Tworzenie wartości

2. Wyznania nieobecnej

Łatwiej jest mówić niż pisać. Spróbuję jednak.
Pielgrzymka do Lublina to dla mnie podróż sentymentalna.
Tu studiowałam matematykę i informatykę na Uniwersytecie, tu studiowała filologię polską moja siostra a teraz studiuje historię moja bratanica. Tu uczyłam się samodzielnego organizowania swojego życia, biegałam do filharmonii, ruszałam na piesze rajdy po Bieszczadach, chodziłam na praktyczne warsztaty z historii sztuki na polonistyce, działałam w Kole Historyków Sztuki, bawiłam się w Juwenalia na ulicach miasta i w miasteczku akademickim, zdawałam i nie egzaminy, umawiałam na randki, tu miałam swoją pierwszą wystawę gobelinów, spacerowałam po Starym Mieście i stąd ruszyłam do Warszawy do pracy.
I choć nie osiadłam ani w Lublinie ani w Zamościu, gdzie się urodziłam i zdałam maturę, to wracam wciąż w te miejsca.
A w sobotę „wróciłam” z Wami -z pielgrzymką z Ożarowa-miejsca mojego pobytu od kilku lat.
I znów zadałam sobie w myślach pytanie:

Po co jadę na pielgrzymkę do Lublina właśnie?
Dlaczego z pielgrzymką ożarowską?
Dlaczego właśnie z Wami – z panią Marią, Jadzią, Elą, panem Markiem i innymi?

Przecież to wszystko znam, już to widziałam (często odwiedzam Lublin).
Pierwsza odpowiedź udzielona samej sobie na powyższe pytania była następująca:
– chcę patrzeć na Lublin Waszymi oczami, chcę usłyszeć Wasze odpowiedzi na tradycyjne już pytanie Księdza Stanisława: „Co Wam się podobało, co wywarło największe wrażenie, co zapamiętaliście najlepiej?”
I znów natrętnie przychodziły myśli:
Dlaczego zależy mi na opiniach, wrażeniach ludzi, z którymi wiąże mnie tylko miejsce zamieszkania?
I tu musiałam głębiej się zastanowić (nie jest łatwo nazywać rzeczy po imieniu). Musiałam zajrzeć do wnętrza siebie samej, dłużej pomyśleć, aby precyzyjnie nazwać i sprecyzować odpowiedź. Oto ona:

– czuję się emocjonalnie związana z Grupą Pielgrzymujących Ożarowian (i nie tylko Ożarowian),
– narodziło się we mnie poczucie wspólnoty,
– sprawia mi przyjemność spotykanie się z Wami na pielgrzymkach, a potem na ulicach naszego miasteczka,
– ma dla mnie wartość wspólna modlitwa,
– nie wstydzę się przed Wami swoich intencji (choć nie podpisujemy ich swoimi nazwiskami ale publicznie je ogłaszamy ustami Księdza Stanisława),
– czekam na to, co Wy odkryjecie w nowym miejscu pielgrzymowania, w nowym Sanktuarium.

To z kolei stało się przyczynkiem do pewnych spostrzeżeń natury ogólnej.
My wszyscy biorący udział w pielgrzymkach wraz z Księdzem Stanisławem tworzymy nowe wartości oprócz tych, które są ważne w naszym codziennym życiu- jak miłość, przyjaźń, współczucie, troska, poczucie obowiązku, pracowitość, religijność, wierność, radość życia, wdzięczność czy przywiązanie.
Jakie wartości tworzymy pielgrzymując wspólnie?

– otwarcie na innych ludzi (niż członkowie naszych rodzin czy znajomi),
– nazywanie naszych odczuć, wrażeń i spostrzeżeń,
– wzbogacanie świata swoich przeżyć,
– życzliwość i troskę w stosunku do obcych,
– poczucie, że każdy z nas ma w sobie takie wartości, którymi może obdarować innych a ci inni z wdzięcznością je przyjmą,
– budujemy świadomość, że my jesteśmy potrzebni innym i inni nas potrzebują.
Lista jest otwarta i wszystko zależy od nas, co zrobimy z możliwościami, które otworzył nam Ksiądz Stanisław rozpoczynając Czas Pielgrzymowania w Ożarowie (tu się podlizuję, aby nigdy nie zabrakło dla mnie miejsca na pielgrzymkowych listach).
Nic materialnego nie wniosłam na spotkanie popielgrzymkowe; dzielę się z wami myślą i słowem. Przyjmijcie je tak samo, jak byście kosztowali mojego ciasta.
04.08.2007 r.

Budowanie wspólnoty

Budowanie wspólnoty

3. Nadchodzi krok po kroku….

Pisząc refleksje po pielgrzymce lubelskiej zauważyłam, że przestaliśmy być bezimienni. Szybciutko nadałam nam, naszej wspólnocie imię. Świadomie użyłam dużej litery dla nazwy własnej naszej grupy-Grupa Pielgrzymujących Ożarowian.
Mamy imię a więc mamy tożsamość. Mamy prawa i mamy też obowiązki.
Wobec kogo je mamy?
Wobec Boga, którego szukamy i w modlitwie, i w dziełach rąk ludzkich i w pięknie przyrody.
Wobec siebie samych. Wtedy, gdy rozejdziemy się do naszych domów, powrócimy do naszej codzienności i wtedy, gdy spotykamy się, obcujemy, przebywamy z członkami naszej grupy.
Zatrzymam się dłużej na tym malutkim akcie tworzenia. Ja cieszę się, że rodzi się wspólnota. Radością jest zauważać jak powstaje, ale jeszcze większą ją współtworzyć. Razem z wami wszystkimi.
Kroczek po kroczku, mozolnie ją budujemy.
Jak to robimy? Zwyczajnie.
Po pierwsze spotykamy się na pielgrzymce, a potem to już dłuuuuga lista:

– słuchamy głosów sąsiadów we wspólnej modlitwie,
– śpiewamy skocznie i nabożnie, jedni lepiej, drudzy gorzej (jak w słowach piosenki śpiewanej przez Jerzego Stuhra „śpiewać każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej..”),
– zabieramy do autokaru smakowite kąski na poczęstunek dla całej grupy,
– opowiadamy o naszych codziennych sprawach sąsiadom w autokarze, na postojach lub w wolnych chwilach,
– świadczymy sobie wzajemnie drobne uprzejmości, pomagamy sobie,
– uczymy się naszych imion (ja nie mam większych sukcesów na tym polu, choć twarze pamiętam doskonale),
– wypisujemy nasze intencje pielgrzymowania i dajemy do publicznego odczytania,
– przychodzimy na mszę w naszej intencji po pielgrzymce,
– chwalimy się naszymi wypiekami na herbatkach popielgrzymkowych,
– dzielimy się wrażeniami i doznaniami (przed nami jeszcze nauka mówienia o Bogu, o nas samych, o problemach- ale przecież nie od razu Kraków zbudowano),
– zachwycamy się zdjęciami zrobionymi przez księdza Stanisława,
– poznajemy się w kościele na niedzielnej mszy,
– rozpoznajemy się na ulicach naszego miasteczka, w trakcie zakupów, spacerów,
– uśmiechamy się do siebie zachęcająco,
– itd…

Jesteśmy na dobrej drodze by powstająca wspólnota rozwijała się pomyślnie i rosłą jak na drożdżach.
To wszystko robimy dla siebie, dla grupy, którą stanowimy.
Dla mnie to za mało.
To tylko część drogi. Jeśli na tym poprzestaniemy, to staniemy się jedną z wielu grup „wzajemnej adoracji”. Twór zamknięty.
Dla mnie ważne jest jak się otworzymy, jak przyjmiemy innych, nowych, obcych do naszej grupy, jak będziemy zamieniać nasze dobre samopoczucie w grupie na dzieło grupy dla innych. Może nawet dla takich, którzy nigdy nie powiększą naszej wspólnoty.
Zacznijmy to robić. Od dziś, od tej pielgrzymki, od pani Jadzi, od pani Marii, od pana Jacka i od pani Eli począwszy (oczywiście imiona są tylko przykładowe).
To szansa dla nas wszystkich: dla księdza – aby nie był tylko organizatorem pielgrzymek ale aby zbudował osobiste relacje z uczestnikami, dla nas samych- abyśmy siłę i radość ze spotkań z Bogiem i ludźmi zamienili na radość życia.
Na koniec dedykuję wam słowa wiersza poetki:

„Co treścią jest uśmiechu
i podania ręki?
Czy nigdy w powitaniach
nie jesteś daleka,
tak jak bywa daleki
człowiek od człowieka
gdy wyda sąd niechętny
pierwszego wejrzenia?”[1]

06.08.2007 r.

Oswajanie ludzi


[1] Wisława Szymborska „Pytania zadawane sobie”

Oswajanie ludzi

4. Oswajanie ludzi

Nie sadziłam, że tak dużo myśli i spostrzeżeń może pojawiać się w mojej głowie w związku z Grupą Pielgrzymujących Ożarowian.
Dziwnie się czuję. Tak jakby dwie części mojej osoby stały w różnych miejscach.
Jestem uczestnikiem pielgrzymek, czuję się trybikiem w dziejącym się planie Bożym i również potrzebnym członkiem tworzącej się wspólnoty Pielgrzymujących Ożarowian. A jednocześnie stoję obok. Najdziwniejsze dzieje się jednak w chwili, gdy po pielgrzymce przypływają, przylatują nie wiadomo skąd refleksje i myśli dotyczące tego, co się zdarzyło i co się dzieje w naszych wnętrzach. To uczucie dwoistości: jestem uczestnikiem i obserwatorem.
Dochodzę do wniosku, że kocham ludzi. Lubię zaglądać we własne wnętrze i analizować, co się dzieje i zmienia. Lubię spoglądać na nas jako grupę i na każdego z was oddzielnie.
Prawo do tego dała mi wspólnota, którą tworzymy. Jestem po prostu jednym z was- raczej jednym z nas.
Natarczywie podświadomość podsuwa mi w nawiązaniu do naszej wspólnoty słowa i obrazy z książki Antoine de Saint Exupery’ego „Mały Książe”.
Jeśli powiem wam:
Jedynie sercem można wszystko jasno poznać. To, co najważniejsze skrywa się przed wzrokiem. Odpowiecie: znamy to, znamy.
Ale ja chcę wam zacytować fragmenty o „oswajaniu”. Uważam, że doskonale opisują one proces tworzenia się naszej wspólnoty, proces wzajemnego „się oswajania”.
Mały Książę miał na swojej planecie Różę. Pielęgnował ją i dbał o nią mimo jej męczącego charakteru. Nie zdawał sobie sprawy, że ją kocha i aby się od niej uwolnić wyruszył w podróż w poszukiwaniu przyjaciela. Po odwiedzinach kolejnych istot na innych planetach trafił na Ziemię. Ponieważ wylądował na pustyni miał trudności ze spotkaniem ludzi. Samotny i smutny spotkał Lisa, z którym chciał się pobawić i zaprzyjaźnić. Spotkała go jednak odmowa. Powodem odmowy był brak   „oswojenia”.

…rzekł Mały Książę. – Szukam przyjaciół. Co znaczy „oswoić”?
– Jest to pojęcie zupełnie zapomniane – powiedział lis. – „Oswoić” znaczy „stworzyć więzy”.
– Stworzyć więzy?
– Oczywiście – powiedział lis. – Teraz jesteś dla mnie tylko małym chłopcem, podobnym do stu tysięcy małych chłopców. Nie potrzebuję ciebie. I ty mnie nie potrzebujesz. Jestem dla ciebie tylko lisem, podobnym do stu tysięcy innych lisów. Lecz jeżeli mnie oswoisz, będziemy się nawzajem potrzebować. Będziesz dla mnie jedyny na świecie. I ja będę dla ciebie jedyny na świecie.
Lecz jeślibyś mnie oswoił, moje życie nabrałoby blasku. Z daleka będę rozpoznawał twoje kroki – tak różne od innych. Twoje kroki wywabią mnie z jamy jak dźwięki muzyki. …Ty masz złociste włosy. Jeśli mnie oswoisz, to będzie cudownie. Zboże, które jest złociste, będzie mi przypominało ciebie. I będę kochać szum wiatru w zbożu…
Jeśli chcesz mieć przyjaciela, oswój mnie!
– A jak się to robi? – spytał Mały Książę.
– Trzeba być bardzo cierpliwym. Na początku siądziesz w pewnej odległości ode mnie, ot tak, na trawie. Będę spoglądać na ciebie kątem oka, a ty nic nie powiesz. Mowa jest źródłem nieporozumień. Lecz każdego dnia będziesz mógł siadać trochę bliżej…
Następnego dnia Mały Książę przyszedł na oznaczone miejsce.
– Lepiej jest przychodzić o tej samej godzinie. Gdy będziesz miał przyjść na przykład o czwartej
po południu, już od trzeciej zacznę odczuwać radość. Im bardziej czas będzie posuwać się naprzód, tym będę szczęśliwszy. O czwartej będę podniecony i zaniepokojony: poznam cenę szczęścia! A jeśli przyjdziesz nieoczekiwanie, nie będę mógł się przygotowywać… Potrzebny jest obrządek.
– Co znaczy „obrządek”? – spytał Mały Książę.
– To także coś całkiem zapomnianego – odpowiedział lis. – Dzięki obrządkowi pewien dzień odróżnia się od innych, pewna godzina od innych godzin.

Historia oswajania Lisa przez Małego Księcia to historia naszej Grupy Pielgrzymujących Ożarowian. Na początku każdy z nas uczestniczył w pielgrzymce osobno, potem zaczęliśmy się sobie przyglądać, potem rozmawiać, potem uśmiechać, potem pytać, potem prosić, potem szukać, potem czekać niecierpliwie na kolejną pielgrzymkę, potem się spotykać na mszy i herbatce popielgrzymkowej itd.

Czy więzy, które powstały są dla nas ciężarem?
Czy znaleźliśmy Przyjaciół?
Czy czujemy się mniej samotni?
Czy jesteśmy sobie potrzebni?
Czy niecierpliwie czekamy na kolejną pielgrzymkę?
Czy nasz kościół przyszedł do nas a my do niego w jeszcze innej formie niż msza święta?

Mały Książę zrozumiał, kim dla niego była Róża i pojął, że został przez nią oswojony.
Konfrontacja z całym ogrodem róż pozwoliła mu odkryć, dlaczego jego róża jest czymś wyjątkowym mimo istnienia tysięcy róż na świecie.
Książę poświęcił dużo czasu swojej Róży oswajając ją.
Lis nazwał to, co się zdarzyło w następujący sposób:

…dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu.
Stajesz się odpowiedzialny na zawsze za to, co oswoiłeś. Jesteś odpowiedzialny za twoją różę.

Jeśli choć trochę już się oswoiliśmy, to nasza odpowiedzialność za nas samych, za naszą wspólnotę, za nasze wspólne pielgrzymowanie, za nasze obrzędy rośnie z pielgrzymki na pielgrzymkę.

Jak to się przekłada na nasze codzienne życie?

Czasem tak, że mniej myślimy o sobie samych, o swojej wygodzie, że zauważamy ludzi obok siebie, że widzimy ich smutek czy zmęczenie, że chcemy dowiedzieć się czegoś o nich więcej, poznać ich bliżej.
Czasem tak, że zauważymy i mówimy, że komuś jest ładnie w jakimś stroju, że dzielnie się spisał mimo zmęczenia, że ładnie śpiewa, że dobrze piecze ciasto, że świetnie robi zdjęcia, że modli się za nas.
Znaków jest mnóstwo. Spróbujmy je odczytać.
Nie przegapmy czegoś ważnego.
Nie chcemy być jak ludzie, o których Mały Książę powiedział:

Tylko rzeczy oswojone nadają się do poznania. Ludzie nie dysponują już wystarczającą ilością czasu, żeby coś poznać. Kupują gotowe wyroby u sprzedawców, a ponieważ nie ma sklepów z przyjaciółmi, ludzie już ich utracili.

Mamy czas. Mamy bardzo dużo czasu. Potrzebna jest tylko chęć patrzenia szerzej i dalej w poszukiwaniu Przyjaciół.
19.08.2007 r.

 

http://www.odaha.com/littleprince.php?f=MalyKsiaze

Oswajanie z Bogiem

Oswajanie z Bogiem

5. Oswajanie z Bogiem

Rozpoczynamy kolejną pielgrzymkę spod Sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Ożarowie Mazowieckim.
Mija godzina jazdy autokarem. Dostaję kawałek białej kartki. Mam napisać intencję, z jaką pielgrzymuję.
Budzi mnie to skutecznie z drzemki pierwszej godziny pielgrzymowania.
Oswajam się z koniecznością wypisania intencji chowając kartkę do śpiewnika a śpiewnik do siatki na sąsiednim siedzeniu. Wyjmuję jednak długopis.
Co wtedy czuję?

– wpadam w popłoch, że muszę coś napisać,
– biję się z myślami czy ma być ładnie czy prawdziwie, świętoszkowato czy dramatycznie serio, uprzejmie czy prawdziwie,

Odpowiadam sobie w myślach, że prawdziwie.
– zadaję sobie pytanie, który problem zapisać na kartce,
– targuję się z samą sobą, czy pójść na łatwiznę i napisać banalną intencję, zwyczajną, codzienną, może nawet taką o święty spokój, czy tę, która mnie nurtuje, dręczy, leży mi ciężarem na sercu, wzbudza mój lęk, ale i nadzieję,
– wreszcie decyduję się, wyciągam kartkę i szybko zapisuję intencję odczuwając lekkie stremowanie i jednocześnie ulgę, że mam to już za sobą.

Coraz częściej przelatuje mi przez głowę myśl, co by było gdybym musiała głośno wypowiedzieć swoją intencję? A co by było gdybym musiała szerzej opisać okoliczności jej powstania?
Czy istnieje sposób, aby zrobić to tak prosto, jak prosto się mówi „dzień dobry”, „podaj mi rękę”, „zjedzmy coś” czy „uważaj na siebie”?
Wpadłam na pewien pomysł. Podzielę się nim z wami.
Najpierw spróbujmy dziękować za dobro, powodzenie, zdrowie, dzieci, wnuki, radości i szczęście, którego doznajemy na co dzień w naszym życiu.
Wspomnienie ważnych, dobrych, radosnych, szczęśliwych chwil otwiera nas, daje mocny fundament do podjęcia w rozmowie z Bogiem trudnych osobistych problemów.
Oswajamy się, czujemy, że tym razem uda nam się głośno powiedzieć czy napisać w intencjach o tym, co jest dla nas trudne, co skrywamy przed innymi a bardzo często przed samym sobą.
Jest nam łatwiej, gdy mówimy do Boga w ciszy własnego serca, w refleksji naszego umysłu, w przystankach naszych myśli. Okazuje się jednak, że gdy oswoimy się z Bogiem, uznamy go za swojego przyjaciela, możemy rozmawiać z nim w myślach czy głośno o wszystkim.
Spróbujmy sprawdzić (zastosować) tę metodę od następnej pielgrzymki na przykład.
A Ty, co o tym sądzisz? Masz może swój sposób?

12.08.2007 r.

Oswajanie ze śmiercią

Oswajanie ze śmiercią

6. Oswajanie ze śmiercią

21 sierpnia dotarły do mnie dwie smutne wiadomości.
Tego dnia był pogrzeb pani Haliny Peplak – jednej z pielgrzymowiczek i tego dnia odszedł tato innej pielgrzymowiczki –Agnieszki.
Pierwsza myśl, pierwsze skojarzenie to słowa wiersza księdza Jana Twardowskiego znane na pamięć w całej Polsce, powtarzane nieustannie w kolejnych kampaniach społecznych, bardzo często na ogromnych billboardach: „Spieszcie się kochać ludzi, tak prędko odchodzą”.
Sceptycznie jednak podeszłam do biegnących do tych słów myśli.
Tak naprawdę nie znałam tych osób.
Panią Halinę spotkałam na pielgrzymce do Chełmna i Skępego 14 lipca br.. Widziałam, że chodzenie o kuli męczy ją bardzo. Zamieniłam kilka słów w drodze z autokaru do domu. Potem widziałyśmy się na spotkaniu 19 lipca. Niewiele. Prawdziwie tylko okruchy kontaktu.
A jednak obeszło mnie to odejście, w jakiś sposób dotknęło i wywołało wiele myśli.
Trochę i z tego powodu, że inni Ożarowianie znali panią Halinę o wiele dłużej i przez wzgląd na nich i dla mnie stała się ona znana od dawna.
To też dowód na to, że wspólnota już powstała. Stała się faktem, nawet, jeśli jeszcze jest jak słabe dziecko dopiero raczkujące.
Zrobiło mi się szkoda, że moja osobista znajomość tej osoby tak krótko trwała.
Pomyślałam, co ta sytuacja może dla mnie oznaczać, czego mogę się nauczyć, co mogę stwierdzić.
W obliczu tych śmierci myślę o życiu.
Nawet nie o życiu jako całości, ale o życiu i byciu we wspólnocie Pielgrzymujących Ożarowian.
Jak ważne są chwile, które spędzamy ze sobą: w autokarze, na postojach, w Sanktuariach i w czasie wędrówek. Jak bardzo musimy pamiętać, że mogą one być ostatnimi chwilami naszych spotkań.
To staje się bodźcem dla mnie, aby okazywać innym jak największą życzliwość, uśmiech, zainteresowanie i pomoc. Aby cieszyć się spotkaniem dla samej radości poznania nowych ludzi. Chciałabym dowiedzieć się czegoś o innych, prowadzić błahe rozmowy o codzienności, wymieniać poglądy na toczące się wokół nas sprawy, ale też wymieniać się przepisami kulinarnymi.
Wydawać by się mogło, że niewiele zależy od mojego-naszego uśmiechu, chwili uwagi, poświęconego drugiej osobie czasu, a jednak lżej mi na sercu, że wciągnęłam w rozmowę w drodze panią Halinę, że snułyśmy plany o tym, co przygotujemy na herbatkę popielgrzymkową. Skorzystałam z okazji nawiązania kontaktu, wyszłam naprzeciw drugiej osobie. To nic, że ta osoba odeszła tak szybko.
Nie będą miały zastosowania do mnie słowa Jana Twardowskiego:

„Nie bądź pewny, że czas masz, bo pewność niepewna”.

Warto pamiętać o tym. Trzeba się spieszyć w wychodzeniu naprzeciw drugim ludziom.
Nie można pozwolić sobie na lenistwo, nie wolno odkładać niczego, co dotyczy ludzi na później, do lepszego nastroju, ładniejszego wyglądu, większej zasobności.
Spróbujmy „rozciągnąć” nasz osobisty czas tak, aby objąć nim innych ludzi pojawiających się na naszej drodze, w tym przypadku na drodze wspólnego pielgrzymowania.
Dawajmy sobie jak najwięcej szans, poznawajmy siebie na ulicach i w sklepach, rozmawiajmy ze sobą, czerpmy siłę z bycia we wspólnocie.
Niech harmonia bycia i życia z samym sobą, z rodziną, przyjaciółmi i znajomymi zamienia się na  harmonię w stosunkach z innymi ludźmi.
I tak wychodząc od śmierci doszłam do tego, jak żyć żeby nie zmarnować żadnego dnia podarowanego przez Pana.
25.08.2007 br.

Dodatek
Iwaszkiewicz Jarosław(1894-1980), Umrzeć trzeba – lecz lepiej i trudniej… 1977 rok (3 lata przed śmiercią)

Umrzeć trzeba – lecz lepiej i trudniej
Jest żyć, dla innych istnieć i dla siebie,
I patrzeć w górskie pogodne południe,
Jak wielkie białe kępy topnieją na niebie.

Patrzeć w siebie? A po co? Tam zrównoważone
Wszystkie noce i dzionki śpią jak owce w stajni.
Siąść przy drodze pod kopą świeżo ustawioną
I patrzeć, jak mijają mnie ludzie zwyczajni –

To wszystko. To jest życie, ni mniej ani więcej.
Nie trzeba gór ogarniać wzrokiem pożegnalnym.
Jeżeli można jeszcze – to kochać goręcej:
Czasami dzień pod wieczór staje się upalny.

Pielgrzymka w głąb siebie do Skały Wiary

Pielgrzymka w głąb siebie – do Skały Wiary

IMG_0298 Ziemia Swieta reka na skaleWyruszyłam na Pielgrzymkę do Ziemi Świętej. Z takim samym zaciekawieniem jak na pielgrzymkę do Częstochowy, Torunia czy Sandomierza. Od przylotu do Tel Avivu chłonęłam wszystko, co nowe. Uśmiechałam się do lazurowego nieba, do oślepiającego słońca, podziwiałam palmy daktylowe i plantacje bananów, zerkałam na kremowo-żółte wszechobecne pagórki. Żadnych przeżyć religijnych. Starałam się mentalnie wzbudzić w sobie zainteresowanie faktem, że stanęłam na Ziemi Chrystusa, ziemi początków wiary, mojej wiary.
Pierwszy przystanek to Betlejem, Bazylika z Grotą Urodzenia. Stanęłam w tej Grocie, patrzyłam na srebrną Gwiazdę oznaczającą miejsce Narodzenia Chrystusa, na ludzi klękających, dotykających tej skały, uświęcających swoje pamiątki z Pielgrzymki.
I pomyślałam, że ja nie muszę cisnąć się wszędzie (wtedy nie wiedziałam, że takie obrazy będą wszędzie), ja rzucę okiem, stanę obok, wyobrażę sobie ten dotyk. Pomyślałam nawet-nie będę jak niewierny Tomasz dotykała tych miejsc, jak Tomasz dotykał ran Chrystusa.
Stałam z tymi myślami chwilę w Grocie. Wreszcie się zdecydowałam, podeszłam do ołtarza, przyklęknęłam i położyłam rękę na Skale. Położyłam rękę na ciele Chrystusa.
Kładłam tę rękę na Skale do końca Pielgrzymki po Ziemi Świętej. Wszędzie była Skała, wszędzie był Chrystus, wszędzie jest Skała-Chrystus.

To Skała mojej wiary.
To Skała mojej miłości Boga.
To Skała mojej miłości do ludzi.
To Skała mojej miłości i akceptacji siebie.

To ja byłam tym Niewiernym Tomaszem, nie ci wszyscy ludzie, którzy cisnęli się do świętych miejsc. Ja nie chciałam uwierzyć w moc Skały, ja uważałam, że w myślach tylko będę wierzyła, będę wyobrażała sobie, że wierzę.
To przeżycie, ta przemiana były dla mnie wielkim wstrząsem. Były ogromną lekcją pokory.
Były też przełomem w moim przeżywaniu miejsc, po których stąpał Jezus Chrystus.
Z dnia na dzień powiększała się radość we mnie, w dowolnym miejscu i czasie mogłam wyłączać się całkowicie z dziejącej się teraźniejszości i rozważać prawdy wiary. Takie rekolekcje w milczeniu a raczej bez użycia mowy, ale z użyciem innych zmysłów.
Nie byłam sama w tych rekolekcjach. Chrystus wziął mnie za rękę w Grocie Narodzenia i prowadził poprzez Ziemie Świętą aż do Skały swojego Ukrzyżowania na Golgocie i Skały Grobu Chrystusa będącego jednocześnie Skałą Jego Zmartwychwstania. A ja słuchałam Jego, pytałam, odpowiadałam, rozmawiałam i przeżywałam.

Życzę wszystkim
aby odnajdywali Skałę wiary chrześcijańskiej,
aby szukali Skały Wiary
nie tylko w Ziemi Świętej, ale w Słowie Bożym, w sobie samych, w innych ludziach, w kolejach swojego losu, w przeżywaniu swojej codzienności.

Taka była i jest moja Pielgrzymka do Chrystusa.
17.11.2007 r.

sladyŚlady na piasku

We śnie
szedłem brzegiem morza
z Panem,
oglądając na ekranie nieba
całą przeszłość mojego życia.
Po każdym z minionych dni
zostawały na piasku dwa ślady-
mój i Pana.
Czasem jednak widziałem tylko jeden ślad
odciśnięty w najcięższych dniach
mojego życia.
I rzekłem:
„-Panie, postanowiłem iść zawsze z Tobą,
przyrzekłeś być zawsze ze mną.
Czemu zatem zostawiłeś mnie samego
wtedy, gdy mi było tak ciężko?”
Odrzekł Pan:
„-Wiesz synu, że cię kocham
i nigdy cię nie opuściłem.
W te dni, gdy widziałeś jeden tylko ślad
Ja niosłem ciebie na moich ramionach.”
Mary Stevenson (Zangare), 1936 r.

tekst opublikowany w miesięczniku „Misericordia” Sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Ożarowie Mazowieckim w czerwcu 2012 r.

Rokitno – Miejsce Łaski

Sanktuarium Matki Bożej Prymasowskiej Wspomożycielki
w kościele pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Rokitno

Trzy lata temu pierwszy raz stanęłam przed sanktuarium maryjnym w Rokitnie koło Błonia. Z frontonu kościoła otwierała szeroko ramiona Matka Boża chcąc objąć każdego przybywającego do Niej w odwiedziny. Barokowe figury aniołów na bramie wejściowej trochę nie pasowały do skromnej, prostej fasady świątyni. Mały aniołek balansując na daszku dzwonił dzwoneczkiem sygnaturki. Na trójkątnym szczycie stała na wiecznej warcie figura w stroju z czasów Cesarstwa Rzymskiego. Przed kościołem otwierał się ogromny plac, zdolny pomieścić kilka tysięcy ludzi, zamknięty murem cmentarza, zza którego tęsknie wyglądały krzyże.
Zza kraty w wejściu zobaczyłam fragment skromnego, jasnego wnętrza. Cudowny obraz był zasłonięty a uwagę przykuł ogromny krucyfiks na filarze po prawej stronie.
Marzyłam aby wejść do wnętrza Sanktuarium i zobaczyć cudowny wizerunek Matki Bożej Łaskawej. Chciałam poczuć atmosferę cudowności, pokornych próśb, cichych przeproszeń i gorliwych modlitw. Chciałam też złożyć hołd Matce Bożej, która z tego miejsca rozdaje łaski od ponad 400 lat.
W minione wakacje spełniłam swoje marzenia.
MB z Rokitna k.Blonia MB z Rokitna

W Internecie znalazłam tytuły, jakimi wdzięczni parafianie i pielgrzymi nazywali Matkę Bożą Rokitniańską: Pocieszycielka Pól i Lasów Mazowsza, Matka Boża od Nawróceń, Prymasowska Wspomożycielka oraz zgodnie z wezwaniem kościoła –Wniebowzięta. Tytuły odzwierciedlają cuda, które za Jej przyczyną otrzymują wierni modlący się w tym kościele.
Przez trzy lata nazbierałam sporo materiałów o sanktuarium. Skromny wygląd, to wynik trwającej około 200 lat, od XVII do XIX wieku, budowy. Pierwsza i druga wojna światowa, zmieniające się fronty, dokonały ogromnych spustoszeń.
Wierni tej świątyni wciąż podejmowali trud jej odbudowy. Dawała też schronienie od ponad 100 lat rzeźbom z kościołów w Warszawie. Figura Matki Bożej i rzymskiego św. Pryma czy też Felicjana z frontonu trafiła tu z kościoła pijarów-obecnej katedry polowej przy ulicy Długiej, gdy została ona zamieniona na cerkiew po upadku Powstania Listopadowego, krzyż pochodzi z kościoła św. Barbary na Koszykach.Rokitno
Przeczytałam o odpustach, które gromadziły w okresie międzywojennym po 20 tysięcy ludzi, o modlitwach kolejnych Prymasów Polski, którzy polecali Kościół i Ojczyznę opiece Matki Bożej Rokitniańskiej, o odbywających się prymicjach księży diecezjalnych w pierwszych latach po II wojnie światowej, gdy zburzona Warszawa nie miała praktycznie kościołów.
Miałam to wszystko przed oczami modląc się przed cudownym wizerunkiem Matki Bożej wraz z innymi wiernymi. Doznałam uczucia ogromnego spokoju.
Rokitno jest Miejscem Łaski. Czeka na Ciebie Matka Boża Łaskawa w cudownym obrazie.

W Sanktuarium diecezjalnym w Rokitnie są dwa odpusty: 15 sierpnia w dzień Wniebowzięcia i 8 września w święto Narodzenia N.M.P.
Świątynia jest odnowiona, udostępnione są też katakumby. Wokół kościoła stoją zabytkowe już maszyny i urządzenia rolnicze.

Więcej zdjęć z Sanktuarium w Rokitnie 

Pierwotnie tekst był opublikowany w miesięczniku „Misericordia” Sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Ożarowie Mazowieckim wE Wrześniu 2010 roku

Maryjo, otrzyj nasze łzy!

Sanktuarium Matki Bożej Pocieszycielki Strapionych w Lewiczynie

chusteczkaW lewej ręce Maryja trzyma białą chustkę, którą ociera łzy płaczących, jako Pocieszycielka Strapionych. To fragment opisu łaskami słynącego od ponad czterystu lat obrazu Maryi z Lewiczyna.

Dzieło zostało sprowadzone do Lewiczyna przez rodzinę Oborskich i ofiarowane w 1604 roku kościołowi pod wezwaniem św. Wojciecha przez księdza Jana Opalińskiego, opata z Rokitna. Księga cudów jest wciąż uzupełniana. Najstarsze zachowane w niej wpisy pochodzą z 1678 roku.
Na ścianach kościoła wiszą stare wota w postaci obrazków dokumentujących cudowne interwencje Matki Bożej, której polecano troski i problemy często trudne do rozwiązania siłami człowieka. Nazywano Ją Panią Ziemi Grójeckiej i pielgrzymowano licznie od momentu, gdy obraz zawisł w świątyni. Już w 1684 roku kult został zatwierdzony przez władze kościelne. Po licznych komisjach teologów do Lewiczyna właśnie w tym roku przybył sam biskup poznański Stefan Wierzbowski i podpisał dokument zatwierdzający Kult Cudownego Obrazu. Ze wzruszeniem można przeczytać pełne powagi i miłości słowa: „Po dojrzałej i poważnej rozwadze, pomocy Ducha Świętego wezwawszy, orzekliśmy i orzekamy, że cuda te, które w poprzednich komisjach spisane i wyrażone, są prawdziwe, i obraz Błogosławionej Panny Maryi dziwnej piękności i wybornie odmalowany (…) w kościele Parafialnym Lewiczyńskim od roku 1604 dotąd przechowywany w Wielkim Ołtarzu za wiedzą i rozporządzeniem Naszym umieszczony, za cudowny ogłaszamy – wszystkim zaś kapłanom i kaznodziejom dajemy pozwolenie, aby w pomienionym kościele Lewiczyńskim, zebranemu na nabożeństwie ludowi, z ambony cuda te ogłaszali dla rozbudzenia większej pobożności do Matki Bożej, jedynej Ucieczki strapionych i Matki Naszej Miłosiernej”.

Szczególna opieka Matki Bożej Pocieszycielki Strapionych w kościele w Lewiczynie przyciągała wiernych z odległych miejsc. Pielgrzymowali do Matki Bożej Lewiczyńskiej nasi królowie. Król Zygmunt III Waza złożył wspaniały dar w postaci monstrancji a król Jan III Sobieski wracając po wiktorii wiedeńskiej 1683 roku złożył w dziękczynnym darze u stóp Matki Bożej fragment tureckiego namiotu, który potem został wszyty w jeden z ornatów.
Lewiczyn leży przy starym trakcie królewskim z Krakowa do Warszawy i wszyscy nim wędrujący zatrzymywali się, aby oddawać się w opiekę Maryi słynącej licznymi łaskami.
Mały kościółek z czerwonego modrzewia był nie tylko domem Matki Bożej w cudownym obrazie, ale i ostoją patriotyzmu. Wiara motywowała miłość do ojczyzny i łączyła ludzi przybywających do Lewiczyna. Po pierwszym rozbiorze Polski, który nastąpił w 1772 roku i drugim z 1793 roku, gdy niezależność Polaków była drastycznie umniejszana, wybuchło powstanie narodowe przeciw Rosji i Prusom, którego militarnym wodzem został Tadeusz Kościuszko. Właśnie w plebanii przy lewiczyńskiej świątyni znalazł schronienie jego sztab przygotowujący plany obrony Warszawy przed Moskalami. Turyści i pielgrzymi mogą oglądać fragment kamiennego stołu, na którym 27 czerwca 1794 roku te plany były kreślone.

IMG_0004 Lewiczyn XVIIw

Kolejny rozbiór Polski w 1795 roku, represje po kolejnych powstaniach spowodowały upadek sanktuarium i utrudniały pielgrzymowanie do Matki Bożej. Zaborca obawiając się, że świątynia stanie się schronem dla stawiających opór, że będzie źródłem siły dla zniewolonego narodu, że zjednoczy Polaków, zdecydował o przesunięciu szlaku drogowego, budując nową szosę kilka kilometrów na wschód, z pominięciem Lewiczyna. Ostateczny cios zadała Rosja świątyni lewiczyńskiej po upadku powstania styczniowego w 1864 roku paraliżując działanie parafii. Ukazem carskim parafię pozbawiono dóbr i ziemi, z których się utrzymywała, zlikwidowano bractwa religijne a ówczesnego proboszcza zesłano na 25 lat syberyjskiej katorgi.
Strata była ogromna, jeśli chodzi o bractwa to wiele z nich działało od ponad 150 lat. Wymieniane są bractwa: Najświętszego Sakramentu, Różańca Najświętszej Maryi Panny, Imienia Jezus, szkaplerza NMP, Niepokalanego Poczęcia NMP, Św. Izydora Oracza i Tercjarzy III Zakonu Św. Franciszka.
IMG_0022 Lewiczyn oltarz glowny cudowny obraz MBZamarło źródło wiary istniejące w tym miejscu od 700 lat (zapiski historyczne wymieniają proboszcza Marcina w lewiczyńskiej świątyni w roku 1310). A według podań ludowych jest ono starsze o kolejne 100 lat (kościół wybudowano, jako wotum za zwycięstwo wojsk książęcych nad wrogiem na wzgórzu usypanym czapkami). Fundatorami świątyni, która przetrwała 300 lat był ród Lewickich z Lewiczyna herbu Prawda. Na miejscu tej świątyni wybudowano 400 lat temu kolejną, która stoi do dnia dzisiejszego. Nowy Dom Boży stał się też domem Matki Bożej w cudownym obrazie.
Sanktuarium nie pogrążyło się w niepamięci. Podążają do niego wciąż pielgrzymi. Wielu otrzymuje łaskę, siłę do odmiany swojego życia, doznaje uzdrowień fizycznych i duchowych. Matka Boża czeka z chusteczką w dłoni na każdego strapionego, aby otrzeć jego łzy i wspierać go, gdy odda się w Jej opiekę.

Sanktuarium w Lewiczynie odległe jest ok. 55 km od Warszawy i leży tuż za Grójcem. Odpust w sanktuarium jest obchodzony w ostatnią niedzielę sierpnia.

Więcej zdjęć Sanktuarium Matki Bożej Pocieszycielki Strapionych w Lewiczynie

Tekst pierwotnie ukazał się w miesięczniku „Misericordia” Sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Ożarowie Mazowieckim, nr 7-8(120-121) 2013

Św. Michał Archanioł i marines

Wydarzyło się to w 1950 roku, w czasie wojny koreańskiej. Uratowany w cudowny sposób, ranny żołnierz amerykańskiej piechoty morskiej (marines) opisał te wydarzenia w liście kierowanym ze szpitala do swojej matki. List ten znalazł się później w posiadaniu kapelana wojskowego, ks. Waltera Muldy`ego i za pozwoleniem osób zainteresowanych został przez niego odczytany w obecności 5000 marines. Ks. Walter rozmawiał wcześniej z żołnierzem, jego matką oraz z podoficerem występującym w opisanych wydarzeniach. Wszyscy oni potwierdzili prawdziwość opisanej historii.
Oto treść listu:
„Droga mamo, nie miałbym odwagi wysłać tego listu do nikogo innego, ponieważ nikt inny oprócz ciebie nie uwierzyłby w to co tutaj piszę. Może nawet i ty będziesz miała trudności z uwierzeniem w moje słowa, ale muszę komuś opowiedzieć to co mi się przydarzyło… Pamiętasz jak w zeszłym roku zaciągnąłem się do Marines? Kiedy opuszczałem dom rodzinny zachęcałaś mnie, abym codziennie odmawiał modlitwę do św. Michała. Tak naprawdę, to nie musiałaś tego robić…. jak sięgam pamięcią, zawsze przypominałaś mi abym modlił się do św. Michała Archanioła. Nazwałaś mnie nawet Jego imieniem, a ja zawsze modliłem się do Niego. A od kiedy wysłano mnie do Korei modliłem się jeszcze częściej i żarliwiej. Pamiętasz tę modlitwę, której mnie nauczyłaś: „Św. Michale, stań po mojej prawicy, kieruj moimi krokami, abym się nie potknął…” Odmawiałem tę modlitwę każdego dnia, … czasami podczas marszu, w czasie odpoczynku, zawsze jednak przed zaśnięciem. Namówiłem nawet niektórych z moich kolegów, aby odmawiali ją razem ze mną.
Pewnego dnia wysłano mnie wraz z innymi kolegami na linię wroga na zwiad. Mieliśmy przeszukać teren i odnaleźć wrogie stanowiska. W przenikliwym mrozie posuwałem się naprzód, z ust wydobywała się para jak dym z papierosa. Myślałem, że znam wszystkich moich kolegów z jednostki, kiedy nagle zostałem wyprzedzony przez innego marine. Nigdy wcześniej nie spotkałem go. Był on wyższy od wszystkich żołnierzy, których kiedykolwiek widziałem; wysoki ponad 190 cm i potężnie zbudowany. Mając u boku takiego giganta poczułem się od razu o wiele pewniej. Ruszyliśmy z trudem po głębokim śniegu, ale już we dwóch. Reszta zwiadu rozproszyła się. Dla nawiązania rozmowy powiedziałem z uśmiechem: „Mamy dzisiaj dość zimno, co nie?” Ale zaraz potem zmieszałem się: w każdej chwili mogłem umrzeć, a gadam o pogodzie! Mój towarzysz chyba jednak zrozumiał mnie, bo słyszałem że śmiał się cicho, pod wąsem. Spojrzałem mu w twarz: „Chyba nigdy nie spotkaliśmy się wcześniej. Sądziłem, że poznałem już wszystkich w mojej jednostce.” „Faktycznie, przydzielono mnie do was na krótko zanim wyruszyliście na zwiad” – odpowiedział mój towarzysz. „Na imię mam Michał”. „Naprawdę?” – powiedziałem zaskoczony – „Ja też!” „Wiem o tym” – odpowiedział – i potem zaraz dodał: „Michale, Św. Michale, stań po mojej prawicy…” Oszołomiły mnie jego słowa i nie mogłem nic powiedzieć. Jak mógł znać moje imię i modlitwę której mnie nauczyłaś? Chwilę później jednak zaśmiałem się – przecież wszyscy moi koledzy ją znali! Nauczyłem jej odmawiać wszystkich którzy tego chcieli. Co jakiś czas nazywali mnie nawet „Św. Michałem”. Przez jakiś czas milczeliśmy. Potem on pierwszy przerwał ciszę: „Przed nami niebezpieczeństwo.” Musiał być w świetnej kondycji ponieważ oddychał bez żadnego wysiłku. Nie widziałem nawet jego oddechu, a mój podobny był do wielkiego obłoku. Teraz z jego twarzy znikł uśmiech. Szliśmy wprost na wroga. Padający śnieg zaczął gęstnieć. Wyrosła przed nami biała ściana. Poruszaliśmy się jak w nieprzeniknionej mgle, wilgotny śnieg przylepiał się do butów. Straciłem z pola widzenia mojego kolegę. „Michał” – zawołałem zaniepokojony. Poczułem nagle uścisk na moim ramieniu i usłyszałem jego głęboki i ciepły zarazem głos: „Za moment przestanie padać”. Jego prognoza spełniła się: rzeczywiście po kilku minutach śnieg przestał padać i pojawiło się przymglone słońce, przypominające jaśniejący dysk. Odwróciłem się, aby odszukać wzrokiem resztę zwiadu, ale nie zobaczyłem nikogo. Zgubiliśmy wszystkich podczas tej śnieżycy. Kiedy doszliśmy do szczytu wzniesienia, spojrzałem przed siebie i wtedy: o mamo, moje serce przestało bić! Było ich siedmiu! Siedmiu żołnierzy komunistycznych w waciakach i śmiesznych nakryciach głowy. Teraz jednak nie było mi do śmiechu: siedem karabinów mierzyło prosto w nas! „Michał, padnij!” – krzyknąłem, rzucając się jednocześnie na śnieg. Usłyszałem wtedy komendę i strzały z wszystkich siedmiu karabinów. Świszczące kule przelatywały obok mnie, a Michał ciągle stał wyprostowany. O mamo, te kanalie nie mogły w żaden sposób chybić celu…. z tej odległości!? Michał powinien być już cały poszarpany przez kule, a on ciągle trzymał się na nogach i co więcej nie odpowiadał na ich ogień, nie odstrzeliwał się. Stał jak sparaliżowany, może ze strachu, przecież może się to przydarzyć nawet najdzielniejszym. Przynajmniej tak wtedy myślałem. Skoczyłem na równe nogi aby pociągnąć go na ziemię i wtedy właśnie dosięgła mnie kula. Poczułem jakby ogień w klatce piersiowej. Myślałem nie raz jak to jest, kiedy uderzy cię pocisk, teraz to się stało! Pamiętam jak jakieś mocne ramiona podtrzymały mnie, a potem delikatnie ułożyły na śniegu. Otworzyłem oczy, aby spojrzeć ostatni raz na świat. Umierałem! Może nawet już umarłem. Pamiętam wszystkie myśli, jakie przebiegły wtedy moją głowę: „W sumie nie jest aż tak źle!” Może patrzyłem wówczas na słońce, może byłem w szoku, bo wydawało mi się, że widzę Michała stojącego przede mną tylko że…. tym razem jego twarz promieniowała oślepiającym blaskiem. Stał się o wiele większym, jego ramiona poszerzyły się. Może to przez ten śnieg, który znowu zaczął padać, ale otaczała go jakaś dziwna aureola, coś na kształt rozpościerających się coraz szerzej potężnych skrzydeł anioła! W ręku trzymał miecz… który lśnił tysiącem kolorów! To jest ostatnia rzecz, którą pamiętam zanim odnaleźli mnie moi koledzy ze zwiadu. „Gdzie jest Michał” – zapytałem. Patrzyli na siebie zdumieni. „Gdzie jest kto?” – zapytał mnie jeden z nich. „Michał… Michał… wielki marine, z którym szedłem przed i w czasie śnieżnej burzy”. „Mój chłopcze – odezwał się nasz oficer – nikogo nie było przy tobie, cały czas widziałem cię, poszedłeś za bardzo do przodu! chciałem cię zawołać, ale zniknąłeś w śnieżnej burzy.” Patrzył na mnie z ciekawością. „Powiedz mi jak z tego wyszedłeś?” „Co ja takiego zrobiłem?” – zapytałem prawie z irytacją, nie zważając na bolący postrzał. „Ten marine, Michał, i ja staliśmy…” „Synu – powiedział spokojnie oficer – ja sam wybierałem ludzi na zwiad i zapewniam cię, że nie było w naszej grupie żadnego innego Michała poza tobą!” Tu zrobił chwilę przerwy. „Powiedz mi chłopcze jak z tego wyszedłeś? Słyszeliśmy strzały, ale z twojego karabinu nikt nie strzelał, a na ciałach tych siedmiu zabitych Koreańczyków nie ma ran postrzałowych”. Nic nie powiedziałem, cóż mogłem powiedzieć? Sam rozglądałem się dookoła ze zdumieniem. Podoficer dodał: „ Każdy z tych wrogich żołnierzy na wzgórzu zginął od miecza!”
To wszystko co ci mogę powiedzieć mamo. Tak jak już wspomniałem, może oślepiło mnie słońce… może mróz, może ból. Ale to wszystko naprawdę wydarzyło się! Gorące pozdrowienia. Twój Michał.”
http://www.pontifex.roma.it/index.php/opinioni/consacrati/1736-gli-angeli-dei-marines
don Marcello Stanzione