Prostota s. Łucji

Co było dominującą cnotą s. Łucji? Jej przełożeni zgodnie stwierdzali: „Jej najbardziej uderzającą cnotą była prostota, z którą doprowadzała do doskonałości wszystkie pozostałe”. Była jakby odbiciem słów naszego Pana: „Jeśli oko twoje będzie szczere, całe ciało twoje będzie świetlane” (Łk  11, 34), co oznacza: żadnej obłudy, żadnej „polityki”, żadnego wyrachowania ani dyplomacji. Prostota Łucji była udziałem w prostocie samej Matki Bożej. W jej osobowości nie było nic skomplikowanego: jedynie, co się dla niej liczyło, to mówić to, co się podoba Bogu i mówić w taki sposób który się Jemu podoba. Jej myśli i pragnienia także były proste; nigdy nie komplikowała spraw ani też nie miało na nią wpływu to, co inni o niej myślą. Jedyną istotną sprawą była dla niej prawda, wyrażana w sposób delikatny, z prostotą i szacunkiem dla słuchacza.

Nasza miłość do niezmiennej prawdy i nasze pragnienie, by również i inni tę prawdę – czyli tradycyjną naukę Kościoła – poznali, miałoby znacznie lepszy skutek gdyby, za przykładem s. Łucji, nasze słowa i czyny były pełne prostoty. Jednakże nikt nie staje się prosty, nie będąc pokorny. Łucja zawsze była w pełni świadoma swej marności. W wielu listach i we wspomnieniach podkreślała swoje ograniczenie i prosiła o modlitwę w intencji tego, żeby żaden przejaw pychy ani subiektywizmu nie zakłócił misji, którą otrzymała. Nigdy nie użyła objawień w Fatimie jak ośrodka do wywyższenia samej siebie. Kiedy napotykała na czyjś sprzeciw, zawsze wiedziała, gdzie jest jej miejsce; nigdy nie liczyła na siebie, lecz opierała się wyłącznie na Matce Bożej. Ta pokora była szczególnie widoczna, kiedy doświadczała niechęci ze strony biskupów i księży, których prosiła o rozpowszechnianie nabożeństwa do Niepokalanego Serca; skarżyła się bardzo subtelnie, ale nigdy nie oskarżała i nie okazywała im zniecierpliwienia, oddają tę sprawę w ręce Matki Bożej.

 

„Gwiazda przewodnia czasów ostatecznych” – cz. II; ks. Karola Stehlina FSSPX

 

Cierpliwość

Cierpliwość jest królową. Siedząc na skale męstwa jest zawsze zwycięska, nigdy nie jest zwyciężona. Nie jest sama, lecz ma za towarzyszkę wytrwałość. Jest rdzeniem miłości. Ona to rozstrzyga o szacie miłości, czy jest to szata godowa, czy nie. Jeśli na szacie jest rozdarcie, niedoskonałość, brak cierpliwości wyjawi to natychmiast.

Wszystkie inne cnoty mogą wprowadzać w błąd. Mogą okazywać się doskonałe, choć takie nie są, o ile nie przeszły próby cierpliwości. Lecz jeśli ta słodka cierpliwość jest rdzeniem miłości w duszy, dowodzi tym samym, że wszystkie cnoty są żywe i doskonałe. Jeśli nie dostarcza tego dowodu, świadczy to, że cnoty są jeszcze niedoskonałe, że nie doszły jeszcze do stołu najświętszego krzyża, gdzie cierpliwość została poczęta w poznaniu siebie i w poznaniu mej dobroci w sobie, i gdzie została urodzona przez świętą nienawiść i namaszczenie prawdziwą pokorą.

Cierpliwości tej nie jest odmówiony pokarm, którym jest chwała moja, i zbawienie dusz. Żywi się ona nim nieustannie. Oto prawda. Spójrz, najmilsza córko, na słodkich i chwalebnych męczenników, którzy przez cierpliwość spożywali ten pokarm duszy. Śmierć ich dawał życie. Wskrzeszali zmarłych i rozpraszali ciemności grzechów śmiertelnych. Świat z wszystkimi wielkościami swymi i książęta z całą swą potęgą nie mogli obronić się przed nimi. Tryumfowali nad nimi mocą tej królowej, słodkiej cierpliwości (por. Hbr 11, 33-38). Cnota ta jest jak światło na świeczniku.

Oto chwalebny owoc , który wdają łzy zjednoczone z miłością bliźniego. Dusza spożywa ten pokarm w towarzystwie nieskalanego Branka, Jednorodzonego Syna mego, w płomiennym i bolesnym pragnieniu, w nieznośnym smutku z powodu obrazy wyrządzonej Mi, Stwórcy. Smutek ten jednak nie przygnębia: dusz nie cierpi z powodu niego, gdyż miłość przez prawdziwą cierpliwość zabiła wszelką bojaźń i miłość własną, które czynią ją wrażliwą na cierpienie. Ten smutek jest pełen słodyczy; przedmiotem jego jest tylko wyrządzona Mi obraza i zguba bliźniego, i ma on swe źródło w miłości. Przeto smutek ten użyźnia duszę; jest on dla niej jednocześnie przyczyną radości, gdyż daje jej niewątpliwy dowód zjednoczenia ze Mną prze łaskę.

 

Św. Katarzyna ze Sieny, Dialog o Bożej Opatrzności czyli księga Boskiej nauki, Poznań 2012

 

Wyobraźnia

Wyobraźnia jest tą z władz naszej duszy, w której najsilniej bodaj odbija się nieład wprowadzony przez grzech, i w której głos rozsądku najmniej bywa słuchany. Ta niespokojna, błąkająca się władza, ustawicznie nam się wymyka, niczym krnąbrna niewolnica, która bez pozwolenia pana wychodzi z domu i cały świat obleci, zanim się spostrzeżemy, że jej nie ma. Ciekawa, nienasycona wiedzy, chce zdać sobie sprawę ze wszystkiego, co widzi. Podobna jest do domowego zwierzęcia, które włóczy się wszędzie wietrząc, które bat odgania, a obżarstwo po chwili cięgnie z powrotem. Dumna, niecierpliwa względem wszelkiego przymusu. To dzika koza, która lubi się błąkać tylko po wysokich urwiskach i przepaściach, nie znosi natomiast ani jarzma, ani pęt, ani pana.

Wszystkie te wady są wrodzone; ale ile osób powiększa jej złośliwość nie starając się jej hamować, obchodząc się z nią jak z ubóstwianym dzieckiem, któremu pozwala się na wszystko, nigdy nie w niczym mu się nie sprzeciwiając. Toteż gdy chcieć ją zwrócić ku rzeczom Boskim, ona, nawykła do samowoli, w żaden sposób nie da się ująć w karby. Pracujmy więc bezustannie nad tym, by ograniczyć jej ruchy i trzymajmy ją w ciągłym poddaństwie. Uznaliśmy, że najlepszym sposobem przeciw wielomówstwu jest używać języka jedynie do tego, co prawdziwie dobre i potrzebne. Tak samo należy też postępować z wyobraźnią. Niech rozsądek stoi ciągle na warcie przed drzwiami umysłu, aby wpuszczać tam same dobre myśli, a mężnie odpierać, jak największych nieprzyjaciół, wszystkie te, które zdawać mu się będą próżne lub niebezpieczne. Ci, którzy zaniedbują tę zbawienną ostrożność, wpuszczają do duszy mnóstwo przedmiotów tłumiących żarliwość pobożności i miłości, a niekiedy i samą miłość. Furtianka Isbosetha zasnęła tylko na chwilę, a zaraz dwaj zabójcy zamordowali nieszczęsnego monarchę. Gdy rozsądek przestaje czuwać nad wyobraźnią, zaraz wkradają się do niej upiory niosące śmierć.

Taka ostrożność potrzebna jest nie tylko po to, by uchronić życie duszy od tysiącznych niebezpieczeństw, ale także po to, by zachować, niezbędne do modlitwy, milczenie i skupienie ducha. Wyobraźnia rozkiełznana miesza to święte ćwiczenie i czyni je prawie niemożliwy, gdy przeciwnie, nawykła do ciszy i pobożnych myśli, znajduje w nim największe upodobanie.

 

Św. Ludwik z Granady; Przewodnik grzeszników; Wydawnictwo AA

 

Ślepa uliczka pacyfizmu

Bojowaniem jest żywot człowieka na ziemi  (Hi 7, 1)

Pacyfizm, jak podaje Wikipedia jest to dążenie do pokoju, potępienie wojny oraz przygotowań do wojny. Zwolennicy pacyfizmu postulują ustanowienie trwałego pokoju między narodami oraz rozwiązywania wszelkich konfliktów między państwami i narodami bez użycia sił zbrojnych.

Czy to nie jest szczytna idea, która da ludziom szczęście, radość i będzie dla nich wstępem do nieba? Piękna to idea. Patrząc na nią z punktu widzenia nauczania Kościoła Katolickiego, nie jest ona wystarczająca i tak wspaniała. Wystarczy przypomnieć sobie słowa Jezusa: Nie sądźcie, że przyszedłem pokój przynieść na ziemię. Nie przyszedłem przynieść pokoju, ale miecz (Mt 10, 34). Natomiast jest jeszcze jedno z błogosławieństw na górze: Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem będą nazwani synami Bożymi (Mt 5, 9). Aby wyjaśnić tę trudność posłużymy się jeszcze jednym cytatem: Pokój zostawiam wam, pokój mój daję wam; nie tak, jak daje świat, ja wam daję (J 14, 27).

Pokój Chrystusowy, będący owocem przyjęcia nauczania Jezusa, jest tym pokojem, który prowadzi nas do zbawienia. Nie jest to „pokój ziemski” który płynie z chęci życia w spokoju, chęci szczęścia doczesnego, zadowolenia z posiadania, gdyż jest to kolejna utopia obiecująca szczęście na ziemi. Tylko pokój duszy, który daje wiara i życie zgodne z przykazaniami zaspokoją pragnienia szczęścia człowieka.

Bóg stworzył aniołów, z których część poszła za Lucyferem głoszącym Non serviam (Nie będę służył). To było przyczyną wojny między aniołami, wojny w sferze duchowej, wojny, która trwa cały czas. To, że zbuntowane anioły zostały strącone w otchłanie piekielne nie spowodowało, że wojna zastała zakończona. Trwa ona cały czas. Dla nas ludzi, zanurzonych w czasie, okrzyk Lucyfera i bitwa aniołów jest zawsze teraz. Każdego dnia, o każdej porze swoimi wyborami opowiadamy się za jedną lub za drugą stroną tej wojny. W życiu duchowym nie ma pokoju – pokój możemy osiągnąć tylko w Bogu, tylko przez zbawienie duszy.

Kościół Katolicki rozróżniał wojnę sprawiedliwą od wojny niesprawiedliwej. Obrona Ojczyzny, rodziny, wiary była zawsze przez Kościół popierana i taka wojna była w nauczania św. Tomasza z Akwinu określana „wojną sprawiedliwą”.

W dniu dzisiejszym, mordowanie chrześcijan jest wystarczającym argumentem do prowadzenia wojny z państwami gdzie to zjawisko występuje. Jednocześnie nie zwalnia to z obowiązku modlitwy za prześladowanych i męczonych chrześcijan.

Papież Pius XII w orędziu na Boże Narodzenie 1949 roku przestrzegał: „Postawa tych, którzy odrzucają wojnę z powodu jej okrucieństw, a nie ze względu na jej niesprawiedliwość, toruje drogę do zwycięstwa agresorom”. Tu można również przypomnieć przemówienie ministra Józefa Becka z 1939 roku i stwierdzenie, że nie znamy pojęcia pokoju za wszelką cenę.

Pacyfizm stawia pod znakiem zapytania dużą grupę świętych Kościoła Katolickiego. Wielu z nich było żołnierzami, walczyli na wojnach, co nie przeszkodziło by ogłosić ich świętymi czyli uznanymi za zbawionych. Wśród świętych żołnierzy znajdujemy między innymi: Longina, Teodora, Sebastiana, bp Marcina, Jerzego, Floriana, Maurycego dowódcę Legii Tebańskiej ze swoimi żołnierzami. Kościół nie stawiał im zarzutu służenia w wojsku czy też brania udziału w wojnie. Jedynie napominał by nie grabili, nie znęcali się nad ludnością cywilną, by opiekowali się słabszymi.

Duchowość św. Ignacego Loyoli i założonego przez niego Towarzystwa Jezusowego oparta jest na walce. Przygotowywani są wojownicy do walki po stronie aniołów zjednoczonych z Chrystusem. Dla nich nie ma pokoju z upadłymi aniołami, walczą ze swoimi słabościami, oraz o wyzwolenie dusz innych z więzienia nałogów, grzechów, uzależnień. To jezuici prowadzili Kościół do walki z kryzysem w czasach Reformacji.

Do zażegnania kryzysu w Kościele potrzebny jest wciąż duch walki. Walki ze swoimi słabościami, z nadużyciami, z zaniedbaniami oraz grzechami. Głoszenie orędzi pacyfizmu i ziemskiego pokoju utrudnia pokonanie zagrożeń i niebezpieczeństw dnia dzisiejszego.

Między Prawdą a fałszem nie ma pokoju – tu jest nieustanna walka. Jeśli nie ma walki, jest pokój to znaczy, że prawda przestała być sobą.

Dla nas, wiernych Kościoła Katolickiego, w modlitwach o pokój bardzo ważnym jest zdanie świętego Agatona: „kto modli się z heretykami, sam staje się heretykiem”.

Modlitwa o pokój nie może żądać ofiary z Prawdy, gdyż nie będzie to pokój prawdziwy a jedynie uspokajanie bieżących konfliktów, odkładanie rozwiązania ich na późniejszy czas. Widać to dobrze po modlitwach o pokój w Asyżu. Pomimo udziału w nich przedstawicieli wielu religii nie przełożyło się to na pokój w świecie. Chrześcijanie a zwłaszcza katolicy są w tej chwili najbardziej prześladowanymi ludźmi na świecie. Codziennie giną w męczarniach gdyż nie chcą porzucić Prawdy. Modlitwy o pokój, takie jak w Asyżu organizowane przez papieży, odbierane są przez inne wyznania jako oznaka słabości. Efektów tych modlitw, między narodami, państwami oraz wyznawcami różnych religii w ogóle nie widać.

 

PIERWOTNIE TEKST BYŁ OPUBLIKOWANY W MIESIĘCZNIKU „MISERICORDIA” SANKTUARIUM MIŁOSIERDZIA BOŻEGO W OŻAROWIE MAZOWIECKIM W czerwcu 2017 ROKU.

Pociechy i próby

Stan pociech duchowych budzi nasze zdolności, nadaje im giętkość i moc. Nic wówczas nie kosztuje. Ten, kto jest napełniony miłością – mówi autor „Naśladowania Chrystusa” – biega, lata, weseli się i nic go nie powstrzyma. Jest to stan, w którym uczucie działa samo, porywając za sobą wolę, której całe zadanie polega tylko na zezwalaniu. Stan ten jest darem nieba, podobnie jak ciepło słoneczne: roznieca on żar pragnień, mnoży pomysły, wzbogaca uczucia, wywołuje rozkwit duchowy.

Czas próby przyrównać można do skalistej, nawiedzanej wichrami krainy, do mroźnej zimy, do bezpłodnej pustyni. Trzeba tam żyć z nabytych zapasów, bronić się cudami niemalże wysiłku, pomysłowości, wytrwania. Serce musi być wytężone ile tylko można. I po co? Na pozór po to, żeby po prostu żyć jako tako. Jednak po cichu dokonuje się w głębi duszy praca: serce mężnieje, muskuły stają się odporniejsze, wzmaga się życie.

Pociech to okres, w którym otrzymujemy czarowne i piękne światła: korzystajmy z nich, aby wznieść nasz ideał jak najwyżej. To okres łatwych i licznych aktów, wyrabiajmy więc w sobie wówczas dobre nawyki. Nawyk przynosi największą pomoc woli.

Próba to okres działania woli. Niczego nie odczuwamy; wydaje się nam, że niczego nie kochamy… Nie pozostaje nam nic innego, jak tylko chcieć tych wszystkich pięknych rzeczy, które poznaliśmy, zebraż je – może zaschłe, ale zawsze jeszcze wonne – i ofiarować Bogu, który zna ich wartość; nie pozostaje nam nic innego, jak wyrażać uczucia, a przynajmniej pragnienia, które zawsze są prawdziwe, jak działać z czystych pobudek, wielkodusznie, wytrwale, z wielką korzyścią dla woli, która gdy działa tylko sama, bardziej się rozwija. O pstępie nie stanowi upodobanie, ale prawdziwa miłość, a tę mamy: miłość, która Boga stawia na pierwszym miejscu, miłość wierną, która dąży do tego, co Bogu milsze, która mówi: „Nie umiem Mu powiedzieć, że Go kocham, ale Mu tego dowiodę.”

U niektórych dusz wola bywa słaba, nie umie iść naprzód, jeśli nie jest wspierana pociechami. Dusz te powinny umieć na te pociechy zasłużyć, potem zaś utrzymywać je. „Naśladowanie Chrystusa” mówi, że brak pociech wynika często z naszej winy.

 

Wg „Spowiedź Przygotowanie do Sakramentu Pokuty”, Warszawa 2005

 

Mistrzu, co nam czynić trzeba?

A rzesze pytały go, mówiąc:
Cóż więc począć mamy?..
Przychodzili też i celnicy…
i mówili doń:
Mistrzu, co nam czynić trzeba? (Łk 3,10, 12)

  1. Odpowiedź mogła być tylko taka: Czyńcie to, czego chce Bóg. Stoimy pod panowaniem wewnętrznych nakazów,, które żądają, byśmy czynili to, a tamto zaniechali. Ideały i cnoty przyświecają nam jako gwiazdy przewodnie; w ich moralnej piękności, w ich nakazach, które nam stawiają, ujawnia się nam wola B oża, a jej wcielenie staje przed nami w osobie Chrystusa. On to chce, bym działał tak a nie inaczej, a co nakazuje, czyni sam, by dać mi przykład. Tę wszechwładną wolę bożą czytam w swej duszy, w najgłębszych jej tajniach, stamtąd ją wydobywam wraz ze światem pojęć, a następnie ubraną w szczegóły pozytywne słyszę z ust Chrystusa i oglądam wyrażoną w jego życiu. Czuję, że stoję pod prawem, atoli prawo to nie ja dyktuje. Jak nie stanowię praw natury, tak też nie mogę dyktować przepisów woli Boga. Cóżbym mógł podyktować?… Nie dyktować, lecz wykonywać jest moim zadaniem. Tego się będę trzymał, bo tak sam Bóg rozporządził. Pod Jego prawem czuję, że stoję na swoim miejscu żem cząstką całości, dlatego wierzę i spodziewam się, że władcza i potężna wola Boga, która mną kieruje, uzupełni cząstkowość moją i moją niedostateczność. Pan będzie moją pomocą, on daje zarówno prawo, jak i łaskę. On zniża się do mnie jako ideał, On sam toruje mi drogę. To moje credo w dziedzinie moralności, Wierzę, iż powinnością moją słuchać woli najwyższej, wiem jednak i to, że wola ta pomaga mi być posłusznym.
  2. Wolę Bożą winienem spełniać w całym ciągu swego życia, we wszystkich jego stosunkach i okolicznościach. Człowiek nie jest kołem w maszynie, ani kamykiem w potoku, ani zżółkłym liściem na wichrze, lecz wszędzie winien czynić zadość wymaganiom świata moralnego i stwierdzać je własnym czynem wbrew oporowi, jaki mu stawiają jego lekkomyślność, przyzwyczajenia, popędy, skłonności i namiętności, choroby i niedostatki. Powinien idealny ten świat, odsłaniający się w mym wnętrzu, i postulaty jego przeszczepiać również w świat zewnętrzny, a kiedy się łamie i rwie, zapewniać mu na powrót bezwzględną powagę. Na to potrzeba mocy, potrzeba karności. Do tej karności powinienem się przymuszać, ile razy namiętności moje stawiają mi opór, a gdzie namiętności nie sprawiają kłopotu, tam niemniej należy szlachetnie usposobioną uległość i moralne pobudki wprowadzać do swego życia, by utrzymać je na wysokim poziomie moralnym. Nie wolno mi być komediantem, leniuchem lub niedołęgą. Uległość dla woli Bożej to wola płodna, szlachetna i silna, która objawia się w zamiłowaniu do pracy, w przestrzeganiu porządku, w czystości, panowaniu nad sobą, akuratności, wierności, sumienności, prostocie, litości, współczuciu, życzliwości, sprawiedliwości, szlachetności, wdzięczności, wielkoduszności, szacunku dla drugich, skromności, przystojności, łagodności, pokorze, umiarkowaniu, trzeźwości, cierpliwości, męstwie. Ilekroć wzbudzam uczucia odpowiednie tym cnotom, jestem pewny, iż obejmuję wolę Bożą.
  3. Na tych cnotach zasadzają się dobre uczynki. Stanowią je nie tylko modlitwa, post i jałmużna, lecz cała treść naszej świadomości wchodzi tutaj w grę. To, jak czuję i myślę, jakim okiem spoglądam na świat i ludzi, jak oceniam Boga i życie, jak jestem dobry, cierpliwy, wyrozumiały, łagodny, stanowczy, roztropny, z jakim zamiarem pracuje, mówię, obcuję z innymi, cierpię, słowem: całe moje życie może być dobrym uczynkiem.
    Moralnym jest owo piękne, szlachetne, wdzięczne życie, którym włada prawo i karność jako rytm i harmonia. – Moralność to świadoma siebie, skierowana do ideału wola. To nie tylko altruizm, nie tylko poświęcenie samego siebie, nie tylko poszanowanie dla człowieka i dla prawa cywilnego, nie tylko humanitaryzm i piecza o bezpieczeństwo osobiste, to nie tylko urządzenia dobroczynne i uczucia społeczne. To wszystko tylko podrzędne objawy życia moralnego, które w mniejszym lub większym stopniu mogą się znaleźć również w człowieku pospolitym lub nawet niemoralnym i nie rozstrzygają jeszcze o ogólnym poziomie etycznym. Moralność osobista to świadomie szlachetna wola, zacne usposobienie jednostki ludzkiej, czy ona pustelnikiem, czy żebrakiem. Moralność to wielkość duszy, jej piękność i żywotność, to atmosfera, promień słoneczny i żywiczny zapach leśny mej duszy, to moje strefa klimatyczna. Z domku nazaretańskiego, niby tchnienie niebios, płynie ku nam woń najwznioślejszej moralności. Tej woni tak mało na ziemi, a mogłoby jej wszędzie być wiele. Niech Duch Święty udzieli jej moim uczynkom!

 

Rozmyślania o Ewangelji; ks bp dr. Ottokar Prohaszka; Wydawnictwo Księży Jezuitów, Kraków 1931

 

Cel nabożeństwa do Najświętszego Serca Jezusowego

  1. Weszło na naszym niebie jak gwiazda lśniąca, by promieniować w duszę naszą wielką postać Jezusa i godny uwielbienia majestat jego osobistości. Ukochał was, głosi to nabożeństwo, i pragnie od was wdzięcznej wzajemności. Cześć Najświętszego Serca wprowadza nas w świat wewnętrzny Jezusa, z którego wykwitło życie najpiękniejsze i wytrysła ewangelia, i chce dla tego świata cudnego wzniecić zapał. Chce, byśmy kochali to serce, czcili, hołd mu składali, przejednywali je i o łaskę prosili. A zarazem chce, byśmy je naśladowali, jak gdyby mówiło: Kro chce być szczęśliwy, niech stworzy w sobie serce. „Sursum corda”.
  2. Cześć Najświętszego Serca pomaga nam szczególniej przyswajać sobie ducha wiary. Do każdego poznania Boga potrzeba serca. Wiara bez uczuć natchnionych nie może się ostać. Oczy, pragnące ujrzeć Jezusa, muszą być oświecone ogniem serca. W każdej naszej wielkiej myśli tętni zapał serca. Dlatego też życzy apostoł wiernym „oświeconych oczu serca”. Dlatego też Jezus „dał nam zmysł”, jak gdyby ewangelia chciała powiedzieć: dał nam serce. – Tych, co szukają łaski bożej, Jezus zwraca na drogi szlachetnych, czystych uczuć, na ścieżki dobrego serca. Wiara nasza zawładnąwszy sercem, będzie „wiarą serca”.
  3. Nabożeństwo to dopomaga do życia na modłę życia Jezusowego. Najświętsze Serce było organem tego życia. Serce dostarcza wielkich i subtelnych motywów, woli silnej, kochającej, namiętnej. Tylko serce wydaje męczenników. Wielkie wysiłki, boje i zwycięstwa biorą początek z natchnień serca. „Schätze schafft die Liebe”. Czego nie kochamy, to nie ma dla nas wartości. Jeśli boga nie kocham, nie mam Boga. Jeśli Jezusa nie miłuje, jestem bez Zbawcy. Jeśli zatem nie ma we mnie miłości, noszę piekło w sobie tutaj na ziemi, a zapadnę też w piekło na tamtym świecie. – Kochaj gorąco, służ sercem i duszą, walcz, pracuj. Najlepsza to miłość samego siebie.

 

Rozmyślania o Ewangelji; ks bp dr. Ottokar Prohaszka; Wydawnictwo Księży Jezuitów, Kraków 1931

Służba Bogu

Miłość chce upodabniać nas do Jezusa, a jedną z części Jego wizerunku jest prostota. Jeśli kierując się pełną miłości wiarą, wychodzimy poza samych siebie, nasze życie wewnętrzne zadziwiająco się upraszcza, a prostota dodaje nam szczególnej szlachetności. Ostatecznie najbezpieczniejsi będziemy, gdy nasze życie duchowe zostanie sprowadzone wyłącznie do działania łaski Bożej w nas. Samozakłamanie najbardziej zagraża nam natomiast w tedy, gdy nasze wnętrze wypełnione jest mnóstwem naszych własnych spraw i działań, które uniemożliwiają wzrost łaski. Musimy więc wypatrywać Boga, oddawać się mu, na Nim polegać. Musimy uczyć się jedności z Nim i pozwolić, aby Jego miłość wypalała w nas naszą miłość własną, bo tylko wtedy nasza jedność z Nim może się realizować. Wszystko poza Bogiem samym  jest nierzeczywiste. Nic prócz Niego nie jest prawdziwe. Fałsz stanowi przyrodzoną kondycję stworzenia. Jakże bolesne jest zdać sobie sprawę, że nawet w najlepszych naszych chwilach, nawet w najlepszych tych, uznajemy za lepszych od siebie, jesteśmy wszyscy beznadziejnie pretensjonalni, nieświadomie sztuczni i zakłamani. Otuchy dodaje nam jedynie trzeźwa myśl, że dla każdego nas nadejdzie czas, gdy nie będziemy już niczego odgrywać – ani przed innymi, ani przed sobą, ani przed Bogiem.

 

O samozakłamaniu; Frederick Wiliam Faber; Warszawa 2016

Zadowolenie z siebie

Kiedy mamy do czynienie z zadowoleniem z siebie, wydaje się, że jest po prostu cechą wrodzoną. Ale nie ma co nad tym rozpaczać, choć to, z czym przyszliśmy na świat, jest oczywiście trudniejsze do naprawienia niż spaczenia nabyte wskutek zewnętrznych okoliczności, a nawet będące skutkiem nałogowego grzechu. Niektórzy ludzie mają tak silną wiarę w siebie, że nie zachwieje jej nawet wiele niepowodzeń i popełnionych błędów. Dal takich osób nawet własne doświadczenie nie jest przekonujące. W praktyce stałym punktem orientacyjnym ich wewnętrznego kompasu jest ich własna nieomylność. Gdyby wszystko inne miało się zmienić, ten punkt pozostaje nietknięty. Gdyby wszystko inne zakwestionowano, tego punktu poddać w wątpliwość nie wolno. Jest w nich coś ze spokojnego optymizmu, którego spokój bierze się stąd, że nawet cień zwątpienia w siebie nie jest dla nich możliwy. Każde ich niepowodzenie usprawiedliwione jest jakąś zewnętrzną przyczyną, której oczywiście w żaden sposób nie dało się przewidzieć ani zapobiec. Jeśli nawet to, co zrobili, nie było najlepszym posunięciem, to z pewnością było najlepszym możliwym w danym czasie i w danych okolicznościach. W takim przypadku osoby te poczytują sobie swe poczynania tym bardziej za zasługę, bo zgodziły się przecież odstąpić od rozwiązania najlepszego i łaskawie zniżyły się do wymogów okoliczności. Są to ludzie, którym wszystkie znaki wydają się opatrznościowe, a wszystkie zdarzenia cudowne. Upadają, nie wiedzą o swym upadku, ponieważ wszystko, co ich dotyczy, zdaje się im zesłane przez Opatrzność. Rzeczy świata tego rozciągają się przed nimi niczym panorama, której oni sami są środkiem. Ich własne sprawy mają zawsze ostateczną Boską sankcję. Ich pobożność przybiera formę natchnień, a ich naturalne cechy mają niebezpieczną skłonność do przeradzania się w przymioty nadprzyrodzone. Ich pobożność nigdy nie pozostaje na dłuższy czas na utartym szalu, czy raczej nie jest na żadnym szalu w ogóle. Motywami ich postępowania bywają nawet sny, są więc samowolni i zmienni. Nie dość, że w każdej niemal chwili doświadczają natchnień, to miewają jeszcze kontr natchnienia. Wcale im to jednak nie przeszkadza, przeciwnie – to co bowiem u innych byłoby zmiennością, w ich przypadku nią nie jest. W gruncie rzeczy są tak niezmiennie zmienni, że – wbrew opinii zdrowego rozsądku – nietrudno im uwierzyć w swoją własną stałość, systematyczność i umiłowanie zasad. Ludzie ci słuchają rad innych ze spokojną pewnością siebie, z irytującą cierpliwością, jak gdyby sami dźwigali ciężki krzyż lub znosili umartwienia właściwe świętym. Ach, jakżeż niestosowną jest rzeczą dawać im rady! Ich pozycja, nazwisko, ich szlachetni poprzednicy – wszystko to powinno zachować ich przed prostackimi radami impertynentów. Ale przecież znoszą je z podziwu godną pokorą, wspomniawszy na to, jak zazwyczaj ukryta i niepoznana jest wszelka dobroć na tym paskudnym świecie. Moglibyśmy pewnie i całkiem bez obrazy rzec, iż ludzie tacy nie są kandydatami na ołtarze. Wielu z nich jednak, owszem, spodziewa się dzieł hagiograficznych na swój temat.

 

O samozakłamaniu; Frederick Wiliam Faber; Warszawa 2016

 

Św. Józef wzorem pracy

Św. Józef żyje w niezrównanej bliskości z Chrystusem. Z zakasanymi rękawy, w szorstkim fartuchu skórzanym, z rękoma stwardniałymi stoi przed nami jako przedstawiciel pracy, a nie pozostaje w żadnym przeciwieństwie do Mistrza, który się modli, rozmyśla i naucza. Te dwa rodzaje pracy, praca rąk i praca ducha, zlewają się właściwie w jedno i stanowią w swem zespoleniu zadania człowieka na ziemi.

  1. Fizyka zna różnorodne prace wykonywane przez wiatr, wodę, elektryczność lub parę. Wydmy piaszczyste i góry są tworami wielkich sił przyrody. Pracę wykonuje również ptak latający, pszczoła, mrówka, wół. Człowiek już pracuję, gdy zbiera orzechy kokosowe na brzegach rzeki Kongo; większą wykona pracę, kiedy orze, sieje, zbiera plon; a jeszcze większą, kiedy swymi huczącymi i stukającymi maszynami chce zdobyć panowanie nad siłami przyrody. Praca to potęga człowieka, który chce przekształcić przyrodę podług własnych pomysłów i własnej woli. Stwarza sobie owy świat, gdy tworzy. Póki nie tworzy, nie jest człowiekiem w całej pełni. W tej pracy ujawnia się jego duch samodzielny, kształtujący, świadomy siebie. „Sztuka jest taką pracą, która świadomie życie kształtuje. Natura uczyniła tylko stworzenie a sztuka ludzi”, powiada Schiller. Mocą tego świadomego kształtowania człowiek stał się mniej zależny od przyrody. Taki też był zamiar Boga co do pracy. Będę ją szanował i cenił, będę rozwijał wszystkie swe zdolności, wiedząc, że przez to stanę się i szlachetniejszy i wolniejszy. O Panie, pragnę życia i bytu, pełnego treści!
  2. Któraż praca jest najdonioślejsza? Kształtowanie samego siebie, zmierzające do tego, by człowiek nie był rzeczą, ale osobą, by nie ciążyła na nim przyroda ciężarem przygniatającym, by nie ścierało go w proch cierpienie. I w tej pracy, urabiającej świadomość i osobowość, stoi przed nami jako wzniosły ideał Pan Jezus. Człowiek czuje, że jest przeciwstawiony materii, światu, złemu, że powinnością jego jest być jako potęga nad tym wszystkim górująca. To nasze wielkie zadanie. Kto się go nie ima, nie jest istotą duchową. Bierność duszy jest przyczyną bezowocności licznych wysiłków i małego postępu duchowego. Nie pracujemy około duszy dość świadomie i odpowiednio do naszej psychiki.
  3. Jakie siły mamy do rozporządzenie naszego w tej pracy? 1) Łaska. Bóg poddaje myśl, która budzi zapał i zagrzewa do wysiłków, byśmy się stali podobni do Chrystusa. 2) Nasza indywidualność, w której tkwi wiele dobrych przymiotów i darów w zawiązku. Trzeba je rozbudzić i wyzbyć się surowizny swych popędów, swej jednostronności. 3) Przyroda, na której łonie się orzeźwiamy i odzyskujemy giętkość ducha i dobry humor. 4) Dobre otoczenie, które udziela nam własnego ducha, własnego usposobienia. Bezduszne środowisko może nas zwarzyć; trudno śród takiego otoczenia rozwijać się pomyślnie i w kierunku idealnym. Złe otoczenie psuje duszę, jego powietrze wywołuje rodzaj motylicy duchowej. Jeśli zmuszeni jesteśmy przebywać w takim środowisku, nie dajmy się mu przygnieść. Śpiewajmy sercem pieśni pobożne, by rozbudzić w sobie radosny zapał, by nie popaść w małoduszność. Unikajmy zwady i usuwajmy się od takich towarzystw, o ile tylko można. Postanówmy zajęcia około domu lub w ogrodzie. Postanówmy sobie silnie: Nie weźmiesz góry nade mną, szara, bezduszna tępoto!

Mało na ziemi ludzi, pnących się w górę, ku ideałom, a strasznie dużo wałkoniów. Ideałów, idei i życia duchowego serdecznie mało. – O święty Józefie, naucz nas życia bożego nawet pod strzechą słomianą. Wszak i ty mieszkałeś wygodniej.

 

Rozmyślania o Ewangelji; ks bp dr. Ottokar Prohaszka; Wydawnictwo Księży Jezuitów, Kraków 1931

Smutek a samozakłamanie

Pomyślmy o smutku i o tym, z jak wielu szat ogałaca on duszę. Tak, to prawda. Smutek to jeden z najbardziej krzepkich robotników pracujących dla Boga. Dokonuje wielkich rzeczy i pracuje z niezwykłą sumiennością. Jednak smutek nie potrafi poradzić sobie z samozakłamaniem. To nie jego specjalność, a wręcz przeciwnie – często zdarza się, że smutek wzmaga siłę naszego samozakłamania. W wielu wypadkach smutek zagraża nam wielkim oderwaniem od rzeczywistości i przytłumia nasze sumienie. W jednej chwili ustawia on naszą duszę w wystudiowanej pozie, a zaraz potem wtrąca ją w chaos. Smutek stawia przed nami krzywe zwierciadło, w którym widzimy się dziwaczni i zdeformowani. Pocieszenie nagle zamienia się w pochlebstwo, wkradają się pokusy ziemskich wygód, modlitwa zaczyna przypominać zrzędzenie. W domu wypełnionym smutkiem panuje atmosfera przyzwolenia i rozluźnienia, może za wyjątkiem żałobnych domów biedaków. I tym sposobem w smutku bardzo często tracimy z oczu Boga, a bezwiednie koncentrujemy się na sobie. Zbyt wielu jest takich, którzy okresy swego smutku widzą raczej jako przerwy w życiu duchowym, niż jako czas bujnego wzrostu. Nawet wówczas, gdy smutek nas uświęca, nie wyzwala nas z samozakłamania. Po prostu nie ma po temu zdolności. Chwalebny smutek! Niestety, jakże podle się z nim obchodzimy! Jakże często wbrew jego intencjom postawienia nas w prawdzie czynimy z niego tajnego współpracownika naszego samozakłamania! To jednak nie smutku wina, lecz nasza.

 

O samozakłamaniu; Frederick Wiliam Faber; Warszawa 2016

Samozakłamanie

Istnieją pewne sposoby – zarazem niezawodne i niezbędne – by stać się prawdomównym wobec samego siebie. To, czy osiągnęliśmy już tę cnotę, poznamy po tym, czy podjęliśmy środki do jej pozyskania. Całe wewnętrzne zepsucie naszej natury jest ni mniej ni więcej jak tylko surowcem naszego samozakłamania. Przewrotność tego zepsucia leży w jego zafałszowaniu, a osoba, którą najbardziej chcemy w ten sposób oszukać, jesteśmy my sami. Cały świat świadkiem, z jakim powodzeniem to czynimy. Toteż, jeśli rzeczywiście chcemy siebie odkłamać, musimy włożyć ogromny trud w poznanie samych siebie i – jeśli to tylko możliwe – wszystkich plusów i minusów naszej złożonej i wewnętrznie sprzecznej natury, nie mamy po prostu szans działać w prawdzie. Nie jest jednakże rzeczą łatwą poznać siebie. Wprost przeciwnie – to najtrudniejsza rzecz na świecie. Czy więc rzeczywiście podejmiemy trud poznania siebie samych? Czy rzeczywiście uczciwie badamy nasze sumienie? Czy jesteśmy w tym dokładni? Doprawdy możemy swobodnie przypuszczać, że niewiele jest osób troszczących się o zbawienie swojej duszy, dla których codzienne i regularne obowiązki duchowe składają się z czegoś więcej niż tylko rachunku sumienia. Tak więc, jaka jest nasza obowiązkowość w tej sprawie? A nasza dokładność? A wytrwałość? A nasz prawdziwy wgląd na to, jak ważny jest rachunek sumienia? Jeżeli nie staramy się usilnie poznać samych siebie, możemy być w zasadzie pewni, że nie jesteśmy wobec siebie prawdomówni. A że niestety podobne wysiłki są wielce nieprzyjemne, nie można ich podejmować, nic o tym samemu nie wiedząc. Tylko ciężko ranny na polu bitwy może czasem nie być świadom bólu, jakiego doznaje.

 

O samozakłamaniu; Frederick Wiliam Faber; Warszawa 2016

Siedem grzechów głównych

Kiedy korzeń drzewa jest podcięty, wszystkie gałęzie, które z niego ciągnęły soki i Zycie, natychmiast usychają. Wyrwijmy z naszych dusz te zatrute korzenie, a wszystkie złe skłonności, z nich biorące początek, przez samo to zostaną zniszczone. Taki przykład pozostawili nam wszyscy mistrzowie życia duchowego. Wszyscy oni te właśnie grzechy gromili z całą mocą swojego pióra, w silnym przekonaniu, że gdy raz pokonają tych nieprzyjaciół, żaden inny już głowy nie podniesie.

Wszystkie grzechy, mówi św. Tomasz, pochodzą źródłowo z miłości własnej, wszystkie są skutkiem żądzy jakiegoś dobra pożądanego przez tę miłość własną. To jest początek owych trzech pożądliwości  wskazanych przez św. Jana: pożądliwość ciała, pożądliwość oczy i pychy żywota; czyli miłości rozkoszy, miłości bogactw i miłości zaszczytów. Miłość rozkoszy rodzi trzy grzechy główne: nieczystość, obżarstwo i lenistwo; z ukochania godności bierze początek pycha, a z miłości bogactw – chciwość. Pozostałe dwa grzechy główne, to jest gniew i zazdrość służą za pomocników tym rozmaitym występnym skłonnościom. Gniew powstaje przeciw przeszkodom, które sprzeciwiają się spełnieniu naszych życzeń; zazdrość – przeciw tym, którzy nas podchodzą i uprzedzają w uzyskaniu jakiegoś dobra poszukiwanego przez naszą miłość własną, Takie zatem jest pochodzenie grzechu: potrójna pożądliwość, pierwszy zarodek grzechów głównych, skąd wynika wszelka nieprawość. Przeciw tym właśnie grzechom powinniśmy skierować wszystkie nasze wysiłki i całą uwagę. Są to olbrzymy, których najpierw trzeba pokonać, jeżeli chcemy podbić resztę nieprzyjaciół, którzy z naszą szkodą przywłaszczyli sobie ziemię obiecaną.

Na samym czele postawię pychę, będącą nieuporządkowaną miłością własnej godności. Święci uważają ten grzech za ojca, za króla wszystkich grzechów. Pysze nigdy w myśli twojej, ani w słowie twoim panować nie dopuszczaj. Bo od niej początek wzięło wszystkie zatracenie (Tb 4,14).

Św. Ludwik z Granady; Przewodnik grzeszników; Wydawnictwo AA

 

Światowe życie

Jak nieliczni są nawet wśród dobrych ludzi ci, którzy znają samych siebie! Wiele z tego, co uważają oni za działanie łaski w nich, stanowi po prostu opatrznościowy zbieg okoliczności. I tak na przykład, gdy światowość wzbudza w jakimś człowieku słuszną obawę, myśli on sobie- niewykluczone, że nawet z Bożą pomocą – że nie ma w nim ku niej żadnego pociągu. Owszem, sporo w nim zła, jest tego świadom, ale przecież nie ma pociągu do światowości. Lecz naraz okoliczności jego życia ulegają zmianie. Staje się bogaty, albo zaczyna obracać się w nowym towarzystwie, a może poprawia się jego stan zdrowia – i oto może sobie już pozwolić na to, na co wcześniej nie mógł. I patrzcie, już jest przesiąknięty światowością! Wcale nie wchodzi w nią stopniowo lub z oporami, pod presją pokusy, lecz ot, tak po prostu – światowy od razu, beż żadnych dodatkowych zmian, z dnia na dzień pełen światowości, którą od zawsze nosił w swym sercu. Tak jak nikt nie ma siły bardzo się gniewać, gdy mu słabo i mdleje, tak i światowość tego człowieka nie mogła ujawnić się we wcześniejszych okolicznościach jego życia. Jednak drzemała w nim zawsze. Setki ludzi jest przenikniętych światowością, są po prostu światowi aż do szpiku kości, a jednak pochlebiają sobie tym, że świat zupełnie ich nie pociąga. Prawdą jest więc, że bardzo mało wiemy o sobie i o naszych prawie niewyczerpanych możliwościach czynienia zła, zła, które skrywamy w zamknięciu naszych dusz. Czyż życie na każdym kroku nie przysparza nam okazji do przykrych odkryć na temat nas samych? Może nieprzyjemne, ale jednak cenne są to odkrycia i warto na nie zwracać uwagą. Czyż mądre byłoby unikanie tego rodzaju odkryć, tylko dlatego że teraz zakłócają nasz spokój, skoro w dniu sądu będziemy pytani o to, jaki użytek z nich zrobiliśmy? Życie wewnętrzne, w którym nie dopuszczamy sporej dozy zaniepokojenia, życiem wewnętrznym w ogóle nie jest. To tylko jakiś magiczny sposób schlebiania miłości własnej. Wyobraźmy sobie system duchowy, którego celem jest sprawienie, by wszyscy czuli się swobodnie i komfortowo, i w którym naczelną zasadą jest unikanie wszelkich niewygód. Doprawdy byłby on śmiechu wart w samej swej istocie, lecz lepiej się nie śmiać, bo przecież cóż straszniejszego dla duszy niż pomylić się, co do swego przeznaczenia wiecznego?

 

O samozakłamaniu; Frederick Wiliam Faber; Warszawa 2016

 

Marzycielstwo

To najgroźniejszy wróg pobożności u osób młodych; groźny, bo przychodzi mimo wiedzy i woli, opanowuje sumienie i wprowadza doń zamęt; groźny, gdyż powoduje tysiączne usterki. Zawitało do duszy niby promień słońca o nęcącym blasku i oto maluje przed nami przyszłość jasną, barwną pełną życia; wszędzie wiosna, promienne słońce, wonne kwiaty, upajające wrażenia. Smutki chwili obecnej pierzchają, niebezpieczeństwa przyszłości zanikają we mgle. Odmienia się wszystko, czego dotknie różdżka czarodziejki; ale ta czarodziejka to wyobraźnia, jej moc nie sięga poza granicę marzeń. Po przebudzeniu wszystko znika; a przebudzenie to życie rzeczywiste, jakże często ponure, smutne, pełne rozczarowań!… Chcesz wiedzieć, co się z tobą stanie? Popatrz na swoich rodziców. I oni byli tacy jak ty! Na próżno bronisz się przed widokiem tej okrutnej rzeczywistości, uporczywie otaczając się złudzeniami; na próżno budujesz swoje nadzieje na niepewności; twój los będzie taki sam, jak twoich poprzedników; pod cierpliwym, ale nieubłaganym działaniem czasu, kwiaty twoich marzeń jeden po drugim zwiędną i opadną!

 

Marzycielstwo grozi zrujnowaniem całej przyszłości. Nie dość na tym: ono marnuje chwilę obecną; szkody jakie powoduje, są nie do obliczenia.

Czy nie dostrzegasz, że ono paczy twoje pojęcia! Że ci odbiera właściwe rozumienie życia?

Czy nie czujesz, że wywołuje w tobie obrzydzenie do wszystkiego, co powinnaś kochać: do Boga, cnoty, piękna, nawet do twojej rodziny?

Czy nie dostrzegasz – być może z przerażeniem – że skłonność do marzeń rujnuje w tobie wolę, że może bezwiednie jesteś tą skłonnością zupełnie owładnięta? A co jeszcze bardziej smutne, opanowuje cię samolubstwo! Niech kto chce poetyzuje marzycielstwo; nie jest ono niczym innym, jak tylko szukaniem siebie, często bardzo podejrzanego gatunku … Nie o szczęście ludzkości tu chodzi – nie prawda? – ale o twoje osobiste.

A to szczęście, za jakim się ubiegasz, może graniczy z występkiem, może leży tuż nad przepaścią, której sam widok przyprawia cię o zawrót głowy?

Oswajasz się ze złem, przystrajasz je w barwy swoich marzeń, w ich ponęty!

I jaki skutek tego wszystkiego? Natura spaczona, zrujnowana, samolubna, zniechęcona nadwyrężona u samego rdzenia, a może przewrotna, choć nie zdaje sobie z tego sprawy.

Jeśli nie doszło jeszcze do tych wszystkich dewiacji, są one możliwe a nawet prawdopodobne.

 

I cóż się dzieje z pobożnością, gdzie jej zbawienne wymagania, gdzie radości, pełne spokoju? Wygnane, oddane na łup wszechwładnej namiętności! Czy dla takiej duszy może mieć jakiekolwiek znaczenie myśl o Bogu, niewidzialnym, modlitwa w swej jednostajnej formie, czytanie o prawdach oderwanych, liczenie się z sumieniem, tak niezdolnym do skupienia? Jak godny współczucia jest Jezus, gdy musi wstępować do takiej duszy w Komunii Świętej, gdy musi dla niej w Swoim Sercu i w niebie zachować miejsce, którego nie może jej odmówić, gdyż jest ona w stanie łaski!

Jeśli czujesz, że wabi cię ku sobie zdradziecka syrena, która nazywa się marzeniem; jeśli jeszcze nie oplątała cię swoimi sidłami, zatrzymaj się, rozważ, uciekaj do modlitwy, a później zdobądź się na energię. Żadnych półśrodków, żadnych ustępstw! Wytnij całkowicie to, co zepsute, usuń się od wszelkich podejrzanych towarzystw. Szczególnie miej się na baczności w doborze lektur, gdyż są powieści zupełnie moralne, które będą dla ciebie w tym punkcie bardziej niebezpieczne od wyraźnie złych; są również natury zupełnie niewinne, które mają więcej skłonności do marzycielstwa, niż niektóre natury występne.

Unikaj wszystkiego, co pobudza do miękkości, jak niektóre rodzaj muzyki, działające na uczucie powieści, zapachy perfum. Bądź zawsze zajęta; ćwiczenie ciała a zwłaszcza , które wymagają wysiłku, zapobiegają nadmiernej aktywności umysłu.

Nade wszystko zaś uciekaj się do Boga, choćbyś nawet nie czuła do tego żadnej ochoty; nie proś Go jeszcze o pociechy duchowe, które by ci zastąpiły słodycz twoich marzeń; proś tylko o dobrą wolę, o gotowość do używania wskazanych środków, o wytrwanie; pociechy Boże z czasem zostaną ci przydane w dodatku.

Zło zwykło ustępować powoli: nie dziw się, gdy znajdować będziesz w sobie te same skłonności, te same pragnienia; nie dziw się, gdy marzenie będzie miało dla ciebie taki sam urok. Zło budzi się niekiedy na nowo, wzmaga się, ma chwilę przesilenia; wtedy wytrwaj wbrew wszystkiemu, a gdybyś na chwilę upadła, powstań natychmiast. Chwilę przełomu będą coraz rzadsze, mniej gwałtowne i w końcu ustąpią w dal, jak huk oddalającej się burzy.

 

 

 

Wg „Spowiedź Przygotowanie do Sakramentu Pokuty”, Warszawa 2005