tego oderwania się konieczna jest wspaniałomyślność, gdyż wspaniałomyślność polega na oderwaniu się od stworzeń kosztem wielu wysiłków i ofiar dla miłości Stwórcy

 

Postęp duszy czyli wzrost w świętości, O. Fryderyk William Faber

Apostolstwo jako objaw miłości ku Najświętszemu Sercu Jezusowemu

Kto prawdziwie miłuje Pana Jezusa, ten przejmuje się gorącym nabożeństwem do Jego Serca i podziela Jego dążności, pomagając wedle sił do ich ziszczenia.

A jakież są te dążności, czyli czego pragnie Serce Jezusowe, królujące dzisiaj na tronie chwały i utajone w Tajemnicy Ołtarza?

Oto tego samego, czego pragnęło w czasie ziemskiego życia, czyli chwały Ojca Niebieskiego i zbawienia dusz; taki jest bowiem, dla którego Syn Boży przyjął ciało ludzkie, ukrywał się w Nazarecie, głosił publicznie Ewangelię, ustanowił widzialne kapłaństwo, umarł na krzyżu i został z nami w Przenajświętszym Sakramencie. Ponieważ osiągnięcie tego celu jest możliwe tylko w Kościele świętym, katolickim, więc Serce Jezusowe gorąco pragnie, aby ten Kościół rozszerzył się po całym świecie, objął wszystkie narody i wieki, zażywał zupełnego pokoju i rozwijał gorliwą działalność ku oświeceniu i uświęceniu wszystkich dusz; cokolwiek więc pomaga Kościołowi w spełnieniu jego posłannictwa, jak swoboda i niezależność Ojca świętego, świętość i gorliwość duchowieństwa, prawowierność rządów i ludów, wzrost misji, rozwój dzieł pobożności i miłosierdzia, jak też stowarzyszeń katolickich – wszystko to jest drogie Najświętszemu Sercu Jezusowemu.

Otóż prawdziwi czciciele i miłośnicy Serca Jezusowego przejmują się tymi dążnościami i nie tylko starają się usilnie o uświęcenie własne, ale stają się apostołami Najświętszego Serca Jezusowego i łączą się ze sobą w święte związki, między którymi prym dzierży Arcybractwo Najświętszego Serca Jezusowego i Apostolstwo Modlitwy.

Dlaczego to łączenie się jest konieczne?

Dlatego że nieprzyjaciele Najświętszego Serca Jezusowego tworzą dzisiaj zwarte falangi, jakby hufce uzbrojone do walki, coraz silniejsze i coraz zuchwalsze. Nie mówimy już o poganach nieznających Chrystusa Pana i mordujących nieraz Jego sługi, jak na przykład w najnowszych czasach w Chinach; ani o Żydach nienawidzących zaciekle samego imienia chrześcijańskiego; ani o heretykach i schizmatykach prześladujących jawnie lub skrycie Kościół katolicki; ale w samym społeczeństwie katolickim ma Najświętsze Serce Jezusowe wielu zaciętych wrogów.

Na czele idą siewcy niedowiarstwa, którzy chcieliby zniszczyć Królestwo Chrystusowe i wszelkich ku temu używają środków, jak rewolucji, uchwał parlamentarnych, stowarzyszeń, szkół, wykładów, książek, czasopism, malowideł, teatrów i tym podobnie; przewodzi im zaś sekta masońska albo wolnomularska, nurtująca przede wszystkim w klasie oświeconej, podczas gdy socjalizm stara się wydrzeć wiarę warstwom niższym.

Niestety, posiew złego staje się coraz bujniejszy, toteż bezbożność i zepsucie obyczajów, zwłaszcza po miastach, przerażająco wzrasta.

Obok jawnych niedowiarków stoi liczny zastęp chrześcijan połowicznych i oziębłych, którzy nie chcę zerwać z Kościołem, ale też wzbraniają się przyjąć wszystkich jego prawd i spełniać wszystkich obowiązków. Rozpościerający się materializm rodzi niemało podobnych ludzi, zimnych dla Boga, uprzedzonych względem Kościoła, stroniących od świątyń i kapłanów, z zajętych zwykle służbą u swoich bożyszczy – miłości własnej, ciała i złota.

Otóż naprzeciwko tych hufców diabelskich trzeba postawić związki zbożne, stojące pod sztandarem Najświętszego Serca Jezusowego, ożywione świętym zapałem, skore do walk, prac i ofiar, gotowe nawet na męczeństwo.

Nie uchylajże się od takich związków, a przynajmniej pragnij należeć do bractw i stowarzyszeń katolickich.

 

 

Nabożeństwo do Najświętszego Serca Jezusowego według objawień danych św. Małgorzacie Marii i żywot tejże świętej; Św. bp Józef Sebastian Pelczar; Wydawnictwo Świętego Biskupa Józefa Sebastiana Pelczara, Rzeszów 2017.

 

Nadzieja – sięgajmy wysoko

Niech to będzie naszym najpierwszym postanowieniem: zawsze sięgać po wszelkie, po najwyższe dary Boże. Nie oszukujmy sami siebie fałszywą pokorą. Fałszywa to pokora, jeśli ktoś mówi: „Nie mnie się spodziewać, żebym mógł zostać świętym”. – Wszyscy jesteśmy powołani do tego, by zostać świętymi; wszyscy zatem mamy obowiązek stawać się święci! Teraz czy później, kimkolwiek jesteś, – jeśli masz być zbawiony, musisz być święty. Jeśli masz być doskonały w wieczności przed tronem Boga, trzeba, żebyś już tu na ziemi był po części i do pewnego stopnia święty.

A zatem proś o wszelkie, jakie tylko są, najwyższe łaski. Proś, by twoje serce rozszerzało się od wielkiej miłości Bożej; byś tak umiał miłować Boga nade wszystko, żebyś Go miłował, jak przykazano, z całego serca twego i ze wszystkiej myśli twojej i ze wszystkiej duszy twojej, i ze wszystkiej siły twojej. Na niczym mniejszym nie poprzestawaj! Szukajcież tedy naprzód królestwa Bożego i sprawiedliwości Jego (Mt 6,33). To własne przykazanie Zbawiciela. Czy może człowiek szukać czegoś większego? A przecież kto nie szuka tej rzeczy najwyższej, ten nie jest posłuszny przykazaniu Pańskiemu – a gdzie nie ma posłuszeństwa, nie ma i pokory. Królestwo Boże to Bóg. Bóg sam jest Swoim królestwem, i kto ma królestwo Boże, ten ma Boga samego.

Mówimy każdego dnia w Modlitwie Pańskiej: Święć się Imię Twoje – to jest, niech Imię Twoje będzie czczone jako najświętsze po całym świecie. Przyjdź królestwo Twoje; bądź wola Twoja, jako w niebie, tak i na ziemi. Tak jak pełnią Twoją wolę Aniołowie i Święci , tak niech i my ją pełnimy. Niech nas grzesznych, nas skażonych, nas hardych i nieposłusznych nawróci Twa łaska, byśmy jak Aniołowie i Święci pełnili Twoją wolę na ziemi. Kto przez fałszywą pokorę o małe tylko rzeczy śmie prosić Boga, od którego wszelki dar dobry i wszelki datek doskonały pochodzi (Jk 1,17), ten okazuje brak wiary w wielkość Jego hojności. Dał już Syna Swego Jednorodzonego, dał Ducha Świętego. Jakie mogą być dary wyższe jeszcze niż te?

Prośmy więc o wszelkie i jak największe łaski. Prośmy o wszelką i doskonałą pełnię. Prośmy o nie dlatego, że Jezus nabył ja nam Swą Najdroższą Krwią, a jeśli Swą najdroższą Krwią zapłacił za to, by były one nasze, to jak mógłby ich nam odmówić, gdy o nie prosimy? Prośmy o nie dlatego, że On obiecał nam je dać. Dał na to Swoje słowo, poręczył nam za to Swoją wiernością. Proście – mówi – a będzie wam otworzono (Mt 7, 7). Wszystko o co byście prosili w modlitwie wierząc, weźmiecie (Mt 21, 22). Prośmy też  Boga o Jego najwyższe łaski dlatego, że prosząc o nie, oddajemy Mu cześć. Gdyby syn przyszedł do ojca i prosił Go o darowanie mu jakiejś błahej i nędznej rzeczy, ojciec słusznie mógłby posądzać serce takiego syna o nieufność, o brak wiary w jego ojcowską miłość. Gdybyś w tak ciasny i nieszlachetny sposób obchodził się z przyjacielem, poczułby on od razu, że nie umiesz cenić ani jego samego, ani jego prawdziwego charakteru, skoro sądzisz, że jest on gotów robić dla ciebie tylko takie małe i nic nie znaczące rzeczy. Ale kiedy poprosisz przyjaciela o jakąś wielką przysługę, przyjmie on to jako dowód ufności, jaką pokładasz w hojności jego serca względem siebie.

Tak samo jest z Bogiem.

Przypomnijmy sobie tego gnuśnego sługę, który nie chcąc obracać danym mu przez pana talentem, złożył go i zakopał w ziemi. Kiedy pan powrócił, czym się tłumaczył? Bom się bał ciebie – mówi – iżeś człowiek srogi (Łk 19, 21) – czyli do zła, które popełnił, dodaje jeszcze obelgę. Sługa ten miał niskie, niegodne, nieszlachetne pojęcie o charakterze swego pana. To był istotny korzeń jego grzechu. Pan nie wziąłby sobie do serca utraty talentu; natomiast głęboko wziął sobie do serca to niskie wyobrażenie, jakie sługa miał o jego hojności. Dlatego powtarzam, powinniśmy spodziewać się wszelkich, jakie są, najwspanialszych, najwyższych i najhojniejszych darów; spodziewać się wszelkiego dobra; spodziewać się rychłego po zejściu z tego świata oglądania Boga. Wiemy – wszystkich nas czeka czyściec i męką zadośćuczynienia: miejmy jednak nadzieję, że męka będzie krótka, a nasze wejście przed oblicze Boga nie ulegnie zwłoce zbyt długiej.

Spodziewając się zaś rzeczy największych, unikajmy najmniejszych nawet okazji do grzechu. Kto dobrowolnie wdaje się w okazję do grzechu, okazuje tym samym, jak mało waży sobie Boga. Bóg jest u niego w niskiej cenie: znaczy dla niego mniej niż przelotna rozkosz albo marna, nietrwałą korzyść. Okazuje też taki człowiek, że nie ma w nim nienawiści grzechu, a serce, które nie brzydzi się grzechem, to nie serce synowskie, ale niewolnicze i bardzo mu blisko do tego, by stało się sercem złym.

Żaden człowiek nie pójdzie z ochotą tam, gdzie jak wie, może zarazić się febrą, tyfusem albo morowym powietrzem: a przecież jest tylu ludzi, którzy śmiało idą w miejsca, w których, jak wiedzą, mogą zarazić się grzechem. Kto miłuje niebezpieczeństwo, zginie w nim (Ekkli 3, 27). Takie serce – serce, które nie ma w nienawiści grzechu – to serce, w którym nie ma łaknienia i pragnienia Boga. Nie ma w nim miłości Boga; to serce nieszlachetne. Ten, kto wie, że jego grzechy były przyczyną śmiertelnego smutku, jaki Boski Zbawiciel wycierpiał w Swojej Duszy; że były one przyczyną Jego konania w Ogrójcu i Jego męki na Kalwarii – i wiedząc o tym wszystkim, jest jeszcze gotów wdawać się w okazję do grzechu, i nie ma woli, by raczej wybrać sobie życie ukrzyżowane, niż wesołe i świetne życie na świecie, ten najwyraźniej ma serce bardzo niepodobne do Boskiego Serca Jezusa. Jezus z miłości do niego wybrał krzyż, a on za tę Jego miłość odpłaca Mu złem.

 

Przewodnik życia w Duchu Świętym; Henry Kard. Manning

Wiara

Ileż to razy w życiu używałam słów: wierzę, wierzysz, wierzyzawsze w jakiejś konkretnej sytuacji, albo w konkretnym celu. Czy było to często? Gdy zaczynam się nad tym zastanawiać i sięgam myślami w przeszłość zawsze przypominają mi się rzeczy ważne i czasem nie takie oczywiste. Dlaczego? Bo te słowa mają dla mnie głęboką treść. Nie mogą być używane tak zwyczajnie, pospiesznie. Wypowiadając słowo: wierzę deklaruję swoją ufność w opowieść, historię, którą słyszę. Potem nie może być już dla mnie obojętne, co będzie dalej, bo wierząc zgadzam się, że te słowa słyszane od mojego rozmówcy są prawdą i jeśli zajdzie potrzeba będę stać po stronie tej prawdy i osoby, której ta prawda, uznana przeze mnie, dotyczy. Tak to rozumiem. Dlatego, gdy ja pytam: czy mi wierzysz  jest dla mnie ważna odpowiedź, szczególnie, gdy brakuje dowodu i pozostaje tylko wola mojego rozmówcy.

A jak jest wtedy, gdy pada pytanie: Czy wierzysz i nie pochodzi ono od żadnego naszego rozmówcy, lecz z naszego wnętrza, z naszej duszy? Co wtedy? Czy słyszymy to pytanie? Czy zastanawiamy się nad odpowiedzią, czy pospiesznie wypieramy je z naszej świadomości, myśli, jak coś, co uwiera, co przeszkadza? A może rodzi się w nas obawa, że nasze wierzę do czegoś nas zobowiąże, coś zmieni. Może przeraża nas perspektywa zmiany misternie utkanego porządku naszego życia? Bo w myśl naszych rozważań: wierzę – to  nasza deklaracja, że stajemy po stronie pytającego i prawdy głoszonej przez Niego, a to może będzie wymagać od nas oddania Komuś innemu pierwszeństwa w naszym życiu, poukładania go na nowo. Jak to pogodzić w dzisiejszym świecie, który narzuca nam konieczność: samorealizacji, samodyscypliny, samozadowolenia i samo…, samo… i nawet nie zauważamy, gdy w tym pędzie stajemy się samotni.

A przecież wystarczy: uwierzyć, by życie nasze  nabrało innego wymiaru i sensu, bo przecież On Jest wszędzie, również tam skąd pada to pytanie: Czy wierzysz? I jeśli tylko odpowiesz: Tak wierzę, wszystko staje się inne. Przestają cię przerażać codzienne trudności, choroby czy niepowodzenia, bo masz Jego, największego Przyjaciela, Nauczyciela, Mistrza i Pana. Zaczynasz inaczej żyć. Coś co było tak ważne teraz spada na dalszy plan, albo w ogóle przestaje się liczyć. Ty przestajesz wszystkiego dociekać a więcej czuć. I powoli, czasem bardzo mozolnie i z wielkim trudem zaczynasz się zmieniać. Jeśli tylko tego pragniesz i taka jest twoja wola to wyuczona – może jeszcze w dzieciństwie – prosta modlitwa, lecz pełna wiary i oddania zacznie cię przybliżać do Tego, którego zaczniesz traktować jak Powiernika. Jemu będziesz oddawać swe smutki i lęki, a On je będzie przyjmować, by nieść je razem z Tobą, aby tobie było lżej. On cię pocieszy i włoży w twe usta słowa, którymi może zaskoczysz bliskich. On, Twój Pan prowadzi cię najlepszą ze wszystkich dróg, a jak upadniesz – podniesie cię, gdy tylko wyciągniesz do Niego rękę. On czeka na twoje otwarte serce. I może wtedy, gdy to serce otworzysz twoja modlitwa z prostej – zmieni się w pełniejszą. A ty nie zauważysz, jak przy Komunii duchowej wypowiadając słowa: ”Jezu mój wierzę, że jesteś prawdziwie obecny w Najświętszym Sakramencie…” po policzku spłynie ci łza… a ty poczujesz głęboki pokój.

Elżbieta K.