Różaniec do granic nieba propaguje herezję?

W zaproszeniu do modlitwy różańcowej „Różaniec do Granic Nieba” znajdujemy taką intencję: „Będziemy prosić o wybaczenie te dzieci, którym nie pozwolono się narodzić. Ponadto zwrócimy się do wszystkich dzieci nienarodzonych, także tych zmarłych w sposób naturalny lub zmarłych tuż po porodzie, z prośbą o wstawiennictwo, za nami u Boga.”

 

Czy taka intencja niesie w sobie herezję? Czy dzieci zmarłe bez chrztu mogą dostąpić widzenia Boga w niebie? Nie mogą, gdyż są skalane grzechem pierworodnym. Jest to prawda wiary zawarta w Piśmie świętym i w Tradycji. Sam Zbawiciel zapowiedział: Jeśli się kto nie odrodzi z wody a z Ducha Świętego, nie może wnijść do królestwa Bożego (J, 3,5); i dlatego kazał nie tylko nauczać, ale i chrzcić wszystkie narody (Mat 28,9).

Potwierdza to cała Tradycja katolicka streszczona w tych słowach Tertuliana: „Nikt bez chrztu nie otrzyma zbawienia”; a sobór trydencki orzekł: „Jeżeli kto twierdzi, że chrzest jest pozostawiony każdemu do woli, to jest, że nie jest koniecznym do zbawienia: niech będzie wyklęty” (Sesja 7, Kan 5). Przedtem jeszcze sobór florencki wypowiedział, że dusze tych, którzy w stanie grzechu śmiertelnego albo grzechu pierworodnego umierają, zaraz zstępują do piekła, gdzie atoli nierównym karom podlegają; należy tu jednak zaznaczyć, że słowo infernus (po hebr. sheol) oznacza wszystkie miejsca poza niebem, a więc otchłań, czyściec, i właściwe piekło.

Dzieci, które bez chrztu umierają, nie ponoszą kary ognia piekielnego – jest powszechnym prawie zdaniem teologów; co św. Tomasz tak wykłada: W piekle jest podwójna kara, to jest, pozbawienia widzenia Boga, odpowiadające odwróceniu się grzesznika od Boga, i kara zmysłów odpowiadająca zwróceniu się grzesznika do stworzeń. Otóż dzieci wskutek grzechu pierworodnego zostają w stanie odwrócenia się od Boga, ale nie w stanie dobrowolnego zwrócenia się do stworzeń; a stąd nie jest rzeczą słuszną, aby ponosiły karę ognia.

 

Wg. Św. Bp. Józefa Sebastiana Pelczara; Religia Katolicka (Rozdz. X nr XII)

 

O roztropności w ascezie

Kiedy demon obżarstwa, który toczył liczne i częste walki, nie może zniszczyć utrwalonej wstrzemięźliwości, wtedy nakłania umysł do pragnienia najsurowszej ascezy. Wskutek tego pokazuje również towarzyszy Daniela, ich ubogie życie i nasiona (por. Dn 1,12), którymi się żywili i przypomina o pewnych innych anachoretach, którzy zawsze tak żyli albo zaczęli żyć, i przynagla, aby stać się ich naśladowcą, by chwytając się nieumiarkowanej wstrzemięźliwości utracić nawet tę umiarkowaną, skoro ciało nie poradziło sobie z powodu własnej słabości. W istocie demon ów błogosławi ustami, a złorzeczy w sercu, że nie godzi się, aby oni stali się mu posłuszni, ani żeby powstrzymywali się od chleba, oleju i wody. Taką dietę wypróbowali braci jako najlepszą – i to nie do sytości, a raz na dzień.

Dziwię się bowiem, że ktoś sycąc się chlebem i wodą będzie mógł otrzymać wieniec beznamiętności. Beznamiętnością nie nazywam wyzbycia się grzechu uczynkiem – to nazywa się wstrzemięźliwością – lecz to, co niszczy duchowo namiętne myśli. Ją to nazwał też św. Paweł duchowym obrzezaniem Żyda, który jest w nim wewnątrz (Rz 2,29). Jeśli ktoś się lęka tego, co zostało powiedziane, niech sobie przypomni „naczynie wybrania”, Apostoła, który w głodzie i pragnieniu dopełnił biegu swego życia (2 Kor 11,27; 2Tm 4,7). Tego demona naśladuje także przeciwnik prawdy, demon acedii, podpowiadając wytrzymałemu najsurowszą anachorezę, zachęcając do rywalizacji z Janem Chrzcicielem i pierwszego spośród anachoretów, Antoniego, aby nie wytrzymując stałej i nieludzkiej anachorezy uciekł ze wstydem opuściwszy miejsce, a ów potem chwaląc się powiedziałby: Okazałem się mocniejszy od niego (Ps 12,5).

Nieczyste myśli przyswajają sobie treści dla swego wzrostu i zwracają się ku wielu rzeczom. Nawet morza wielkie przemierzają duchowo i nie odmawiając sobie wędrówki długimi drogami wskutek gorączki własnej namiętności. Jeśli tylko zostaną oczyszczone, stają powściągliwsze niż przedtem, nie mogąc zwrócić się ku licznym rzeczom wskutek słabej siły namiętności. Stąd też są wzbudzane raczej wbrew naturze i – jak mówi mądry Salomon (Prz 7,12) – czas jakiś tułając się na zewnątrz, zbierają ścierń w celu zarządzonego bezprawnie wyrabiania cegieł, nie otrzymując już więcej słomy od Egipcjan (por. Wj 5,6-19). Trzeba więc z czujnością strzec serca, by zostało ocalone niczym gazela z sideł i niczym ptaszek z potrzasku (por. Prz 6,5). Łatwiej jest oczyścić nieczystą duszę niż przywrócić do zdrowia oczyszczoną, a potem znowu zranioną, ponieważ demon smutku nie pozwala na to, lecz podczas modlitwy ciągle stawia przed oczy obraz grzechu.

Nie znają demony naszych serc, jak sądzą niektórzy ludzie, albowiem jest tylko jeden znawca serc (por. Dz. 1,24; 15,8), który zna umysł ludzi i własnoręcznie ukształtował ich serca (Ps 32, 15). Po wypowiedzianym słowie i po pewnych poruszeniach ciała poznają większość poruszeń w sercu. Te właśnie rzeczy chciałem teraz przedstawić w sposób jasny, ale powstrzymał mnie święty kapłan {tj św. Makary Aleksandryjski}. Powiedział, że czymś niegodnym jest ujawniać publicznie takie rzeczy i wkładać je do uszu ludzi nie wtajemniczonych, skoro i ten, kto obcuje z kobietą w okresie jej menstruacji, według prawa, zaciąga winę (por. Kpł 15, 19-24).

Ponadto [wspomnę], że po takich znakach poznają to, co ukryte w sercu, i dzięki temu zdobywają środki przeciwko nam. Często przecież złorzecząc niektórym daliśmy dowód na to, że nie mamy miłości względem nich; dlatego też natknęliśmy się na demona pamiętania złego. I natychmiast dopuściliśmy złe myśli przeciwko owym ludziom, co do których myśli nie mieliśmy wcześniej pojęcia, że nas nachodzą. Dlatego słusznie Duch Święty wyrzuca nam: Zasiadłszy, przemawiasz przeciwko bratu swemu, znieważasz syna swojej matki (PS 49, 20) i otwierasz drzwi myślom pamiętania złego, i wzbudzasz umysł w czasie modlitwy, ciągle przedstawiając sobie twarz swego wroga, czyniąc go bogiem. Albowiem z pewnością to, na co spogląda modlący się umysł, należy także uznać za jego boga.

Umiłowani, uciekajmy, przed chorobą lżenia kogoś. Ani też nigdy nie wspominajmy źle nikogo, i nie odwracajmy spojrzenia, kiedy wspomina się bliźniego. Wszystkie gesty badają złe demony z ciekawością i niczego, co nas dotyczy, nie pozostawiają bez zbadania: ani lżenia, ani siedzenia, ani stania, ani mówienia, ani chodzenia, ani patrzenia. Wszystko z ciekawością badają, wszystkim potrząsają, cały dzień knują podstęp przeciwko nam, aby znieważyć pokorny umysł w czasie modlitwy i zgasić jego błogosławione światło. Czy słyszysz, co święty Paweł mówi do Tytusa? W nauczaniu głoś mowę nieskażoną, zdrową, wolną od zarzutu, ażeby przeciwnik odstąpił ze wstydem, nie mogąc nic złego o nas powiedzieć (Tt 2,8). Błogosławiony Dawid modli się mówiąc: Wyzwól mnie od zniewagi ludzi (Ps 118,134, LXX), nazywając ludźmi także demonów ze względu na rozumność ich natury. Przecież i Zbawiciel w Ewangeliach nazwał człowiekiem wroga, który zasiał w nas kąkol (Mt 13, 25).

Naturę rozumną pogrążoną w śmierci przez zło wskrzesza Chrystus przez kontemplację wszystkich światów. Jego Ojciec zaś duszę, obumarłą śmiercią Chrystusa, wskrzesza przez poznanie samego siebie. I staje się to, co powiedział Paweł: Jeśli umarliśmy z Chrystusem, wierzymy, że i z Nim żyć będziemy (Rz 6,8; 2Tm 2,11).

Kiedy umysł, skoro wyzuł się ze starego człowieka, przyoblecze tego, który jest z łaski (por. Kol 3,9-10), wtedy ujrzy również swój stan w czasie modlitwy podobny do szafirowego bądź niebieskiego koloru, który Pismo nazywa miejscem Boga oglądanym przez starców na górze Synaj (Wj 24,10).

 

Ewagriusz z Pontu, O różnych rodzajach złych myśli, TYNIEC Wydawnictwo Benedyktynów, Kraków 2015

Umiłowanie pochwał

Jednym ze źródeł samozakłamania jest dopuszczanie do tego, by inni nas oszukiwali. Nie zawsze łatwo to odróżnić od oszukiwania siebie samego, jednak pewna różnica istnieje. Jeśli wystawiamy się na pochwały lub jeśli jawnie przystajemy na nie, narażamy się na oszustwo ze strony innych, często zupełnie bez ich winy. Nawet w połowie nie przyznajemy się do tego umiłowania pochwał, jakie w rzeczywistości w sobie nosimy. Jest to niedorzeczność właściwa nawet najpokorniejszym z nas. Żyjemy modlitwą i sakramentami, a przy tym aż rwiemy się do pochwał. Czyż widział kto kiedy człowieka, któremu by na nich nie zależało? Najwznioślejszy, najsztywniejszy i najbardziej napuszony człowiek zmięknie łaskawie i życzliwie złagodnieje, gdy dojdzie go syreni głos pochwały. Chłodni zadziwiająco szybko odtają pod delikatnym, ciepłym powiewem pochlebstwa, z dostojności zstąpi nawet do figlarności pod jego nieodpartym urokiem.

Jednak największymi miłośnikami pochwał są ludzie cisi. Należą do gatunku przeżuwaczy – dla nich własne „ja” to strawa, którą żyją i żują, i która, o dziwo, wcale nie wydaje się im gorzka. Jak spragnione wielbłądy na pustyni, które z lubością chłepcą wodę  nawet najbardziej błotnistej kałuży, tak i my łakniemy pochwał bez względu na ich rodzaj i jakość. Nie ważne, jak bardzo byłyby absurdalne, jak niezasłużone, jak wielce przesadzone, mądrzy i poważni ludzie i tak łykną je ze smakiem. Nie istotne, skąd pochwała pochodzi, czy wynika może z dziecinnej lub zniewieściałej niemożności wydania własnego sądu. Przywiązujemy do niej niezwykłą wagę, ogromnie jest dla nas istotna, żywimy się nawet jej okruchami w sposób, który powinien nas sromotnie zawstydzić. Jedyne, czego oczekujemy, to to, by ci, którzy raczą nas, duże bobasy, słodziutkim klikiem pochwał, zachowali pewne zasady dobrego smaku. Zasady te mogą być różne i zależą od charakteru danej nacji. Irlandczyka należy chwalić inaczej niż Anglika, jeszcze inaczej Amerykanina i Francuza, a i to każdego z nich odmiennie. Chwaleni chcemy być wszyscy, w przeciwnym bowiem razie zaczynamy się dąsać. Małpy podchodzą śmiertelnie poważnie do kwestii wzajemnego iskania się. Cóż, to małpy. My zaś jesteśmy ludźmi obdarzonymi rozumem: jak więc możemy powstrzymać uśmiech ironii, gdy angażujemy się w coś podobnie absurdalnego? Jest tak, ponieważ nie znamy samych siebie. Czyż spotkał kto kiedy wybitnego miłośnika pochlebstw, który nie byłby przekonany, że jest ponad opinię bliźnich? I czyż znał kto kiedy człowieka szczycącego się swą niezależnością od sądów otoczenia, który w istocie nie byłby służalczym nikczemnikiem i małostkowym, płaszczącym się i próżnym oszustem?

 

O samozakłamaniu; Frederick Wiliam Faber; Warszawa 2016

Wola i lenistwo

Lenistwo – nie ma drugiego grzechu, który by tak niepostrzeżenie ogarniał duszę w jej życiu duchowym; a jest to grzech zabójczy, przypominający tę śmierć przez zamarznięcie, która na dalekiej północy opada podróżnika prędzej niż ten się spostrzeże. Śmiertelne zimno, powoli ogarniające swoją ofiarę, wywołuje w niej, jak mówią wrażenia jakby przyjemne, aż w końcu zamrozi żywotne i śmierć zabiera nieszczęśliwca, nie wiedzącego nawet o tym, że umiera. Podobne skutki powoduje lenistwo duchowe. Zaczyna się od małych opuszczeń, małych opieszałości, małych zaniedbań, aż powoli człowiek staje się śmielszy w swoim niedbalstwie. Jego sumienie niepostrzeżenie oswaja się z opuszczeniem także większych rzeczy; z początku, w konkretnym przypadku zaniecha jednego obowiązku, potem drugiego i trzeciego, potem coraz częściej i częściej, aż wreszcie te ciągłe opuszczenia spajają się w nałóg. A przecież w tym długim szeregu opuszczeń, każde z osobna było aktem wolnej woli zupełnie tak samo, jak byłoby aktem mojej wolnej woli, gdybym w tej chwili przestał pisać. Gdybym przestał pisać, byłoby to skutkiem powziętego w duchu postanowienia, żeby więcej nie pisać. Tego zapewne nikt nie nazwałby zwykłym tylko opuszczeniem – byłby to rozmyślny akt mojej woli. I takimi aktami woli są te wszystkie opuszczenia, z których powstaje najniebezpieczniejszy z nałogów, nałóg lenistwa.

Wszelkie opuszczenie, powtarzam, jest jednocześnie pozytywnym aktem woli. Gdybyś w tej chwili rzucił się na ziemię, byłby to akt twojej woli; i gdybyś leżąc na ziemi, nie chciał wstać, byłby to również akt twojej wolnej woli. Samo leżenie na ziemi byłoby pod pewnym względem tylko opuszczeniem; ale opuszczenie to byłoby zarazem skutkiem woli i postanowienia nieużycie tej siły, którą masz, a przez której użycie mógłbyś się podnieść. Tak samo człowiek, który zaczyna opuszczać modlitwę, spowiedź, Komunię, rachunek sumienia, Mszę Świętą, pamięć na obecność Bożą, akty miłości Bożej, w każdym z tych opuszczeń wykonuje tyleż oddzielnych aktów woli. Nie są to rzeczy negatywne, są to pozytywne uczynki; i uczynki te, raz we wspomniany sposób dopiero co zaczęte, spoją się wszystkie razem w jeden łańcuch.

Święty Augustyn, opowiadając o latach swojej młodości, w których żył w grzesznych nałogach, mówi, że nałogi te trzymały go jakby okutego w kajdany. Związany byłem – to jego własne słowa – łańcuchem, który sam sobie ukułem. Nie kto inny go ukuł, tylko ja sam. Związany byłem mea ferrea voluntate, żelaznym łańcuchem mojej własnej woli.

Czy stan śmierci wiecznej jest czymkolwiek innym? Cóż to jest: utrata Boga na wieki? To ostatecznym i niezmienny stan duszy, która tu na ziemi zerwała łączność z Bogiem swoimi własnymi aktami woli. Powrozami piekielnymi (2P 2,4), jak mówi św. Piotr, związana, gdy czas łaski upłynie, dzień próby doczesnej dobiegnie zachodu, a sąd się zakończy, dusza ta – która sama siebie na tym świecie pozbawiła Boga – będzie odrzucona od oblicza Bożego w świecie przyszłym i utwierdzona zostanie na zawsze w całej goryczy swojego z Bogiem rozdziału i w swej nieprzyjaźni z Bogiem, którego nigdy nie będzie oglądać: bo sama zawiązała sobie oczy zasłoną dobrowolnej ślepoty, a wszystkie swoje władze skuła w żelazne kajdany swej własnej, rozmyślnej woli. I dlatego nigdy, jak mówiliśmy nie może człowiek osiągnąć zbawienia inaczej, jak tylko ze swej własnej woli; a jego wola nigdy nie błądzi inaczej, jak tylko z jego własnej winy.

 

Przewodnik życia w Duchu Świętym; Henry Kard. Manning