Odrzucenie „dobrych” uczynków

„Wszelka latorośl we mnie nie przynosząca owocu (Ojciec) odetnie ją.” O, cóż za straszna groźba! A czyż my na nią nie zasługujemy? I cóż znaczy to odcięcie, o którym mówi Chrystus Pan? Znaczy ono, że te dusze, które uporczywie odrzucają dobre natchnienia łaski Bożej, głuche są na wyrzuty sumienia, skarane będą tym, że Ojciec niebieski przestanie je nawiedzać pociągiem swej łaski i napomnieniem, „puści je aby szły drogą swoją”, drogą szeroką, którą wiodą namiętności, a którą świat ściele, drogą egoizmu i zmysłowości śród zamętu rozproszenia. Odetnie je w tym życiu od płodnego krzewu winnej macicy, aby je mógł na całe wieki odrzucić w ogień wieczny, jako złe i nieużyteczne ziele.

W powyższej groźbie Chrystusa uderza nas swoją osobliwością jedno słowo, mające głębokie znaczenie. Wszelką latorośl we mnie nie przynoszącą owocu – mówi Zbawiciel. A więc są dusze przynoszące owoc, jednak nie w Chrystusie – i te mają być odcięte – któreż to są?

Są to wszystkie dusze, pełniące najlepsze czyny, lecz bez czystej intencji lub bez intencji żadnej, albo też nie w złączeniu z Chrystusem, bo w stanie grzechu śmiertelnego – pełniące dobre czyny z pobudki filantropii światowej, dla rozgłosu, względów ludzkich, lub jakiej innej pobudki czysto przyrodzonej. Co dla Boga nie zostało poczęte, przez Boga w wieczności wynagrodzone nie będzie: tych owoców Bóg nie przyjmuje – płaci za nie doczesną nagrodą, ale w wieczności – odrzuca!

Nie zabezpieczajmy się więc tym, że liczne dobre uczynki spełniamy, za które świat nas chwali, ale raczej badajmy, jaka ich pobudka i czy w złączeniu z Chrystusem są wykonywane?

 

 

O pobożności prawdziwej i fałszywej; Cecylia Plater-Zyberkówa; Wydawnictwo Monumen; Poznań 2016

O roztropności w ascezie

Kiedy demon obżarstwa, który toczył liczne i częste walki, nie może zniszczyć utrwalonej wstrzemięźliwości, wtedy nakłania umysł do pragnienia najsurowszej ascezy. Wskutek tego pokazuje również towarzyszy Daniela, ich ubogie życie i nasiona (por. Dn 1,12), którymi się żywili i przypomina o pewnych innych anachoretach, którzy zawsze tak żyli albo zaczęli żyć, i przynagla, aby stać się ich naśladowcą, by chwytając się nieumiarkowanej wstrzemięźliwości utracić nawet tę umiarkowaną, skoro ciało nie poradziło sobie z powodu własnej słabości. W istocie demon ów błogosławi ustami, a złorzeczy w sercu, że nie godzi się, aby oni stali się mu posłuszni, ani żeby powstrzymywali się od chleba, oleju i wody. Taką dietę wypróbowali braci jako najlepszą – i to nie do sytości, a raz na dzień.

Dziwię się bowiem, że ktoś sycąc się chlebem i wodą będzie mógł otrzymać wieniec beznamiętności. Beznamiętnością nie nazywam wyzbycia się grzechu uczynkiem – to nazywa się wstrzemięźliwością – lecz to, co niszczy duchowo namiętne myśli. Ją to nazwał też św. Paweł duchowym obrzezaniem Żyda, który jest w nim wewnątrz (Rz 2,29). Jeśli ktoś się lęka tego, co zostało powiedziane, niech sobie przypomni „naczynie wybrania”, Apostoła, który w głodzie i pragnieniu dopełnił biegu swego życia (2 Kor 11,27; 2Tm 4,7). Tego demona naśladuje także przeciwnik prawdy, demon acedii, podpowiadając wytrzymałemu najsurowszą anachorezę, zachęcając do rywalizacji z Janem Chrzcicielem i pierwszego spośród anachoretów, Antoniego, aby nie wytrzymując stałej i nieludzkiej anachorezy uciekł ze wstydem opuściwszy miejsce, a ów potem chwaląc się powiedziałby: Okazałem się mocniejszy od niego (Ps 12,5).

Nieczyste myśli przyswajają sobie treści dla swego wzrostu i zwracają się ku wielu rzeczom. Nawet morza wielkie przemierzają duchowo i nie odmawiając sobie wędrówki długimi drogami wskutek gorączki własnej namiętności. Jeśli tylko zostaną oczyszczone, stają powściągliwsze niż przedtem, nie mogąc zwrócić się ku licznym rzeczom wskutek słabej siły namiętności. Stąd też są wzbudzane raczej wbrew naturze i – jak mówi mądry Salomon (Prz 7,12) – czas jakiś tułając się na zewnątrz, zbierają ścierń w celu zarządzonego bezprawnie wyrabiania cegieł, nie otrzymując już więcej słomy od Egipcjan (por. Wj 5,6-19). Trzeba więc z czujnością strzec serca, by zostało ocalone niczym gazela z sideł i niczym ptaszek z potrzasku (por. Prz 6,5). Łatwiej jest oczyścić nieczystą duszę niż przywrócić do zdrowia oczyszczoną, a potem znowu zranioną, ponieważ demon smutku nie pozwala na to, lecz podczas modlitwy ciągle stawia przed oczy obraz grzechu.

Nie znają demony naszych serc, jak sądzą niektórzy ludzie, albowiem jest tylko jeden znawca serc (por. Dz. 1,24; 15,8), który zna umysł ludzi i własnoręcznie ukształtował ich serca (Ps 32, 15). Po wypowiedzianym słowie i po pewnych poruszeniach ciała poznają większość poruszeń w sercu. Te właśnie rzeczy chciałem teraz przedstawić w sposób jasny, ale powstrzymał mnie święty kapłan {tj św. Makary Aleksandryjski}. Powiedział, że czymś niegodnym jest ujawniać publicznie takie rzeczy i wkładać je do uszu ludzi nie wtajemniczonych, skoro i ten, kto obcuje z kobietą w okresie jej menstruacji, według prawa, zaciąga winę (por. Kpł 15, 19-24).

Ponadto [wspomnę], że po takich znakach poznają to, co ukryte w sercu, i dzięki temu zdobywają środki przeciwko nam. Często przecież złorzecząc niektórym daliśmy dowód na to, że nie mamy miłości względem nich; dlatego też natknęliśmy się na demona pamiętania złego. I natychmiast dopuściliśmy złe myśli przeciwko owym ludziom, co do których myśli nie mieliśmy wcześniej pojęcia, że nas nachodzą. Dlatego słusznie Duch Święty wyrzuca nam: Zasiadłszy, przemawiasz przeciwko bratu swemu, znieważasz syna swojej matki (PS 49, 20) i otwierasz drzwi myślom pamiętania złego, i wzbudzasz umysł w czasie modlitwy, ciągle przedstawiając sobie twarz swego wroga, czyniąc go bogiem. Albowiem z pewnością to, na co spogląda modlący się umysł, należy także uznać za jego boga.

Umiłowani, uciekajmy, przed chorobą lżenia kogoś. Ani też nigdy nie wspominajmy źle nikogo, i nie odwracajmy spojrzenia, kiedy wspomina się bliźniego. Wszystkie gesty badają złe demony z ciekawością i niczego, co nas dotyczy, nie pozostawiają bez zbadania: ani lżenia, ani siedzenia, ani stania, ani mówienia, ani chodzenia, ani patrzenia. Wszystko z ciekawością badają, wszystkim potrząsają, cały dzień knują podstęp przeciwko nam, aby znieważyć pokorny umysł w czasie modlitwy i zgasić jego błogosławione światło. Czy słyszysz, co święty Paweł mówi do Tytusa? W nauczaniu głoś mowę nieskażoną, zdrową, wolną od zarzutu, ażeby przeciwnik odstąpił ze wstydem, nie mogąc nic złego o nas powiedzieć (Tt 2,8). Błogosławiony Dawid modli się mówiąc: Wyzwól mnie od zniewagi ludzi (Ps 118,134, LXX), nazywając ludźmi także demonów ze względu na rozumność ich natury. Przecież i Zbawiciel w Ewangeliach nazwał człowiekiem wroga, który zasiał w nas kąkol (Mt 13, 25).

Naturę rozumną pogrążoną w śmierci przez zło wskrzesza Chrystus przez kontemplację wszystkich światów. Jego Ojciec zaś duszę, obumarłą śmiercią Chrystusa, wskrzesza przez poznanie samego siebie. I staje się to, co powiedział Paweł: Jeśli umarliśmy z Chrystusem, wierzymy, że i z Nim żyć będziemy (Rz 6,8; 2Tm 2,11).

Kiedy umysł, skoro wyzuł się ze starego człowieka, przyoblecze tego, który jest z łaski (por. Kol 3,9-10), wtedy ujrzy również swój stan w czasie modlitwy podobny do szafirowego bądź niebieskiego koloru, który Pismo nazywa miejscem Boga oglądanym przez starców na górze Synaj (Wj 24,10).

 

Ewagriusz z Pontu, O różnych rodzajach złych myśli, TYNIEC Wydawnictwo Benedyktynów, Kraków 2015

Umiłowanie pochwał

Jednym ze źródeł samozakłamania jest dopuszczanie do tego, by inni nas oszukiwali. Nie zawsze łatwo to odróżnić od oszukiwania siebie samego, jednak pewna różnica istnieje. Jeśli wystawiamy się na pochwały lub jeśli jawnie przystajemy na nie, narażamy się na oszustwo ze strony innych, często zupełnie bez ich winy. Nawet w połowie nie przyznajemy się do tego umiłowania pochwał, jakie w rzeczywistości w sobie nosimy. Jest to niedorzeczność właściwa nawet najpokorniejszym z nas. Żyjemy modlitwą i sakramentami, a przy tym aż rwiemy się do pochwał. Czyż widział kto kiedy człowieka, któremu by na nich nie zależało? Najwznioślejszy, najsztywniejszy i najbardziej napuszony człowiek zmięknie łaskawie i życzliwie złagodnieje, gdy dojdzie go syreni głos pochwały. Chłodni zadziwiająco szybko odtają pod delikatnym, ciepłym powiewem pochlebstwa, z dostojności zstąpi nawet do figlarności pod jego nieodpartym urokiem.

Jednak największymi miłośnikami pochwał są ludzie cisi. Należą do gatunku przeżuwaczy – dla nich własne „ja” to strawa, którą żyją i żują, i która, o dziwo, wcale nie wydaje się im gorzka. Jak spragnione wielbłądy na pustyni, które z lubością chłepcą wodę  nawet najbardziej błotnistej kałuży, tak i my łakniemy pochwał bez względu na ich rodzaj i jakość. Nie ważne, jak bardzo byłyby absurdalne, jak niezasłużone, jak wielce przesadzone, mądrzy i poważni ludzie i tak łykną je ze smakiem. Nie istotne, skąd pochwała pochodzi, czy wynika może z dziecinnej lub zniewieściałej niemożności wydania własnego sądu. Przywiązujemy do niej niezwykłą wagę, ogromnie jest dla nas istotna, żywimy się nawet jej okruchami w sposób, który powinien nas sromotnie zawstydzić. Jedyne, czego oczekujemy, to to, by ci, którzy raczą nas, duże bobasy, słodziutkim klikiem pochwał, zachowali pewne zasady dobrego smaku. Zasady te mogą być różne i zależą od charakteru danej nacji. Irlandczyka należy chwalić inaczej niż Anglika, jeszcze inaczej Amerykanina i Francuza, a i to każdego z nich odmiennie. Chwaleni chcemy być wszyscy, w przeciwnym bowiem razie zaczynamy się dąsać. Małpy podchodzą śmiertelnie poważnie do kwestii wzajemnego iskania się. Cóż, to małpy. My zaś jesteśmy ludźmi obdarzonymi rozumem: jak więc możemy powstrzymać uśmiech ironii, gdy angażujemy się w coś podobnie absurdalnego? Jest tak, ponieważ nie znamy samych siebie. Czyż spotkał kto kiedy wybitnego miłośnika pochlebstw, który nie byłby przekonany, że jest ponad opinię bliźnich? I czyż znał kto kiedy człowieka szczycącego się swą niezależnością od sądów otoczenia, który w istocie nie byłby służalczym nikczemnikiem i małostkowym, płaszczącym się i próżnym oszustem?

 

O samozakłamaniu; Frederick Wiliam Faber; Warszawa 2016

Wola i lenistwo

Lenistwo – nie ma drugiego grzechu, który by tak niepostrzeżenie ogarniał duszę w jej życiu duchowym; a jest to grzech zabójczy, przypominający tę śmierć przez zamarznięcie, która na dalekiej północy opada podróżnika prędzej niż ten się spostrzeże. Śmiertelne zimno, powoli ogarniające swoją ofiarę, wywołuje w niej, jak mówią wrażenia jakby przyjemne, aż w końcu zamrozi żywotne i śmierć zabiera nieszczęśliwca, nie wiedzącego nawet o tym, że umiera. Podobne skutki powoduje lenistwo duchowe. Zaczyna się od małych opuszczeń, małych opieszałości, małych zaniedbań, aż powoli człowiek staje się śmielszy w swoim niedbalstwie. Jego sumienie niepostrzeżenie oswaja się z opuszczeniem także większych rzeczy; z początku, w konkretnym przypadku zaniecha jednego obowiązku, potem drugiego i trzeciego, potem coraz częściej i częściej, aż wreszcie te ciągłe opuszczenia spajają się w nałóg. A przecież w tym długim szeregu opuszczeń, każde z osobna było aktem wolnej woli zupełnie tak samo, jak byłoby aktem mojej wolnej woli, gdybym w tej chwili przestał pisać. Gdybym przestał pisać, byłoby to skutkiem powziętego w duchu postanowienia, żeby więcej nie pisać. Tego zapewne nikt nie nazwałby zwykłym tylko opuszczeniem – byłby to rozmyślny akt mojej woli. I takimi aktami woli są te wszystkie opuszczenia, z których powstaje najniebezpieczniejszy z nałogów, nałóg lenistwa.

Wszelkie opuszczenie, powtarzam, jest jednocześnie pozytywnym aktem woli. Gdybyś w tej chwili rzucił się na ziemię, byłby to akt twojej woli; i gdybyś leżąc na ziemi, nie chciał wstać, byłby to również akt twojej wolnej woli. Samo leżenie na ziemi byłoby pod pewnym względem tylko opuszczeniem; ale opuszczenie to byłoby zarazem skutkiem woli i postanowienia nieużycie tej siły, którą masz, a przez której użycie mógłbyś się podnieść. Tak samo człowiek, który zaczyna opuszczać modlitwę, spowiedź, Komunię, rachunek sumienia, Mszę Świętą, pamięć na obecność Bożą, akty miłości Bożej, w każdym z tych opuszczeń wykonuje tyleż oddzielnych aktów woli. Nie są to rzeczy negatywne, są to pozytywne uczynki; i uczynki te, raz we wspomniany sposób dopiero co zaczęte, spoją się wszystkie razem w jeden łańcuch.

Święty Augustyn, opowiadając o latach swojej młodości, w których żył w grzesznych nałogach, mówi, że nałogi te trzymały go jakby okutego w kajdany. Związany byłem – to jego własne słowa – łańcuchem, który sam sobie ukułem. Nie kto inny go ukuł, tylko ja sam. Związany byłem mea ferrea voluntate, żelaznym łańcuchem mojej własnej woli.

Czy stan śmierci wiecznej jest czymkolwiek innym? Cóż to jest: utrata Boga na wieki? To ostatecznym i niezmienny stan duszy, która tu na ziemi zerwała łączność z Bogiem swoimi własnymi aktami woli. Powrozami piekielnymi (2P 2,4), jak mówi św. Piotr, związana, gdy czas łaski upłynie, dzień próby doczesnej dobiegnie zachodu, a sąd się zakończy, dusza ta – która sama siebie na tym świecie pozbawiła Boga – będzie odrzucona od oblicza Bożego w świecie przyszłym i utwierdzona zostanie na zawsze w całej goryczy swojego z Bogiem rozdziału i w swej nieprzyjaźni z Bogiem, którego nigdy nie będzie oglądać: bo sama zawiązała sobie oczy zasłoną dobrowolnej ślepoty, a wszystkie swoje władze skuła w żelazne kajdany swej własnej, rozmyślnej woli. I dlatego nigdy, jak mówiliśmy nie może człowiek osiągnąć zbawienia inaczej, jak tylko ze swej własnej woli; a jego wola nigdy nie błądzi inaczej, jak tylko z jego własnej winy.

 

Przewodnik życia w Duchu Świętym; Henry Kard. Manning

O gorliwości

Po świecie krążą różne pojęcia o gorliwości: niedokładne lub zagmatwane; tymczasem jej właściwe znaczenie daje się określić w dwóch słowach: gorliwość to aktywność duchowa.

Jeżeli ta aktywność jest owocem wrażenia chwili i ogranicza się do przemijającego zapału, nie można jej nazwać stanem gorliwości; tego rodzaju gorliwości nie będziemy tu rozpatrywać.

Stan gorliwości – to aktywność ustawiczna, czyli aktywność spowodowana poważną przyczyną i wsparta odpowiednim usposobieniem.

Poważną przyczyną aktywności jest wola stanowczo zdecydowana; odpowiednie usposobienie zasadza się na usuwaniu przeszkód, a zwłaszcza wad właściwych naturze ludzkiej.

Pod wpływem łaski dusza gorliwa działa, modli się, wykonuje dobre uczynki szybko, często i z łatwością, wprowadzając w życie cechy pobożności wymienione przez św. Franciszka Salezego. Pobożność i ustawiczna gorliwość to pojęcia jednoznaczne.

Co więcej, aktywność duchowa to sam rdzeń, istota gorliwości, a nie jeden z jej przymiotów.

Przekonanie o tym jest niesłychanie ważne; w nim znajduje się odpowiedź na niepokoje tych dusz, które sądzą, że nie mają gorliwości, bo nie czują w sobie zapału. Oziębłość, chłód, gorzkość, pokusy mogą spotykać zarówno duszę gorliwą, jak i oziębłą – tylko aktywność duchowa jest wyłącznym przywilejem gorliwości, cechą, po której można rozpoznać gorliwość.

Zastanówmy się głębiej nad tą różnicą. Gorliwość nie oznacza koniecznie gorliwości uczucia; ta ostatnia jest tylko jedną z jej odmian.

Może być gorliwość stanowcza, która wypełnia wszystko, czego Bóg żąda, mimo, że nie znajduje w tym zadowolenia; może być gorliwość uczucia, która czyni to samo z zadowoleniem i upodobaniem.

Gorliwość stanowcza – to zapał woli; gorliwość uczucia – to połączony zapał woli i uczucia. W gruncie rzeczy gorliwość ma swoje siedlisko jedynie w woli, istotą jej jest aktywność duchowa.

A jednak, czy moja dusza naprawdę nie jest oziębła, skoro nie ma żadnego pociągu do rzeczy Boskich? Wszystko stało mi się obojętne, uciążliwe, nawet nudne; w modlitwie nic nie umiem powiedzieć, o niczym myśleć, a gdy trzeba mówić o Bogu, robię to bez zapału.

Prawda, że cechy te mogą być objawem oziębłości; jednak gorliwość też ich nie wyklucza – rozróżnić to bardzo łatwo.

Czy chcesz szczerze wszystkiego, czego Bóg od ciebie żąda? Innymi słowy, czy, ogólnie rzecz biorąc, wiernie wypełniasz obowiązki stanu, swoje postanowienia? Jeżeli tak, to znaczy, że mimo przeciwstawnych pozorów dusza twoja jest gorliwa, bo napisano: Nie każdy, który mówi: Panie, Panie wnijdzie do Królestwa Niebieskiego, ale który czyni wolę Ojca Mego, który jest w niebiesiech (Mt 7, 21).

Twój stan to próba. Próbę tę niekiedy Bóg zsyła bezpośrednio, najczęściej jednak wprowadza tu w grę czynniki drugorzędne: nadmiar zajęć, znużenie fizyczne lub moralne, ciężkie zmartwienia. Czy można wymagać od kogoś chorego, dotkniętego smutkiem, żeby miał zapał i ochoczość? I to dużo, gdy ma dobrą wolę! Jeśli niektóre będące w podobnym usposobieniu dusze mogą myśleć, modlić się, działać, odczuwać to samo jak przedtem, to trzeba w tym widzieć szczególny przywilej natury lub łaski, przywilej bardzo rzadki, i nie można czynić sobie wyrzutów za to, że się go nie ma. Bez wątpienia Bóg mógłby zrobić dla ciebie ten niewielki cud, ale On woli zostawić rzeczy w naturalnemu biegowi, żeby cię zahartować w walce, uświęcić w upokorzeniu i cierpieniu.

 

 

Wg „Spowiedź Przygotowanie do Sakramentu Pokuty”, Warszawa 2005

 

Brak fundamentów

Najważniejszym współczesnym problemem jest brak odpowiednich fundamentów położonych w dzieciństwie i latach młodzieńczych. Niestety, jesteśmy w większości owocem dość przypadkowego szkolnego wychowania oraz bardzo wybrakowanego wychowania, jakie był nam w stanie zapewnić Kościół pogrążony w kryzysie. W efekcie władze naszej duszy nie zostały odpowiednio uformowane i nie nauczyły się zajmować należnego im miejsca. Nasz rozum przeważnie jest słaby – niezdolny do logicznego badania słyszanych zdań i do ich dokładnej analizy – a co za tym idzie tylko czasem i w sposób dosyć wadliwy jest w stanie pełnić swoją główną funkcję, czyli rozpoznawać prawdę. Nasza wola przeważnie nie została odpowiednio uformowana i wzmocniona – niećwiczona stale w okresie młodości poprzez umartwienia i panowanie nad instynktami, przeważnie ulega emocjom zamiast podążać za rozumem. Z kolei nieopanowane emocje buzują w nas i popychają do zupełnie nierozumnych działań. Tak przedstawia się obraz przeciętnego człowieka naszych czasów.

Tak rozregulowany człowiek, będzie oczywiście działał nierozumnie i nieskładnie, nawet jak mu się uda dotrzeć do prawdy w jakiejś dziedzinie, to przeważnie nie wykorzysta prawie wcale tej wiedzy, gdyż jego buzujące emocje, słaby rozum i wola nie pozwolą mu na celowe i wytrwałe działanie, a sprawią, że co rusz będzie się gubił w działaniach niepotrzebnych, niespokojnych i nierozumnych. Taki człowiek, nawet gdy pozna prawdę o Bogu i człowieku, nawet gdy zrozumie Boży majestat i nasze wobec niego zobowiązania, nie pójdzie prostą drogą do celu, a będzie błądził po mglistych manowcach pokrytych oparami różnorakich namiętności i emocji, będzie widział tam, gdzie go nie ma, a nie będzie dostrzegał faktycznego niebezpieczeństwa. Drodzy Czytelnicy – wszyscy właśnie tacy jesteśmy. (…)

Co możemy z tym zrobić? Możemy starać się pracować nad sobą. Jak to zrobić? Przede wszystkim poznając jak działa nasz ludzka natura, poznając czym są i jak działają władze naszej duszy. Gdy już poznamy jak powinna działać nasza natura, musimy oczywiście walczyć o to, aby ją ukształtować. Wielce zasłużył się w tej materii o. Jacek Woroniecki OP – ujął w systematyczny, prosty i zrozumiały sposób naukę o naszej naturze i pracy wychowawczej.

 

Współczesne zagrożenia na drodze do świętości; Ks. Szymon Bańka w Zawsze Wierni nr 4(209)

 

Przedstawiony przez autora brak fundamentów dotyczy nie tylko życia katolickiego, czy też osób pragnących kroczyć na drodze do świętości. Dotyczy to każdego z nas. Kościół, nauczając w ten sposób daje nam środki pomocne również do życia i poruszania się w  świeckiej rzeczywistości. Tu możemy zobaczyć dlaczego tak łatwo jest nami manipulować i dlaczego tak łatwo ulegamy manipulacji mediów. Jest to jedna z przyczyn dlaczego współczesny świat walczy z Kościołem, i dlaczego walczy się z tradycją.

 

Czym jest łaska?

Pełne i całkowite znaczenie łaski możemy opisać następująco: „jest to Boska obecność i działanie Boga Ducha Świętego w duszy człowieka”. Gdzie działa, tam jest. Nie wolno nam, gdy mówimy o Jego działaniu, zapominać p Jego obecności, tak jak nie wolno nam redukować tego działania do jakiejś czynności przejściowej, jakiegoś wpływu zewnętrznego czy jakiejś, jak mówią nasi niewierzący, „siły”.

Są dwa rodzaje łaski: jest stworzona i łaska niestworzona. Łaska stworzona to wlana do duszy cecha nadprzyrodzona. Taką łaską jest wiara, jest nadzieja, jest miłość. Są to cechy nadprzyrodzone wlane do naszych serc. Ale niestworzona łaska Boża to Bóg Sam, mieszkający w duszy, Źródło i Zdrój wszelkich innych darów. To dlatego, każdy chrześcijanin znajduje się w stanie nadprzyrodzonym – chyba, rzecz jasna, że jest odrzucony, że jest w grzechu śmiertelnym, bo wtedy Duch Święty w nim nie mieszka. Kto jakimkolwiek grzechem śmiertelnym, czy to cielesnym czy duchowym, wygnał Ducha Świętego ze swojego serca, ten bez wątpienia w stanie łaski nie jest; a mimo to i tak jeszcze pozostaje w stanie łaski nadprzyrodzonym. Narodził się duchowo na Chrzcie, jest zatem odrodzony, jest synem Bożym – i synem Bożym, tyle że odrzuconym, będzie i pozostanie na wieki wieków, choćby w ciemnościach zewnętrznych. Tak więc i duchowo umarły jest jeszcze w stanie nadprzyrodzonym, bo nadal ma w sobie wiarę i nadzieję; ponieważ jednak nie ma w sobie miłości – a więc nie ma też łaski uświęcającej Ducha Świętego – jest duchowo umarły.

Ci jednak, którzy znajdują się w stanie nadprzyrodzonym żyją życiem łaski, są świątynią Ducha Świętego i przedmiotem Jego szczególnej miłości. Duch Święty bezustannie przenika ich umysł światłem wiary, ich serce działaniem miłości, a ich wolę Swoim własnym natchnieniem; i stąd bierze się wzrost i dojrzewanie tej wiary, nadziei i miłości, którą każdy chrześcijanin otrzymuje na Chrzcie.

Takie jest pełne i całkowite znaczenie słowa łaska; i w takim znaczeniu powinniśmy go używać, tym bardziej, że jest to wyraz pospolity i techniczny, którego pełna jest cała teologia katolicka, i który często spotykamy także na kartach Nowego Testamentu.

Należy przy tym jednak ściśle rozróżniać różne rodzaje łask ujęte w tym jednym terminie. Według teologii katolickiej, łaska, czyli działanie Ducha Świętego, dzieli się na trzy następujące rodzaje.

Po pierwsze, jest łaska tzw uprzedzająca. Znaczy to, że Bóg Swoim działaniem idzie przed nami w każdym dobrym uczynku, jaki spełniamy. Jak przewodnik, który idzie przodem ze światłem, pokazując drogę tym, których prowadzi, tak samo Duch Boży oświeca nas i prowadzi po drodze życia.

Po drugie jednak, mało byłoby tego, że nas prowadzi, gdyby nas także nie wspomagał, byśmy za Jego światłością szli. Tych, których prowadzi, także umacnia. Idzie z nimi i daje im towarzyszące wsparcie Swojej własnej mocy. I to jest Jego łaska współdziałająca.

I wreszcie, po trzecie, Sam dokonuje tego, co Sam rozpoczął. Jak mówi Apostoł: Mamy ufność w tym właśnie, że Ten który rozpoczął w was dobre dzieło, wykona je do dnia Jezusa Chrystusa.

Jest więc łaska trojaka: uprzedzająca, która idzie przed nami; towarzysząca, czyli współdziałająca, która wspiera nas w drodze; i dopełniająca, która dzieło Boże w nas spełnia i wieńczy. Jednak te trzy rodzaje są tylko trojaką formą jednego działania obecnej w nas Boskiej Osoby Ducha Świętego.

 

 

Przewodnik życia w Duchu Świętym; Henry Kard. Manning.

Osiem myśli namiętnych

Zdaniem Ewagriusza z Pontu jest osiem głównych namiętnych myśli, które atakują dusze człowieka, odciągając ją od działania zgodnie ze swoją naturą. Są to: obżarstwo, pożądanie seksualne (nieczystość), chciwość, smutek, gniew (złość), acedia, próżność (szukanie ludzkiej chwały) i pycha. Nazywa je po grecku logismoi albo innym razem demonami co można przetłumaczyć właśnie jako myśli namiętne albo, używając języka współczesnej psychologii, jako „pragnienia kompulsywne”. Z tych ośmiu myśli namiętnych: Obżarstwo, nieczystość i chciwość rodzą się w pożądliwej części duszy, smutek i gniew w popędliwej części, acedia jest myślą złożoną, natomiast próżność i pycha powstają w racjonalnej części duszy. Mnich z Pontu postrzega całą kategorię ośmiu namiętnych myśli jako system relacji przyczynowo-skutkowych powiązany między sobą. Tak więc pierwszą myślą namiętną, która atakuje mnicha i każdego człowieka, jest obżarstwo. Duchowa zaś walka w tej przestrzeni dotyczy nie tylko zwyczajnego spożywania pokarmów, ale fizycznego przetrwania człowieka. Stąd demon obżarstwa nie kusi tylko do zwykłego przejadania się, lecz wzbudza lęk przed głodem i szybką śmiercią z powodu niedostatku pokarmu.  Kto ulega obżarstwu, następnie szybko wpada w sidła demona pożądania seksualnego, gdyż „obżarstwo jest matką nieczystości”. Podobnie demon chciwości nie kusi człowieka tylko pragnieniem posiadania większej ilości pieniędzy czy jakichkolwiek środków materialnych, ale wywołuje lęk przed pozostaniem bez środków do życia i koniecznością bycia zależnym od pomocy innych ludzi. Frustracja zaś w jednej z tych trzech przestrzeni, czyli obżarstwa w sensie zabezpieczenia fizycznego przetrwania, pożądania seksualnego w znaczeniu zaznawania przyjemności czy też jakiejś formy przetrwania w potomstwie i chciwości w sensie zabezpieczenia materialnego, prowadzi do pobudzenia namiętnych myśli popędliwej części duszy czyli smutku lub gniewu. Wiele wskazuje na to, iż Ewagriusz miał tutaj na myśli złość przeżywaną tylko w dwojaki sposób: jako złość do samego siebie lub do innych ludzi: przeżywaną wsobnie w postaci właśnie smutku lub na zewnątrz jako gniew wobec innych.

 

Istota acedii

Acedia jest według naszego mnicha szóstą w kolejności pojawiania się namiętną myślą i rodzi się z jednoczesnego pobudzania pożądliwej i popędliwej części duszy. Jej istotę Ewagriusz przedstawia następująco: „Acedia jest jednoczesnym i długotrwałym pobudzeniem popędliwości o pożądliwości, ta pierwsza złości się na to, co obecne, druga zaś pożąda tego, co nieobecne”. Acedia jest więc jednoczesnym i długotrwałym pobudzeniem pożądliwości i popędliwości i nie pojawia się ona w sytuacji pobudzenia tylko np. pożądliwości i jej frustracji, gdyż to zrodzi, co najwyżej, smutek, ani też nawet przy jednoczesnym pobudzeniu pożądliwości i popędliwości, lecz trwającym krótko. Dalej, choć teoretycznie acedia może pojawić się poprzez jednoczesne pobudzenie jednej z myśli namiętnych pożądliwej części duszy, czyli obżarstwa, nieczystości lub chciwości i jednej z myśli namiętnych popędliwej części duszy, to jednak w praktyce rodzi się ona poprzez jednoczesne i długotrwałe pobudzanie gniewu i pożądliwości. Nie każde jednak ich pobudzanie będzie zaraz przyczyną acedii, ale tylko takie, które dotyczy tego samego przedmiotu pragnień. Warunkiem sine qua non powstania w duszy człowieka jest pojawienia się nienawiści: gniewu do tego, co jest, i pożądania tego, czego nie ma i co obecnie jest nieosiągalne. Człowiek nienawidzi tego, co jest: miejsca, w  którym żyje, pracy, wieku, stanu zdrowia, rodziny, żony, męża, pensji, przyjaciół, stanowiska, itd. I jednocześnie pożąda innego miejsca do życia, pracy, wieku, zdrowia, żony, męża, dzieci, pensji, stanowiska, przyjaciół itp. niemożliwych do osiągnięcia tu i teraz. Kto ulega acedii, nienawidzi tego, co jest, pożąda zaś tego, czego nie ma. Taka jednoczesna i długotrwałą niechęć do tego, co jest, połączona z pragnieniem tego, co aktualnie niedostępne, paraliżuje naturalne funkcję duszy człowieka do tego stopnia, iż nie jest on w takim stanie zdolny myśleć, chcieć ani czuć.

 

Wstęp do Acedia – duchowa depresja; wybór tekstów; TYNIEC Wydawnictwo Benedyktynów, Kraków 2011.

Mądrość światowa

Mądrość świata to całkowita uległość wobec zasad i mód świata; to nieustanne dążenie do wielkości i uznania; to nieustanne i sekretne poszukiwanie jego przyjemności i jego korzyści, nie w sposób ordynarny i krzykliwy, popełniając jakiś gorszący grzech, ale w sposób wyrafinowany, zwodniczy i dyplomatyczny; inaczej w oczach świata nie byłaby to mądrość, ale rozwiązłość.

Mędrzec tego świata jest człowiekiem, który umie dobrze dbać o swoje sprawy i obrócić wszystko na swoją korzyść doczesną, choć pozornie wcale nie chce tego czynić; który zna sztukę maskowania się i zręcznego zwodzenia, tak by nikt tego nie spostrzegł; który mówi lub robi jedno, a myśli drugie; któremu nie umknie nic ze światowych manier i uprzejmości; który potrafi dostosować się do wszystkiego, by osiągnąć swe cele, nie troszcząc się zbytnio o chwałę i sprawę Bożą; który dokonuje potajemnej ale śmiertelnej ugody prawdy z kłamstwem, Ewangelii ze światem, cnoty z grzechem, Jezusa Chrystusa z Belialem; który chce uchodzić za uczciwego człowieka, ale nie za dewota; który z łatwością lekceważy, zatruwa albo oskarża wszelkie pobożne praktyki, które nie pasują do jego praktyk. Mędrzec życiowy wreszcie jest człowiekiem, który kierując się jedynie światłem zmysłów i ludzkiego rozumu, stara się tylko przybrać pozory chrześcijanina i uczciwego człowieka, nie wkładając wiele wysiłku w to, by podobać się Bogu czy żałować, przez pokutę, za grzechy, jakie popełnił przeciwko Jego boskiemu Majestatowi.

Postępowanie tego życiowego mędrca opiera się na poczuciu honoru, na tym, „co oni powiedzą”, na zwyczaju, na dobrej kuchni, na korzyści, na robieniu ważnych min, na zabawianiu towarzystwa. Oto siedem niewinnych, jak sądzi, pobudek którymi się kieruje, by wieść spokojne życia.

Są też szczególne cnoty, które kanonizują go pośród światowców, takie jak brawura, subtelność, dyplomacja, umiejętność postępowania, galanteria, uprzejmość, wesołość. Uważa za wszelki grzech obojętność, głupotę, ubóstwo, prostactwo, bigoterię.

Przestrzega, najwierniej jak może, przykazań świata:

Dobrze poznasz świat;

Będziesz człowiekiem obytym;

Będziesz dobrze dbał o własne interesy;

Zachowasz to, co do ciebie należy;

Wydobędziesz się z nędzy;

Znajdziesz sobie przyjaciół;

Będziesz obracał się w eleganckim świecie;

Będziesz dobrze jadł;

Nie będziesz popadał w melancholię;

Będziesz unikał dziwactwa, prostactwa, bigoterii.

Nigdy jeszcze świat nie był tak zepsuty jak teraz, ponieważ nigdy nie był tak wyszukany, tak mądry na swój sposób ani tak przebiegły. Tak zręcznie posługuje się prawdą, by podsunąć kłamstwo, cnotę, by usprawiedliwić grzech, a nawet słowami Jezusa Chrystusa, by usprawiedliwić własne słowa, że najwięksi mędrcy Boży często dają się im zwieść.

 

Miłość Mądrości Przedwiecznej; Święty Ludwik Maria Grignion de Montfort

Wola i chęć

Wola jako narzędzie wysiłku

1.Jeżeli istnieje jakieś prawo powszechne, to jest nim przede wszystkim prawo wysiłku. Wysiłek odgrywa ważną rolę we wszystkich dziedzinach i to w sposób tak nieprzerwany, że wydaje się niemal nierozłączny z samym prawem istnienia. Widzimy, jak rośliny wysilają się, by zdobyć trochę ziemi, powietrza, przestrzeni, jak zwierzęta okrutnie walczą i tępią się nawzajem. A czymże jest współzawodnictwo między ludźmi, jeśli nie ciągłym wysiłkiem, by zagarnąć czy to kawał ziemi, czy garść złota, czy wreszcie zdobyć sławę? Niestety, wiemy aż nadto dobrze, jak ożywiona jest ta działalność, z jakim uporem jest ona połączona, jak przykra nieraz staje się dla innych!

Wysiłek to dążenie do wyjścia ze stanu mniej doskonałego.

Wysiłek jest więc przejawem życia w jego rozwoju; obdarzony jest przy tym przedziwną mocą, która nie tylko czyni go zdolnym do zużytkowania działających w nas środków, ale ponadto wydobywa na jaw potęgi nowe, dotychczas w nas uśpione, noszące w sobie słaby zarodek życia. Niektórzy wielcy myśliciele, posuwając zbyt daleko to spostrzeżenie, doszli do wniosku, że wysiłek stwarzany jest przez potrzebę, sam zaś stwarza sobie narzędzia. Jest to oczywisty błąd; ma tu miejsce nie stworzenie, ale wytworzenie; bywa jednak ono jednak niekiedy tak nieoczekiwane że staje się podobne do stworzenia.

2. Czyżby życie duchowe nie miało podlegać temu ogólnemu prawu wysiłku? By tak było trzeba by, żeby życie to nie napotykało na swej drodze przeszkód. Nie ma tu oczywiście pola do bratobójczej walki; Królestwo Boże jest dość obszerne, by przygarnąć nas wszystkich; ta szlachetna i dobroczynna walka skierowana jest przeciw wszystkiemu, co się sprzeciwia porządkowi Bożemu, dobru ludzkiemu, naszemu własnemu dobru. Czy spośród wszystkich stworzeń tylko my jedni mieliśmy się wyrzec wysiłku, a z nim rozwoju?

Jak to! Więc inni wznoszą się i walczą, żeby dojść wyżej w sferze celów pospolitych, doczesnych, choć los ich zabiegów jest tak smutny, skoro giną wraz z nimi, wzbogacając ziemię jeszcze jedną więcej warstwą prochu, a my po to, żeby dać rozrost nadprzyrodzonemu życiu naszych dusz, żeby rozszerzać wśród innych Królestwo Boże, żeby zdobywać to nowe niebo, krainę nieskończonego szczęścia, nie znajdujemy nic oprócz zniewieściałości, oprócz gnuśności?!

Królestwo Niebieskie gwałt cierpi i gwałtownicy je porywają – mówi Pismo Święte (Mt 11, 12).

Oto warunek życia Bożego w naszej upadłej naturze. Życie Boże daje się doskonale przyswoić naszej naturze, tylko jednak lepszej jej części. To co jest w niej złe, niskie – póki żyje, stawia opór. Póki żyje! A żyje w nas, żyje w tobie, duszo pobożna!

Gdy tylko chcemy wykonać jakiś akt cnoty, czy nie odczuwamy zaraz w naszych upodobaniach, chwilowych potrzebach lub po prostu w naszych przyzwyczajeniach jakiegoś oporu, który trzeba przezwyciężyć? Później, kiedy wejdziemy na wyżyny, kiedy wstąpimy w okres zdobytej swobody, silnego zjednoczenia się z Bogiem, jeszcze spotykamy się z wysiłkiem, wówczas jednak nie będzie on już walką, ale raczej potęgą, która wznosić nas będzie w górę! Przygotowujmy się zatem do tej błogiej, radosnej gorliwości przyszłej gorliwością dzisiejszą, pełną cierpień i trudu!

Ileż to razy, aby odbyć nasze ćwiczenia pobożne, aby je ożywić, będziemy musieli, według słów św. Ignacego, trahere mentem: ciągnąć naszą oporną uwagę.

Ile wysiłku potrzeba, by w czasie naszych zajęć wytrwać w jakiejś formie zjednoczenia z Bogiem! Ile walki, by jako tako podtrzymać chwiejną cnotę!

3. U dusz pozbawionych pobożności brak wysiłku daje się łatwo wytłumaczyć zupełnym brakiem ideałów religijnych.

Po co się przezwyciężać, zadawać sobie gwałt, skoro prawie wcale nie zna się Boga? W tej chwili jednak zwracamy się do osób pobożnych, oświeconych w wierze oraz dobrze usposobionych i pytamy je: Skąd u was ta oziębłość granicząca niekiedy z nikczemnością? Pochodzi ona z wrodzonej nam słabości woli, tej władzy, która ma nami rządzić Choroba naszego wieku daje się odczuć i w pobożności: nie chcemy silnie, nie umiemy chcieć!

W młodości narodów potężna wola wybucha nieraz ponad miarę, pod starość rozprzęga się i słabnie!

 

Co to znaczy chcieć?

1. Chcieć to postanowić. Wola silna zaczyna od namysłu, każe zamilknąć wszystkiemu, co odzywać się nie ma prawa, wsłuchuje się w głos rozsądku, a następnie powiada: chcę. Niekiedy za siłę woli uważamy natarczywość naszych pragnień lub gwałtowność postanowień. To błędne pojęcie. Wchodzi tu w grę nie wola, ale namiętność ze wszystkimi swoimi cechami: gorączkowością, niepokojem, a także niestałością. Wola opiera się na rozumie; gwałtowność, żywość na wrażeniach.
2. Chcieć to wykonywać odważnie to, co rozważnie postanowiliśmy. Są ludzie, którzy się ciągle wahają: kiedy już trzeba działać, jeszcze się namyślają. Te lękliwe umysły są zbytnio przewidujące: każda wątpliwość je powstrzymuje; zapominają, że każdy najrozsądniejszy nawet krok jest poniekąd niepewny! Namyślając się w chwili działania, osłabiamy się.
3. I wreszcie chcieć – to wytrwać. Bez ciągłości w działaniu nic się nie udaje; bez wielkiej wytrwałości nikt nie jest w stanie wykonać trudnej sprawy udoskonalenia siebie. Bywają natury, które zrażają się trudnościami. Skoro działamy zgodnie z rozumem, zgodnie z wolą Bożą, cóż znaczą przeszkody: czy nie należało ich z góry przewidywać? Najczęściej jest to po prostu sprzeciw otoczenia, nagany, krzyk opinii, tak zwykle skory do wszelkiej krytyki! Wobec takich przeszkód powinniśmy trwać nieporuszenie i w spokoju iść raz wytkniętą drogą.

Chcieć przy zachowaniu tych trzech warunków znaczy być człowiekiem charakteru, mieć pewną wartość. Stanowczość w działaniu jest zazwyczaj wybitną cechą ludzi obdarzonych wysokim rozumem; przewyższają ich w tym względzie tylko ludzie głębokiej wiary i święci.

Strzeżmy się dość rozpowszechnionego błędu: nie sądźmy, że pokora i roztropność każą nam czynić postanowienia w sposób chwiejny, wykonywać je lękliwie, a wreszcie porzucać je, skoro tylko spotkamy się z oporem.

Nie nazywajmy tego pokorą – powiada św. Franciszek Salezy – ale raczej głupotą! Nie przypisujmy roztropności postępowania ogromnie nieroztropnego, bo odbierającego ducha. Pokora i roztropność to dobrzy doradcy; zapewniając mądrość w postanowieniu, pozwalają mężnie dążyć do wykonania go.

 

 

Wg „Spowiedź Przygotowanie do Sakramentu Pokuty”, Warszawa 2005

Pobożność prawdziwa

Pobożność prawdziwa oświeca umysł, rozgrzewa serca, rozszerza pogląd – fałszywa zaś zacieśnia formułkami, zaciemnia zabobonem, oziębia samolubstwem.

Pobożność prawdziwa uspokaja, rozwesela, upraszcza – fałszywa jest źródłem niepokojów, smutków, skrupułów, udręczeń, komplikacji.

Pobożność prawdziwa sprawia, że „jarzmo Pańskie jest wdzięczne, a brzemię jego lekkie” – fałszywa zaś przeciąża i przygniata mnogością praktyk i nabożeństw.

Pobożność prawdziwa wypełnia służbę Bożą w duchu i w prawdzie – fałszywa trzyma się ciasno litery prawa.

Pobożność prawdziwa obdarza tych, którzy ją pełnią, wolnością prawdziwą dzieci Bożych – fałszywa kształci niewolników formułek i recept.

Pobożność prawdziwa uczy w duchu Bożym spełniać każdy obowiązek – fałszywa odrywa od obowiązku rzeczywistego, a tworzy fikcyjne powinności, według własnego upodobania.

Pobożność prawdziwa trzyma na drodze cnót cichych i ukrytych – fałszywa lubuje się w nadzwyczajnościach.

Pobożność prawdziwa buduje i pociąga bliźniego, jest najwymowniejszym kazaniem do Boga skłaniającym – fałszywa gorszy i od miłości Bożej odstręcza.

Pobożność prawdziwa jest najpiękniejszym kwiatem rozumu ludzkiego – fałszywa jest wielkim nierozumem, nielogicznością, karykaturą dobra.

Pobożność prawdziwa odrywa człowieka od siebie, a jednoczy go z Bogiem i bliźniemu poświęca – fałszywa zasłania człowiekowi Boga i bliźniego, a w sobie wyłącznie pogrąża.

 

O pobożności prawdziwej i fałszywej; Cecylia Plater-Zyberkówa; Wydawnictwo Monumen; Poznań 2016

Pochwała Krzyża

Krzyż jest dobry i drogocenny z bardzo wielu powodów:

  1. Ponieważ upodabnia nas do Jezusa Chrystusa;
  2. Ponieważ czyni nas godnymi dziećmi Ojca przedwiecznego, godnymi członkami Jezusa Chrystusa i godnymi świątyniami Ducha Świętego. Bóg Ojciec karze wszystkie dzieci, które przyjmuje: to są wyrocznie: „castigat… omnem filius quem recipit”(Hbr 12,6). Jezus Chrystus przyjmuje za swoich tylko tych, którzy niosą swój krzyż. Duch Święty ociosuje i wygładza wszystkie żywe kamienie niebieskiego Jeruzalem, to znaczy wybranych;
  3. Krzyż jest dobry, ponieważ oświeca umysł i daje mu więcej rozeznania niż wszystkie księgi świata: qui non est tentatus, guid scit(Syr 34,9: Kto nie był kuszony, cóż wie?)?
  4. Ponieważ, kiedy się go dobrze niesie, jest przyczyną, pokarmem i świadectwem miłości. Rozpala ogień boskiej miłości w sercu, odrywając je od stworzeń. Podtrzymuje i pomnaża tę miłość; i jak drewno jest strawą ognia, tak Krzyż jest strawą miłości. Jest najpewniejszym świadectwem, że kocha się Boga. Tym właśnie świadectwem posłużył się Bóg, by nam pokazać, że nas kocha; i jest to także świadectwo, jakiego Bóg od nas oczekuje, byśmy Mu pokazali, że Go kochamy;
  5. Krzyż jest dobry, ponieważ jest obfitym źródłem wszelkiego rodzaju słodkości i pociech; i rodzi w duszy radość, pokój i łaskę;
  6. Wreszcie jest dobry, ponieważ gotuje temu, kto go niesie, bezmiar chwały w niebie: immensum gloriae pondus operatur(2 Kor 4,17).

Gdybyśmy znali cenę Krzyża, kazalibyśmy odprawiać nowenny, jak święty Piotr z Alkantary, by otrzymać ten subtelny kawałek raju. Mówilibyśmy za świętą Teresą: „Aut pati, aut mori: Cierpieć albo umrzeć”; albo za świętą Marią Magdaleną Pazzi: „Non mori, sed pati: Nie umrzeć, ale cierpieć”. Ze świętym Janem od Krzyż prosilibyśmy jedynie o łaskę cierpienia czegoś dla Niego: „pati et contemni pro te”(Cierpieć i być wzgardzonym dla Ciebie). W niebie z rzeczy ziemskich ceni się jedynie Krzyż, mówił ten Doktor Kościoła do pewnej sługi Bożej po śmierci. „Mam krzyże, których cena jest tak wielka, mówił Pan do jednego ze swych sług, że jest to wszystko, co moja najdroższa Matka przy całej swej wszechmocy może uzyskać ode Mnie dla swoich wiernych sług”.

Mędrcze tego świata, światowcu, w ogóle nie rozumiesz tego tajemnego języka. Nazbyt kochasz przyjemności, nazbyt poszukujesz uciech, zbytnio kochasz dobra tego świata, zbytnio obawiasz się wzgardy i upokorzeń, jednym słowem, jesteś zbyt wielkim nieprzyjacielem Krzyża Jezusa. Cenisz, a nawet wychwalasz Krzyż w ogóle; ale nie swój, przed którym uciekasz jak możesz albo który wleczesz jedynie wbrew sobie, szemrząc, niecierpliwiąc się i skarżąc. Zdaje mi się, że widzę krowy, które rycząc, ciągnęły pod przymusem arkę przymierza, w której znajdował się to co najcenniejsze na świecie: trahentes et mugientes(1 Sm 6,12).

Nieskończona jest liczba głupców i nieszczęśników, powiada Mądrość(Koh 1,15), ponieważ liczba tych, którzy nie znają ceny Krzyża i noszą go wbrew sobie, jest nieskończona. Jednak wy pozostali, prawdziwi uczniowie Mądrości Przedwiecznej, którzy popadliście w wiele pokus i udręk, którzy cierpicie wiele prześladowań dla sprawiedliwości, którzy jesteście uważani za śmiecie świata, pocieszajcie się, weselcie się, drżyjcie z radości, gdyż Krzyż, który nosicie, jest cennym darem, który wzbudza zazdrość szczęśliwych; oni jednak nie są już do niego zdolni. Cokolwiek z czci, chwały, cnoty jest w Bogu i w samym Jego Duchu Świętym, spoczywa na was, gdyż wasza nagroda jest wielka w niebie, a nawet na ziemi, dzięki łaskom duchowym, jakie dla was uzyskuje.

Miłość Mądrości Przedwiecznej; Święty Ludwik Maria Grignion de Montfort

 

Szemranie… – ofiarować Bogu

Szemranie! Wszak to wyraźny bunt przeciwko samemu Bogu, przeciwko Jego woli. Jak to? – Bóg daje ci do zniesienia drobnostkę, a ty ją odrzucasz – mówisz: „nie chcę tego lub owego – nie podobna mi żyć z tą osobą, znieść tę niesłuszną uwagę, to upokorzenie!… Całą noc czuwałabym chętnie na modlitwie, ale poddać wolę swoją, woli Bożej, nie, tego nigdy nie potrafię!”

Jestże to prawdziwa pobożność! Oj! Podejrzana bardzo twoja pokuta, jeśli z tych cierpień, które wprost od Boga pochodzą, korzystać nie chcesz… To nie duch pokuty pędzi cię do ostrości życia, ale pycha, żądza nadzwyczajności i wyróżnienia, żądza choćby tych oklasków, które człowiek sam sobie daje… jest to miłość własna, kryjąca się pod płaszczykiem umartwienia.

Pięknie w aureoli męczenników wyglądalibyśmy, przeto po tę aureolę ręką sięgamy – jednak bez męczeństwa! O, jakże się szatan z nas natrząsa!

Niestety! Jakże często życiem pokazujemy, że tylko ustami lub wyobraźnią ofiarowaliśmy się Bogu na cierpienie, a w gruncie, według słów św. Pawła, nieprzyjaciółmi krzyża Chrystusowego jesteśmy, gdyż mamy ducha całkiem ziemskiego, który szuka wygódek i spełnienia woli własnej, goni za tym co bohaterskie, a pomija gruntownie cnoty pokory, cierpliwości i poddania się woli Bożej.

Często wszelako – wyznać należy – przyczyną powyższych złudzeń jest brak zastanowienia.

Nie zdaje ci się, aby te drobne codzienne przykrostki miały jaką istotną wartość, nie przypuszczasz, aby było można z nich jaką duchową korzyść odnieść, nie przygotowujesz się więc na przyjęcie ich.

Gdyby Bóg dopuścił jaką większą próbę, być może, że zniósłbyś ją lepiej; gdyby przypadło na ciebie większe cierpienie, przypomniałbyś sobie zapewne, że ono od Boga pochodzi, ofiarowałbyś je Bogu na chwałę, ale te drobne, wstręt i niechęć tylko w tobie budzą.

Te drobne przykrości, którymi życie jest zasłane, mają jednak w rozporządzeniach Bożych niepospolite znaczenie i bodaj czy nie najbardziej ważą na szali naszych zasług. Te drobne próby, małe upokorzenia, nieprzyjemności – bądź od zwierzchników, od rodziców, rodzeństwa, bądź od podwładnych… te małe umartwienia w jedzeniu – choćby przesolenie lub przydymienie potrawy, chleb czerstwy itp., ten niedostatek tej lub owej rzeczy, ten brak tego lub owego, co się wydawało niezbędne, to niedospanie, to towarzystwo osoby uprzykrzonej, niecierpliwiącej, ta konieczność zniesienia czyjego złego humoru, to przybycie czyjeś nie w porę, odrywające cię od najważniejszego zajęcia, przerywając modlitwę,, ta niesprawiedliwość tobie wyrządzona, ten zaduch, to zimno w pokoju, ta niedołężna usługa, ta oschłość w modlitwie, te roje roztargnień przy rozmyślaniu, te pokusy nie dające ci wytchnienia itp., one to przede wszystkim – wiedz o tym dobrze – stanowią krzyż chrześcijanina, krzyż twój, który każdego dnia dźwigać musisz do końca życia. To są drogie perły, które skwapliwie zbierać należy, a z których aniołowie uplotą ci kiedyś koronę w niebie; to są nieustanne upominki Oblubieńca twej duszy, który o tobie nie zapominając, wciąż ci nastręcza drobne krzyżyki dla wyćwiczenia cię w cnocie – słowem, dla większej chwały Bożej i uświęcenia twego. Są to skarby bez ceny, droższe nad wszystkie klejnoty tego świata, a których wartość istotną dopiero w wieczności poznasz.

Cierpienia większe rzadko kiedy się trafiają, czekając przeto na nie, skąpo byś uzbierał zasług na niebo, wówczas gdy tych drobnych, co dzień znaleźć możesz wiele i z nich każdego dnia piękny bukiet ofiarować Bogu.

 

O pobożności prawdziwej i fałszywej; Cecylia Plater-Zyberkówa; Wydawnictwo Monumen; Poznań 2016

Zasada pobożności

Wyraz „pobożność” mieści w sobie znaczenie doskonale odpowiadające w naszej polskiej mowie swojej etymologii. Być pobożnym, znaczy tyle co „żyć po Bożemu”. Pobożność jest to więc życie prowadzone według myśli i woli Bożej, są to przykazania Boże spełnione, jest to zasada Chrystusowa w czyn wprowadzona, jest to duch Chrystusa wszelkie sprawy człowieka ożywiający. I tym się różni pobożność od religijności, że przez religijność wypełniany ściśle przykazania, jako sługa spełniający pańskie rozkazy z obawą i uszanowaniem, przez pobożność zaś wypełniamy przykazania z miłością, a przeto z pewną rączością, jako syn miłujący, który zna wolę ojca i wykonuje ją z pośpiechem.

Wy jesteście przyjaciele moi – mówi Zbawiciel do Apostołów, a w ich osobie do nas wszystkich – jeśli czynić będziecie co wam rozkazuje. Już nie będę was zwał sługami, bo sługa nie wie co czyni Pan jego, lecz was nazwałem przyjaciółmi, bo wszystko com słyszał od Ojca, oznajmiłem wam(J 15, 14-15).

Prawdziwa pobożność zasadza się więc na czynie z wiary i miłości płynącym – istota jest całkowicie wewnętrzna; z wewnątrz uwydatnia się na zewnątrz, przenika nie tylko wszystkie czyny człowieka, jak woda gąbkę przesiąka, ale nadto i zasadę tych czynów, jest ich motorem ukrytym, sprężynąsiłą. Jest to królowanie Chrystusa w duszy, na zewnątrz się odzwierciedlające.

Pobożność nie stanowi odrębnego stanu, jak to wielu sądzi, ale stosuje się do każdego, każdego uszlachetniając i czyniąc go zasługującym na żywot wieczny.

W każdym przeto stanie, na każdym stanowisku i przy każdym obowiązku pobożnym być można i trzeba, każdy obowiązek według myśli Bożej spełniać, bo nie ma tak dalece pochłaniającej pracy, która by nam przeszkadzać mogła w miłowaniu Boga, a na czynnej miłości Bożej cała pobożność zawisłą, jak już wyżej zauważyliśmy.

Święty Paweł wymownie nas tej prawdy uczy: „I któż mnie odłączy – woła on – od miłości Chrystusowej? Utrapienie czy ucisk, czy głód, czy nagość, czy niebezpieczeństwo, czy prześladowanie, czy miecz? Nic nie zdoła mnie odłączyć od miłości Bożej, która jest w Chrystusie Jezusie Panu naszym”(Rz 8, 35-39). A w innym miejscu pisze: „Chociaż tedy jecie, choć pijecie, choć co innego czynicie, wszystko ku chwale Bożej czyńcie”(1 Kor 10, 31).

Jeśliby córka bardzo swą matkę kochająca, a od niej oddalona, cały dzień ciężką była pracą zajęta, czy jej ta praca przeszkodzi serdecznie matkę miłować i dla niej pracować? Nie ciągle wprawdzie będzie ona o niej myślała, ale od czasu do czasu wspomni na nią, westchnie i zatęskni, i pocieszy się tą myślą, że chociaż matki nie widzi, dla niej jednak wszystkie trudy ponosi.

Podobny stosunek zachodzi pomiędzy duszą pobożną a Bogiem. Prawdziwie pobożnym być może tedy rolnik, rzemieślnik, żołnierz, bankier, młoda panienka, mężatka, a nawet osoba śród świata żyjąca, byle się obyczajów i zasad tego świata strzegła. A na dowód tego, że w każdym stanie pobożnym być można, Kościół nam przedstawia cały poczet świętych, którzy w najróżniejszych stanach i rodzajach prac dostąpili wysokiego stopnia uświętobliwienia.

 

O pobożności prawdziwej i fałszywej; Cecylia Plater-Zyberkówa; Wydawnictwo Monumen; Poznań 2016

O dystrakcji

Czym jest dystrakcja?

Dystrakcja jest to dłuższe lub krótsze oderwanie myśli od przedmiotu, którym w danej chwili zajmować się powinniśmy – jest to błąkanie się jej bezładne pod wpływem wrażeń doznanych – bądź zewnętrznych, bądź wewnętrznych. To błąkanie się myśli bywa mniej lub więcej świadome lub nieświadome, dobrowolne lub niedobrowolne, trwałe lub przejściowe. Powodowane bywa zazwyczaj nieujarzmieniem władz ducha i lenistwem, krócej mówiąc – nieumartwieniem; o tyle zaś człowieka obwinia, o ile jest świadome, dobrowolne, i trwałe, o ile się z nim nie walczy.

Pisze Ewangelista o Zbawicielu: „że wszystko dobrze czynił”. I my także, na wzór Chrystusa, powinniśmy wszystko dobrze czynić; cokolwiek bowiem «czynić warto, warto czynić dobrze». Na to jednak, aby swe czynności spełniać dobrze, niezbędne jest przyłożenie się do czynu władz całej naszej istoty, a więc skupienie ich w kierunku mającej się wykonać czynności. Jedne władze należy skupić i takowych używać, drugie – co najmniej ujarzmić, uciszyć, aby w czynności nie przeszkadzały. Bez tego skupienia, czyli skoncentrowania sił ducha, które zwać zwykliśmy uwagą, żadnej pracy zadowalająco wykonać nie jesteśmy w stanie, a tym bardziej modlić się nie możemy.

Zupełnie machinalnie nic wykonać się nie daje, dowodem czego, że i koń obracający maneż, skoro ulegnie dystrakcji(które i u zwierząt się przytrafiają), wnet przestaje dobrze ciągnąć. Batem zmusza się go do uwagi – a raczej przerywa mu się roztargnienie – i zmusza do skupionej pracy.

Dusza człowieka jest mieszkanką ciała wielce ułomnego i jego wspólniczką w skażeniu pierworodnym, nie dziw tedy, jeśli należyta uwaga w czynnościach – innymi słowy dobre spełnienie czynów – jest człowiekowi niezmiernie trudne, a roztargnienie naturalne; w każdym bowiem czynie ciało przeszkadza duchowi, a duch ciału – ciało swoją ociężałością, a duch swą lotnością.

Nadto tak ciało jak duch mają swe pożądliwości, z których się rodzą namiętności, mniej lub więcej silne, lecz w każdej pracy – bądź duchowej, bądź umysłowej, bądź nawet fizycznej – zawsze bardzo przeszkadzające. I tak np. – pamięć o jakiejś łakotce przeszkadzać będzie dziecku w odrabianiu zadanego ćwiczenia, a rozmarzona głowa zawsze będzie niezdolna do pracy… itp.

Z powyższych przyczyn wrodzonej ułomności natury ludzkiej wszyscy podlegamy dystrakcjom i tylko usilną pracą nad sobą zdobywać możemy uwagę i skupienie. Przyznać tu jednak należy, że najtrudniejsza jest uwaga w modlitwie. Wszelka praca, tak umysłowa, jak i fizyczna, ma to do siebie, że będąc w danej chwili tym co najbardziej zmysły uderza i współdziałania zmysłów wymaga, tym samym najsilniej nas zajmuje, a przeto od innych dalszych przedmiotów odrywa i w sobie skupia. Dlatego to praca jest nieraz dla człowieka skołatanego nieszczęściem niezmiernym dobrodziejstwem – stanowi bowiem dla niego pożądaną dystrakcję, zmuszając go, aby choć przez czas trwania pracy zapomniał o tym, co boli, co duszę przytłacza – a to już jest wielką ulgą. Również praca jest znakomitym lekarstwem przeciwko marzycielskiej skłonności oraz w innych duchowych cierpieniach. Z modlitwą rzecz się ma odwrotnie. Modlitwa będąc czynem czysto duchowym, wewnętrznym – zwykle niczym nie uderza naszych zmysłów; naturalnym, fizycznym sposobem, nie zajmuje nas; przymusowo uwagi naszej nie skupia i nie przykuwa. Owszem, przy modlitwie oderwani ciałem od czynności zewnętrznych, uwolnieni od wszelkiej kontroli, przymusu, a duchem często na wskroś przejęci stworzeniami, całym impulsem dążenia do punktu ciężkości, do stworzeń się zwracamy wyobraźnią. To nam tłumaczy te roje roztargnień, które nas przy modlitwie oblegają i dręczą. «Niepodobieństwem jest – pisze św. Bernard – aby mógł z Bogiem rozmawiać ten, który chociaż milczy, przecież z całym światem rozmawia».

Trudna jest więc modlitwa całkiem skupiona dla ułomnej natury naszej i prawdopodobnie nigdy nie dojdziemy do tego stanu doskonałości, abyśmy zupełnie dystrakcji nie podlegali(zapewne Bóg to dopuszcza, aby nas w pokorze utrzymać) jednak przy pomocy łaski Bożej, i przy naszym współdziałaniu z tą łaską usunąć możemy i powinniśmy wiele z naszych roztargnień, a zwłaszcza wyleczyć się ze stanu ustawicznego błąkania się naszej myśli przy modlitwie – jeśli temu podlegamy.

Najskuteczniejszym lekarstwem w tym względzie jest umartwienie. Umartwienie ciała daje panowanie nad duchem, duch zaś ujarzmiony skłania się do skupionej modlitwy.

(…)

Nawyknienie do dystrakcji nie tylko że stanowi silną zaporę w życiu duchowym, ale nadto przeszkadza nam w bardzo w sprawach doczesnych, w stosunkach z ludźmi, w nauce, w pracy, w spełnianiu zajęć obowiązkowych. Dystrakcja czyni nas niepamiętnymi, nieakuratnymi, niedokładnymi, a nawet często niegrzecznymi.

Zbyteczne zajmowanie się sobą bywa bardzo powszechnym powodem wielu dystrakcji: wówczas dzieje się, że to maleńkie ja zasłania całkowicie i obowiązek, i bliźniego – Boga nawet!

Nieporządek zaś i nielogiczność w myślach bywa najbliższym skutkiem dystrakcji przeszłej w nałóg.

Marzycielstwo – to pewnego rodzaju dystrakcja; dystrakcja zaś – sposobem marzycielstwa.

 

O pobożności prawdziwej i fałszywej; Cecylia Plater-Zyberkówa; Wydawnictwo Monumen; Poznań 2016